Beze mnie sobie nie poradzisz! Nic nie potrafisz! krzyczał Janek, pakując swoje koszule do wielkiej torby.
Ale poradziła sobie. Nie załamała się. Może gdyby dała sobie więcej czasu na rozmyślania, jak przetrwa sama z dwójką dzieci, może by wyobraziła sobie różne straszne wizje i kto wie, czy nie wybaczyłaby zdrady. Ale nie miała tego czasu musiała zaprowadzić córki do przedszkola i pędzić do pracy. Mąż pojawił się w mieszkaniu ledwie pół godziny wcześniej, zadowolony z nowej miłości, pełen pewności siebie.
Dlatego, zakładając płaszcz, Terenia wydawała krótkie, konkretne polecenia:
Zosiu, pomóż Marysi zapiąć kurtkę i przypilnuj, żeby w przedszkolu zjadła śniadanie. Pani mówiła, że znowu nie ruszyła kaszy.
Janek, postaraj się zabrać wszystko, co twoje, żeby już nie wracać się po drobiazgi. Klucz wrzuć do skrzynki na listy. Do widzenia.
Zosia przyszła na świat dokładnie pół godziny przed Marysią i od zawsze była starszą siostrą. Dziewczynki miały po cztery lata samodzielne, każda z własnym charakterkiem. Zosia zje znienawidzoną kaszę “bo tak trzeba”, za to Marysia zawsze powie: Są grudki, tego nie jem!
Dobrze, że przedszkole było tak blisko domu dziesięć minut drogi. Rozmowy dziewczynek pozwalały Teresie nie myśleć o trudach, które ją jeszcze czekają. W pracy w przychodni nie było czasu na rozmyślania przyjmuje pacjentów jedna po drugiej, później wizyty domowe. Dopiero późnym wieczorem, kiedy w przedpokoju zobaczyła puste wieszaki tam, gdzie zawsze wisiała kurtka męża, doświadczyła prawdziwego poczucia samotności. Ale nie nawykła narzekać wszystko miało być jak zwykle, a najlepiej jeszcze lepiej. Można przecież usiąść i płakać, można też ułożyć plan, poszukać rozwiązania i odrobinę optymizmu. Najpierw jednak wypadało zrobić kolację.
Co się zmieniło w naszym życiu? rozmyślała, krojąc warzywa na sałatkę. Odszedł mąż. Jaką pełnił rolę? Co teraz spadnie na moje barki? Nic, czego bym nie udźwignęła. Wystarczy trochę zmienić rozkład dnia. Dam radę. Będzie dobrze. Nawet lepiej. Nie chcę dłużej zastanawiać się, czy znowu jest u kochanki. Lepiej samej trudniej, za to spokojniej.
Przeczytała jeszcze dziewczynkom fragment Przygód Koziołka Matołka, ucałowała na dobranoc i poszła rozwiesić pranie, bo pralka już skończyła. Potem postanowiła wypić filiżankę herbaty, uporządkować myśli, zaplanować następy dzień. Jej dziewczynki były jak dwie krople wody bliźniaczki. Z dwójką trudniej niż z jednym, ale Terenia nigdy tak o tym nie myślała. Zawsze się dziwiła, gdy inni jej współczuli.
U nas wszystko w porządku mawiała nie padam ze zmęczenia, daję sobie radę!
Czajnik już gwizdał. Zaparzyła melisę, zapaliła lampkę w kąciku. Za oknem śnieg z deszczem, a w domu ciepło i cicho, tylko zegar tyka na ścianie…
Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Teresa była zdumiona, widząc na progu sąsiadkę panią Eugenię, emerytkę, która rankami wyprowadzała na spacer swoją starą suczkę. Zawsze sucha, uprzejma, nigdy nie wdawała się w zbędne rozmowy. Suczkę Tereska nie raz widywała przy śmietniku chuda, zniszczona, patrzyła tylko tęsknie na wrzucane do kontenera worki ze śmieciami. Widocznie staruszka się nad nią zlitowała i przygarnęła.
Wybacz, że cię niepokoję powiedziała pani Eugenia, otulona wełnianym szalem. Dzisiaj widziałam, jak twój mąż ładował rzeczy do samochodu. Odszedł?
To nie pani sprawa odcięła się Teresa.
Twój mąż nie moja sprawa. Ale chciałam powiedzieć, że jeśli będziesz potrzebować pomocy możesz śmiało się do mnie zwrócić. Z dziewczynkami mogę zostać, albo inaczej pomóc.
Proszę wejść zaproponowała Teresa. Jak się pani nazywa? spytała, nalewając herbatę do dwóch filiżanek i stawiając na stole talerz domowych ciastek. Częstuj się.
Eugenia Wysocka jestem. A ty Teresa, wiem powiedziała, łamiąc kawałek ciastka. Nie narzucam się, ale po prostu pamiętaj chętnie pomogę. Nie za pieniądze, po prostu z przyjemnością.
Spróbowała herbaty i skinęła głową:
Smaczna, to melisa? Mam jej mnóstwo na działce, latem zapraszam miejsca plenty, jabłonka cudowna, owoce palce lizać…
Teresa przyjrzała się sąsiadce bez dawnych uprzedzeń. Doskonale ubrana, schludna, pantofelki czyste, włosy w kok, sukienka z koronkowym kołnierzem. Pachniała przyjemnymi, lekkimi perfumami.
Słuchała o jabłoni, maleńkiej saunie, o jeziorze po sąsiedzku, gdzie przez całe lato gromadzą się kaczki, i wszystkie kłopoty zniknęły z głowy. Na sercu robiło się cieplej, coraz spokojniej.
To wszystko Teresa pamięta do dziś, choć minęło już pięć lat. Jak mąż krzyczał jej w twarz: Beze mnie się wykończysz! Nie dasz rady! Ale to już dawno za nią.
Eugenia właśnie kroi jabłka i układa je na cieście, blacha już ląduje w rozgrzanym piekarniku. Sałatki stoją gotowe, duszona wieprzowina pyrka na kuchni. Dziś u kochanej sąsiadki urodziny. Sierpień. Drzwi i okna przytulnego letniego domu szeroko otwarte. Kuchnia przepełniona zapachem jabłecznika.
Ile razy mnie ratowała! myśli Teresa, patrząc na zarumienioną od pieca starszą panią. Co bym bez niej zrobiła? Dziewczyny uwielbiają swoją babcię Genię. A ona przecież mogła wtedy zatrzasnąć drzwi i wcale nie pomóc.
Dziś Zosia i Marysia to dziewięciolatki, już uczennice. Każde lato tylko tu na genialnej działce: jezioro, koledzy, ukochana babcia. Bliska, kochana, dobra…
Idę po jabłka na kompot mówi Teresa i wychodzi z koszykiem do ogrodu.
Pod jabłonią, w cieniu, leży suczka Alka. Kto by pomyślał, że ten zaniedbany kundelek spod śmietnika, którego przygarnęła pani Eugenia, zamieni się w tak piękną labradorkę?
Miłość, tylko miłość nas ratuje myśli Teresa i podaje Alce z dłoni ciastko…



