OSTATNIA MIŁOŚĆ
Inezko, nie mam już pieniędzy! Wczoraj wszystko, co miałam, oddałam Hani! Przecież wiesz, że ma dwójkę dzieci!
Stefania Antonina odłożyła słuchawkę, zmartwiona do granic możliwości.
Nie chciała nawet myśleć o tym, co przed chwilą usłyszała od córki.
Czemu tak się dzieje? Trójkę dzieci z mężem wychowała, o wszystkich dbała. Wszyscy wykształceni, mają dobre zawody. A teraz, na stare lata, nie ma ani spokoju, ani pomocy.
Czemu ty, Zbyszek, tak wcześnie ode mnie odszedłeś, z tobą było łatwiej pomyślała Stefania Antonina, zwracając się w myślach do zmarłego męża.
Nieprzyjemne ściśnięcie serca, ręka mimowolnie powędrowała po tabletki: Została mi jedna albo dwie kapsułki. Jak poczuję się gorzej, nie będzie czym się ratować. Do apteki trzeba iść.
Stefania próbowała się podnieść z fotela, ale od razu opadła z powrotem, bo kręciło jej się w głowie.
Nic, zaraz tabletka zadziała i wszystko przejdzie.
Czas jednak mijał, a lepiej nie było.
Wybrała numer najmłodszej córki:
Haniu zdążyła tylko powiedzieć do słuchawki…
Mamo, jestem na spotkaniu, oddzwonię potem!
Stefania zadzwoniła do syna:
Synku, źle się czuję. Tabletki się skończyły. Czy możesz po pracy syn nawet nie wysłuchał jej do końca.
Mamo, ja nie jestem lekarzem, ty też nie! Dzwoń po pogotowie, nie czekaj!
Stefania ciężko westchnęła.
No tak, syn miał rację. Jak nie przejdzie w pół godziny, będzie trzeba zadzwonić po karetkę.
Ostrożnie rozłożyła się w fotelu, zamknęła oczy i zaczęła liczyć do stu, żeby się wyciszyć.
Z oddali, jakby przez mgłę, doleciał jakiś dźwięk. Co to? Ach, telefon!
Halo? z trudem otwierając usta, odpowiedziała Stefania.
Stefa, z tej strony Piotrek! Co u ciebie? Coś miałem złe przeczucie i postanowiłem zadzwonić!
Piotrek, coś mi niedobrze.
Już jadę! Dasz radę otworzyć drzwi?
Piotrek, u mnie od dawna zamki stoją otworem.
Słuchawka wyślizgnęła się z dłoni Stefani, zabrakło jej sił, by po nią sięgnąć.
No trudno pomyślała.
Przed oczami, jak na starym filmie, migotały obrazy z młodości: oto ona, młodziutka pierwszoroczna na akademii ekonomicznej, dwóch zabawnych kadetów z balonikami.
Śmieszne pomyślała wtedy Stefcia tacy dorośli, a z balonikami!
No tak, to przecież dziewiąty maja, parada, zabawa miejska! I ona między Piotrkiem i Zbyszkiem, każdy trzyma balonik.
Wybrała wtedy Zbyszka, bo był odważniejszy, a Piotrek miał w sobie coś zamkniętego, był nieśmiały.
Los ich rozdzielił: ona z Zbyszkiem wyjechali służyć pod Krakowem, Piotrek dostał przydział do NRD.
Spotkali się znowu dopiero po latach, w rodzinnym Siedlcach, gdy obaj mężczyźni byli już na emeryturze.
Piotrek przez całe życie był samotny, bez żony, dzieci.
Ludzie pytali, dlaczego tak się stało…
A on tylko żartował:
Nie mam szczęścia w miłości, może zacznę grać w karty!
W mroku Stefania usłyszała jakieś głosy, rozmowę. Z trudem rozkleiła powieki:
Piotrek!
Obok Piotrka lekarz z pogotowia.
Nic się nie martwić, zaraz jej będzie lepiej. Jest pan jej mężem?
Tak, oczywiście!
Lekarz dawał Piotrkowi wskazówki.
A Piotrek nie opuszczał jej ręki, aż Stefania poczuła się lepiej.
Dziękuję ci, Piotrze! Już mi dużo lżej!
Doskonale! Napij się herbaty z cytryną.
Piotrek został. Chodził po kuchni, gotował, doglądał Stefanię. Chociaż już czuła się o wiele lepiej, Piotrek bał się zostawić ją samą.
Wiesz, Stefa, ja całe życie kochałem tylko ciebie. Dlatego się nie ożeniłem.
Eh, Piotrek, z Zbyszkiem żyłam dobrze, kochaliśmy się. Ty w młodości nic nie mówiłeś, nie wiedziałam nawet, co naprawdę czujesz. Ale na co teraz o tym mówić? Lata przeminęły, czas nie wróci.
Stefa, a może to, co nam zostało, przeżyjemy razem, szczęśliwie? Ile Bóg da, tyle będziemy razem.
Stefania oparła głowę na jego ramieniu, złapała go za rękę.
No to chodźmy w to razem! powiedziała i zachichotała z radości.
Po tygodniu, wreszcie, zadzwoniła córka Hania:
Mama, co tam, dzwoniłaś, potem zapomniałam, wiesz, tyle na głowie
A, już dobrze. Skoro już dzwonisz, powiem ci, żeby nie było niespodzianki: wychodzę za mąż!
W słuchawce zapadła cisza, słychać było jak Hania nabiera powietrza do płuc i cmoka, szukając słów.
Mama, czyś ty rozumu nie postradała? Tobie już dawno powinni odliczać obecność na cmentarzu, a ty za mąż?! I kto jest tym wybrańcem?
Stefania zacisnęła się w sobie, łzy napłynęły jej do oczu, ale zebrała się w sobie i spokojnym, stanowczym głosem odpowiedziała:
To moja sprawa!
I rozłączyła się.
Potem zwróciła się do Piotra:
No, Piotruś, dziś wszyscy troje się tu zlecą! Szykujmy się, będzie szturm!
Poradzimy sobie! zaśmiał się Piotr.
Wieczorem, rzeczywiście, na progu pojawiła się trójka: Igor, Inezka i Hania.
No, mama, przedstaw nam swojego amanta! ironicznie rzucił Igor.
A po co przedstawiać? Przecież mnie znacie, wszedł z pokoju Piotr. Od zawsze kocham Stefanię, a kiedy zobaczyłem ją w tym stanie tydzień temu, wiedziałem, że nie mogę jej stracić. Oświadczyłem się, przyjęła.
Słucha pan, panie aktorze emerycie, pan się całkiem pogubił? Jaka miłość w tym wieku?! zapiszczała Inezka.
Jakim to “tym wieku”? spokojnie zapytał Piotr. Mamy ledwo po siedemdziesiątce, życie przed nami! A wasza mama dalej dama!
Czyli chcecie podstępem wyrwać matce mieszkanie, tak? z prawniczą nutą spytała Hania.
Dzieci, miejcie bojaźń Bożą! Po co mi wasze mieszkanie? Każdy ma swoje!
No ale w połowie to nasze! Hania dodała z uporem.
Mi nic nie jest potrzebne! powiedział Piotr. Ale krzyczeć na mamę nie pozwolę! Słuchać się nie da!
A ty co, stary Casanova, jeszcze się tu wydzierasz?! Kto cię pytał o zdanie? Igor ruszył na Piotra jak kogut do walki.
Piotr nie drgnął, tylko spojrzał mu prosto w oczy.
Jestem mężem waszej mamy, czy tego chcecie, czy nie!
A my jej dzieci! wrzasnęła Inezka.
I jutro zrobimy jej papiery do domu starców albo do szpitala dla wariatów! wtórowała Hania.
O, nie, nie! Pakuj się, Stefa, wychodzimy!
Szli we dwoje, mocno ściskając się za ręce, i ani razu nie obejrzeli się za siebie. Było im wszystko jedno, co inni powiedzą. Byli szczęśliwi i wolni. A pojedyncza latarnia rozświetlała im senne, ulotne schody do nowego życia.
A dzieci patrzyły za nimi, nie mogąc zrozumieć: jak można kochać, mając siedemdziesiąt latKiedy już zniknęli za rogiem ulicy, Stefania wciągnęła głęboko powietrze. Ustami ledwie drgał uśmiech może z ulgi, może z narastającej radości. Piotr objął ją mocniej ramieniem, przystanęli przy starym, kasztanowym drzewie.
Wiesz, Stefa, ja nigdy balonika do końca nie wypuściłem mruknął, patrząc na nią z czułością.
Spojrzała z niedowierzaniem, przymrużając oczy jak młoda dziewczyna.
Ty balonik?! Przecież ja myślałam, że pękł już dawno!
On leciał gdzieś obok mnie, przez wszystkie te lata szepnął.
Przytulili się do siebie rozpogodzeni jak dzieci, którym nikt nie zabroni raz jeszcze pobiec na karuzelę. On wyjął z kieszeni dwa cukierki landrynki, ich ulubione z dzieciństwa, i wręczył jej jeden.
Od dzisiaj codziennie będę cię nimi karmił obiecał uroczyście.
Zapadł zmrok, a z oddali dobiegały dźwięki letniego koncertu ktoś, jakby na ich cześć, wygrywał na akordeonie starą melodię Miłość ci wszystko wybaczy. Stefania zaśmiała się głośno i zatańczyła z Piotrem pod kasztanem, śmiejąc się przez łzy.
Nikt im nie mógł już zabrać tej chwili. Nikt nie miał mocy nad ich nowym wspólnym życiem choćby miało ono trwać tydzień, rok czy tylko ten jeden, najpiękniejszy wieczór.
A gdy po raz pierwszy od wielu lat spojrzeli w rozgwieżdżone niebo, Stefania szepnęła:
Wiesz, Piotrusiu Teraz dopiero zaczynam się nie bać.
I tak już zostali pod kasztanem, z rękami splecionymi, gotowi na każdy świt, który miał dla nich nadejść.



