Polskie losy kobiet. Marysia Zmarła babcia Anastazja i całkiem już Marysię ogarnęła tęsknota. Wedłu…

Babskie losy. Marysia

Odeszła babcia Aniela i Marysi już zupełnie świat się zawalił. Synowej nie zaakceptowała teściowa według Apolonii była za chuda, niepracowita i kto wie, czy z takiej fajtłapy dzieci będą. Marysia wszystko znosiła, lecz gdy źle było na duszy, uciekała do ukochanej staruszki. Babcia Aniela była jej najdroższą osobą pod słońcem za zmarłego ojca i matkę, co na suchoty umarła po dziesięciu latach wdowieństwa.

Jak Jan spojrzał na sierotę, to chyba tylko Pan Bóg wie. Przystojny, silny, dom dostatni, a tu zakochał się w ubogiej bez rodzinnych korzeni. Tak o Marii za plecami mówiła jej teściowa. Tylko biedaczka się starała i koło domu krzątała, i w gospodarstwie pracowała bez słowa sprzeciwu. Ale Apolonia niczego nie uznawała: nie moja ona, i już!

Gdy Jan był jeszcze w domu, to dało się żyć, ale jak tylko wyjeżdżał do sąsiedniej wsi, Marysia miała ochotę uciec gdzie pieprz rośnie. Wytrzymaj, Maryśko szeptała staruszka wnuczce. Przetrzymasz, przetrwasz.

Babci już nie było, lata mijały, a Apolonia coraz bardziej nienawidziła synowej. Inaczej sobie życie zaplanowała, gdy jej syn przyprowadził do domu sierotę. Dla Jana już dawno miała upatrzoną pannę zdrową, zaradną, ze zamożnej rodziny. Byłby sojusz rodzinny, majątek na pokolenia.

Ale nie Jan miał charakter po ojcu: nie dał sobie w kaszę dmuchać. Chłop, gospodarz! W istocie Jan był gospodarzem z prawdziwego zdarzenia po śmierci ojca wszystko wziął w swoje ręce i jeszcze powiększył ojcowiznę. Matkę szanował, ale byki z siebie nie robił. Powie coś jak nożem uciął!

A Marysię kochał nad życie. Jak ujrzał tę drobną dziewczynę twarz porcelanowa, oczy lazurowe, nosek zawadiacki z miejsca przepadł. Wszystko chciał jej u stóp złożyć. Ale bogactw mu nie trzeba było Marysia od razu się zgodziła. Czuła, że ma dobre serce i zakochała się bez pamięci. O teściowej słyszała wiedziała o jej złośliwości i skąpstwie, lecz widząc, że Jan ma własne zdanie, zgodziła się na swaty.

Poszła do jego chaty, wszelkie złośliwości teściowej znosiła. Gdy było jej najciężej, biegła do babci, by się wypłakać. Usiądzie na podłodze u nóg staruszki, głowę złoży na kolanach, jak zbity szczeniak pojękuje. Miękkie, kościste palce głaszczą włosy, modlitwa cicho płynie do Matki Boskiej, by za sierotą się wstawiła.

Godzina, dwie tak posiedzą, i Marysi wraca chęć do życia.

Aż przestała mieć do kogo biegać. Babcia odeszła cicho, we śnie. Marysia wyła z bólu. Została sama na świecie. Mówią ludzie, że czas leczy rany, ale nieprawda: rany nie lecza się, tylko bledną. Jak wróci ból, zaraz przypomną się dobre i czułe ręce, i Marysia płacze.

Tymczasem w domu Jana atmosfera coraz gorsza. Apolonia wytyka jej bezrobocie. Trzeci rok żywisz się za darmo, a wnuków jak nie było, tak nie ma. Dla Marysi to była męka nie do zniesienia słyszała, jak teściowa szepta synowi, że dziewczyna jest przeklęta, dzieci nie będzie miał. Jan zbywał matkę, lecz wieś plotkowała: Jeszcze go do grobu zaprowadzi, nie doczeka się dziedzica.

Jan chodził zamyślony, ale wracał do domu, spojrzy na żonę i wszystkie zmartwienia ulatywały. Kochał ją ponad życie, na rękach byłby gotów ją nosić.

Może Pan Bóg wysłuchał modlitwy Marysi, a może to prawdziwa miłość cuda czyni. Zaszła w ciążę. Apolonia złość ledwo mieściła w sercu, a Jan jeszcze goręcej Marysię pokochał.

Teściowa latała po domu jak kruk. Wystarczyło, że Marysia na chwilę przysiadła, już była przy niej:

Siedzisz, darmozjadko?! Myślisz, że jak brzuch ci rośnie, to nic nie musisz robić? warknęła.

Nie, mamo wyszeptała Marysia tylko na chwilę usiadłam, od rana się krzątam.

Krząta się zadrwiła Apolonia. U nas służących nie ma, nie jesteś panią! Wody nanieść trzeba, a Jan z pracy wraca, wiadra puste! Jak chora, to droga wolna, synowej chorej nie potrzebuję.

Marysia cicho podniosła się, wzięła nosidło z wiadrami i ruszyła do studni. Dźwigała ciężkie pełne wiadra, a sąsiadki tylko głowami za płotem kiwały: Apolonia oszalała, i ciężarną nie oszczędzi!

Czas minął, Marysia urodziła synka. Ale nie było powodów do radości: chłopczyk przyszedł na świat słabiutki, cienki jak źdźbło trawy. Bywało, siniał i przestawał oddychać, leżał blady jak nieboszczyk.

Sama jesteś jak słabość, to i dziecko takie masz! krzywiła się Apolonia z pogardą.

Ależ, mamo! płakała Marysia. Przecież to wasza krew, dziedzic Janowy!

Co tam dziedzic! kpiła Apolonia. Niebawem będzie trumna potrzebna.

Marysia płakała rzewnie od tych słów. Jedynie Jan wracał z pracy, współczuł żonie, dawał się jej wysypiać, brał synka na silne ręce mieścił się w jego dłoniach jak pisklę. Dziecko jak czuło ochronę marszczyło usta w dziubek, cmokało pociesznie.

A choćby i chorowity, damy sobie radę, myślał Jan.

Przyszła pora chrztu nazwali syna Włodzimierzem. Ale chłopczyk jakby nie zamierzał się staleczyć, nie chciał przybierać na wadze. I przyszła na Jana praca musiał wyjechać daleko, w inną wieś, Wisłą spławem zajmować się.

Nie wrócę szybko mówił żonie, całując w czoło. Wychowuj Włodzimierza, nie zważaj na ludzi.

A Apolonia dopiero wtedy rozwinęła skrzydła! Wykorzystała okazję, że nikt Marysi nie obroni. Dziewczyna powinna przy dziecku czuwać, matczynym ciepłem go chronić gdzie tam! Teściowa nie dawała wytchnienia: i wodę nieść, i drewna narąbać, i do inwentarza, i pole, nie było chwili bez roboty. W nocy Włodzimierz płakał, Marysia pół nocy go tuliła, nie zauważała, jak łapał ją świt, znów trzeba było poganiać do pracy.

Upadała z sił, a malec chudł i obumierał na jej oczach.

Jesień przyszła prędka, zimne wiatry, deszcze, błoto. Jana ciągle nie było. Gdy raz Apolonia palnęła:

I dobrze robi, że nie wraca! Przy chorych siedzieć szkoda czasu! Może sobie gdzieś inną żonę znajdzie żywszą, ładniejszą!

Marysia okrutnie się przeraziła. Może teściowa ma rację? Co jeśli Jan, słysząc, że ich synek umiera, zechce odejść? Coraz więcej zwątpień, coraz mniej sił.

Teściowa raz za razem kąśliwie dolewała troski w serce.

Nie szkoda ci Janka? zapytała kiedyś Dziecko zaraz może umrze, ty siebie zeżresz z rozpaczy i mojego syna też ściągniesz w rozpacz? Puściłabyś go wolno.

Ale dokąd mam iść, mamo? Z noworodkiem? Zaraz śnieg sypnie, Włodzimierz zmarznie…

Jak zachoruje, nic się nie stanie rzuciła zimno Apolonia. I tak długo nie pożył. Bogu odda duszę, a Jan znajdzie sobie inną. I dzieci mu urodzi zdrowe.

Marysia patrzyła z niedowierzaniem; jak można coś takiego powiedzieć czy mama też?

Dziecko jakby rozumiało, rozpłakało się, zsiniało oczy wywróciło, zwiotczało jak szmaciana kukła.

Przemyśl to dobrze, Marysiu zawołała teściowa i wyszła, zostawiając ją samą w żalu.

Minęło jeszcze pół miesiąca, przyszedł pierwszy śnieg, wiatr srogi wiał. Marysia popadła w czarną rozpacz. Gdy Apolonia znów ją ofuknęła, Marysia poszła do izby i w milczeniu zaczęła pakować tobołek. Owinęła synka w chusty i wyszła z domu.

Teściowa aż stanęła nieruchomo z radości wreszcie wygoniła synową. O syna się nie bała miesiąc temu przyszła wieść, że Jan żyje, choć ciężko raniony przez zbirów w drodze do miasta, leżał w szpitalu. O niczym nie powiedziała Marysi. Gdyby nie to, że dziewczyna wyszła wieczorem, a gospodarne sąsiadki nie zauważyły, nikt by się nie dowiedział.

Rankiem rozniosła nowinę po wsi Marysia oszalała i z martwym dzieckiem uciekła w noc. Płakała, zatrzymywała, prosiła ale synowa nie posłuchała, do reszty rozumu postradała. Pogadano dwa dni, przyszedł mróz i zima, wszystko poszło w zapomnienie.

***

Długo szła Marysia przez lasy, pola. Bała się, napotkać złych ludzi o siebie lękała się mniej, raczej o dziecko. Przemroziła całą noc, zaszły jej oczy łzami. Wreszcie ujrzała w oddali dachy wiejskich chałup. Nie wierzyła, że ktoś ją przygarnie liczyła na kawałek chleba i kubek wody, na chwilę ciepła dla małego.

Dymy z kominów unosiły się nad pustą ulicę. Zimą mało kto z chaty wychodzi. Skryła się na ławeczce przy studni. Przechodziła kobieta z wiadrami. Rośnie, szeroka w biodrach, policzki czerwone od mrozu, patrzy z góry.

Czyjaś ty dziewczyno? Cała ciś sina, przemarzłaś?

Nikt, proszę pani cichutko szepnęła. Do sąsiedniej wsi idę…

Do kogo tam? zawęziła oczy kobieta.

Do ojca skłamała Marysia.

W taką pogodę i psa by pod dach wpuścili, a ciebie z dzieckiem wygonił?

Marysia rozpłakała się żałośnie, zakrywając twarz sinymi od zimna rękoma.

No chodź, wstawaj rozkazała kobieta, zostawiła wiadra, pomogła wyprostować się dziewczynie.

Weszły do chaty. Ciepło biło od palącej się w piecu polan. W pokoju pachniało ziołami. Marysia osiadła przy piecu niczym wór. Dopiero teraz poczuła zmęczenie. Kobieta bez słowa pomogła jej się rozebrać, delikatnie wzięła chłopca z jej rąk.

Akulina mi na imię przedstawiła się. Dajże, rozwinę malucha…

O Matko Boska! Mały jaki! jęknęła. Chrzczony?

Tak, Włodzimierz wychrypiała Marysia i zsunęła się na podłogę, mdlejąc.

Nie wiedziała, jak długo nieprzytomna była. Ocknęła się okutana w koc, w obcym łóżku. W domu cisza. Szybko zerwała się, synka nie zobaczyła. Miała biec w ciemno, drzwi się otworzyły, weszła Akulina.

Już się obudziłaś? rzuciła. Gdzie się wybierasz?

Gdzie dziecko?! łkała Marysia.

Spokojnie. Trzy dni leżałaś nieprzytomna. Synka do lasu zaniosłam, do mojej matki.

Dlaczego? przeraziła się.

Żeby zdrowia nabrał szybko odparła. A teraz mów, co się stało.

Usiadły przy stole. Akulina nalała Marysi ziołowego naparu.

I wyznała jej Marysia wszystko o wielkiej miłości, o okrutnej teściowej, o chorym synku. Wylała ból słowami. Kobieta słuchała cierpliwie.

Niezbadane są wyroki Pana rzekła Akulina. Nie bój się, Marysiu, syn twój wyzdrowieje. Tobie też los się odmieni biadać jednak nie przestaniesz, musisz tylko zachować w sobie światło serca.

Byle by synka zobaczyć jęknęła.

Zaprowadzę, ale wrócimy same. Jego ze sobą nie zabierzesz odparła.

Po co mi taki strach robić zaszlochała Marysia.

Ubieraj się, tam wszystko zrozumiesz.

Schodziły przez las, Akulina opowiadała:

Zwykle z matką mieszkam w lesie. Kiedyś pomagała wszystkim, ale ludzie są jacy są jak zło się przytrafi, winę na ciebie zrzucą. Mieliśmy dom na skraju, ale po nieszczęściach ogień, choroby wśród dzieci oskarżyli mamę o czary. Odeszła w las, a potem zgodzili się zbudować jej chatę, byle nie była wśród ludzi.

Przed chatką w zagajniku starsza kobieta, drobna, sucha.

Wejdź, dziecko, popatrz na synka śpi spokojnie w kołysce, nie budź go.

Marysia weszła, a w kącie w wiklinowej kołysce leżał Włodzimierz, rumiany, jakby nigdy choroby nie znał.

Rumiany, prawda? uśmiechnęła się babcia nazywają mnie wiedźmą. Ale przecież ludzie nie wiedzą, jak jest naprawdę. To przez ciebie syn taki chorowity powiedziała niespodziewanie. Nie chodzi się wielkiej z brzuchatym na grób zmarłych! Ty do babci swojej zachodziłaś na cmentarz niemal codziennie, i przyniosłaś martwą siłę. Po porodzie do synka się przyczepiła on tą chorobą dusi się i sinieje!

Marysia pobladła jak ściana, osunęła się na ławkę.

Ale spokojnie, wszystko naprawimy. Zostaw małego u mnie parę dni, pozbędziemy się tej siły.

Stara dotknęła Marysi głowy lekko się zrobiło na duszy, jakby siedziała znów u babci Anieli.

Szykuj się, czas wracać powiedziała Akulina.

***

Tak już zostało po tygodniu babcia oddała Włodzimierza zdrowego i różowego niczym jabłuszko. Marysi dobrze się działo u Akuliny, była pomocna i nieodzowna. Kiedyś zapytała:

Czemu babcia w lesie mieszka?

Dawno to było zaczęła Akulina. Matka każdemu pomagała i nie brała zapłaty. Ale kiedy ktoś ją obwinił o śmierć dzieci, ludzie się od niej odwrócili. Potem, kiedy potrzebowali jej pomocy, prosili, by wróciła, ale ona już nie wybaczyła i mieszka w lesie. Przyprowadzają dzieci, modlą się, by uleczyła, ale same do środka nie wchodzą.

Marysia zapytała też, jak babcia leczy dzieci.

Jak będziesz wiecej wiedzieć, to ciężej spać będziesz zaśmiała się Akulina. Pewne tylko, że diabłów nie przywołuje.

A tymczasem w rodzinnej wsi Marysi rzeczy się działy. Jan wrócił wszedł do domu, a jakby go nigdy nie było, ani żony, ani syna. Teściowa padła mu do nóg: Wróciłeś, a dzieciątko zmarło, Marysia oszalała, wybiegła z nim z domu, przepadła. Szukałam wszędzie, nie znalazłam…

Jan słuchał, w głowie mu się dudniło: Przepadła … przepadła

***

Tak minęła zima, Jan nie mógł się pozbierać. Apolonii nie usłuchał, nie dał się przekonać do nowej żony. Nie zajmuj się już swataniem krzyknął raz, że aż matka się przestraszyła.

Dni szły bez smaku, Jan zamknął się w sobie. Praca mu nie cieszyła, z nikim nie rozmawiał. Osłabł, jakby cień samego siebie. A Apolonia chodziła po wsi jak sowa, z zawiścią na dzieci sąsiadek patrzyła. Dopiero wtedy poczuła, ile krzywdy uczyniła swojemu synowi. Serce bolało, zdrowie się pogarszało. Niezadługo potem zapadła w ciężką chorobę, lekarz z miasta niczego nie wskórał. I zmarła późnym latem, nie wyznawszy synowi, co naprawdę jesienią się stało.

Jan został zupełnie sam. Bez żony, bez dziecka, bez matki. Myśli chodziły mu po głowie do czego żyć, gdy nie ma dla kogo? Postanowił, że po czterdziestym dniu po śmierci matki zrobi stypę dla sąsiadów, a potem sam odejdzie…

***

Przygotowano pominki kutia, placki, na cmentarzu zapalono znicze. Pożegnano się, Jan został sam i poszedł do lasu. Śnieg skrzypiał mu pod stopami. Serce ściśnięte, myśli straszne. Nie widziałem szczęścia na świecie, żony nie uchroniłem… zmarzło wszystko, nie mam po co żyć myślał, idąc coraz dalej, aż do mokradeł…

Trzęsawisko było czarne jak noc. Jan stanął, zatopił się po pas w błocie, i już miał zginąć, kiedy usłyszał cichy śpiew. Dziewczęcy głos znajomy. Biała postać mignęła wśród drzew.

Maryśka… jęknął idę do ciebie…

Wtem głos ucichł, zobaczył przed sobą Marysię.

Co ty, Janie! Żywa jestem, nie idź w śmierć!

Jan spostrzegł, że żyje naprawdę żyje, rzucił się z błota, a Marysia biegła, rwała gałęzie, krzyczała, aż wygrzebał się z trzęsawiska. Upadli sobie w ramiona, śmiech mieszał się z łzami.

***

Jan, gdy pojął, że ukochana żyje, a Włodzimierz zdrowieje, był tak szczęśliwy, że aż Akulina musiała mu pomóc wyciszyć nerwy ziołami.

Wiele rozmów odbyli. O przeszłości, o cierpieniu, ale i nadziei. Słuchał Jana, a ręki Marysi nie wypuszczał z dłoni.

Dobre szybciej się zapomina, gdy się kocha i ma dla kogo żyć. Żeby się nie odwracać za siebie, Jan sprzedał dom, majątek i przeniósł wszystko do wsi, która dla Marysi stała się domem. Zamieszkali u Akuliny, która była im bliższa niż matka.

***

Grób zarósł chwastami, ślad w pamięci zaginął. Nikt już nie wie, czy dusza samotna znalazła spokój. Przez chciwość i twarde serce zaprzepaściła los swój i cudze…

Rate article
Fajna Tajna
Polskie losy kobiet. Marysia Zmarła babcia Anastazja i całkiem już Marysię ogarnęła tęsknota. Wedłu…