Jechałam zimową trasą przez Mazury wzdłuż lasu, gdy nagle drogę zagrodziła mi wataha wilków, jeden z…

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co mi się ostatnio przytrafiło do dziś mam ciarki, jak tylko o tym pomyślę.

Jechałam samochodem przez zimowe Mazury, tą samą drogą, którą pokonywałam już tyle razy. Z obu stron ciągnął się zasypany śniegiem las, praktycznie żadnych aut, ja sobie włączyłam cicho Śpiewające fortepiany i odpłynęłam gdzieś myślami. Zawsze ta trasa wydawała mi się spokojna, swojska, swoja.

I nagle przede mną na drodze czerwone światła. Ktoś zahamował tak ostro, że prawie wjechałam mu w tył. Serce mi podeszło do gardła, ale na szczęście zdążyłam wyhamować. I już miałam kląć pod nosem, już chciałam wyminąć tego kierowcę, ale wtedy zrozumiałam, co się dzieje.

Przed nami, na środku jezdni, stały wilki. Nie jeden, nie dwa cała wataha. Powoli wychodzili z lasu, szli jakby się wcale nie spieszyli. Tylko cienie na białym śniegu, oczy im błyszczały w świetle reflektorów. Zamarłam za kierownicą, patrząc, jak zbliżają się do samochodów.

Jeden z nich, większy od reszty, zatrzymał się tuż przede mną i dosłownie wlepił we mnie ślepia przez szybę. Miałam wrażenie, że mnie prześwietla, że patrzy prosto w moją duszę. Nie mogłam się poruszyć, byłam w jakimś hipnotycznym stanie. Wyobraź sobie, idziesz wstecz, a w lusterku same wilki wokół, z boku, pomiędzy drzewami, dosłownie wszędzie. Byliśmy otoczeni.

Serce mi waliło, ręce aż mi się trzęsły. Trzymałam kierownicę tak mocno, że aż palce zbielały. I wtedy jeden z wilków jakby się wkurzył wyskoczył i wylądował prosto na mojej masce. Tak, na serio usłyszałam głuchy huk, zobaczyłam, jak łapy ślizgają się po metalu, a pazury drapią lakier. Przysunął łeb prawie do szyby, warczał tak głęboko, że miałam wrażenie, że dźwięk ten aż rozsadza mi klatkę piersiową.

No i wyobraź sobie ja, Dorota Nowak, wrzeszczę w środku samochodu jak opętana! Już byłam pewna, że to moja ostatnia chwila, że zaraz skoczą mi do środka i po mnie. Czułam tylko: To koniec, nie wyjdę stąd w jednym kawałku. Aż tu nagle

Nagle z lasu rozległ się inny dźwięk taki niski, głęboki, jakby z samego dna ziemi. Nie wycie, nie szczekanie, tylko coś w rodzaju rozkazu, nawoływania. Wszyscy zamarli, nawet wilk na masce od razu przestał się ruszać. Jego uszy się poruszyły, głowę odwrócił w stronę lasu.

I wtedy wyszedł on szef wszystkich szefów. Wilczy wódz, jeszcze większy od tego na mojej masce. Szedł spokojnie, pewnie, z taką godnością, że od razu wiedziałam, kto tu rządzi. Jeden jego ruch, jedno spojrzenie i cała wataha jakby dostała jakiś sygnał. Ten z maski zeskoczył miękko na śnieg, reszta powoli zaczęła się cofać. Żadnego warczenia, żadnej agresji po prostu poszli za swoim przywódcą, który krótkim, stanowczym odgłosem kazał im wracać do lasu.

I tak po prostu, nagle zrozumiałam, że to nie był atak. To była komenda. Jakby dał im do zrozumienia: Nie ruszać, ludzie nie są tu waszą zdobyczą, samochody nie są zagrożeniem. Wataha słuchała go bez mrugnięcia okiem.

Wilki znikały między drzewami jeden po drugim, a na końcu jeszcze raz spojrzał na mnie właśnie ten wilczy wódz. Jego oczy już nie straszyły, raczej były spokojne, chłodne, jakby wiedział coś, czego ja nie rozumiem.

Jak opadł kurz, siedziałam tam jeszcze kilka minut trzęsąc się ze strachu i ulgi, pod nosem powtarzałam sobie: Boże, dobrze, że w ogóle żyję i nie będzie szkoda tego starego passata, jeśli pazury coś porysowały! Do dziś nie wiem, czy to był przypadek, czy jakieś wilcze fatum, ale wiem jedno bez tego przewodnika cała ta historia mogła się skończyć zupełnie inaczej. Taka właśnie przygoda za 0 złotych na polskiej zimowej trasie.

Rate article
Fajna Tajna
Jechałam zimową trasą przez Mazury wzdłuż lasu, gdy nagle drogę zagrodziła mi wataha wilków, jeden z…