Spiżarnia i muzyczne gamy – czyli jak stara skrzynka ze skrzypcami wróciła do życia między ogórkami …

Kiedy dziś weszłam do schowka, wcale nie miałam zamiaru wracać do przeszłości. Potrzebowałam po prostu słoika kiszonych ogórków do sałatki. Sięgając po niego, kątem oka zobaczyłam coś, co wystawało zza pudełka z bożonarodzeniowymi lampkami na najwyższej półce róg pokrowca, którego istnienie zdążyłam prawie wyprzeć ze świadomości. Materiał był ciemny, suwak ledwo się ruszał. Pociągnęłam, i z ciemności wyjechało długie, wąskie ciało futerału skrzypiec.

Odłożyłam ogórki na stołeczek przy drzwiach, żeby nie zapomnieć, i usiadłam na kucaka, jakby to miało mi pomóc w decyzji, której nie chciałam podjąć. Suwak poddał się dopiero za trzecim razem. W środku leżały stare skrzypce lakier wytarty, struny zwiotczałe, smyczek bardziej przypominał zmiotkę niż smyczek. Ale forma była znajoma i coś we mnie strzeliło, jakby ktoś włączył światło.

Pamiętam, jak w liceum nosiłam ten futerał przez całą dzielnicę, wstydząc się, że wyglądam zabawnie. Potem była szkoła zawodowa, praca, ślub. Pewnego dnia po prostu przestałam chodzić do ogniska muzycznego trzeba było zdążyć żyć inaczej. Skrzypce najpierw przechowywali rodzice, potem przeprowadziły się ze mną, a teraz trafiły tutaj, do schowka wśród reklamówek i pudeł. Nie obrażone, po prostu zapomniane.

Podniosłam instrument ostrożnie, jakby mógł się rozpaść w dłoniach. Drewno zrobiło się ciepłe od mojej skóry, choć w schowku było chłodno. Palce automatycznie znalazły gryf, ale zaraz zrobiło mi się głupio ręka nie pamiętała, jak trzymać skrzypce. Jakby trzymała cudzą rzecz, przywłaszczoną przypadkiem.

W kuchni zaczęła wrzeć woda. Wstałam, zamknęłam drzwi do schowka, lecz futerału już tam nie schowałam. Zostawiłam go w korytarzu, opierając o ścianę, i poszłam wyłączyć gaz. Sałatkę można zrobić i bez ogórków. Uświadomiłam sobie, że już szukam wymówki.

Wieczorem, gdy wszystko było już umyte, a na stole zostały tylko okruszki chleba, przyniosłam futerał do pokoju. Michał, mój mąż, siedział przy telewizorze, bezmyślnie przełączając kanały. Podniósł wzrok.

Co tam wygrzebałaś?

Skrzypce odpowiedziałam, i zaskoczyłam się, że to zabrzmiało spokojnie.

O, jeszcze kompletne? uśmiechnął się z tym swoim domowym sarkazmem.

Nie wiem. Zaraz się przekonam.

Otworzyłam futerał na kanapie, podkładając stare ręczniki, żeby nie porysować obicia. Wyjęłam skrzypce, smyczek, pudełeczko z kalafonią. Kalafonia spękana jak lód na kałuży. Przeciągnęłam po niej smyczkiem, włoski ledwie musnęły powierzchnię.

Strojenie było upokarzające. Kołki ciężko chodziły, struny skrzypiały, jedna od razu strzeliła i walnęła w palec. Zaklęłam cicho, żeby sąsiedzi nie słyszeli. Michał mruknął:

Może oddaj do lutnika? zapytał.

Może odpowiedziałam, choć już czułam żal do siebie, że nawet stroić nie umiem.

Na telefonie znalazłam aplikację do strojenia i położyłam ją na stoliku. Ekran pokazywał literki, strzałka skakała. Kręciłam kołkiem, nasłuchiwałam. Dźwięk raz gubił się, raz był za wysoki. Ramię zdrętwiało, palce bolały od nieprzyzwyczajenia.

W końcu struny zabrzmiały nie jak druty w wietrze, tylko jak skrzypce. Podniosłam je do podbródka. Podbródek był zimny i miałam wrażenie, że szyja nagle stała się cieńsza. Spróbowałam stanąć prosto, jak nas uczyli, plecy się buntowały. Zaśmiałam się pod nosem.

Co, koncert? rzucił Michał, nie odrywając się od ekranu.

Specjalnie dla ciebie odpowiedziałam. Uwaga.

Pierwszy dźwięk przeszył mnie na wskroś. Nie nuta, a żałosny jęk. Smyczek drżał, nie trzymałam linii. Zatrzymałam się, westchnęłam, spróbowałam raz jeszcze. Lekko lepiej, ale wciąż wstyd.

To było inne zawstydzenie, dorosłe. Nie takie, co w młodości, gdy się wydaje, że cały świat patrzy. Tutaj nikt nie patrzył. Tylko ściany, Michał i moje własne ręce, nagle obce.

Zagrałam puste struny, jak kiedyś. Potem próbowałam gamę D-dur, palce się mieszały. Nie wiedziałam, gdzie drugi, gdzie trzeci palec. Były grubsze niż kiedyś, poduszeczki nie trafiały. Nie bolało, tylko czułam, że skóra za miękka.

Daj spokój mruknął Michał. Przecież nie od razu.

Skinęłam głową, choć nie wiedziałam, do kogo daj spokój. Do niego? Do siebie? Do skrzypiec?

Następnego dnia poszłam do pracowni lutniczej obok metra. Nic romantycznego szklane drzwi, lada, na ścianie gitary i skrzypce, pachnie lakierem i kurzem. Lutnik młody chłopak z kolczykiem. Wziął instrument pewnie, jak narzędzie pracy.

Struny koniecznie do wymiany powiedział. Kołki przesmarować, podstawek poprawić. Smyczek wypadałoby naciągnąć nowy włos, ale to kosztuje więcej.

Usłyszałam kosztuje więcej i od razu poczułam napięcie. W myślach rachunki, leki, prezent dla wnuczki na urodziny. Prawie powiedziałam to już nie trzeba, ale zadałam inne pytanie:

A gdyby na razie tylko struny i podstawek?

Da się. Będzie grać.

Zostawiłam skrzypce, dostałam paragon, schowałam go do portfela. Kiedy wyszłam na ulicę, miałam wrażenie, że oddałam do naprawy nie przedmiot, a kawałek siebie, który mają mi zwrócić w lepszym stanie.

W domu otworzyłam laptopa i wpisałam nauka gry na skrzypcach dla dorosłych. Rozbawiło mnie to sformułowanie. Dla dorosłych. Jakby istniała jakaś osobna kategoria ludzi, którym trzeba wszystko tłumaczyć powoli i łagodnie.

Przeglądałam ogłoszenia. Jedni obiecywali efekty po miesiącu, inni indywidualne podejście. Zamknęłam okna, bo te słowa mnie stresowały. Potem jednak otworzyłam z powrotem i napisałam krótką wiadomość do pani nauczycielki z sąsiedniego osiedla: Dzień dobry. Mam 52 lata. Chciałabym odświeżyć umiejętności. Czy to możliwe?

Wysłałam i już żałowałam. Najchętniej bym skasowała, jakby to było przyznanie się do słabości. Ale poszło.

Wieczorem przyszedł Piotr, syn. Wszedł do kuchni, pocałował mnie w policzek, wypytał o pracę. Zaproponowałam herbatę i poczęstunek. Zaraz zobaczył futerał w kącie pokoju.

To twoje skrzypce? zapytał zdziwiony, szczerze.

Tak. Znalazłam. Chcę spróbować.

Mama, serio? uśmiechnął się, ale raczej z zakłopotania niż rozbawienia. Przecież ty… no, już dawno.

Już dawno przyznałam. Dlatego warto.

Usiadł, obracając ciasteczko w dłoni.

Po co ci to? spytał w końcu. Przecież się przemęczasz.

Poczułam w sobie odruch obrony: wytłumaczyć się, usprawiedliwić, udowodnić, że mam prawo. Ale wyjaśnienia zawsze są żałosne.

Nie wiem powiedziałam. Po prostu chcę.

Spojrzał na mnie inaczej, jakby pierwszy raz widział kobietę, która coś chce dla siebie.

No… dobrze powiedział. Tylko nie przesadzaj. I żal mi sąsiadów.

Zaśmiałam się.

Sąsiedzi przeżyją. Będę ćwiczyć za dnia.

Kiedy poszedł, poczułam ulgę. Nie dlatego, że pozwolił, ale że się nie tłumaczyłam.

Po dwóch dniach odebrałam skrzypce od lutnika. Struny błyszczały, podstawek stał prosto. Lutnik pokazał, jak naciągać, jak przechowywać.

Tylko nie kłaść przy kaloryferze przestrzegł. I zawsze trzymaj w futerale.

Pokiwałam głową jak uczennica. W domu postawiłam futerał na krześle, otworzyłam i długo się wpatrywałam, bo bałam się znowu coś zniszczyć.

Pierwsze ćwiczenie wzięłam najprostsze: długie prowadzenie smyczka po pustych strunach. Jako dziecko uważałam to za nudę. Dzisiaj wydało mi się wybawieniem. Bez melodii, bez ocen. Tylko dźwięk i walka, by był równy.

Po dziesięciu minutach bolało mnie ramię. Po piętnastu szyja. Przestałam, schowałam skrzypce do futerału, zamknęłam suwak. Złość kipiała: na ciało, na wiek, na to, że wszystko trudniejsze.

W kuchni nalałam sobie szklankę wody, usiadłam i patrzyłam przez okno. Na placu zabaw młodzież jeździła na hulajnogach, śmiała się głośno. Zazdrościłam nie ich młodości, ale bezwstydności przewracali się, podnosili, próbowali. Nikt z nich nie sądził, że za późno na naukę równowagi.

Wróciłam do pokoju i otworzyłam futerał drugi raz. Nie z przymusu, ale z niechęci do kończenia na złości.

Na wieczór przyszła odpowiedź od nauczycielki: Oczywiście, że można. Proszę przyjść, zaczniemy od podstaw i prostych ćwiczeń. Wiek nie przeszkadza, ale potrzeba cierpliwości. Przeczytałam dwa razy. Słowo cierpliwość było prawdziwe i uspokoiło mnie.

Na pierwszy lekcję jechałam z futerałem w dłoni, jak z czymś kruchem i ważnym. W metrze niektórzy się uśmiechali, inni spoglądali. Nie przeszkadzało mi to niech patrzą.

Nauczycielka była niska, około czterdziestki, z krótkimi włosami i uważnym wzrokiem. Na półce nuty, na krześle dziecięce skrzypce, w rogu pianino.

Proszę się przygotować powiedziała i poprosiła, bym wzięła instrument.

Zorientowałam się od razu, że trzymam źle. Ramię spięte, podbródek zaciśnięty, lewa ręka sztywna.

Nic się nie stało uspokoiła. Dawno pani nie grała. Zaczniemy od podstaw. Najpierw poczujmy, że to nie wróg.

Zrobiło mi się śmiesznie i trochę wstyd uczyć się trzymania skrzypiec w wieku pięćdziesięciu dwóch lat. Ale jednocześnie to było wyzwalające. Nikt nie wymagał, żebym była dobra. Wymagali tylko obecności.

Po lekcji ręce mi drżały jak po ćwiczeniach fizycznych. Dostałam instrukcję: każdego dnia dziesięć minut pustych strun, potem gama, nie więcej. Lepiej krócej, ale regularnie powiedziała.

W domu Michał zapytał:

I jak?

Ciężko przyznałam. Ale dobrze.

Jesteś zadowolona?

Zamyśliłam się. Zadowolona to nie to słowo. Czułam niepokój, śmieszność, wstyd i dziwnie rozjaśnienie.

Tak powiedziałam. Czuję, że ręce znów coś robią, nie tylko pracują i gotują.

Po tygodniu zdecydowałam się zagrać maleńki fragment melodii z dzieciństwa. Nuty znalazłam w internecie, wydrukowałam w pracy, schowałam w teczkę z dokumentami. W domu położyłam je na własnoręcznie zrobionym pulpicie z książki i pudełka.

Dźwięki były krzywe, smyczek zahaczał sąsiednią strunę, palce się myliły. Co chwilę zaczynałam od nowa. W pewnym momencie Michał zajrzał do pokoju:

Ej… to nawet… ładne powiedział ostrożnie, jakby bał się urazić.

Nie ściemniaj odparłam.

Nie ściemniam. Jest… rozpoznawalne.

Uśmiechnęłam się. Rozpoznawalne niemal jak komplement.

W weekend przyszła Hania, wnuczka lat sześć. Od razu zauważyła futerał.

Babciu, co to?

Skrzypce.

Umiesz grać?

Chciałam powiedzieć kiedyś, ale dla niej jest tylko teraz.

Uczę się powiedziałam.

Hania usiadła na kanapie, ręce złożone jak na akademii.

Zagraj.

Wszystko się we mnie ścisnęło. Przy dziecku było trudniej niż przy dorosłych dziecko słyszy bez ogródek.

Dobrze zgodziłam się i zaczęłam grać.

Zagrałam tę melodię ćwiczoną przez tydzień. W trzecim takcie smyczek się omsknął, dźwięk wyszedł piskliwy. Hania nie skrzywiła się. Nachyliła tylko główkę.

Czemu tak piszczy?

Bo babcia źle prowadzi smyczek zaśmiałam się i ona też.

Zagraj jeszcze raz poprosiła.

Zagrałam ponownie. Nie było lepiej, ale tym razem nie zatrzymałam się przez wstyd. Po prostu dograłam do końca.

Gdy wieczorem wszyscy poszli do siebie, zostałam sama w pokoju. Na stole leżały wydrukowane nuty, obok ołówek do zaznaczania trudnych miejsc. Skrzypce były w futerale, zamknięte, ale nie schowane do schowka. Stały przy ścianie przypomnienie, że są już częścią mojego dnia.

Ustawiłam timer w telefonie na dziesięć minut. Nie po to, żeby się zmuszać, tylko żeby się nie zniechęcić. Otworzyłam futerał, sprawdziłam kalafonię, napięcie smyczka. Uniosłam skrzypce do podbródka, wydech.

Dźwięk był łagodniejszy niż rano. Potem znów się omsknęło. Nie przeklinałam. Ustawiłam rękę i grałam dalej, słuchając, jak nuta drży i trwa.

Gdy timer zadzwonił, nie odłożyłam od razu. Dokończyłam smyczek, ostrożnie schowałam skrzypce i zamknęłam futerał. Postawiłam go z powrotem przy ścianie, nie w schowku.

Wiedziałam, że jutro będzie podobnie: trochę wstydu, trochę zmęczenia, kilka przejrzystych sekund, dla których warto znów otworzyć futerał. I to mi wystarczało, by próbować dalej.

Rate article
Fajna Tajna
Spiżarnia i muzyczne gamy – czyli jak stara skrzynka ze skrzypcami wróciła do życia między ogórkami …