Miałem trzy długie związki w życiu. W każdej z tych relacji byłem przekonany, że zostanę ojcem. Jednak za każdym razem, kiedy rozmowa o dzieciach stawała się coraz poważniejsza, w końcu odchodziłem.
Pierwsza kobieta, Zuzanna Krupska, była już matką kilkuletniej dziewczynki. Sam miałem wtedy dwadzieścia siedem lat. Na początku zupełnie mi to nie przeszkadzało. Z czasem przywykłem do jej codziennej rutyny, do rozkładu dnia jej córki oraz do wszystkich obowiązków związanych z byciem częścią tej małej rodziny. Gdy jednak zaczęliśmy mówić o tym, żebyśmy mieli też własne dziecko, mijały miesiące i nic się nie działo. Najpierw Zuzanna poszła do lekarza. Wszystko było w porządku. Zaczęła dopytywać, czy badałem się kiedyś. Mówiłem jej, że to niepotrzebne, że po prostu się uda. Ale czułem coraz większy dyskomfort byłem rozdrażniony, spięty. Zaczynaliśmy coraz częściej się kłócić. Pewnego dnia, jak przez mgłę, po prostu opuściłem jej mieszkanie i nigdy nie wróciłem.
Drugi związek był inny. Paulina Wąsiewicz nie miała dzieci. Już na samym początku jasno powiedzieliśmy sobie, że chcemy stworzyć rodzinę. Minęły lata pełne prób. Z każdym kolejnym testem ciążowym, który był negatywny, zamykałem się coraz bardziej w sobie. Paulina coraz częściej płakała, a ja unikałem rozmów na ten temat. Gdy zaproponowała wspólną wizytę u specjalisty, powiedziałem, że przesadza. Zacząłem się coraz częściej spóźniać do domu, tracić zainteresowanie, czuć się uwięziony. Po czterech latach rozstaliśmy się bez słowa.
Trzecia relacja, z Kingą Jakubowską, towarzyszyła jej już dwóch nastoletnich synów. Od początku mówiła, że nie musimy mieć więcej dzieci. Ale temat i tak wrócił, zupełnie nieoczekiwanie. Tym razem to ja go podjąłem, chcąc sprawdzić sam siebie, udowodnić, że potrafię. I znów nic. Czułem się coraz bardziej obco, jakbym zajmował miejsce, które nie było dla mnie przeznaczone. Wszystko wokół mnie stawało się ulotne, nie miałem do czego wracać.
Coś bardzo podobnego wydarzyło się we wszystkich tych snachzwiązkach. To nie była tylko frustracja czy zawód. To był strach. Lęk przed tym, że kiedyś usiądę naprzeciw lekarza, który powie, że to ze mną coś nie tak.
Nigdy nie wykonałem żadnych badań. Nigdy nie dowiedziałem się, jaka jest prawda. Wolałem odejść, niż zmierzyć się z odpowiedzią, której być może bym nie udźwignął.
Dziś mam już ponad czterdzieści lat. Czasem, jak przez matową szybę tramwaju w Warszawie, widzę dawne partnerki w parkach lub na Placu Zamkowym z ich rodzinami, z dziećmi, których nie jestem ojcem. I czasami pytam samego siebie, czy naprawdę odchodziłem, bo miałem dość czy może nie miałem odwagi zostać i spojrzeć w głąb siebie, w to, co się ze mną naprawdę działo. Wszystko wiruje wokół mnie jak w sennym, surrealistycznym krajobrazie, a odpowiedzi rozmywają się jak ślad na wiślanej wodzie.



