Gdy tylko wróciłam do mieszkania, sąsiadka niespodziewanie czekała na mnie przy drzwiach. Jej twarz była pełna niepokoju.
Pani Haniu, w pani mieszkaniu codziennie słychać krzyki jakiegoś mężczyzny. Już wszyscy mamy tego dość oznajmiła surowym tonem.
Poczułam ciarki na plecach. Jak to możliwe, skoro mieszkam sama? Nikt przecież nie przychodził, by mi towarzyszyć, a po pracy byłam wyczerpana i marzyłam tylko o świętym spokoju.
Następnego dnia zdecydowałam się nie iść do biura. Rano zadzwoniłam do szefowej, mówiąc, że się rozchorowałam. O siódmej czterdzieści pięć wyszłam z klatki, upewniając się, że sąsiedzi to widzieli. Wsiadłam do samochodu, podjechałam na koniec uliczki, po czym wróciłam i bezszelestnie weszłam do mieszkania tylnymi drzwiami. Skuliłam się pod łóżkiem, naciągnęłam kołdrę po samą szyję i czekałam w napięciu.
Czas wlókł się niemiłosiernie. Myśli kłębiły się jak chmury przed burzą. Była jedenasta dwadzieścia, kiedy usłyszałam szczęk zamka w drzwiach wejściowych.
Ktoś pewnym krokiem przeszedł przez korytarz cicho, ale zdecydowanie, jakby od lat znał każdy zakamarek tego miejsca. Poruszał się bez wahania, a jego buty wydawały mi się dziwnie znajome.
Drzwi do sypialni skrzypnęły, a ja zamarłam bez ruchu.
Usłyszałam niski, zirytowany głos:
Znowu bałagan, Haniu
Zamarłam, słysząc swoje imię. Ten głos rozpoznałabym wszędzie. Ogarnęło mnie przerażenie, kiedy dotarło do mnie, kim jest ten nieznajomy.
Prawda wyszła na jaw później, gdy wszystko już się skończyło.
Właściciel mieszkania, pan Zbigniew, przychodził tutaj każdorazowo, gdy wychodziłam do pracy. Miał swój komplet kluczy. Znał mój rozkład dnia to ja sama, nieświadomie, kiedyś mu o tym opowiedziałam. Wchodząc do mojego mieszkania, czuł się tu jak w domu. Zdejmował buty, przesiadywał na kanapie, włączał telewizor, jadł jedzenie z mojej lodówki, korzystał z łazienki, a czasem nawet kładł się w moim łóżku.
Układał rzeczy po swojemu przecież to on kiedyś urządzał to mieszkanie pod wynajem. Dla niego ta przestrzeń wciąż była jego terytorium.
W głosie, który docierał do sąsiadów przez ściany, narzekał na bałagan, na moje rzeczy leżące tu czy tam, na niedbale zostawione ubrania. Denerwowało go to, że nie dbam o mieszkanie tak, jak powinnam. Głośno komentował moje przyzwyczajenia, a sąsiedzi słyszeli i narzekali.
Wiedział, jak mam na imię, znał wszystkie moje zwyczaje, wiedział doskonale, że wrócę dopiero wieczorem. Nigdy nie spodziewał się, że mogę go zdemaskować.
Kiedy policja przyszła i wyprowadziła pana Zbigniewa, wydawał się autentycznie zdziwiony. Twierdził, że nie zrobił nic złego mieszkanie przecież jego, klucze też. Przecież tylko sprawdzał, czy wszystko jest w porządku.
Od tamtej chwili już nigdy nie wynajmuję mieszkania bez natychmiastowej wymiany zamków.



