Dlaczego życie zgotowało jej taki los? Z każdym rokiem, gdy stawała się starsza, Lubka coraz mocni…

Za jakie grzechy jej się taka dola trafiła

Z każdym rokiem Zosia coraz mocniej czuła, że nigdy nie będzie żyć tak, jak jej mama, Jadwiga. Jadwiga, choć jeszcze młoda, wyglądała, jakby życie przejechało po niej walcem. A wszystkiemu winien był mąż, Wiesław, który potrafił być w domu tylko na dwa sposoby: pijany albo bardzo pijany.

Zosi było siedemnaście lat. Po maturze nigdzie nie poszła, bo bała się zostawić mamę samą. Już dawno uciekłaby z domu, ale serce ściskało mama przecież sama sobie nie poradzi, kiedy ojciec w ataku furii rzuci czymś ciężkim albo rozbije talerz na podłodze. Kto mamie przyłoży lód do siniaka? Kto poda szklankę wody?

Ojciec wrócił dziś znów pijany jak szpadel i rozsiadł się przy kuchennym stole. Jadwiga postawiła przed nim zupę, ale zaraz zobaczyła, jak talerz leci z łoskotem na kafelki.

Mam już dość twoich zup wybełkotał z zamglonymi oczami do żony.

Zosia szybko zebrała z mamą kawałki rozbitego talerza, a ojciec, wstając ciężko, jeszcze kopniakiem pchnął Jadwigę. Do córki rzucił przez zęby:

Jutro rano jedziemy na ryby, złapiemy coś tej krowie, chociaż na rosół z ryby starczy.

Zosia miała nadzieję, że Wiesław zapomni o swoim mistrzowskim planie, ale pobudził ją bladym świtem.

Wstawaj, jeszcze trochę i nie zdążymy, świt to najlepszy czas na łowienie.

Córka z trudem wstała. W drzwiach pojawiła się Jadwiga z wiadrem świeżego mleka po porannym udoju krowy.

Wiesiu, ty byłeś na dworze? Widziałeś niebo? Zaraz będzie burza, jak można w taką pogodę na rzekę? rzuciła stanowczo, stawiając wiadro na ziemi i zagradzając drogę Zosi.

Nie puszczę ci jej. Utopisz dziecko.

Ale Wiesław odepchnął żonę z siłą Jadwiga runęła prosto na wiadro, mleko wylało się na posadzkę. Z ironicznym uśmiechem złapał Zosię i wyciągnął za próg. Zosia spojrzała w niebo od strony stodoły ciągnęła ciemna chmura, a kiedy usiadły w starej łodzi, zerwał się sztormowy wiatr. Strach ścisnął jej żołądek, ale ojciec uparcie wiosłował na środek rzeki, bo tam lepszy połów, tam głębiej.

Brzeg już niedaleko, a tymczasem sroga wichura rozkręciła się na dobre, deszcz siekł po grzbiecie jak biczem. Zosia złapała się kurczowo burt łódki.

Tata zawsze mówił, że na burzy najlepiej biorą wrzeszczał Wiesław.

Wstał w łódce z wędką, fala walnęła prosto w bok. Wiesław stracił równowagę, poleciał za burtę. Zosia zobaczyła, jak kolejne fale przykrywają go, a on macha rozpaczliwie rękami. Chciała rzucić mu wiosło, ale sama wpadła do wody łódka się przewróciła, a coś twardego uderzyło ją w głowę.

Ocknęła się na łóżku w dusznym, małym pokoiku pachnącym wilgocią. Do izby wszedł brodaty facet. Miała ciężki oddech, brakowało jej sił ruszyć palcem.

No, w końcu się obudziłaś mruknął brodaty i zaczął w piecu podpalać ogień. Zosia znów odpłynęła i śniło się jej, że widzi młodą Jadwigę, swoją mamę.

Następnym razem, gdy się przebudziła, brodaty mężczyzna siedział obok niej i karmił ją łyżką jakimś gorzkim naparem:

Pij, pij, lepiej ci będzie. Jeszcze coś zjedz.

Czas mijał, aż w końcu Zosia zebrała się w sobie, powoli wstała nogi drżały, podeszła do okna, a tam późna jesień. Miała na sobie pożyczoną, za dużą piżamę, a w lustrze zobaczyła, że włosy ktoś jej zaplótł w warkocz (co prawda rozczochrany). Była w jakiejś drewnianej chacie. Głód wygrał, wyszła do drugiego pokoju.

O, żyjesz, to dawaj do stołu, chleba weź brodaty coś mieszał w garnku, a dom pachniał jedzeniem.

Zosia speszona, nic nie rozumiejąc, usiadła do stołu. Facet postawił przed nią talerz zupy, sam też się dosiadł i zaczął jeść.

Jak tu się znalazłam?

Najpierw jedz, potem gadaj…

Bała się mu sprzeciwić, zjadła do końca.

Zupełnie nic nie pamiętasz? zapytał brodaty.

Nie potrząsnęła głową.

Człowiek cię ratuje, troszczy się, a ty nic nie pamiętasz! westchnął. Może przez chorobę? Prawie się utopiłaś w Wiśle, wyciągnąłem cię w ostatniej chwili.

Zosia była bezradna.

A imię twoje pamiętasz chociaż?

Znów tylko głową machnęła.

No, to mamy problem… A przecież jesteś moją żoną! Zoska, moja kochana Zosieńka.

Nie może być zaniemówiła Zosia, zszokowana, ale nic nie pamiętała.

Oj, jak najbardziej może uśmiech nieprzyjemnie rozciągnął mu twarz. Pokażę ci pokój, może wróci ci pamięć złapał ją za rękę i ciągnął. Tyle miesięcy się tobą opiekowałem, dwa miesiące jak kłoda leżałaś.

Zaciągnął ją do izby, gdzie leżała wycieńczona. Opierała się, ale on uderzył ją i rzucił na łóżko.

Niewdzięcznico, tyram tu, ratuję cię od śmierci, a ty tak się odwdzięczasz Teraz zapamiętasz, kto tu jest mężem…

Zosia leżała potem jak szmaciana lalka, łzy płynęły z oczu. Za oknem zahuczała pilarka elektryczna. Kiedy tylko mogła, złapała z wieszaka wielką kurtkę, owinęła się nią i cichaczem wymknęła się na podwórko. Pobiegła na skraj lasu, do rzeki. Zauważyła łódkę z silnikiem. Usłyszała jednak za sobą chrobot gałęzi, brodaty dorwał ją i powalił na ziemię.

Podnosząc ją za kołnierz warczał:

Myślisz, że uciekniesz? Obraziłaś się czy co? Dobra, nie krzyw się tak, zły jestem, że pamięć ci wcięło. Myślałem, że umrzesz. Chciałaś mi uciec, co? Nie ma szans. Zaraz rozpalę saunę, ogrzejesz się. Jak ja mam na imię, pamiętasz? Jestem Kaziuk, Kazimierz.

Zosia, jak w transie, wróciła do domu. Prawdę mówiąc, niczego nie pamiętała. Poddała się, nie próbowała już uciekać, była za słaba. Ale w głębi ducha postanowiła: musi czekać na okazję.

Boże, za co mi taka dola? myślała w kółko.

Kaziuk zadał jej mnóstwo roboty w domu: sprzątać, prać, gotować, oporządzać w chlewie. Ale najgorsze było to, jak z tym swoim obrzydliwym uśmiechem pchał ją na łóżko. A jak się opierała bił. Uznała, że lepiej nie protestować.

Czas mijał. Kaziuk znikał na ryby albo do lasu, czasem jechał na targ do Białegostoku, sprzedawał mięso i ryby. Jak go nie było, Zosia mogła trochę odetchnąć. Telewizora nie było, czytała stare, zakurzone książki. Gdy Kaziuk wracał znów robiła się mała jak mysz.

Pewnego dnia Zosia wyszła niby na chrust i zobaczyła łódkę na łańcuchu z kłódką. Klucz wisiał w domu, wiedziała dobrze. Gdy Kaziuk po obiedzie drzemał, chwyciła klucz, zarzuciła na siebie ciepły płaszcz i wybiegła do łódki. Długo macała się z kłódką, aż w końcu udało się i już wypychała łódkę od brzegu, gdy poczuła świst kuli nad głową. Obejrzała się: Kaziuk z dubeltówką strzelec wyborowy.

Wracaj, bo następnym razem strzelę prosto, nie tylko straszę! wrzasnął. Strzelił jeszcze raz, więc podpłynęła do brzegu.

Wyciągnął ją z łódki, uderzył pięścią, przewrócił i zbił do nieprzytomności. Ocknęła się z powrotem na swojej pryczy.

Nie rozumiesz po dobroci, to będziesz mieszkać w chlewie na łańcuchu warknął i wyszedł.

Minął tydzień. Zosia już miała dość, wiedziała, że oszaleje. Pomału odzyskiwała siły, ale nagle poczuła nudności i wybiegła na podwórze. Kaziuk patrzył podejrzliwie.

Co, może zaciążyłaś?

Wkrótce oboje wiedzieli już na pewno: Zosia była w ciąży. Kaziuk trochę się opamiętał, zwolnił ją z cięższych prac i nawet więcej nie bił, tylko czasami mu ręka drgnęła. Pojechał na targ do miasta. Przepływał przez rzekę swoją łódką z silnikiem, dalej jechał autobusem jak to miał w zwyczaju.

Zosia wyszła na brzeg rzeki, było listopadowo, zimno, zima za rogiem. Usłyszała warkot silnika łódki przypływała, ale nie Kaziuk. Z łodzi wyszedł znajomy mężczyzna z wędkami.

Zoska, to ty? aż oczy wytrzeszczył.

Pan chyba mnie z kimś myli, jestem Walentina odpowiedziała niepewnie.

Przestań, przecież cię znam od dzieciaka! Nosiliśmy się nawzajem na rękach. Tyś moja sąsiadka! A twoja mama Jadwiga pochowała Wiesława, ciebie uznała za utopioną. Serce jej się ścisnęło do reszty nie dawał za wygraną. Jestem twój wujek Henio! Nie poznajesz mnie? Jak się tu znalazłaś?

Tu mieszkam z mężem zająknęła się Zosia.

Myślałem, że tu nikt nie żyje, zawsze tu pusto. Nagle Zosia chwyciła go za rękaw.

Wujku Henio, zabierz mnie na drugi brzeg, wszystko ci opowiem Będę wdzięczna po grób. Boję się, że Kaziuk mnie zabije.

Dobra, wskakuj, szybko! Kiedy już wychodzili na brzeg, usłyszeli strzały. Szybko schowali się za pagórek.

W domu Heniowego wujostwa Zosia weszła niepewnie i zobaczyła kobietę, którą niedawno widziała w snach.

Dzień dobry przemówiła cicho.

Córciu! rzuciła się do niej Jadwiga. Heniek, gdzieś ją znalazł?

Szczęście mamy nie znało granic. Henio opowiedział, ale Zosia nic nie pamiętała. Dopiero nagle wróciły jej obrazy z przeszłości tata, mama Coraz więcej i więcej aż wszystko wróciło, nawet upadek ojca do wody. Od razu opowiedziała o Kaziuku. Choć to on ją uratował, więził i bił.

Mamo, jeśli on mnie znajdzie, to nas pozabija. To nie jest człowiek To bestia.

Zaraz przyszła sąsiadka Basia, żona Henia. Wszystkich zebrała:

Jadzia, Zosia ma rację, musicie wyjechać na chwilę. Jedźcie do mojej siostry na wieś. Ona ma dom sama, a potem się zobaczy. Pakujcie się, Henio was zawiezie samochodem.

Ostatni raz rzuciły okiem na stary dom i wyjechały starym fiatem. Kaziuk rzeczywiście odwiedził ich dawny dom, zobaczył kłódkę.

Kogo pan szuka? spytała Basia.

Znajomej. Nie wie pani, gdzie się podziała?

Nie mam pojęcia rzuciła i widziała, jak brodaty pogroził jej pięścią.

Henio sprzedał stary dom Jadwigi, przywiózł kilka tysięcy złotych. Pomógł im kupić mały domek we wsi. Z żoną ogarnęli dom, pomalowali ściany, naprawili, co się dało, i tak powoli życie wracało do normy.

Zosia odzyskała pamięć, bała się tylko chwil, kiedy śnił jej się Kaziuk. Przypominał jej się też przez małego synka, Nikodema. Ale pokochała go nad życie babcia też. Na szczęście za płotem mieszkał Grzegorz, który coraz częściej przynosił jej kwiaty i już po cichu marzył, żeby Zosia została jego żonąCzas płynął każdego dnia Zosia odnajdywała coraz więcej siebie, tej sprzed burzy, ale i nowej, silniejszej. Nikodem rósł jak na drożdżach, oczy miał szare po matce, ale w spojrzeniu czaiła się wesołość zupełnie nowa. Często Zosia budziła się w nocy, słuchając ciszy. A jednak to była bezpieczna cisza, po której zasypia się bez strachu.

Jadwiga odzyskała twarz pogodniejszą, oparcie w córce i wnuku dało jej nową energię. Razem oporządzały mały ogródek, sadziły ziemniaki żeby życie miało smak i sens. Nikodem biegał z patykiem udającym konia, Zosia patrzyła, jak podnosi się, gdy się przewróci. Wiedziała, jak bardzo trzeba umieć się podnosić.

Wiosną do ich furtki nieśmiało zajrzał pierwszy sąsiad. Potem drugi, przyniósł mleko, żeby pomóc młodej matce. Aż pewnego dnia, w południe, gdy bociany krążyły nad wsią, do Zosi przyszła listonoszka. Wręczyła kopertę. Dawno nikt do nich nie pisał. Drżącymi rękami Zosia otworzyła list:

Pani Zofio. Kazimierz B. został zatrzymany za porwanie, przemoc i groźby. Policja przekazała, że jest już bezpiecznie. Może Pani spać spokojnie.

Łzy stanęły Zosi w oczach. Tego dnia długo tuliła Nikodema i dziękowała Bogu za kolejny świt, za spokój, za to, że kiedyś, mimo lęku, odważyła się uciec. Patrząc na synka, pomyślała: choć życie pokiereszowało ją jak jej matkę ona już się nie da złamać. Los wciąż, jak rzeka, potrafił gwałtownie zawracać, ale na drugim brzegu zawsze była nadzieja.

Wieczorem, gdy wieś tonęła w złocistym świetle, Zosia wyszła na próg. Miała przed sobą Nikodema, w sercu ukojną przestrzeń i cicho wyszeptała do siebie, do mamy, do tego nieba nad polem:

Za tę dolę dziękuję, że przyniosła nam nowy początek.

I po raz pierwszy od dawna uśmiechnęła się nie przez łzy, lecz naprawdę, całą sobą.

Rate article
Fajna Tajna
Dlaczego życie zgotowało jej taki los? Z każdym rokiem, gdy stawała się starsza, Lubka coraz mocni…