Dziś wracam wspomnieniami do wydarzeń sprzed kilku miesięcy. Mój brat, Jakub, po obronie magisterki wyjechał do Wrocławia za pracą. Z początku miał plan, żeby zostać tam tylko na rok, odłożyć trochę pieniędzy, a potem wrócić do rodzinnego Białegostoku i kupić swoje pierwsze własne mieszkanie. No, ale życie jak zwykle pisze własny scenariusz. Poznał Zuzannę i sprawy potoczyły się błyskawicznie zaręczyli się i zdecydowali na wspólną przyszłość. Tak brat osiedlił się na Dolnym Śląsku.
Do dziś właściwie nie poznaliśmy jego żony. Gdy miał być ich ślub, ja akurat byłam w zaawansowanej ciąży, termin porodu miałam niemal co do dnia wesela. Ustaliliśmy z mężem, że nie mogę ryzykować długiej podróży. Tata też nie mógł dostać wolnego w pracy w pociągu PKP, więc pojechała tylko mama. Po prostu była na ślubie, pogratulowała młodym i tyle. Parę dni później już wróciła do domu. Nie zaprzyjaźniła się z synową, wszystko było grzecznościowe, bez większego kontaktu. Wspominała jedynie, że Zuzanna to bardzo ładna, uprzejma i pogodna dziewczyna. I na tym się nasza znajomość kończyła, przez te wszystkie lata losy się nie splatały.
W tym roku Jakub zadzwonił z superwieściami planuje dłuższą wyprawę po Polsce i jednym z punktów miała być kilkudniowa wizyta u nas. Plan był napięty, bo po pobycie u nas mieli iść na wesele jego przyjaciółki do Krakowa, potem zjazd z liceum w Lublinie, wyjazd z rodzicami nad Bałtyk, a potem powrót do Wrocławia. U nas miał być raptem dwa dni. Miałam do dyspozycji swój mały blokowy salon, ale z mężem postanowiliśmy odstąpić im domek letniskowy teściów nad Narwią, który nie był może szczytem komfortu, ale za to dawał odrobinę prywatności i przestrzeni. Byłam pełna nadziei, pogoda dopisywała i cieszyłam się na wspólne chwile.
No i nadeszła ta długo wyczekiwana wizyta. Ledwo weszli do domu, a już pojawiły się pierwsze zgrzyty. Zuzanna od progu zaczęła narzekać, że podróż była duszna, zatłoczona i okropnie niewygodna. Uśmiechnęłam się, bo myślałam, że to tylko chwilowe zmęczenie.
Pojechaliśmy do letniskowego domku. Zaprowadziłam ich, pokazując prysznic i toaletę, a ona wyglądała, jakbym zaprowadziła ją do rynsztoka. Od razu zabrała Kubę na bok, zachowywali się dziwnie, po czym brat poprosił, żeby mój mąż podwiózł ich do miasta. Zuzanna za żadne skarby nie zamierzała korzystać z letniskowej łazienki, więc umyła się i zrobiła makijaż w naszej kawalerce, a potem wrócili do domku.
Później wyszło, że zupełnie jej nie odpowiada nasze jedzenie. Staraliśmy się były pierogi, barszcz, sałatki, ale okazuje się, że Zuzanna nie je glutenu, nie zajrzy do niczego z tłuszczem, a właściwie nie wiadomo z czym jeszcze. Skończyło się na tym, że tknęła jedynie kilka pomidorów, a nawet na warzywa patrzyła z rezerwą.
Pokój, który starałam się przygotować najlepiej jak umiałam, też nie przypadł jej do gustu. W końcu wrócili do miasta i zostali u nas w bloku choć miejsca praktycznie nie było.
Następnego dnia wybraliśmy się na spacer po Białymstoku, mając nadzieję, że mile spędzimy czas. Niestety nawet krótka przechadzka zamieniła się w koszmar to jej gorąco, to ją boli noga, to się nudzi. Przysięgam, że mój trzyletni synek marudził mniej.
Kiedy w końcu się pożegnali i ruszyli w dalszą trasę, odetchnęłam z ulgą. Zastanawiam się do dziś, jak mój brat wytrzymał z nią tyle lat. My w dwa dni mieliśmy dość tego cyrku na długi czas.


