No weź, Jolu, błagam! To naprawdę sprawa życia i śmierci! Naprawdę! Nie mam już do kogo zadzwonić, mama siedzi na działce, ciśnienie jej skacze, nie mogę jej denerwować Ty jesteś moją ulubioną bratową, i zawsze rozumiejącą! mówiła Sylwia tak szybko, że słowa zlewały się w jeden wielki potok, z którego ledwie wyłapywałem konkretne frazy: bardzo pilna sprawa, tylko do wieczora, ratuj.
Stałem w drzwiach własnego mieszkania, w jednej ręce ścierka do kurzu, w drugiej próbowałem utrzymać szarpiącego się na smyczy jamnika Bajtka, który warczał na niespodziewanych gości. Goście czyli moja szwagierka Sylwia i jej synowie: sześcioletni Krzyś i czteroletni Mikołaj. Chłopcy już zdążyli roznieść błoto na wycieraczce i brali się za skrobanie tapety na korytarzu palcami.
Sylwia, zaczekaj próbowałem się wcisnąć w przerwy jej monologu Co za wieczór? Przecież dziś jest piątek. Mamy z Małgosią wykupiony weekend w Ciechocinku, rezerwowaliśmy od dwóch miesięcy
Sylwia teatralnie rzuciła torbę z dziecięcymi ubraniami na podłogę.
E tam sanatorium! Przecież jesteście młodzi, jeszcze się nacieszycie! A ja mam przełomowy moment życia dostałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. W innym mieście. Praca marzeń! Wolny grafik. Pieniądze złapiecie się za głowę! Jak teraz nie pojadę, przepadnie. Robię to dla dzieci, żeby im lepszą przyszłość zapewnić! Męża nie mam, same wiesz alimenty śmiechu warte.
W tym momencie z kuchni wyszedł mój brat Tomek. Z bułką w ręku, zamarł na widok Sylwii i jej dzieci.
Sylwia? Ty tu? Przecież za godzinę wyjeżdżamy!
Tomciu! jego siostra od razu rzuciła mu się na szyję. Ratuj, dosłownie na dobę muszę wyjechać! Jutro na obiad już jestem z powrotem, słowo harcerza! Krzyś z Mikołajem zostaną u was, spokojni, grzeczni, nawet nie zauważycie. Dajcie bajki, trochę herbatników złote dzieciaki, same sobie radzą!
Tomek spojrzał na mnie niepewnie, widziałam ten wzrok politowanie dla Sylwii i strach przed awanturą. Był z natury gościńcem, a Sylwia wiedziała jak to wykorzystać.
Gosiula zaczął, z wyrzutem.
Nasza rezerwacja jest bezzwrotna powiedziałem spokojnie, ale stanowczo. A ja ledwo żyję po tym tygodniu.
Zwrócę wszystko, z pierwszej pensji! wtrąciła się Sylwia. Oddam ci za sanatorium, jeszcze kolację wam postawię! No błagam! Gdzie ja ich dam, na weekend do domu dziecka?
Mikołaj w tej chwili kichnął i wytarł nos w rękaw kurtki, Krzyś już siedział w salonie, telewizor na cały regulator.
Dobra powiedziałem w końcu, nie kryjąc irytacji. Do obiadu jutro. Najdalej do drugiej. Jeśli cię nie ma, wywozimy ich do twojej matki na działkę, i mam gdzieś jej ciśnienie.
Jesteście cudowni! Sylwia pocałowała mnie w policzek zostawiając ślad szminki, szybko rozebrała dzieci, wręczyła Tomkowi siatkę z ubraniami i bez żegnania się z chłopcami zniknęła za drzwiami. Jestem pod telefonem! Kocham was!
Długo w mieszkaniu panowała cisza przerywana jedynie głośną reklamą z telewizora.
No to się odpoczęliśmy powiedział Tomek z wymuszonym uśmiechem.
Nic nie szkodzi poszłam do kuchni, starając się nie patrzeć na błoto w korytarzu. Jeden dzień przeżyjemy. Byle mieszkanie nam z gruzów nie zostali.
Pierwsze godziny minęły spokojnie chłopcy dostali wolny dostęp do telewizora i miski z landrynkami, siedzieli cicho. W paczce od Sylwii znalazłam: dwa komplety bielizny, jedne rajstopy na dwóch, tablet z pękniętym ekranem i paczkę najtańszych chipsów. Ani tabletek, ani zabawek, ani sensownego jedzenia.
Nawet pidżam im nie spakowała westchnąłem grzebiąc po rzeczach. I szczoteczek do zębów brak.
Skoczę do sklepu, kupię szczotki, mleko, płatki coś muszą rano zjeść zaoferował się Tomek.
Wieczór przestał być monotonny, gdy Mikołaj objechał się cukierkami i odmawiał obiadu.
Nie chceee zupyy! wrzeszczał, rozsmarowując puree po stole. Chce nuggetsy! Mama zawsze daje nuggetsy!
Nie mamy nuggetsów tłumaczyłem cierpliwie, wycierając stół. Ale są domowe kotleciki. Spróbuj.
Ble! talerz poleciał na podłogę.
Bajtek od razu rzucił się po kotlet, a ja przez zęby poszedłem po ścierkę. Krzyś naśladował brata i odstawił talerz.
Ja tego też nie jem. Wujek Tomek, zamów pizzę!
Pizzy nie będzie próbował pedagogicznie Tomek. Zjedz to, co ciocia Małgosia przygotowała.
A mama mówi, że gotowanie to dla frajerów, że lepiej zamówić rzucił mały filozof.
Wymieniliśmy się spojrzeniem z Tomkiem. Wieczór zapowiadał się barwnie.
Nakarmiliśmy dzieci kanapkami, położyliśmy spać w salonie na rozkładanej kanapie (pidżam zastąpiły stare t-shirty Tomka). Sami padliśmy na łóżko po północy.
Do jutra, do drugiej nas odbierze i może chociaż do kina powtarzałem jak mantrę.
Oczywiście objął mnie Tomek. Przepraszam. Sylwia ona po prostu nie potrafi się zorganizować.
Rano w sobotę Krzyś z hukiem zrzucił słoik z kaszą gryczaną podczas przeszukiwania szafek.
To niechcący wymamrotał, gdy wszedłem do kuchni.
Nic, pozamiatasz ze mną.
Nie umiem. U nas mama sprząta. Albo babcia. Ja jestem facet.
Przed czternastą mieszkanie wyglądało jak po wojnie. Dzieci bawiły się co popadnie poduszkami kanapowymi (budowały fort), moimi gazetami (wycinały obrazki), kota próbowały tresować (kot uciekł na szafę).
Obiad gotowy, walizki stoją Obserwuję zegarek.
14:00. Nic.
14:30. Cisza.
Zadzwoń do niej rzuciłem do Tomka.
Wykręcił numer. Długi sygnał. Potem automatyczna sekretarka: Abonent chwilowo niedostępny.
Może jeszcze wraca? próbował sobie tłumaczyć. Po trasie mogą być kłopoty z siecią.
W sobotę? W to wierzysz? skrzyżowałem ramiona.
Czekaliśmy do wieczora. Telefon Sylwii milczał. Mikołaj był coraz marudniejszy, Krzyś zły, bo wyczerpał się tablet i Sylwia zapomniała ładowarki.
Nie wróci dziś stwierdziłem patrząc przez okno. Tomek, to świństwo.
Nie bądź taki może coś się stało autobus, telefon, awaria?
Noc była niespokojna. Mikołaj się zmoczył, pranie i sprzątanie, Krzyś domagał się światła bo potwory. Prawie nie spałem.
Niedziela. Telefon Sylwii martwy.
Dzwonię do twojej mamy mówię rano do Tomka.
Nie! Przecież ona po udarze Jak się dowie, że Sylwia zaginęła, zawału dostanie. Daj do wieczora. Nie mogła przecież porzucić dzieci na dobre?
A jutro praca. Ja mam zamknięcie miesiąca, muszę być w biurze o ósmej. Kto z nimi zostanie?
Wezmę dzień wolny obiecuje Tomek.
Najgorsze jednak dopiero przyszło. Mikołaj podczas biegania po mieszkaniu kopnął w wazon prezent od moich rodziców na ślub. Huk rozbitego szkła zagłuszył wszystko.
To nie ja! wrzeszczał natychmiast Krzyś.
Bez słowa wziąłem zmiotkę. Chciałem płakać, ale nie miałem już łez tylko zimną złość. Posprzątałem, umyłem podłogę, wszedłem do sypialni do Tomka:
Jeśli nie wróci do jutra rana, jadę na policję. Zgłaszam porzucenie dzieci. Dzwonię do opieki społecznej.
Gosia! Tomek poderwał się. Co ty? To przecież moja siostra! Dzieci chcesz do domu dziecka oddać?
Chcę, żeby ponosiła za nie odpowiedzialność! krzyknąłem. Nie jesteśmy niańkami! Też mamy prawo do swojego życia!
Może ona faktycznie była na rozmowie
Aha? chwyciłem telefon i pokazuję Tomkowi Popatrz!
Na Facebooku Sylwia ma profil zamknięty, ale koleżanka Maćka znała ją. I widzę zdjęcie w polecanych na basenie w stroju kąpielowym, z drinkiem, w nowym hotelu-spa pod Warszawą Nareszcie zasłużony relaks! Dziewczyny, należało się!
Tomek zbladł.
To chyba stare zdjęcie
Dzisiejsza data. Kostium z najnowszej kolekcji wykładałem. Łgała nam. Zwyczajnie wyjechała wypocząć.
Tomek usiadł ciężko na łóżku.
Co teraz?
Ja wiem, co robię. Jutro zabieram ich do firmy, Ty dzwoń do swojej mamy. Albo niech sama wyciąga córkę z basenu. Mam dość.
Ta noc była najgorsza Mikołaj dostał gorączki, chyba stres, obca kuchnia i przeciąg zrobiły swoje. Paracetamol, okłady, noc bez snu, Tomek też chodził po mieszkaniu.
O siódmej w poniedziałek odezwał się wreszcie telefon Sylwii.
Pojawił się w sieci usłyszałem sygnał.
Tomek zadzwonił natychmiast.
Sylwia! Gdzie ty jesteś? Zwariowałaś?! aż Krzyś się obudził.
Co się drzesz od rana. Rozmowa się przeciągnęła, musiałam zostać. Wiesz, poważna sprawa.
W spa rozmawiałaś? Widzieliśmy zdjęcia! Mikołaj ma gorączkę!
Dłuższa cisza.
Podsłuchujecie mnie? Nie mam już prawa do własnego życia? Może mężczyznę poznałam! Mikołaj chory? Czemu go zatrułeś? Zdrowych dzieci zostawiłam!
Przyjeżdżaj. Natychmiast. Albo oddajemy do opieki społecznej wycedził Tomek zimnym głosem.
Już jadę, histerycy.
Sylwia pojawiła się po trzech godzinach. Byłem na zwolnieniu lekarskim nie zostawię chorego dzieciaka samego.
Wpadła pachnąca perfumami i solarium. Od razu rzuciła się do Mikołaja.
Kochanieńki! Co oni ci zrobili?! Umarczyli głodem? Przeziębili? odwróciła się do mnie z iskrą nienawiści w oczach. Mówiłam, że nie wolno ci zostawiać dzieci! Własnych nie masz, nie wiesz jak się z dziećmi obchodzi!
Pociemniało mi przed oczami. Od trzech lat z Tomkiem bezskutecznie walczyliśmy o dziecko, przeszliśmy już wszystko. Sylwia doskonale o tym wiedziała.
Wynocha powiedziałem cicho.
Słucham? zdębiała.
Zabieraj dzieci i nigdy więcej się tu nie pokazuj.
Daj spokój! prychnęła, zaczęła pakować rzeczy dzieci. Chodźcie, chłopaki. Mama wam cukierki kupi.
Jeszcze jedno. Pieniędzy nie oddałaś rzucił Tomek, blokując drzwi.
Jakie pieniądze?
Za wazon dwa tysiące. Za jedzenie tysiąc pięćset. Za leki pięćset. Za straty moralne nie biorę. Razem cztery tysiące. Przelej teraz.
Oszalałeś? Ze swojej siostry?
Miałaś na spa, znajdziesz i tu. Albo dzwonię do mamy i wysyłam jej zdjęcia twojego wyjazdu służbowego. Chcesz?
Złapała za telefon, wkurzona stukała palcem.
Masz! usłyszeliśmy dźwięk przelewu. Nigdy was więcej nie zobaczycie!
Zabrała synów (Mikołaj marudził), popchnęła Krzysia i trzasnęła drzwiami.
Opadłem ciężko na kanapę. W mieszkaniu czuć było jeszcze aptecznymi syropami, w kącie walały się papiery po cukierkach, na ścianie ślad po kotlecie.
Tomek usiadł obok i wziął mnie za rękę.
Wybacz mi mruknął Jestem idiotą.
Nie jesteś. Jesteś po prostu bratem. Ale teraz już znasz cenę takich próśb.
Obiecuję. Nigdy więcej.
Posiedzieliśmy bez słowa, potem wzięliśmy się do sprzątania. Wspólnymi siłami, po cichu. Z brudem z domu schodził ciężar ostatnich dni.
Wieczorem zadzwoniła teściowa pani Halina.
Małgosiu, cześć powiedziała słabym głosem Sylwia płakała do mnie, że ją wygnaliście, pieniędzy żądaliście, dzieci nie chcieliście pilnować To prawda?
Westchnąłem głęboko. Normalnie bym tłumaczył, przepraszał, a tym razem coś się we mnie przestawiło.
Pani Halino. Sylwia nie powiedziała prawdy. Zapyta pani, jak nazywał się ten hotel spa, gdzie przechodziła rozmowę kwalifikacyjną w bikini. A najlepiej niech pani przyjedzie kiedyś do nas, pokażemy filmik jak Krzyś mówi, że gotowanie to dla frajerów. Mamy o czym rozmawiać.
Po drugiej stronie cisza. W końcu teściowa westchnęła:
Ehh Dziecko, rozumiem. Już nie bądźcie źli, sama ją tak rozpieściłam.
Nie jesteśmy źli, wyciągnęliśmy wnioski odpowiedziałem.
Położyłem słuchawkę.
Wiesz co, Gosiu powiedziałem do żony, która patrzyła na mnie z niepokojem Zamówmy pizzę. Taką, jaką dzieci chciały. I wino. Należy nam się.
A sanatorium?
Pojedziemy za tydzień. I wyłączymy telefon. Oba.
Dotrzymaliśmy słowa. Gdy tydzień później wyświetliło się Sylwia, po prostu przełączyłem na tryb cichy i odłożyłem telefon. Granice zostały postawione, lekcja odrobiona. Czasem więzi rodzinne są silniejsze jeśli umie się je utrzymać na bezpieczną odległość.
Dziś wiem jedno jeśli nie postawi się granic, ktoś zawsze będzie je przesuwał. I cierpieć będą ci, którzy próbują być dobrymi dla wszystkich. Trzeba umieć powiedzieć dość.



