Biedna babcia mojego męża przepisała mu swój dom. Gdy otworzyliśmy jej szafy w starym krakowskim mieszkaniu, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.

Mój mąż, Janek, miał babcię prawdziwą krakowską matronę, jak z opowieści o przedwojennej inteligencji. Każde wakacje spędzał u niej, w starej kamienicy niedaleko Wawelu, bo przecież gdzie indziej chłopiec miałby się nauczyć porządku i oszczędności, jak nie u babci Stefanii?
Stefania prowadziła własny biznes, a jak! Sama doglądała wszystkiego, werbowała pracowników, a do aptek po całym województwie małopolskim wysyłała swoje ziołowe mikstury. Jak ona to ogarniała, nikt nie wiedział, ale Janek pamięta, że w tamtych czasach na tle innych zarabiała wręcz kokosy potrafiła powrzucać do portmonetki złotówki szybciej, niż inni byli w stanie wypowiedzieć inwestycja.
Babcia miała charakter jak z teflonu z jednej strony miłość do wnuka jak Wawel długi i szeroki, z drugiej na rozrywki ani grosza nie wydała. Na jedzenie, owszem, zawsze pod ręką pierogi, kotlety, no i kompocik własnej roboty. Dla dzieciaków jednak, zamiast kilku złotych na lody czy do kina, opowieść o cnotach oszczędzania. Wszyscy sądzili, że Stefania coś grubszego planuje może poduszkę finansową wielkości Sukiennic?
W pokoju babci wielka szafa z przegródkami jak schron przeciwatomowy. Wszystko zamykane na klucz niczym tajny skarbiec. Mały Janek próbował kiedyś podpytać, co tam chowa, ale babcia mówiła tylko, że to do pracy i koniec tematu.
Czasy się zmieniły, konkurencja z Trójmiasta i Warszawy przegoniła babcię. Przerzuciła się na leczenie ludzi energią i ziołami prawdziwa krakowska szeptucha! Za pomoc nie brała ani grosza, ale do drzwi pukali do niej nawet lokalni bogacze w mercedesach prosto z Niemiec.
Gdy jeszcze żyła, odwiedzaliśmy ją regularnie. Zawsze siedziała w starym swetrze, jadła chleb z masłem i cebulą. My, jak to rodzina, przywoziliśmy i kiełbasę, i ser, i świeże bułeczki z piekarni, ale babcia tylko machała ręką. Tłumaczyła, że nie wolno jej rozpieszczać, bo się jeszcze rozleniwi!
Po jej śmierci dom przeszedł na Janka. Pojechaliśmy uporządkować formalności spadkowe i wtedy się zaczęło. W jej spiżarni słoiki z ogórkami, powidła, kasze, a wszystko przeterminowane na oko od czasów balu u Senatora. Okazało się, że wdzięczni klienci nosili jej pół sklepu za darmowe uzdrawianie, a ona po prostu tego nie jadła.
Szoku dostaliśmy dopiero po otwarciu szaf. Całe kolekcje porcelany z Ćmielowa, kasety magnetofonowe z lat 90., kremy Kolastyna sprzed denominacji złotówki, niebieskie telefony z tarczą, dżinsy z Peweksu wszystko w ilościach hurtowych, jakby szykowała się na własne muzeum PRL-u. I po co to wszystko chowała? Zamiast trzymać złotówki w banku, lokowała majątek w rzeczach, które dzisiaj są warte mniej niż bilet tramwajowy. Nigdy jej nie zrozumiem Ale taka już była nasza babcia Stefania niby oszczędna, a i tak z głową w chmurach i sercem na dłoni.

Rate article
Fajna Tajna
Biedna babcia mojego męża przepisała mu swój dom. Gdy otworzyliśmy jej szafy w starym krakowskim mieszkaniu, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.