Po nocnym dyżurze byłem tak zmęczony, że ledwo mogłem iść. Warszawska zima była w tym roku nieprzewidywalna najpierw mróz, potem nagła odwilż, śnieg padał każdego dnia i pod mokrym błotem czaił się lód. Co chwila ślizgałem się, próbując utrzymać równowagę.
Przez całą noc nie miałem okazji nawet się położyć. Najpierw przywieźli chłopca z zapaleniem wyrostka robaczkowego, potem starszą panią ze złamanym biodrem. Jakby wszyscy tylko czekali na noc, żeby zadzwonić po pogotowie i wybrać się do szpitala. Marzyłem tylko o tym, żeby wrócić do domu i położyć się spać. Patrzyłem pod nogi, żeby nie zaliczyć upadku, przez co nie zauważyłem, gdy nagle z muru oddzielił się jakiś mężczyzna i stanął na mojej drodze. Zatrzymałem się i podniosłem wzrok.
Przede mną stał facet koło czterdziestki, wyglądem raczej odstraszał zaniedbany, brudny, jak bezdomny albo zbój. Twarz miał podrapaną, ubrania przemoknięte i niechlujne, jakby wzięte ze śmietnika. Odsunąłem się na bok, żeby go ominąć, uciekając nie miałem nawet siły.
Przepraszam, może mi pan pomóc? nagle odezwał się mężczyzna.
Jako pielęgniarz odruchowo reagowałem na takie prośby to był dla mnie jak hamulec bezpieczeństwa. Zatrzymałem się.
Ja zaczął, łapiąc się za głowę. Rzucili mnie z pociągu, dobrze, że śniegu napadało, nie połamałem się, tylko obity trochę jestem.
Szczęściarz. Ale chyba przesadził pan z piciem, co? spróbowałem go wyminąć.
Proszę pana, ja nie piłem! Tylko herbaty się napiłem, a potem coś mi dosypali od razu uciekło mi światło z głowy. Okradli mnie ze wszystkiego, nawet ubranie mi zabrali. Dobrze, że nie wrzucili mnie nago i że wyrzucili niedaleko państwa stacji.
No to faktycznie ma pan szczęście. Powinien pan iść na policję i do szpitala. Boli pana głowa? Niedobrze? Pewnie wstrząśnienie, stwierdziłem i spróbowałem się odsunąć.
Byłem już na policji. Pociąg będzie dopiero za parę godzin, nie chciałem tam czekać, bo i tak moich napastników nie znajdą. Jechał ze mną staruszek w przedziale, wyglądał na profesora okulary, broda. Na policji powiedzieli, że broda i okulary pewnie sztuczne, a miał wspólników. Można stwierdzić, że miałem szczęście. Chciałbym się tylko umyć i przebrać, bo cały jestem mokry. Ubranie oddam.
Oho, i co jeszcze? Klucze do mieszkania, gdzie trzymam pieniądze, też panu dać? zdenerwowałem się.
No tak, wszyscy się mnie boją Panie Boże, czemu nikt mi nie wierzy? spojrzał w niebo z takim bólem w oczach, że zrobiło mi się go po prostu żal. Obserwowałem go uważnie nie wyglądał jak bezdomny, a mówił bardzo kulturalnie.
Dobrze, chodźmy do mnie. Zaraz coś wymyślę z ubraniem.
Dziękuję panu, bardzo panu dziękuję. Inni nawet nie chcieli słuchać.
Wszedłem do mieszkania i runąłem na puf w przedpokoju. Nogi miałem z waty, oczy mi się zamykały.
Proszę, łazienka tam, po prawej wskazałem drzwi w ciasnym korytarzu. Zaraz poszukam dla pana ubrania. Jak się pan nazywa?
Michał powiedział, znalazł światło i zamknął się w łazience. Po chwili usłyszałem szum wody.
Westchnąłem. Trudno, z odpoczynku nici. Mój brat już dawno przeniósł się do Krakowa, ale jakieś ubrania mu zostały. Nie zbiednieję powiedziałem sobie. Przyniosłem co trzeba i położyłem na szafce w przedpokoju. Nastawiłem zupę w mikrofali, sam usiadłem na stołku. Jeśli mama wróci teraz, pewnie nie zrozumie sytuacji: ja podgrzewam zupę, a w łazience myje się mężczyzna. Modliłem się, by mama się gdzieś zasiedziała u koleżanki.
Ale los miał inne plany. Usłyszałem zamek.
Marek, już w domu jesteś? zawołała mama przez korytarz. A ja tam do łazienki mówiłam, a kto się tam myje? zmrużyła oczy, patrząc na mnie podejrzliwie.
Mamo, nie krzycz. Człowiek od pociągu się zagubił. Zaraz się ogarnie i pójdzie odparłem spokojnie.
To dla niego bratu ubrania przyniosłeś? A co się stało?
Już mówiłem, okradli go i z pociągu wyrzucili.
O matko jedyna. A skąd wiesz, że to nie złodziej albo jakiś wariat? Wzywam zaraz policję! mama wpadła w panikę.
Nie gadaj głupot, mamo. Był już na komendzie. Pociągi nie jeżdżą przez remont torów. Pomarudzi i pójdzie uciszyłem ją.
Szum wody z łazienki ustał. Drzwi się otworzyły i po chwili znów zamknęły. Czyli przebrał się. Mama siadła tak, by widzieć wejście i tylko czekała. W końcu do kuchni wszedł Michał, lekko zmieszany. Czuł chyba, że słyszał naszą kłótnię.
Daj się zobaczyć. Jak to cię mogli złodzieje zaatakować w biały dzień? zapytała mama podejrzliwie, mierząc go wzrokiem.
Przepraszam, że wpadłem do państwa domu. Jechałem nocnym do córki na wesele. W herbacie chyba coś było, od razu mnie ścięło. Zabrali wszystko, nawet ubrania. Dobrze, że jakieś łachy dali i z pociągu nie wyrzucili nago. Zostałem bez telefonu, dokumentów i pieniędzy Michał rozłożył ręce.
I co, od razu tutaj trafił pan? Przecież my nie przy dworcu mieszkamy!
Mamo! Daj mu zjeść. Nie przesłuchuj oburzyłem się. Michał, siadaj, podgrzałem ci zupę.
Marek jak był mały, to zbierał bezpańskie koty i psy z ulicy, a teraz mężczyzn wyrzucanych z pociągów mruknęła mama, ale odsunęła się, robiąc miejsce.
Jedz pan, ale uważaj. Jak się spodoba pan mojej mamie, to nie wyjdziesz stąd żywy rzuciłem z lekkim sarkazmem.
Bo dzień i noc siedzisz w pracy, a w szpitalu tylko starzy i dzieci. Żadnego życia prywatnego! Trzydziestka na karku, czas się żenić. Jak ja umrę, to kto o ciebie zadba, jak sam będziesz?
Mamo, daj spokój. Michał pomyśli jeszcze, że go tu żenimy starałem się uspokoić sytuację.
No, niech wam będzie mama machnęła ręką i poszła do pokoju.
Ma pan bardzo wymagającą mamę Michał odsunął talerz.
Wychowywała mnie i brata sama. Pewnie boi się, żebym nie skończył sam z dzieckiem na karku, jak ona.
Rozumiem. Jest pan lekarzem?
Nie, pielęgniarzem. Ale jak sobie poradzi bez dokumentów, bez pieniędzy i nawet biletu?
Na komendzie obiecali pomóc. Czy mogę skorzystać z telefonu? Muszę zadzwonić do córki i do znajomego.
Jasne poszedłem po telefon.
Mama w tym czasie sypała biżuterię do pudełka, wyciągając pierścionki i wisiorki.
Cicho, bo on może kraść. Zaniosę do ciotki Maryli i skierowała się do wyjścia.
Nie zatrzymywałem jej wiedziałem, że i tak zrobi, jak zechce.
Podałem Michałowi telefon i stanąłem przy oknie. Zadzwonił do córki i nie dało się ukryć, że dziewczyna nie była rozczarowana jego nieobecnością na weselu. Potem połączył się z kimś jeszcze, poprosił o nasz adres.
Za chwilę po mnie przyjedzie kierowca. Nie trzeba mi było jechać w ogóle. Żona nie chciała mnie widzieć z jej nowym mężem, to tylko córka nalegała. Zaryzykowałem życie na darmo wyglądał na bardzo przygnębionego.
Kim pan tam właściwie jest, skoro na telefon przyjedzie po pana kierowca?
Coraz bardziej podobał mi się Michał. W ubraniach brata wyglądał zaskakująco dobrze, choć trochę mu one opinały barki.
Z przyjacielem prowadzimy małą firmę naprawy sprzętu AGD. Wspólny interesik. Kolega odradził autem jechać, bo drogi nie znałem na weselu wiadomo, kieliszek. No to pojechałem pociągiem. Teraz widzę, że trzeba było samolotem. Proszę się nie martwić, jeszcze tylko kilka godzin i znikam z waszego życia. Chyba bardziej próbował przekonać siebie niż mnie.
Patrzyłem na niego i myślałem, że mama ma rację. Mogłem mieć żonę i dzieci, którzy czekaliby na mnie po pracy. Zaraz trzydziestka na karku, a tu wciąż mieszkam z mamą i perspektyw żadnych nie widać. Kiedyś była jeszcze Ilona, miałem plany, ale pewnego dnia przyszedłem do niej wcześniej, a ona była w łóżku z moim przyjacielem. Straciłem i narzeczoną, i przyjaciela.
Dobrym jest pan człowiekiem. Na pewno jeszcze los się do pana uśmiechnie powiedział nagle Michał.
Pan też wydaje się porządny, a mimo to sam zauważyłem.
A, zapomniałem dodać na wesele jechałem już po rozwodzie. Życie, pan wie. Kobiety teraz bardzo kalkulują, ale faceci też. Przepraszam, że odebrałem panu odpoczynek po dyżurze.
Jeszcze długo rozmawialiśmy. Na dworze zapadł zmrok, gdy zadzwonił telefon.
To do mnie. Na pewno Sławek już podjechał Michał przeprosił i wziął ode mnie telefon.
Zaraz odjedzie i więcej go nie zobaczę. Wszystko wróci do tej samej, nużącej normalności.
Już jadę. Samochód stoi pod blokiem. Dziękuję jeszcze raz. Wpisałem numer do pańskiego telefonu, jako Michał z pociągu pewnie pan nie zadzwoni, ale jakby pan czegoś potrzebował, proszę śmiało dzwonić. Ubranie oddam, niech się pan nie boi. Mamie przeproszę, choć i tak myśli chyba, że jestem złodziejem Michał spojrzał smutno i po chwili wyszedł.
Aż chciało mi się płakać zupełnie obcy facet, a nie chciałem, żeby odszedł. Tylko kto ja, a kto on. Uśmiechnąłem się.
Niech pan już w takie sytuacje nie wpada.
Ja już tylko autem albo samolotem, dziękuję, żadnych pociągów odparł.
Patrzyłem, jak w mroku zimowego popołudnia podchodzi do samochodu, odnajduje moje okno i macha ręką.
I taka to historia Jutro pewnie nawet sobie o niej nie przypomni.
Puściłeś go? zapytała mama, wracając.
Najpierw złość, że go przyprowadziłem, a teraz pytasz, czemu puściłem skrzywiłem się, chcąc ukryć rozczarowanie.
Dobry człowiek z niego. To widać.
To czemu biżuterię ukrywałaś?
Bo stara głupia już jestem westchnęła mama.
Minęły trzy tygodnie. Zbliżał się sylwester. Już myślałem, że wszystko to tylko przyśniło mi się. Przed świętami noworocznymi dyżur zapowiadał się spokojnie. W lekarskim pokoju ustawiliśmy małą choinkę. Mało pacjentów, żaden transport się nie szykował. Najgorsze przypadki, jak zwykle, przypadały na dzień po święcie.
No i znowu, Mareczku, razem dyżurujemy? chirurg Węgrzyn śmiał się i wlepiał we mnie wzrok. Podejrzewałem, że specjalnie tak ustawia grafik, żeby być ze mną w pracy nocą. Lubił młode pielęgniarki, nie przepuszczał żadnej, więc starałem się udawać, że o tym nie wiem.
Jesteś tu? O matko, takie rzeczy się tu dzieją! do pokoju wpadła Ludmiła z izby przyjęć.
Kogoś już przywieźli? Węgrzyn już miał maseczkę i rękawiczki w kieszeni.
Sam Święty Mikołaj! Z prezentami! Do was do oddziału się dobija. Ludzi chce rozweselić. Wpuścić go? mamrotała podekscytowana Ludmiła.
Mikołaj powiadasz? No, proszę bardzo. Chodźmy zobaczyć tego filantropa Węgrzyn złapał mnie pod ramię i poprowadził korytarzem.
Z korytarza słychać było mocny, wesoły głos. W długim czerwonym płaszczu, czapce i białej brodzie Mikołaj próbował wejść z wielkim workiem przez izbę przyjęć.
Śpieszyłem tu do was aż z dalekiej Finlandii, a tu mi nie chcą wpuścić! powiedział donośnym głosem. Wydawał się znajomy…
Myślałem, że Mikołaj mieszka w Laponii zażartował Węgrzyn. No, ale nie hałasujcie za bardzo, mamy tu przecież pacjentów.
Mikołaj chodził po salach i rozdawał mandarynki i cukierki, starsze panie i panowie cieszyli się jak dzieci. Nawet pielęgniarka Ala poprosiła, by zajrzał do ich oddziału. Mikołaj spojrzał wtedy na mnie i rozłożył ręce.
Ale Śnieżki ci nie oddam! Przynoś swoją! Węgrzyn porwał mnie pod pachę.
Po piętnastu minutach Mikołaj wrócił, już bez brody, z czapką w ręku, płaszcz rozpięty, worek przewieszony jak torba. Roześmiałem się, rozpoznając Michała.
Wiedziałem, że masz dziś dyżur i chciałem ci zrobić niespodziankę. Udało się? spojrzał na mnie z nadzieją.
Udało się! Starsze panie nie zasną przez pół nocy! zaśmiałem się szczerze.
Widzę, że sam zostanę na tym dyżurze teatralnie westchnął Węgrzyn. Idź, Mareczku, z Mikołajem. Ludmiła mi pomoże, a ty ciesz się życiem.
Nie musiał dwa razy powtarzać. Po miesiącu złożyłem wypowiedzenie i przeprowadziłem się do Michała. Mama cieszyła się jak dziecko. Syn ustawiony, teraz mogę spokojnie odejść… ale co ja gadam, dzieci się przydadzą; kto pomoże, jak nie babcia? zdecydowała żyć jeszcze trochę.
Dziwne wszystko złe nazywamy losem, a to, co dobre, przypadkiem. A przecież jedno bez drugiego nie istnieje.
Dziś wiem, że czasem warto wyciągnąć rękę do drugiego człowieka i zaufać przypadkowi. W końcu życie zawsze może zaskoczyć nowym początkiem.



