Biedna owieczka
Cześć rodzice! wpadła do domu w niedzielne popołudnie Kasia Wychodzę za mąż! Bartek mi się oświadczył, a ja się zgodziłam, nawet nie musiałam się zastanawiać.
Matko Boska, Kasiu, taka już jesteś dorosła! zapiała ze wzruszeniem Lucyna i spojrzała na męża. Andrzej siedział poważny, milczał, pewnie próbował przełknąć szok po nowinie od córki.
No raczej, a na co tu było czekać skończyłam szkołę, pracuję już w Poznaniu, Barteczek też pracuje, więc uznaliśmy, że czas się pobrać.
Rodzice Kasi znali Bartka, miejskiego chłopaka spod Piły mieszkał tylko z mamą, był spokojny, schludny i uprzejmy, już dawno się poznali i nie mieli nic przeciwko takiemu zięciowi.
Na organizację wesela Lucyna z Andrzejem wzięli się sami, bo jakby nie patrzeć, wciąż trzymali się na wsi, gospodarstwo jakie-takie mieli. Bartek trochę uzbierał grosza, ale Andrzej uznał:
Bartek, te pieniądze to zatrzymaj na mieszkanie, przyda wam się jak przyjdzie kupić swoje własne, a my z mamą wesele ogarniemy. Może twoja mama też coś dorzuci.
Mama Bartka, Teresa, od razu postawiła sprawę jasno:
Nie mam pieniędzy, sama wychowywałam syna, ledwie z jednej pensji wyżyliśmy, może na prezenty trochę uzbieram.
Lucyna z Andrzejem początkowo nie oceniali za bardzo przyszłej swatowej, ale Lucyna od razu poczuła, że jakoś nie ma do niej zaufania. Ustalono wesele w kawiarni w mieście bez pałacowych fanfar, raczej skromnie, po polsku, ale jakoś się bawili.
Po ślubie młodzi wzięli kredyt na mieszkanie, a wkład własny uzbierali dzięki rodzicom Kasi, bo Teresa znów tłumaczyła się długami i kredytami. Kasia z Bartkiem mieszkali już na swoim, aż tu, hop! urodziła się wnuczka mała Marysia. Lucyna z mężem, z każdej emerytury coś nowego dla małej kupili, z wioski wieźli sery, śmietankę, ziemniaki i marchew, przeróżne dobrocie.
Czasem Lucyna dzwoniła do Teresy:
Teresa, dorzućmy się razem i kupmy wnuczce jakiś porządny prezent, dziecko rośnie, rzeczy coraz więcej potrzeba.
Oj, Lucynka, nie mam kasy rozlegało się z drugiego końca słuchawki, czasem z teatralnym westchnieniem wiesz, sama jestem…
Na urodziny Kasi Lucyna z Andrzejem przyjechali nadziani ziemniakami, marchwią, kawałkiem schabu. Teresa wręczyła okrągły tysiąc złotych, co Lucynie się mocno nie spodobało, bo oni z mężem dali jeszcze pięć tysięcy w kopercie. Lucyna nie żałowała nigdy dla swojej córki ale wbijało ją, że swatowa wiecznie jest biedna i nic od siebie nie daje.
Andrzej, czemu my niczego nie żałujemy dla naszych dzieci, a swatowa wiecznie jęczy i tylko się żali? Aż mi jej głosu słuchać nieprzyjemnie. Teraz każdemu ciężko! Pracować trzeba, nie użalać się nad sobą. Ty, jakbyś taką miał żonę, to byś do dziś sam sobie robił zupę, a nie tak jak ja, która haruję na równi z tobą dumała Lucyna, a Andrzej słuchał w ciszy, bo przez lata dobrze już znał żonę.
Lucyna z czasem zaczęła zauważać, że Teresa jest zawsze uczesana, ubrana na poziomie, paznokcie zadbane, świeżutka fryzura. Za co to wszystko? Przecież na manicure i fryzjera to tanio nie wychodzi, a ta ciągle narzeka. Ale Andrzej zaskoczył ją swoją reakcją:
A i dobrze, jak kobieta o siebie dba. Może dlatego wygląda młodziej od swojego wieku a Lucynie aż mowę odjęło.
Aż ją zagotowało na takie dictum.
Tobie to się podoba, bo ona ma masę czasu i nie ma gospodarki ani warzywnika nad głową. My we wsi do wszystkiego same: pole, krowa, dom. Też będę o siebie dbała! Tylko ty wtedy sobie sam będziesz ogrodnika bawić i krowę doić. Patrz, coś nie śpieszysz się sam do grządek, co?
Andrzej nie był typem kłótliwca, raczej cicho przyswajał, bo wiedział, że z Lucyną nie ma co się droczyć obcałował siłą charakteru. Po tej kłótni wszystko zostało po staremu: Lucyna harowała na gospodarstwie, Andrzej od czasu do czasu po wodę poszedł, a i tak większość obowiązków spoczywała na niej.
Kiedy Marysia skończyła trzy lata, poszła do przedszkola. Ale zaczęła łapać infekcje, a w końcu umówiono się, że Teresa trochę posiedzi z wnuczką, aż ta podrośnie.
Posiedzę, co ja mam do roboty, emerytka przecież jestem zgodziła się Teresa.
Lucyna nawet się cieszyła.
No, chociaż raz dzieciom pomoże ucieszyła się po cichu.
Z czasem Lucyna zauważyła inną zmianę Andrzej coraz częściej jeździł do Piły.
Lucynka, zrób śmietany, jajek, kartofli, zawiozę córce, i tak muszę do miasta po części zawsze miał jakąś wymówkę. Po drodze zajrzę do Marysi.
Lucyna pękała z dumy, bo co miasto to miasto, w sklepach drogo, a tu mają swoje, bez tych wszystkich chemikaliów.
Zauważyła, że Andrzej wraca później niż kiedyś. Jeszcze niedawno zdążył zahaczyć o sklep albo serwis, kupić, co żona napisała na liście, a teraz zasiedział się u córki i zięcia, jakby coś go tam szczególnie ciągnęło.
Lucyna przez dłuższy czas nie zwracała na to uwagi, aż… się domyśliła.
O rany, mój Andrzej zakochał się w Teresie! Trzeba to sprawdzić, niech se nie myśli, że będę miał kochankę pod własnym nosem!
Przy kolejnym kursie do miasta, kiedy Andrzej zbierał podarki, Lucyna powiedziała spokojnie:
Jadę z tobą, stęskniłam się za Marysią. Sklep odwiedzę! spojrzała mu prosto w oczy. Andrzej zbaraniał i nie wymyślił nic, tylko potakiwał głową.
W drodze do Piły Andrzej miał minę, jakby wygrał kupon na zniżkę do prosektorium.
Co taki zamyślony jesteś?
A jakoś głowa mnie boli wymamrotał.
Kiedy zadzwonili do drzwi mieszkania córki, Teresa otworzyła w rozchylonym szlafroczku, pięknie umalowana, wesoła, ale gdy zobaczyła i męża, i żonę, uśmiech jej znikł równie szybko, jak obietnice polityków.
Ojej, nie spodziewałam się! Wchodźcie szybko zapięła szlafrok.
Ugościli się przy herbatce, bo Lucyna jak zawsze wiozła ciasto i jabłka. Gdy Marysia zasnęła, zauważyła, jak Teresa rzuca odważne spojrzenia na Andrzeja, który ani myślał pozostawać dłużnym.
No proszę, nawet się mnie nie wstydzą. Patrzcie, do czego to doszło pomyślała Lucyna, ale nie dała po sobie poznać.
Wychodzę na chwilę na papierosa rzucił Andrzej i znikł.
Jak tylko zamknęły się drzwi, Lucyna nie patyczkowała się, tylko walnęła z mostu:
Teresa, przestań już udawać biedną, pokrzywdzoną owieczkę. Widzę, co się tu wyprawia. Wiem, po co mój chłop tu przyjeżdża, i wcale nie do wnuczki. Skończ te spojrzenia. Chcesz sobie faceta znaleźć? To sobie bierz, byle nie mojego! Nie wstyd ci tak się z cudzym mężem szwendać, i to jeszcze ze swoim swatem?! Jeśli nie przestaniesz, to sama się tu wprowadzę i będę z Marysią siedzieć, żeby ci oczu nie zawracał. Zachowuj się, kobieto, bo to i twojemu synowi wstyd.
Teresa aż poczerwieniała. Nie spodziewała się, że taka chłopska kobieta tak szybko załapie, co się kroi. Uważała Lucynę za niczego nieświadomą babę ze wsi, zajętą tylko krowami i kartoflami. A tu proszę! Prześwietliła ją w pięć minut.
Gdy wychodziła z Andrzejem z mieszkania, Lucyna rzuciła jeszcze przez ramię:
Nie rób ze mnie głupiej, naiwnej baby…
Po drodze do domu Lucyna wygarnęła wszystko mężowi:
Więcej tam sam nie pojedziesz. Wszystko już wiem. Ta biedna owieczka nawet nie zająknie się przy tobie więcej, bo dostała do wiwatu.
Ależ Lucynko, coś ci się chyba przywidziało! Nic tu nie ma! usprawiedliwiał się Andrzej.
Nic nie ma, to nie ma, ale wiesz co? Koniec kursowania do wdówki, jeśli dzieci w pracy. Jak coś, jadę ja. A ty tu, kochany, śmiało możesz sobie doić krowę i plewić buraczki. Znasz mnie dwa razy nie powtarzam.
Wieczorem zadzwoniła Kasia, z pretensją w głosie.
Mamo, czemu uraziłaś Teresę? Przecież pomaga nam z Marysią, ja jestem wdzięczna. A ty chyba jesteś o tatę zazdrosna? Co w tym złego, że ojciec wnuczkę odwiedza?
Lucyna uniosła się trochę, bo widziała, że swatowa już ją obrobiła także u córki.
Dziecko, jak dorośniesz, zrozumiesz. Fajnie by ci było, jakby twój mąż godzinami siedział u twojej przyjaciółki? Swatowa to dorosła kobieta, powinna wiedzieć, co wypada. A matka to matka i nie zapomnij, ile dla was z ojcem robię, bo twój tata w tym wszystkim jest raczej dodatkiem. A jak Teresa nie będzie siedzieć z Marysią, to ja ot, wsiadam w autobus i przyjeżdżam.
Przepraszam, mamo! To swatka mi narzekała, stąd się uniosłam. Już rozumiem…
No właśnie. A swatowa swoje bajki powtarza, a ja jej powiedziałam, co myślę, prosto w oczy. Myślała, że się nie zorientuję… A ona aż się zapowietrzyła ze złości.
Od tej pory Andrzej przy kursach do Piły zawsze meldował żonie, dokąd jedzie i najczęściej zabierał ją ze sobą nawet sam proponował. Lucyna była zadowolona, bo i z wnuczką się więcej spotykała, i Andrzej zaczął w końcu pomagać jej w gospodarstwie, czasem sam proponował, żeby odpoczęła. Warzywnik ogarniali razem.
Chłop musi mieć zajęcie, to głupoty mu nie w głowie, a i doceni mnie bardziej myślała Lucyna z uśmiechem. I ja teraz też zaczynam o siebie dbać. Czemu mam być gorsza od swatowej?
Dziękuję za przeczytanie, bądźcie zdrów i szczęśliwi!



