10 maja, sobota
Oj, Pani Wiesławo, znowu Pani zaczyna? Przecież umawialiśmy się, że działka to miejsce odpoczynku, naładowania baterii, a nie jakiś obóz pracy. Ja tu przyjeżdżam zaczerpnąć świeżego powietrza, a nie wyginać się wśród grządek jak baba na targu. Zresztą, dziś zrobiłam sobie nowy manicure, a plecy po całym tygodniu przy komputerze dają mi się we znaki. Nie po to haruję w biurze, żeby w weekend szarpać się z motyką.
Dominika efektownie poprawiła słomkowy kapelusz, schowała oczy za ciemne okulary i rozsiadła się wygodniej w ogrodowym bujaku. W jednej ręce trzymała szklankę chłodnej lemoniady, w drugiej telefon. Nawet nie spojrzała w stronę mojej mamy, Wiesławy Gajdy, która stała na środku ogrodu ze starą motyką, ścierając pot z czoła wierzchem dłoni.
Mama westchnęła ciężko. Słońce już zaczynało przygrzewać, jak na maj nietypowo mocno, a ziemia domagała się opieki. Chwasty, jakby na złość, rosły szybciej niż marchewka czy buraki. Obok, na innej grządce, mój ojciec, Stefan Gajda, kręcił się przy ziemniakach. Stękał i co chwila prostował się, by dać mięśniom odpocząć. Siódma dekada na karku odbijała się na zdrowiu, ale robił swoje, wiedząc, że ziemia nie wybacza opóźnień.
Dominiczko, ja przecież nie proszę Cię o oranie pola powiedziała mama łagodnie, tłumiąc narastającą irytację. Chociaż byś mi truskawki odchwaściła. To na dwadzieścia minut. Sama nie nadążam, zobacz jak trawa się panoszy. Przemek przyjedzie, to mu się miło będzie zjeść czystą truskawkę.
Przemek jak będzie chciał truskawki, to sobie z Biedronki kupi, mamo Wisiu odpowiedziała Dominika, nie odrywając wzroku od telefonu. Mamy teraz wszystko przez cały rok: truskawki, maliny, nawet arbuzy zimą. Po co się zadręczać? Ogródek to przeżytek PRL-u. Ekonomicznie żadnego sensu; koszt benzyny, nawozów, roboty i tabletek na ból pleców ta marchewka wyjdzie złota.
To nie była pierwsza taka rozmowa. Od ślubu mojego jedynego bratanka Przemka z Dominiką działka stała się polem bitwy dwóch światopoglądów. Dla starszych działka to przepastka lata, zdrowa żywność i tradycja. Dominika, typowa mieszczka, nie mogła zrozumieć sensu całego tego harowania, skoro wszystko można kupić pięknie zapakowane.
Ja stałem wtedy przy grillu. Starałem się być neutralny. Z jednej strony było mi żal rodziców harujących od rana do wieczora, a z drugiej bałem się burz z żoną. Dominika potrafiła obrazić się na kilka dni dla ochrony swoich paznokci. Więc wolałem sam podkopać grządkę, byle w domu był święty spokój. Ale i to się jej nie podobało twierdziła, że mamy tu wypoczywać, a nie użerać się z uprawą.
Zostaw ją, Przemek wtrącił ojciec, przewracając kiełbasy na grillu. Młodzi mają swoje podejście. Podlejemy sami po obiedzie.
Dobrze, synku skinął głową Stefan. Chodź, żonko, we dwoje damy radę. Zostawmy młodych z ich relaksem.
Mama zacisnęła usta i nic nie powiedziała. Pochyliła się znowu nad grządką, energicznie wyrywając chwasty. Ból był tym razem nie tylko w plecach, lecz i w sercu. Nie chodziło nawet o to, że jej ciężko. Ona naprawdę kochała ziemię. Marzyła, że ten ogród stanie się kiedyś centrum rodzinnych spotkań i wspólnej pracy, a nie zapleczem do leniuchowania dla miejskich dzieci.
Lato toczyło się dalej. Czerwiec zamienił się w lipcowy upał. Każdy weekend wyglądał tak samo. Przemek i Dominika zjeżdżali w piątek wieczorem, z siatami zakupów, kiełbasą na grilla, czasem ciasto. Dominika spała do południa, potem wychodziła w strój kąpielowy i rozkładała koc na trawniku, ten zresztą kosił mój ojciec. Mama śmigała jak w kołowrotku: pielenie, podlewanie, zbieranie ślimaków, no i gotowanie śniadanie, obiad i kolacja, bo na świeżym powietrzu młodym apetyt zwykle dopsiewał.
Wiesiu, Pani to taką pomidorówkę gotuje, że nigdy nie dorównam! mówiła Dominika, pałaszując kolejną dokładkę, a mama aż rozkwitała od pochwał i znowu stawała przy kuchence, póki Dominika wertowała kolorowe magazyny.
Pewnego razu, gdy maliny dojrzały w najlepsze, coś we mnie pękło. Krzewy aż się uginały, ale trzeba było zbierać błyskawicznie, bo osy już się czaiły. Mama rano skarżyła się na ciśnienie, bolała ją głowa.
Dominika, zerwij trochę malin, proszę. Zaraz się zmarnują, a chciałam zrobić Wam na zimę dżemik.
Dominika skrzywiła się na widok malinowych krzaków i pokrzyw pod nimi.
Tam pokrzywy rosną, poparzę się. I komary pewnie znowu tną. Ja wolę skoczyć do sklepu po dżem. Po co tyle zachodu?
Nie chcę sklepowego! nie wytrzymała wtedy mama. Tam tylko cukier i chemia! Tu swoje, zdrowe. To aż taka tragedia poświęcić pół godziny?
Tak, tragedia! fuknęła Dominika. Nie jestem tu na etacie zbieraczki owoców. Chcecie dżem, zbierajcie. Ja wolę figurę zachować.
W końcu maliny zebrałem ja, po cichu, kiedy Dominika była pod prysznicem. Wyszedłem z pokrzyw podrapany, ale z całym wiaderkiem. Mama z żalem patrzyła, lecz ani słowem się już nie odezwała. Przerobiła jagody, zakręciła słoiki i schowała jak zawsze w piwnicy. Niech stoi. Zima zapyta, co lato zaoszczędziło mówiła zawsze babcia.
W sierpniu dojrzały pomidory. Szklarnia, oczko w głowie mamy, była cała obwieszona owocami: czerwone Bawole serce, żółte Złoty Ożarowski, czarne pomidory, każda odmiana pachnąca, słodka, soczysta. Ogórki chrupały aż miło, papryki uginały się od ciężaru.
Robota się ścieliła podwójnie, bo nie tylko pielęgnacja wymagała energii, ale i przetwórstwo. Kuchnia zamieniła się w miniaturowy zakład: gotowanie, pasteryzacja, w całym domu aromat koperku i liści czarnej porzeczki.
Dominika zaglądała wtedy z ciekawością na stół.
Ale zapach! Marynowane ogórki to będzie coś. Przemek je uwielbia z ziemniaczkami. A zrobiła Pani też leczo? W zeszłym roku było przepyszne, całą litrową słoikę zjedliśmy naraz.
Zrobiłam odburknęła mama, zakręcając kolejny słoik, niemal nie czując nóg.
Świetnie Dominika się uśmiechnęła. Musimy więcej zabrać na zimę. Sklepowe się nie umywa. A Pani przepisy są genialne.
Mama tylko spojrzała na tatę, który przewracał cebulę do suszenia. Stefan ledwo zauważalnie pokręcił głową. Oboje już wszystko wiedzieli.
Wrzesień. Zbiór ziemniaków finał sezonu. Najtrudniejsza robota. Kopanie, przebieranie, suszenie, pakowanie do piwnicy. Mama liczyła, że tu młodzi pomogą. Ziemniaków narzucała tyle, by wystarczyło na dwie rodziny.
W piątek wieczorem Przemek zadzwonił z niepewnością w głosie:
Mamo, w ten weekend nie damy rady przyjechać. Dominice się trafiły urodziny koleżanki, idziemy do restauracji. Może zrobić wykopki w przyszłym tygodniu?
Ale mają być deszcze… ziemniaki zgniłyby w polu szepnęła mama.
To wynajmijcie kogoś, mamo, przeleję Wam pieniądze. Może któryś z sąsiadów pomoże.
Mama pokręciła głową. Nikt z okolicy by nie przyszedł sami mieli ogrody. Razem z ojcem wzięli się więc do roboty. Przez dwa dni harowali bez wytchnienia. Połamane plecy, przerwy na krople nasercowe i maści na stawy. W niedzielę wszystko było już posegregowane i w workach: dwadzieścia pięć worków pierwszorzędnych pyr, do tego marchew, buraki, cukinie, dynie. Piwnica wypchana po brzegi: rzędy kompotów, ogórków, sałatek, przetworów.
Dwa tygodnie później, gdy wszystko było już zamknięte na zimę, młodzi przyjechali nową Skodą. Otworzyli bagażnik i zaczęli znosić puste skrzynki i kartony.
Dzień dobry! Dominika była rozpromieniona. Przyjechaliśmy po plony. Przemek, weź skrzynki, idziemy do piwnicy.
Weszła do domu, wyjęła jabłko z lodówki i odgryzła z apetytem.
Ale słodziutkie jabłka w tym roku! Potrzebujemy pięć skrzynek na balkon. Ziemniaków z cztery worki, żeby do wiosny starczyło. Marchew, buraki, wszystko się przyda. Po słoiki sama zejdę wybiorę, co trzeba. Ogórków, pomidorów, leczo, malinowego dżemu jak już zrobiony.
Mama stanęła przy oknie i patrzyła, jak Przemek otwiera bagażnik. Ścisnęło ją aż gdzieś w środku. Przypomniały się upały, komary, ciężkie konewki, jęki taty, gdy dźwigał worki. I Dominika leżąca z lemoniadą, wyliczająca, czemu ogród się nie opłaca.
Stefan, chodź tu zawołała mamę.
Ojciec stanął obok.
Widzisz?
Widzę, Wisiu.
I co robimy?
Rób, jak uznasz. Twój trud tu był największy. Ty stałaś przy kuchni, Ty kręciłaś słoiki.
Mama poprawiła chustkę i wyszła na ganek. Przemek właśnie szedł do szopy po coś jeszcze, a Dominika dyrygowała z werandy.
Przemek, zaczekaj! powiedziała głośno i wyraźnie.
Zatrzymał się, zaskoczony. Dominika przestała gryźć jabłko.
O co chodzi, mamo? Klucze do piwnicy potrzebne? Wiem gdzie wiszą.
Nie, nie będą Ci potrzebne odpowiedziała spokojnie mama. I skrzynki możecie włożyć z powrotem do samochodu. Puste.
Jak to? Dominika aż się zagotowała. Wiesiu, my po zapasy przyjechaliśmy! Zima za pasem.
Właśnie dlatego. Zamyka się sklepik. Kto latem nie pomagał, ten jesienią nie bierze. Pamiętasz bajkę o mrówce i koniku polnym?
Mamooo… Przemek aż się zaśmiał Przecież ziemniaków macie pełno, tata mówił, udany plon. My tylko trochę chcemy.
Plon bogaty odparła mama. Ale to nie jest Wasz plon. My sadziliśmy, my podlewaliśmy, my plewiliśmy, my sprzątaliśmy i ja kręciłam słoiki, aż nogi miałam jak z waty.
Przecież jesteśmy rodziną! odpaliła Dominika, zeskakując ze schodów. Już cała czerwona. Serio swoim dzieciom odmówisz ziemniaków? Zgniło Wam pójdzie! We dwoje nie zjecie!
No to pójdzie. Albo sprzedamy, albo oddamy sąsiadom, którzy nam czasem pomagali, gdy wy w restauracji się bawiliście. Ale dla Was ani słoika, ani ziemniaka.
Dla zasady? zasyczała Dominika. Chcecie nas wychowywać?
Nie, Dominika. To jest sprawiedliwość. Całe lato opowiadałaś, że ogród to luksus bez sensu, w sklepie wszystko łatwiej i taniej. Więc jedź do sklepu. Kup sobie ziemniaki, marchew, ogórki. Nasze są za ciężkie do dźwigania, takie drogie w produkcji. W sklepie wszystko upakowane, czyste.
Ale sklepowe to sama chemia! nie wytrzymała Dominika. A Wasze zdrowe!
A za domowe płaci się robotą dodał ojciec, stając obok żony. I to jest cena: pot, zedrgane kolana, zmęczone ręce. Ty nawet maliny zebrać nie chciałaś. Teraz przyjeżdżasz jak do darmowego supermarketu. Koniec żartów.
Przemek stał czerwony jak burak. Wiedział, że rodzice mają rację. Przypomniał sobie wszystkie wymówki i puste obietnice.
Mamo, tato Przepraszam powiedział cicho. Zawaliłem. Nie przekonałem Dominiki. Tak naprawdę to my nie zasłużyliśmy.
Jedźcie, dzieci odpowiedziała spokojnie mama, z drżeniem w głosie. Nie miejcie żalu. Ale zrozumcie: nie można tylko brać, nie dając nic od siebie. Miłość to uczynki, nie słowa. A szacunek do cudzej pracy to podstawa.
Przemek kiwnął głową, uścisnął mamie dłoń, przytulił tatę, poczuł jego zgrubiałą, spracowaną dłoń i poszedł do auta.
Odjechali. Na działce zapadła cisza. Wiatr targał liście klonów.
Wiesiu westchnął Stefan, obejmując żonę ramieniem. Może ostro postąpiliśmy, ale czasem nie ma wyjścia.
Nie ma, Stefan. Bo wtedy oni nigdy się nie nauczą, że chleb się nie bierze znikąd.
Minął miesiąc, potem drugi. Kontakt był chłodny, Dominika nie dzwoniła w ogóle.
Nadeszła prawdziwa, mroźna zima. Mama i tata mieszkali w bloku pełna spiżarnia i zapas w garażu cieszyły przez mrozy. Kartofle puszyste, ogórki chrupiące, leczo pyszne.
W połowie grudnia zadzwonił domofon. Przemek, sam, stał w drzwiach.
Przyniósł dużą torbę i bukiet kwiatów.
Cześć, mamo. Można?
Chodź, oczywiście. Stefan, Przemek przyszedł!
Usiedli w kuchni, przy herbacie i malinowym dżemie. Przemek wyglądał szczuplej i poważniej.
Jak u Dominiki? zapytała ostrożnie mama.
Dobrze. Pracuje. Złościła się, ale Wiesz, kupiliśmy ziemniaki w sklepie. Gnijące, mączyste, niesmaczne. Ogórki kupne za dwadzieścia złotych ocet, nie do zjedzenia. Wszystko poszło do śmieci.
Mama nalała jeszcze herbaty.
Powiedziałem Dominice: widzisz, to jest twoja cena za relaks. Chcesz smacznego trzeba było pomagać. Pokłóciliśmy się wtedy. Ale w końcu stwierdziła: Może przesadziłam. Głupio wyszło. Rodzice się napracowali, a my zrobiliśmy wiochę
Wyciągnął kopertę.
Mamo, tato Tu są pieniądze. Przeliczyłem, ile kosztują porządne produkty bio na rynku. Weźcie, proszę. Chcemy kupić trochę przetworów i warzyw. Uczciwie.
Tata chciał zaprotestować, ale mama położyła mu dłoń na ramieniu.
Dobrze, Przemek. Przyjmiemy ale potraktujemy je jako wkład na przyszłą wiosnę, na szklarnię, nowe nasiona. Będziesz miał udział w pracy.
Mam wyjęła z szafki siatkę na specjalne okazje.
Stefan, chodź, szykujemy prezent dla dzieci.
Napełnili Przemkowi siatkę: ogórki, pomidory, leczo, grzybki, worek kartofli, marchiew.
Dzięki Przemek patrzył z wdzięcznością. My już z Dominiką zdecydowaliśmy: w maju przyjeżdżamy na urlop. Pomożemy. Ja poprawię szklarnię, poliwęglan już oglądałem. Dominika zajmie się trawnikiem, grządkami z ziołami. Mówi, że w rękawiczkach manicure się nie popsuje.
I dobrze uśmiechnął się tata. Dla każdego starczy roboty. A po pracy i grill smakuje lepiej.
Przemek wyszedł, a mama jeszcze długo patrzyła za nim przez okno na śnieg. Czuła, jakby spadł jej z ramion ogromny ciężar. Lekcja była trudna, ale konieczna. Teraz wiedziała, że na kolejny sezon rodzina znów będzie prawdziwie razem, a plony będą jeszcze smaczniejsze, bo wyrosną ze wspólnego wysiłku, bez żalów czy niedomówień.
W sylwestra młodzi rozłożyli na stole maminych przetwory. Dominika, nakładając grzybki, zamiast ale dobre! zamyśliła się głęboko:
Przemek, a może w tym roku założymy osobny rządek cukinii? Znalazłam przepis na domową pastę podobno niebo w gębie. Sama zrobię.
I to był dla mojej mamy najpiękniejszy prezent, choć powiedział mi o tym syn później.
Patrząc dziś na to wszystko wiem jedno jeśli nie włożysz serca i pracy, nie masz prawa oczekiwać owoców. A satysfakcja z własnych plonów i szczerej, rodzinnej pracy to prawdziwy powód do dumy. Kluczowe jest dzielenie się, ale też wzajemne poszanowanie trudu i tego, że jak mawiają u nas chleba nie podają pod nos, trzeba go sobie wyrobić samemu.



