Cały dzień szykowałem się na Sylwestra. Sprzątałem, gotowałem, nakrywałem do stołu. To był mój pierwszy Nowy Rok bez rodziców, za to z ukochaną osobą.
Od trzech miesięcy mieszkałem już z Dorotą w jej mieszkaniu w Warszawie. Była ode mnie młodsza o piętnaście lat, a wcześniej była już zamężna. Miała też córkę z poprzedniego małżeństwa, do tego czasami lubiła sobie wypić… Ale kiedy człowiek kocha, wszystko wydaje się nieważne. Zresztą nikt nie rozumiał, za co się we mnie zakochała nie należę przecież do przystojniaków; krzywy nos, łysina coraz większa, charakter paskudny, do tego skąpy każdą złotówkę oglądam, zanim wydam. Jak mam jakieś oszczędności, to tylko dla siebie, a nie na wspólne sprawy. I właśnie taką mnie pokochała Dorotka.
Przez te trzy miesiące miałem nadzieję, że Dorota zobaczy, jak bardzo się staram: nie narzekałem, gdy przychodziła do domu lekko podchmielona, prasowałem jej koszule, sprzątałem, robiłem zakupy za własne pieniądze (a nóż pomyśli, że jestem interesowny), nawet cały stół sylwestrowy przygotowałem z własnej kieszeni. Kupiłem jej też nowy telefon jako prezent.
Kiedy ja targałem te torby z Biedronki i starałem się ogarnąć bałagan po remoncie, postanowiła na swój sposób przygotować się do Nowego Roku. To znaczy poszła na imprezę z koleżankami, a wróciła już lekko podchmielona i przyniosła wieść, że wpadną do nas jej znajomi. Nawet ich nie znałem. Stół był gotowy, do północy zostało jeszcze około godziny. Nastrój miałem popsuty, ale milczałem, byleby nie być takim jak jej były mąż, o którym opowiadała same złe rzeczy.
Na trzydzieści minut przed wybiciem dwunastej do mieszkania wpadła grupa wygadanych, podpitych facetów i kobiet. Dorota natychmiast się rozpromieniła, posadziła wszystkich przy stole, zabawa rozkręciła się na całego. O mnie zapomniała kompletnie nie przedstawiła nawet gościom, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Pili, żartowali między sobą, śmiali się ze swoich dowcipów. Gdy odezwałem się, że za chwilę północ i trzeba nalać szampana, spojrzeli na mnie, jakbym był intruzem.
A kto to w ogóle jest? zapytała z przekąsem jedna z koleżanek Doroty.
To tylko mój lokator na tę noc parsknęła śmiechem Dorota, a wszyscy zaczęli się śmiać razem z nią.
Objadali się tym, co przygotowałem, i śmiali się ze mnie. Przy biciu warszawskiego zegara na Starym Mieście komentowali, jaka ze mnie frajerka, że zostałam domową gosposią za darmo. Dorota nie zamierzała mnie bronić śmiała się razem z resztą. Żarli moje jedzenie, popijali moją wódkę, a ja miałem wrażenie, że wycierają sobie mną buty.
Cicho wyszedłem z mieszkania, spakowałem rzeczy i pojechałem do rodziców do Łodzi. Tak złego Sylwestra nie miałem w życiu. Mama przywitała mnie z westchnieniem: A nie mówiłam?, a tata spojrzał na mnie z ulgą i podał mi herbatę. Wypłakałem się matce w kuchni i wreszcie otworzyłem oczy.
Minął tydzień. Gdy Dorocie skończyły się pieniądze, przyjechała bez żadnych skrupułów i z marszu rzuciła:
A co ty, obraziłeś się czy jak? a gdy widziała, że nie zamierzam wracać do układów, przeszła do ataku: Pewnie, łatwo ci u rodziców siedzieć, a ja mam pustą lodówkę! Zaczynasz zachowywać się jak mój były!
Zamurowało mnie z bezczelności. Tyle razy w głowie przygotowywałem sobie przemowę, a teraz nie byłem w stanie wykrztusić słowa. Powiedziałem tylko parę dosadnych słów, zamknąłem przed nią drzwi i poczułem, że naprawdę zaczynam nowy rozdział w życiu.
Lekcja? Czasem trzeba zrzucić różowe okulary. Nawet gdy serce boli, lepiej wybrać szacunek do siebie niż uniżenie przed kimś, kto nie potrafi docenić.



