Byłam w tym związku pięć lat. Dwa lata byliśmy po ślubie, wcześniej trzy wspólnie mieszkaliśmy. Kiedy byliśmy narzeczonymi, żyliśmy praktycznie na walizkach widywaliśmy się może raz na trzy miesiące, a była i taka rekordowa, szalona z punktu widzenia tęsknoty, kiedy spotkaliśmy się ledwie dwa razy przez rok praca, wiadomo. Wtedy nawet mi to nie przeszkadzało, serio! Wydawało się wręcz idealnie tęsknota wielka, łzy podczas rozmów, a korespondencja i wideopołączenia pełne wzajemnych czułości, że aż klawiatura parowała. Kłótnie? Brak. Zazdrość? Zero. Szacunek do prywatności? Sto procent. On mógł wyskoczyć z kolegami na żurek i piwo, ja z przyjaciółkami na imprezę hulaj dusza, piekła nie ma! Nawet pomagał mi dobierać kreacje (choć to raczej były porady w stylu: Ta sukienka jest za obcisła, załóż coś, w czym wyglądasz porządniej). Żadnej kontroli, raczej taki chłopak, który jest autentycznie dumny z kobiety obok. Było totalnie zdrowo, spokojnie, po polsku, bez zadęcia.
Ale przyszedł taki zimowy grudzień, który zupełnie nas przeczołgał wiedzieliśmy, że i Wigilia, i Sylwestra spędzimy osobno. Smutek level expert, rozczarowanie godne dramatu. Wtedy on wyszedł z propozycją: Słuchaj, zamieszkajmy razem. W moim Wrocławiu zawsze znajdziemy miejsce na kopytka dla dwojga. Przegadałam temat z rodziną wiadomo, mama, tata, nawet babcia po konsultacji dostałam zielone światło. Złożyłam wypowiedzenie w pracy, spakowałam walizki i hej, przyjechałam do niego.
Pierwsze miesiące? Różowe okulary nie chciały zejść z nosa. Pierwszy rok upłynął pod hasłem poznawanie dziwactw drugiej połówki: kto jak wstaje, jak się zachowuje przed kawą, co go wnerwia, czy kogoś lepiej zostawić na chwilę w spokoju przed obiadem. Nie miałam wtedy pracy, więc trochę zamieniłam się w domową menadżerkę ogarniałam wszystko na błysk. Szło gładko.
Drugi rok był już perfekcyjny drużyna marzeń. Wpadliśmy w nowy etap zakochania, taki, że już nawet sąsiedzi pytali, czy my dopiero po ślubie, bo nie mogli uwierzyć, że to nadal ta sama para. Chcieliśmy być razem non stop jak tylko kończył zmianę, od razu wskakiwał do domu, a my byliśmy nierozłączni. Czułam, że podjęłam dobrą decyzję.
Ale w trzecim roku coś zaczęło trzeszczeć. On nagle zaczął wracać późno. Do tej pory mieliśmy włączoną współdzieloną lokalizację w telefonie ot, taki nowoczesny polski zaufanie aż tu nagle dezaktywował ją bez słowa. Skąd ten pomysł? Nagle powroty o piątej, szóstej rano, mimo pracy w korpo od ósmej. Prysznic, jajecznica i znów znikał. Przestał się tłumaczyć. Kłótnie stały się chlebem powszednim.
Pewnego dnia trafił się cios nie do zapomnienia. Prasując jego białą koszulę znalazłam makijaż podkład i szminkę na kołnierzyku i rękawie. Nie chodzi o jakąś plamkę z lekcji makijażu, to była cała galeria kolorów! Poprosiłam o wyjaśnienie. I wtedy usłyszałam, coś czego nie wyłapią nawet najlepsze matki Polki spod Radomia: Musiałem szukać gdzie indziej tego, czego już mi nie dajesz stałaś się nudna, tylko sprzątasz i gotujesz. To wystarczyło. Nie powiedział wprost Tak, zdradziłem, ale też nie zaprzeczył właściwie potwierdził wszystko, nie używając słowa na Z.
Rozsypałam się, jak barszcz czerwony na obrusie łzy lały się jak z cebra. Czułam fizyczny ból w sercu, dosłownie. Nie wiedziałam co dalej. Więc postanowiłam zadbać o siebie. Wróciłam na siłownię przed związkiem trenowałam regularnie, z nim odpuściłam. Tam poznałam pewnego mężczyznę. Zaczęliśmy rozmawiać. Przyjemnie. Pewnego popołudnia zaprosił mnie na drinka, a ja, proszę ja ciebie, zainicjowałam, żebyśmy poszli do niego. Było jasne, po co. I wtedy, po porannym treningu, wracając do domu, miałam myśl: Niemożliwe, chcę go zdradzić… Ale zasłużył sobie na to! Ale w sekundę potem przyszło drugie olśnienie: Nie, nie będę tą osobą. Zdecydowałam się zakończyć wszystko wcześniej.
Poczekałam, aż mąż wróci na obiad. Nie wpuściłam go do sypialni usiedliśmy w jadalni. Powiedziałam prosto z mostu: To już nie działa. Zdradziłeś mnie. Nie chcę wiedzieć z kim i odkąd. To koniec, tu i teraz. On próbował po polsku rozmowy naprawczej: że przesadzam, że tamta nie była ważna, że w ogóle nie ma sensu się rozwodzić, bo da się to naprawić, a ona to nawet nie dorasta mi do pięt. Ale ja już byłam zdecydowana.
Nie powiedziałam, że kogoś poznałam, że poczułam coś do innego. Oświadczyłam tylko, że odchodzę. Walizki spakowane stały w przedpokoju. Zapytał, dokąd pójdę, czy mam kogoś na oku. Odparłam, że niech to zostanie moją tajemnicą, zobaczę później, co z tym zrobię.
Wyszłam z mieszkania taszcząc bagaż i ruszyłam do znajomego z siłowni. Gdy zobaczył mnie z całym dobytkiem, trochę się przestraszył. Wytłumaczyłam, że po prostu opuściłam właśnie męża i że jutro wracam do rodzinnego Poznania po prostu chciałam w tę jedną noc nie być sama. Zgodził się.
To była noc, której nie zapomnę. Nie wiem, czy to przez złość, ból, czy ulgę ale poczułam się, jakbym dostała z powrotem skrzydła (i to nie od Red Bulla). Było zupełnie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej, nawet z byłym mężem.
Następnego dnia kupiłam bilet PKP i wróciłam do rodzinnego domu. Nie miałam dokąd iść, więc zamieszkałam z rodzicami. Nie chciałam już słyszeć o byłym mężu. To już dwa lata temu. Dziś jestem sama, pracuję, wynajmuję kawalerkę i ani przez sekundę nie żałuję tej decyzji. Byłam o włos od zemsty, ale powstrzymałam się, zakończyłam wszystko wcześniej i nie zrobiłam z siebie tego samego, czym stał się dla mnie mój ex.



