Wszystko na pół
Zosiu, musimy pogadać o wydatkach. To znaczy, o twoich wydatkach, a raczej o tym, że jesteś straszną rozrzutnicą.
Zofia zawiesiła kubek z kawą w połowie drogi do ust. Siódma rano, jeszcze nie zdążyła się dobrze obudzić, a Paweł już stał w drzwiach kuchni z miną prokuratora gotowego wygłosić wyrok.
Jakich wydatkach? I dlaczego od razu rozrzutnicą? upiła w końcu łyk, chociaż kawa nagle wydała się bez smaku.
Za dużo wydajesz na siebie. Co tydzień jakieś torebki, paczki. Sukienka, krem za czterysta złotych.
Zosia powoli odstawiła filiżankę. Tego jeszcze brakowało. O świcie, bez uprzedzenia, bez dzień dobry, kochanie.
Krem za dwieście pięćdziesiąt, jeśli już chcesz operować liczbami. I nie co tydzień, a raz na dwa miesiące.
Zosiu, przecież mamy wspólny budżet.
Powiedział to tonem nauczyciela tłumaczącego trudnemu uczniowi tabliczkę mnożenia. Zosia zacisnęła zęby. Policzyła do pięciu. Nic nie pomogło.
Paweł, może przypomnieć ci, ile miesięcznie idzie na twoje auto?
Zmarszczył brwi. Zaskoczyła go ta kontra tak wcześnie rano.
To co innego.
Oczywiście, że co innego. Benzyna, myjnia, oleje, ubezpieczenie, przegląd co pół roku. Ja twojego passata nawet nie prowadziłam. Ani razu.
Jeżdżę nim do pracy. Paweł skrzyżował ręce. To narzędzie pracy.
Zosia wybuchnęła śmiechem. Bardziej nerwowo niż wesoło.
Narzędzie pracy? Serio? A ciuchy i kosmetyki do czego mi służą? Dla przyjemności? Pracuję w biurze, mam spotkania z klientami. Nie mogę przyjść w wyciągniętym t-shircie i z przesuszoną twarzą.
Można przecież oszczędniej.
Pewnie. Zosia kiwnęła głową. Będę chodzić w jednym żakiecie przez trzy lata. A ty sprzedasz passata i kupisz starego fiata. Do pracy dojedziesz, prawda?
Paweł otworzył usta, zaraz je zamknął. Potarł grzbiet nosa.
Przesadzasz.
Nie, to ty przesadzasz. Twoje wydatki to inwestycje, moje to rozrzutność. Wygodna matematyka.
Poczekał jeszcze moment i bez słowa wyszedł z kuchni. Usłyszałam dźwięk trzaskających drzwi wejściowych.
Kawa kompletnie wystygła. Wylałam resztę do zlewu i oparłam czoło o chłodne płytki.
Świetny początek dnia, po prostu cudowny
W pracy Weronika o mało nie zakrztusiła się sałatką, jak to usłyszała.
Czekaj, on ci tak powiedział? Prosto z rana?
Bawiłam się widelcem z ‘mielonką’ na talerzu. Apetytu nie miałam od rana i nie zanosiło się, żeby się pojawił.
Serio. Nawet kawy nie zdążyłam dopić.
Klasyka. Weronika rozsiadła się, mrużąc oczy. Mojemu byłemu też się zachciało dzielenia wszystkiego na pół. Nowocześnie, po partnersku, mówił.
I co?
Szybko mu policzyłam. Mówię: ty zjadasz dwa razy więcej niż ja. Rano jogurt, a ty jajecznicę z czterech jajek i kiełbasą. Ja na obiad sałatka, ty dwa dania. To i za jedzenie płać proporcjonalnie, kochany.
Uśmiechnęłam się. Weronika byłaby świetną prawniczką argumenty zawsze miała żelazne.
Policzył?
Oj, jak! Trzy dni z kalkulatorem po domu chodził. Paragony z zakupów zbierał. Potem ucichł. Po miesiącu się rozstaliśmy.
Myślisz, że przez to?
To był symptom. Wzruszyła ramionami i wróciła do sałatki. Jak facet zaczyna liczyć twoje grosze, to już nie jest z tobą, tylko ze swoją wizją, w której przeszkadzasz.
Milczałam. W jej słowach było coś niepokojąco trafnego.
Wieczorem wracałam do domu wolniej niż zwykle. Wysiadłam jeden przystanek wcześniej, przeszłam się pieszo. Powietrze pachniało mokrym asfaltem i czymś gorzkawym mokrymi liśćmi, może spalinami. Nie miałam ochoty wracać.
W mieszkaniu panowała cisza. Paweł jeszcze nie wrócił. Przebrałam się, wyjęłam z lodówki kurczaka i warzywa, zabrałam się za gotowanie. Ręce kroiły, solili, smażyły w trybie automatu. W głowie pustka to nawet koiło.
Paweł przyszedł po ósmej. Zajrzał do kuchni, stanął w progu.
Dzisiaj nie przepuściłaś na głupoty?
Nawet się nie odwróciłam. Mieszałam warzywa.
Nic nie kupiłam.
Skinął głową i poszedł się przebrać. Wyłączyłam kuchenkę, nakryłam do stołu. Dwa talerze, sałatka, kurczak z warzywami. Wszystko jak zawsze, tylko porcje nieco mniejsze w lodówce pustawo, a do sklepu celowo nie poszłam.
Usiedliśmy do kolacji. Paweł spojrzał na swój talerz. Podniósł oczy na mnie.
Tak mało jedzenia?
Odłożyłam widelec na brzeg talerza. Spojrzałam na męża długo, spokojnie.
Życzyłeś sobie wszystko po równo. To masz po równo.
Paweł mrugnął raz, drugi. Widelec zawisł w powietrzu.
W jakim sensie?
Dosłownym. Ugotowałam i podzieliłam na dwie równe części. To twoja porcja. Ja mam na jutro jeszcze śniadanie. Ty sobie sam kombinuj, co zjesz rano. Skoro wszystko dzielimy, to nie będę wydawać więcej na ciebie niż na siebie. To byłoby nieuczciwe.
Paweł odłożył widelec. Policzki mu poczerwieniały, na żuchwach zaczęły pulsować żyły.
Zośka, to jakieś chore.
Chore? podniosłam brwi, opierając się na krześle. Konkretnie co? To ty zaproponowałeś dzielenie wydatków. Dzielę.
Miałem na myśli coś innego!
Konkretnie? Że moje potrzeby trzeba ciąć, twoje nietykalne?
Paweł milczał. Widziałam, jak szuka argumentu, ale go nie znajduje.
A tak w ogóle sięgnęłam po szklankę z wodą ile dziś poszło na benzynę?
Co do tego ma benzyna?
Sporo. Ile?
Zająknął się, zastanowił przez chwilę.
No sto dziesięć złotych, może sto dwadzieścia.
Niech będzie sto. Wstałam od stołu. Sekunda.
Wyszłam do przedpokoju. Paweł słyszał, że otwieram szafę, coś szeleszczę. Wróciłam z jego portfelem.
Co robisz? poderwał się.
Zabieram swoją połowę.
Spokojnie otworzyłam portfel, wyjęłam dwie pięćdziesiątki i schowałam do kieszeni dresów. Paweł patrzył z niedowierzaniem.
Mówisz serio?
Całkowicie. Położyłam mu portfel przed nosem. Skoro wydałeś stówkę na samochód, ja zabieram stówkę na siebie. Sprawiedliwie. Tak jak chciałeś.
Ale to absurd!
To twój pomysł, Pawle. Ja tylko wcielam go w życie. Uśmiechnęłam się i usiadłam z powrotem do kolacji. Może uzbieram na bluzeczkę.
Paweł nic nie powiedział. Napinał szczęki, żyła pulsowała mu na szyi, ale milczał. Spokojnie wróciłam do swojej porcji.
Kolacja przebiegła w ciszy.
Tydzień ciągnął się powoli. Każdego wieczora gotowałam dokładnie na dwoje, porcje dzieliłam co do grama. Paweł patrzył na swoje jedzenie, potem na moje, kręcił nosem, ale milczał. Rano pytałam, ile zamierza dziś wydać na benzynę. A wieczorem zawsze zabierałam swoją połowę.
Od środy Paweł dojeżdżał do pracy metrem.
W piątek był już szary, wyglądał jak wilk na głodówce.
W sobotę rano w mojej kopercie leżało już ponad czterysta pięćdziesiąt złotych. Mąż kupował przekąski w pracy, bo domowego żarcia mu nie starczało. A ja wiedziałam wszystko w poniedziałek przeliczyłam jego kasę. Na pół to na pół.
W sobotę Paweł siedział w kuchni z herbatą. Gdy weszłam, spojrzał na mnie spod ciężkich powiek. Sińce pod oczami miał ciemniejsze niż zwykle.
Zosiu zająknął się, potarł kark. Myliłem się. Przepraszam.
Zaparzyłam sobie kawę. Usiedliśmy naprzeciwko. Czekałam spokojnie, ogrzewając dłonie kubkiem.
To wszystko głupota westchnął Paweł. Naczytałem się jakichś bzdur, wymyśliłem tę rachubę. Zapomnijmy o tym, dobrze?
Chętnie zgodziłam się lekko. Ale pamiętaj, nie liczyłam jeszcze pracy w domu.
Jakiej pracy?
Gotowania, sprzątania, prania, prasowania. Gdybym to wszystko przeliczyła według rynkowych stawek, wisiałbyś mi jeszcze z trzysta złotych. Minimalnie.
Paweł zakrztusił się herbatą, chwycił za serwetkę.
Ale nie będę liczyć upiłam łyk i spojrzałam na niego znad kubka. Jeśli już nigdy nie zrobisz z naszego życia księgowości. Umowa?
Umowa odpowiedział błyskawicznie. Słowo harcerza. Żadnych kalkulatorów.
To świetnie.
Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po ciastko. Paweł patrzył na mnie jak ktoś, kto cudem uniknął katastrofy.
A ja doszłam do wniosku, że czasem zamiast się kłócić, wystarczy facetowi pokazać jego pomysły w praktyce. Doprowadzić je do absurdu. I wtedy nie tylko ratuje się małżeństwo, ale i zwyczajnie wygrywa w sporze. Ot, taka prosta matematyka.



