KOSA TRAFIŁA NA KAMIEŃ
Moja ciocia, Elżbieta, wyszła za mąż z przymusu. Presja sióstr, poganianie rodziców to był dla niej codzienny chleb. Argumenty były nie do podważenia:
Ile ty jeszcze, Elżbieto, chcesz czekać? Zostaniesz starą panną ze srebrem we włosach, a kto ci poda herbatę na starość? W naszej rodzinie nigdy nie było samotnic!
Elżbieta, mając w pamięci obraz ojca zatwardziałego pijaka już w dzieciństwie obiecała sobie, że nigdy nie zostanie żoną. Marzyła o karierze, własnej niezależności. Lecz w dniu swoich 28. urodzin usłyszała tyle życzeń i uwag od rodziny, że postanowiła jednak spróbować życia małżeńskiego.
Narzeczony Grzegorz trafił się bardzo szybko. Najwyraźniej już od dłuższego czasu był pod obróbką przez całą familię. Po dwóch tygodniach od pierwszego spotkania oświadczył się Elżbiecie. Przytaknęła raczej z obojętnością Niech będzie, może z czasem go pokocham pomyślała.
Grzegorz miał swoje lata i wyrobiony charakter. Zorganizowano szybki ślub, o którym najlepiej pamiętam toast wodzireja: Jest miło, to do ślubu, nie jest miło, to do matki!
Elżbieta wtedy nie miała jeszcze pojęcia, ile prawdy jest w tych słowach. Zaczęła się codzienność szara, nużąca. Po miesiącu Elżbieta rozważała rozwód; wszystko ją drażniło, czuła się rozczarowana i samotna. Mąż okazał się twardym i upartym człowiekiem, nie zamierzał się zmieniać. Sama Elżbieta miała podobny temperament ich małżeństwo to był typowy przypadek, gdy kosa trafiła na kamień.
Po roku rodzina się powiększyła bocian przyniósł syna, Witolda. Elżbieta całkiem oddała się macierzyństwu. Przestała dostrzegać męża, kładła mu posłanie na rozkładanym łóżku, tłumacząc, że jest zmęczona i musi się wyspać.
Latem zabrała Witka do rodziców na wieś. Siedząc w kuchni z mamą, żaliła się na swoje małżeńskie życie:
Mamo, chcę się rozwieść, wychowam syna sama. Nie nadaję się do życia rodzinnego. Czasem mam ochotę zamknąć oczy i zasnąć na wieki. Nie mogę się odnaleźć, nie znoszę już Grzegorza. Po co się jeszcze męczyć?
Mama doradziła po swojemu:
Zostań u nas na trochę. Może zatęsknisz. Rozwodzić się nie pozwalam wytrzymaj. Mąż z żoną jak woda z mąką zmieszać łatwo, rozdzielić trudno.
Tylko tego mogła się Elżbieta spodziewać po swojej matce Ale nie widziała sensu tego wszystkiego. Witek dorastał w atmosferze napięcia, widział, co się dzieje między rodzicami. Jaki przykład z tego wyniesie?
Matka Elżbiety przez życie dźwigała swój krzyż. Ojciec pił, spał na tapczanie i narzekał. Mama od świtu do nocy na nogach krowy, świnie, pole, ziemniaki, kolchozowa praca Robota na wsi nie kończy się nigdy.
Trzy córki uciekły z tej ciekawej wiejskiej rzeczywistości do miasta. Z rodzicami został tylko ich syn, Sławek. Był niepełnosprawny umysłowo. Elżbieta nie rozumiała decyzji matki wiedząc, że mąż jest pijakiem, zdecydowała się na czwarte dziecko i to chłopca! Po co? Matka odpowiadała spokojnie: Ojciec chciał syna, córek miało się już dość.
Rodzice opiekowali się Sławkiem do śmierci. Sławek przeżył ich niedługo, zmarł mając 60 lat. Nie potrafił i nie chciał zadbać o siebie.
Po namyśle Elżbieta postanowiła nie martwić mamy i wróciła do męża.
Dwa lata później urodził się drugi syn, Jacek. Elżbieta łudziła się, że może teraz uda się poukładać życie. Niestety, Grzegorz całkiem ignorował Jacka, bo dziecko było wykapanym dziadkiem tym samym, którego Grzegorz nie znosił.
Elżbieta zaciskała zęby, ale nie żałowała nigdy, że ma dwóch synów. Powiedziała sobie: Całą miłość dam dzieciom, mężowi już nie zostawię ani kropelki. Tak toczyły się ich dni
Gdy Witold i Jacek stali się nastolatkami, przyszły kłopoty. Alkohol, papierosy, pyskowanie. Ba, synowie i ojciec zaczęli trzymać ze sobą przeciwko Elżbiecie. Marzyła o grzecznych i ułożonych chłopcach, lecz na marzeniach się kończyło.
Grzegorz pił z synami. Ich rodzina się rozpadała. Elżbieta czuła bezsilność. Przebrała się miarka wróciła na wieś do starzejących się rodziców.
Przyjęli ją z otwartymi ramionami. Mama próbowała ją pocieszyć:
Elżbietko, wyglądasz starzej ode mnie. Widać życie cię nie oszczędziło. Ach, ci mężczyźni
Elżbieta ganiła matkę za jej nadopiekuńczość wobec Sławka:
Mamo, przestań się tak z nim pieścić bądź twardsza, bo ci na głowę wsiądzie!
Mama zawsze chroniła syna:
Elżbietko, wiem, że Sławek jest inny, ale to nasza krew. Nie wyrzeknę się dziecka! Będę z nim do końca.
Elżbieta nie przepadała za bratem, choć wiedziała, że to nie jego wina, że jest taki. Czy od wiecznego pijaka mógł urodzić się zdrowy chłopak? Córki miały więcej szczęścia wtedy ojciec jeszcze tak nie pił.
Rok później przyjechał Jacek i przekazał wieść tata nie żyje. Zapił się.
Elżbieta nie uroniła łzy. Tylko westchnęła ciężko:
Wszystko do tego zmierzało. Długo razem żyjemy, a na końcu zostaje tylko żal Niech mu ziemia lekką będzie.
Po powrocie do miasta, zmęczona dorosłymi już synami, Elżbieta kupiła sobie malutki domek na obrzeżu Krakowa. Chciała w spokoju doczekać starości. Witek i Jacek zostali w mieszkaniu rodzinnym.
Starszy syn wkrótce się ożenił, pojawił się wnuk. Coś jednak w ich rodzinie się popsuło i Witold po roku się rozwiódł.
Po głośnej awanturze z bratem Jacek przeprowadził się do matki. Okazało się, że popijał coraz częściej, a Witkowi bardzo to przeszkadzało. Pobity przez brata, został z Elżbietą.
Czas płynął
Witold ożenił się po raz drugi. Minęło pięć lat, żona odeszła. On tylko podsumował:
Ożeniłem się i w życiu wywinąłem orła na lodzie.
Z trzecią żoną też mu nie wyszło. Najpierw była miłość, potem nagła tragedia żona zmarła niespodziewanie w wieku 40 lat. Zakrzep. Śmierć wchodzi wszystkimi drzwiami. Witold rozpaczał, ale w końcu powiedział matce:
Koniec z tymi małżeństwami, mam dość. Sam sobie poradzę.
Elżbieta zaczęła mu pomagać sprzątała, gotowała. Jacek pozostał starym kawalerem. Pił na umór, czasem znikał na kilka dni bez słowa. Elżbieta, mając już 75 lat, biegała po całym osiedlu z jego zdjęciem, pytając:
Czy ktoś widział mojego Jacka?
Ludzie już znali ten scenariusz na pamięć. Po miesiącu, dwóch Jacek cudownie się odnajdywał, nieraz ledwo żywy. Matka myła go, cerowała ubrania, wyrzucała zniszczoną bieliznę. Na pytanie: Gdzie byłeś?, Jacek burczał coś pod nosem. Jej wystarczało, że syn żyje.
Wszyscy, tylko nie Elżbieta, wiedzieli, że Jacek przesiaduje u pewnej kobiety znanej z zamiłowania do likieru. Przyjmowała go zawsze chętnie. Miłość tej pary była równie specyficzna, co zakrapiana. Kiedy pojawiał się inny adorator, Jacek lądował u matki.
Elżbieta utrzymywała syna z własnej emerytury. Próby znalezienia mu pracy kończyły się zawsze tak samo po pierwszej zaliczce Jacek rozpływał się w powietrzu. A gdy wracał, tylko mówił: Mamo, głodny jestem.
Elżbieta coraz częściej wspominała swoją mamę i to, jak męczyła się z Sławkiem. Teraz rozumieła, ile bólu jest w matczynym sercu. Historia się powtórzyła. Rodziny się nie oszuka. Krew nie woda.
No cóż, szczęścia dla wszystkich nie starcza
Patrząc z perspektywy lat, wiem dziś jedno ten szybki ślub i rodzinne naciski nie miały żadnej wartości. Najważniejsze to żyć własnym życiem i nie mierzyć się ciągle cudzymi oczekiwaniami.



