— Kropka? Ja ją nazwałem Choinka. Biegała tu dziś rano, od razu było widać, że się zgubiła. Potem usiadła przy moich nogach i ogrzała się. No to wziąłem ją do samochodu, żeby nie zmarzła – biedaczka – uśmiechnął się mężczyzna… — Tomka, naprawdę, ile razy ci mówiłam, że z tym Witkiem to nie dla ciebie! — upominała córkę matka. Kobieta stała ze spuszczoną głową. Chociaż niedawno skończyła trzydzieści siedem lat, czuła się jak uczennica, która wróciła do domu z jedynką. Było jej okropnie przykro i żal – siebie, swojej nieudanej rodziny i małej córeczki. Bo przecież tuż przed najbardziej magicznymi świętami zostały bez głowy rodziny. — Odchodzę od ciebie — rzucił beztrosko Wiktor wieczorem. Tomka nawet nie od razu pojęła, o co chodzi. — Dokąd odchodzisz? — zapytała automatycznie, stawiając przed nim talerz gorącego barszczu. — Ty, Tomka, to naprawdę jakbyś z innego świata była. Zupełnie nie widzisz poważnych spraw! Jak ja z tobą wytrzymałem tyle lat? — Wiktor obrócił oczami teatralnie. Tomka nie zdążyła o nic zapytać, bo mąż sam wszystko dokładnie wyjaśnił: — Dłużej tak nie mogę! A jeszcze ta twoja wiecznie szczekająca psina. Dziecko ciągle choruje. Zero romantyzmu, Tomka. Spójrz na siebie. Do czego się doprowadziłaś? — zakończył tyradę. Tomka próbowała dostrzec swoje zmartwione odbicie w drzwiczkach kredensu, ale łzy same napływały jej do oczu, została stać pośrodku kuchni zupełnie sama. Wiktor nie znosił płaczu. Ze smutkiem popatrzył na barszcz, wstał od stołu i poszedł się pakować… Sunia Kropka, wyczuwając, że coś jest nie tak, kręciła się przy nogach właścicielki, skomląc i próbując pocieszyć. — Przynajmniej w końcu się wyśpię bez tego wiecznego wycia — stwierdził Wiktor, pojawiając się w drzwiach z torbą na ramieniu. — Witek, a co z Ewką? — wyszeptała Tomka, wyobrażając sobie rozpacz pięcioletniej córeczki, która spała spokojnie w swoim pokoiku. — Wymyśl coś! Jesteś przecież matką, w końcu — odpowiedział mężczyzna i wyszedł z mieszkania przy akompaniamencie Kropki… Tomka całą noc siedziała na kuchni, przytulając suczkę. Kropka lizała ją po rękach ciepłym językiem, próbując dodać otuchy. Wyraźnie rozumiała, że stało się coś bardzo złego. Przez kilka kolejnych dni Tomka nie miała pojęcia, jak powiedzieć o wszystkim mamie. Ta regularnie dzwoniła i pytała, jak się mają. Tomka szybko odpowiadała, że wszystko w porządku i wyłączała telefon. — A z pracą jak? Znalazłaś coś sensownego? Bo zobaczysz, Witek cię zostawi i z czego będziecie żyć — mówiła matka, odwiedzając córkę. Wtedy Tomka wybuchła płaczem, tłumacząc, że nikt nie zaprasza jej na rozmowy o pracę, a Wiktor odszedł już kilka dni temu. Starsza kobieta westchnęła ciężko. Nie była przygotowana na taki obrót spraw. — Przecież od początku było wiadomo, co zamierza. Pięć lat razem, dziecko na świecie, a twój pan i władca nawet się o ślub nie starał! — oburzała się mama Tomki. Było jej szkoda niezaradnej córki i malutkiej wnuczki. — I co teraz zamierzasz? Tomka wzruszyła ramionami: — Jakoś sobie poradzę. Zatrudnię się jako pomoc w przedszkolu Ewy — odpowiedziała z rezygnacją. — Długo na pensji pomocy nie pociągniesz… Jeszcze psa trzeba wykarmić — podsumowała matka, która nigdy nie była fanką zwierząt. A Kropki, którą córka przygarnęła z ulicy, nie znosiła szczególnie. Chciała coś jeszcze dodać, lecz widząc, jak Tomka ledwo powstrzymuje łzy, zamilkła. — Dobrze, nie płacz już. Pomogę ci. Jak będzie trzeba, to i z Ewką posiedzę — spróbowała ją pocieszyć… Tak minął kolejny tydzień. W tym czasie Tomka Aleksandrowna znalazła pracę i razem z Ewelinką chodziła do przedszkola. Dziewczynka była szczęśliwa. — Mamusiu, może i Kropkę weźmiemy jako pomocnicę do przedszkola? Babcia ciągle marudzi, że nie ma siły z nią chodzić po dworze. A Kropka mogłaby pomagać ci myć talerze i pilnowałaby nas w czasie leżakowania — mówiła z uśmiechem Ewa. Tomka się śmiała i przytulała córkę. Ale zaraz w oczach stawały jej łzy, gdy słyszała kolejne pytania dziewczynki: — Mamusiu, tata wróci na święta? Zdoła przyjść na Nowy Rok? Nie miała odwagi wyznać Ewie prawdy. Wymyśliła coś o pilnej delegacji. Dzwoniła do Wiktora, próbowała się dogadać w sprawie spotkania, ale on cały czas zasłaniał się sprawami zawodowymi: — Tomka, nie przeszkadzaj mi układać sobie życia. Powiedz Ewie, że jestem superagentem i wyjechałem na sekretne zlecenie. Szybko nie wrócę. Coś w tym stylu — mruknął podczas jednej z rozmów i jeszcze zapytał, czy nie widziała jego krawata. — Gdzie ja go podziałem? Przecież na Nowy Rok nie mam w czym iść… — narzekał, odkładając słuchawkę. Tomka długo siedziała zamyślona. Nie wiedziała, jak przywita Nowy Rok samotnie i jak wszystko wyjaśnić córce. Stało się to nagle. Babcia prowadziła Ewunię do przychodni. Dziewczynka się przeziębiła, ale już wracała do zdrowia. O czymś rozmawiały, gdy za rogiem wpadł na nie Wiktor. — Tato! Tatusiu! Wróciłeś? — dziewczynka rzuciła mu się na szyję z radością. Mężczyzna aż drgnął. Uśmiechnął się nieśmiało i cicho oświadczył córce, że tak wyszło, ale z mamą nie będą więcej razem mieszkać. I pospieszył dalej. — Może jeszcze kiedyś wpadnę, jeśli mi się uda — rzucił na pożegnanie. Ewa stała z kamiennym wyrazem twarzy, szepcząc pod nosem: — Lepiej już nie przychodź. Wieczorem znów dostała gorączki. Po dwóch dniach do ich mieszkania zapukał lekarz. Ewa nie miała ochoty z nikim rozmawiać i najwyraźniej nie zamierzała szybko wyzdrowieć. — To może być reakcja na stres — rozłożył ręce lekarz, gdy usłyszał historię o tacie. Tomka obwiniała się: — Trzeba było od razu wszystko Ewie powiedzieć. Jest bystra, zrozumiałaby — mówiła mamie. A ta tylko kręciła głową… Dwa dni później spotkał je kolejny cios. Babcia zabrała Kropkę na spacer. Spieszyła się i wyszła bez smyczy. Psina postanowiła pokazać charakter. Kiedy starsza kobieta podniosła głos, Kropka nagle pognała w przeciwną stronę. — A ha! Czyli nie chcesz mnie słuchać? Przemarzgniesz trochę, zaraz wrócisz — burknęła babcia i zdecydowanym krokiem wróciła do klatki, spiesząc z lekarstwem dla wnuczki. Ale dziewczynka, gdy dowiedziała się o zaginięciu przyjaciółki, całkiem się załamała. Na próżno Tomka obiecywała odnaleźć futrzaną towarzyszkę. Ewa była nieugięta: — Jak znajdzie się Kropka, to zjem — powiedziała i odwróciła się do ściany. — To przez twoje wychowanie, Tomka. Całkiem ją rozpuściłaś, dziewczyna ci się spod kontroli wymyka. Przecież mówiłam… — zaczęła matka Tomki. — Lepiej byś za Kropką patrzyła, mamo, zamiast ciągle pouczać — wybuchnęła zawsze cicha kobieta. — No wiesz! Przecież się staram, dla was! — obruszyła się matka i wyszła z mieszkania… Tomka znów została sama. Długo tego wieczoru krążyła wokół bloku. Ewa w końcu zasnęła w swoim łóżeczku. Tomka nie traciła nadziei, że Kropka sama wróci. Niestety. Przemarznięta, wróciła do mieszkania i z trudem zasnęła… Ewa obudziła się wcześnie: — Mamusiu, miałam taki piękny sen! O choince! Ubraliśmy ją i znaleźliśmy Kropkę! — powiedziała z entuzjazmem. Tomka uśmiechnęła się smutno. Na stole stała maleńka sztuczna choinka. Zbliżał się Nowy Rok, a one, jak mogły, przygotowały się na jego powitanie. Ale Ewa była rozczarowana i powtarzała, że choinka powinna być duża i prawdziwa. — Wtedy i Kropka się znajdzie. Jak we śnie! — płakała. Tomka westchnęła. O zakupie żywej choinki mogła tylko pomarzyć – zwyczajnie nie było jej stać. Zadzwoniła do mamy, ale ta odmówiła odwiedzin: — Widzisz, pies ważniejszy od rodzonej matki! Pomyśl o tym — powiedziała z urazą. Tomka westchnęła, wiedząc, że na babcię już nie ma co liczyć. Dobrze, że choć zbliżał się weekend. Ewcia czuła się kiepsko i zupełnie nie miała chęci wstawać. Wieczorem, gdy wszystko było już przygotowane do świętowania, dziewczynka wybuchła płaczem: — Nie ma choinki, mamusiu. I Kropka nie wróci, tak samo jak tata… Tomka głaskała ją po głowie, tłumiąc łzy. Potem poprosiła sąsiadkę, miłą starszą panią, by zerknęła na Ewę, i wybiegła z domu… Mroźne powietrze uderzyło ją w policzki, śnieg wirował dookoła w tańcu. Ludzie mijali ją, uśmiechając się wesoło. Ale Tomka nikogo nie widziała. Desperacko szukała Kropki. — Gdzie ty mogłaś pójść, maleńka? — szeptała, obchodząc znajome ulice. Nagle natknęła się na mały targ z choinkami. Srogi mężczyzna w grubym kożuchu kręcił się przy ostatnich pięknych drzewkach. Tomka zamarła. — Choinka? Została już tylko jedna. Mogę dać panu/pani zniżkę, bo spieszę się do domu — zawołał sprzedawca chętny do powrotu. “Pewnie ktoś już na niego czeka… Żona zastawiła stół, dzieci wyglądają za oknem…” — przemknęło Tomce przez myśl. W tym samym momencie do mężczyzny podbiegła młoda para i kupiła jedno drzewko. — I co, bierzesz pani? Została ostatnia… Pomogę z dostawą — powiedział sprzedawca. Tomka spojrzała mu w oczy z rozpaczą. Nie miała przy sobie pieniędzy. Zresztą nawet w domu nie wystarczyłoby jej na taki zakup. Zrobiło jej się wstyd. Wtedy zauważyła gałęzie leżące przy samochodzie. — A mogę wziąć te gałązki… jeśli są niepotrzebne? — zapytała cicho. Mężczyzna popatrzył na nią i na leżące obok resztki choinek, po czym westchnął: — Jasne, bierzcie. Zaraz pomogę — odpowiedział, podając jej naręcze gałęzi. Tomka z wdzięcznością przyjęła prezent i zaczęła tłumaczyć: — Wie pan, córeczka chora… leży, marzy tylko o choince, pies uciekł… wszystko się jakoś posypało, nic nie jest świątecznie… Mężczyzna słuchał z niezwykłą uwagą. Jego też niedawno zostawiła żona. Przeżywał to mocno – w te święta nikt na niego przecież nie czekał. Nagle podszedł inny mężczyzna: — Za ile ta choinka? — zapytał, patrząc na ostatni egzemplarz. — Już sprzedana. Spróbuj u sąsiada, może mu zostało coś jeszcze — sprzedawca wskazał sąsiedni stragan. Tomka zdziwiona popatrzyła na niego. — Chodźcie, pomogę wam z tą choinką do domu — uśmiechnął się niespodziewanie. Tomka nagle spostrzegła, że nie taki był srogi, jak się wydawało. — Ale ja nie mam pieniędzy, mówiłam już… — Pamiętam — pokiwał głową. I wtedy zdarzyło się coś niesamowitego, możliwe chyba tylko w przeddzień najpiękniejszych polskich świąt. Mężczyzna otworzył swojego dostawczaka, a na siedzeniu spała Kropka. Była otulona ciepłym swetrem, kompletnie zaskoczona całą sytuacją. — Skąd Kropka u pana? — wyszeptała Tomka ze łzami w oczach. — Kropka? Ja ją nazwałem Choinka. Dziś od rana biegała wokół, widać, że się zgubiła… A potem ogrzała się przy moich nogach. Wsadziłem ją do auta, żeby nie zmarzła — uśmiechnął się mężczyzna. Nazywał się Paweł. Kochał zwierzęta i łatwo nawiązywał kontakt z dziećmi. W domu Tomki znów zrobiło się ciepło i rodzinnie. Może to magia świąt połączyła tych dwoje ludzi, a może tak właśnie miało być… Nikt nie wie. Wiadomo tylko, że nowa rodzina była szczęśliwa. A Kropkę czasem nazywano po prostu Choinką.

Guzik? A ja ją nazwałem Choinka. Biegała tu dziś rano po całym osiedlu. Od razu było widać, że się zgubiła. Potem przyszła się przytulić do moich nóg. No to wziąłem ją do auta, żeby nie zamarzła, biedulka uśmiechnął się mężczyzna…

Justynka, czy naprawdę możesz mieć aż takiego pecha? Ile razy ci mówiłam, że ten Mietek do ciebie nie pasuje! ganiła mnie mama.

Stałem obok i patrzyłem na córkę z opuszczoną głową. Chociaż niedawno stuknęło mi trzydzieści siedem lat, czułem się jak uczeń, który przyniósł do domu jedynkę. Bolało mnie serce na myśl o Justynce, mojego nieudanego małżeństwa i naszej małej córeczki. Przed Wigilią zostaliśmy sami bez głowy rodziny.

Odchodzę od ciebie rzucił Mietek, kiedy wieczorem wrócił do domu. Nawet nie od razu zrozumiałem, o co chodzi.

Odchodzisz dokąd? spytałem bezwiednie, stawiając mu talerz pachnącego żurku.

Ty naprawdę jesteś nie z tego świata, Justka. Nic nie rozumiesz z poważnego życia! I jak ja z tobą tyle lat wytrzymałem? pokręcił teatralnie oczami Mietek.

Nie zdążyłem nawet o nic spytać, bo zaraz zaczął wyliczać:
Już nie dam rady! Jeszcze ta twoja wiecznie szczekająca psina. Córka ciągle chora. Żadnej romantyki, Justka. Spójrz na siebie. Do czego się doprowadziłaś? zakończył hukiem.

Spróbowałem dojrzeć się w szybie kredensu, ale oczy miałem pełne łez. Stojąc sam na środku kuchni, nie mogłem powstrzymać płaczu.

Mietek nie znosił łez. Z żalem spojrzał na żurek, wstał od stołu i poszedł się spakować…

Suczka Guzik wyczuła, że coś się dzieje. Kręciła się u moich nóg, skomlała i próbowała pocieszyć.

Przynajmniej w końcu odpocznę bez tego wiecznego wycia rzucił Mietek, pojawiając się w drzwiach z torbą na ramieniu.

Mietek, a co z Hanią? wyszeptałem, wyobrażając sobie, jak bardzo się rozczaruje nasza pięcioletnia córka, która spokojnie spała w swoim pokoju.

Wymyśl coś! Jesteś przecież matką odpowiedział i przy wtórze skomlenia Guzika opuścił mieszkanie…

Całą noc przesiedziałem na kuchennym krześle, obejmując Guzika. Lizał mnie ciepłym językiem, jakby próbował dodać otuchy. Dobrze wiedział, że stało się coś złego.

Przez kilka następnych dni nie miałem odwagi powiedzieć nic mamie. Dzwoniła co jakiś czas, pytając, co słychać. Odpowiadałem zdawkowo i odkładałem telefon.

A jak tam praca? Znalazłaś już coś? Bo widzisz, ten twój Mietek cię zostawi, a ty bez grosza będziesz zagadywała, kiedy przyszła któregoś dnia.

Wytrzymałość się skończyła i wyrzuciłem z siebie łzy, tłumacząc, że nikt nie odpowiada na moje zgłoszenia, a Mietek odszedł przed kilkoma dniami.

Starsza pani jęknęła ciężko, zaskoczona takim obrotem spraw.

Przecież od razu było widać, do czego to zmierza. Pięć lat razem, dziecko się urodziło, a on nawet nie chciał z tobą wziąć ślubu nie kryła oburzenia.

Było jej żal córki i wnuczki bardziej, niż kiedykolwiek.

I co teraz? spytała, zmartwiona.

Wzruszyłem ramionami:
Coś wymyślę. Zacznę pracę jako pomoc w przedszkolu Hani odpowiedziałem bez przekonania.

Na pensję pomocy długo nie pociągniesz… Jeszcze psa trzeba wyżywić podsumowała ze złością, bo nigdy nie była fanką zwierząt, a Guzika, którego znalazłem na ulicy, ledwo tolerowała.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale widząc moje łzy, ugryzła się w język.

Dobrze, dobrze, nie płacz już. Pomogę ci, jak trzeba będzie, to i Hanię popilnuję próbowała mnie pocieszyć…

Tydzień minął.

Zdołałem znaleźć pracę i codziennie chodziłem z Hanią do przedszkola. Mała była z tego powodu przeszczęśliwa.

Mamo, może weźmiemy Guzika do pracy jako pomocnika? Babcia znowu narzeka, że nie ma siły z nim spacerować. A on by ci pomagał myć talerze i pilnował nas podczas leżakowania śmiała się Hania.

Przytulałem ją z uśmiechem, jednak na każde pytanie:

Mamusiu, tata wróci niedługo? Będzie z nami na Wigilię?

Zawsze odpowiadałem wymijająco. Powiedziałem jej coś o pilnej delegacji. Wielokrotnie próbowałem umówić się z Mietkiem na spotkanie, ale on zawsze był zajęty:

Justka, nie przeszkadzaj mi w układaniu sobie życia. Powiedz Hani, że jestem superagentem i wyjechałem na ważną misję. Prędko mnie nie będzie, więc nie czekajcie skwitował i spytał, czy przypadkiem nie widziałem jego krawata.

No gdzie on się podział? Nie mam w czym na Sylwestra pójść dąsał się przez telefon.

Przez długi czas siedziałem zamyślony. Nie wiedziałem, jak spędzimy te święta tylko we dwójkę. Albo jak to w ogóle wszystko wyjaśnić Hani.

Wszystko wywróciło się do góry nogami, kiedy pewnego dnia, gdy babcia prowadziła Hanię do przychodni, Mietek nagle wybiegł zza rogu.

Tata! Tatuś! Wróciłeś? rzuciła się do niego dziewczynka.

Zatrzymał się, potem się uśmiechnął, po czym cicho oznajmił córce, że tak wyszło, iż on i mama nie będą już razem. I jakby nigdy nic, odszedł, obiecując, że jeszcze może wpadnie.

Hania stanęła z poważną miną, potem wyszeptała:
Nie musisz już do nas przychodzić.

Wieczorem miała znów gorączkę, a po dwóch dniach wezwany do domu lekarz stwierdził, że to przez stres.

Obwiniałem się:
Trzeba było Hani powiedzieć prawdę Jest mądra, wszystko by zrozumiała tłumaczyłem się mamie. Kiwała tylko głową…

Niedługo potem wydarzył się kolejny dramat. Mama, spiesząc się z lekiem dla Hani, poszła z Guzikiem na spacer bez smyczy. Jak tylko krzyknęła na psa, Guzik odwrócił się na pięcie i pognał w przeciwną stronę.

A, niech ci będzie! Zamarzniesz, to wrócisz! burknęła mama i energicznie wróciła do klatki schodowej.

Niestety, Hania, gdy się dowiedziała o zaginięciu Guzika, przestała jeść i pić. Na wszelkie obietnice, że znajdziemy jej ukochanego czworonoga, odpowiadała uparcie:

Najpierw znajdźmy Guzika, potem pogadamy o jedzeniu odwróciła się do ściany.

To twoje wychowanie, Justka! Przepuściłeś dziecko przez palce. A ostrzegałam… zaczęła mama.

Zamiast pouczać zajęłabyś się psem, mamo! wybuchłem, po raz pierwszy od dawna się denerwując.

Przecież wszystko robię dla was! obruszyła się starsza pani i wyszła urażona…

Znowu zostałem sam. Długo chodziłem wieczorem po osiedlu, mając nadzieję, że Guzik wróci. Ale nic z tego. Zziębnięty wróciłem do mieszkania i zasnąłem niespokojnym snem.

Hania zerwała się rano:

Mamusiu, miałam sen o choince! Ubieraliśmy ją razem i znaleźliśmy Guzika! wykrzyknęła podekscytowana.

Smutno się uśmiechnąłem, wskazując na małą sztuczną choinkę stojącą na stole. Nadchodziły święta, a przygotowania robiliśmy na tyle, na ile mogliśmy.

Hania była jednak niepocieszona. Płakała, że prawdziwa choinka musi być duża i pachnąca.

Wtedy Guzik też się znajdzie. Tak jak w moim śnie! łkała.

Z westchnieniem stwierdziłem, że zakup żywej choinki w tym roku nie wchodzi w grę. Nawet na to, co zostało, pieniędzy ledwie starczyło na jedzenie. Zadzwoniłem do mamy, ale stanowczo odmówiła odwiedzin:

Widzisz, pies jest dla ciebie ważniejszy niż matka! zirytowała się w słuchawce.

Pogodziłem się z tym, że święta spędzimy we dwójkę. Hania czuła się źle i nie chciała nawet wstać z łóżka. Gdy skończyłem wieczorem przygotowania, mała rozpłakała się znowu:

Nadal nie mamy choinki, mamo. Guzik też już nie wróci, jak i tata…

Głaskałem Hanię po głowie, walcząc z własnymi łzami. Poprosiłem sąsiadkę, panią Zofię, by zerknęła na córkę, i wybiegłem na mróz…

Suchy, zimowy wiatr szczypał w policzki, a śnieg wirował wokół w tanecznym uniesieniu. Ludzie spieszyli się, rozpromienieni ale ja widziałem tylko własną rozpacz. Biegałem po okolicy, szepcząc do siebie wciąż i wciąż:

Gdzie się podziałeś, maleńki…?

W końcu dotarłem pod niewielki jarmark z choinkami. Stary pan w futrzanej czapce stał obok ostatnich drzewek.

Choinka dla pani? Zostało mi ledwie parę sztuk. Zrobię rabat, bo już do domu się spieszę zagadnął wesoło.

Pomyślałem: Pewnie w domu już czeka na niego rodzina…

W tej chwili podbiegło do niego młode małżeństwo, kupiło jedno z ostatnich drzewek.

I jak? Pani bierze? To już ostatnia, nawet dowieźć pomogę… zagadał.

Zrozpaczony spojrzałem mu w oczy. Nie miałem przy sobie pieniędzy, a oszczędności w domu nie starczyłyby nawet na niewielką choinkę.

Zauważyłem wówczas, że na pace jego busa leżą obcięte gałązki.

A czy można wziąć trochę tych gałązek, jeśli i tak ich pan nie potrzebuje? zapytałem nieśmiało.

Spojrzał na mnie, potem na stertę gałęzi.

Proszę brać. Nawet pani pomogę powiedział i wręczył mi naręcze iglaków.

Podziękowałem, nie wiedząc, czemu tłumaczę:

Wie pan, córka chora, leży, marzy o choince, pies nam zginął wszystko się posypało…

Wysłuchał mnie uważnie. Powiedział potem cicho, że też niedawno został zostawiony przez żonę. Dodał, że święta będą w tym roku inne.

Nagle podszedł jakiś mężczyzna.

Panie, za ile pan tę ostatnią choinkę oddasz? zapytał.

Już sprzedana. Proszę pójść do kolegi wskazał mu gestem.

Zerknąłem na niego zaskoczony.

Chodźmy, pomogę pani dowieźć choinkę powiedział z lekkim uśmiechem.

Ale ja nie mam pieniędzy powtórzyłem z zakłopotaniem.

Wszystko wiem uśmiechnął się ciepło.

Za chwilę wydarzyło się coś niespodziewanego coś, co zdarza się chyba tylko w świąteczne wieczory.

Otworzył drzwi auta. Na siedzeniu spał Guzik, owinięty swetrem, cały i zdrowy.

Skąd pan ma Guzika? wykrztusiłem.

Guzik? A ja ją nazwałem Choinka. Biegała tu dziś rano, od razu było widać, że się zgubiła. Przyszła do mnie i się przytuliła, więc wsadziłem ją do samochodu, żeby nie zmarzła uśmiechnął się i teraz już wiedziałem, że ma na imię Paweł.

Paweł uwielbiał zwierzęta i dogadywał się z dziećmi.

Nagle zrobiło się ciepło i domowo. Święta, których tak się obawiałem, okazały się najweselsze, jakie pamiętam. Czy to magia Wigilii, czy przeznaczenie tego nie wiem.

Jedno wiem na pewno: dziś mamy nową rodzinę, jesteśmy szczęśliwi. A Guzika czasem nazywamy… Choinką.

[Nauka dla mnie była prosta, ale trudna do zrozumienia w codzienności: nawet w najciemniejszy zimowy wieczór można spotkać kogoś, kto odmieni nasze życie trzeba tylko wierzyć i otworzyć serce.]Wróciliśmy razem przez śnieg ja, Hania, Guzik-Choinka i Paweł niosący naręcze zielonych gałęzi. Ciepło promieniało z naszego małego mieszkania, kiedy Hania rzuciła się psu na szyję, cała rozpromieniona, pierwsza raz od dawna autentycznie szczęśliwa. Paweł przysiadł nieśmiało przy stole, a ja nie czułem już wstydu ani żalu tylko wdzięczność.

Wspólnie udekorowaliśmy prowizoryczną choinkę. Z dziecięcych rączek leciały papierowe gwiazdki, Guzik merdał ogonem, a śmiech Hani roznosił się po pokoju. W powietrzu pachniało piernikami i żywicą. Przez chwilę wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być: proste, kruche i piękne.

Poczułem, że świąteczne cuda wcale nie znają się na kalendarzach ani na planach zdarzają się nagle, gdy człowiek najbardziej ich potrzebuje.

Babcia tego wieczoru zadzwoniła, a po chwili była już pod drzwiami z miseczką barszczu, ukradkiem ocierając łzy wzruszenia. Paweł został już do końca kolacji jakby był z nami od zawsze.

Gdy Hania wieczorem szeptała do ucha Guzikowi świąteczne życzenia, spojrzałam na tę moją nową rodzinę i wreszcie zrozumiałam, że miłość i bliskość nie zawsze przychodzą w przewidywalny sposób, ale kiedy już się pojawiają, to na prawdę są naszym największym prezentem.

A potem kto wie, może zadziałała jakaś magia Wigilii wszyscy razem śmialiśmy się i nuciliśmy kolędy, a za oknem na bezgwiezdnym niebie zamigało światełko. Było cicho, spokojnie. I po prostu dobrze.

Rate article
Fajna Tajna
— Kropka? Ja ją nazwałem Choinka. Biegała tu dziś rano, od razu było widać, że się zgubiła. Potem usiadła przy moich nogach i ogrzała się. No to wziąłem ją do samochodu, żeby nie zmarzła – biedaczka – uśmiechnął się mężczyzna… — Tomka, naprawdę, ile razy ci mówiłam, że z tym Witkiem to nie dla ciebie! — upominała córkę matka. Kobieta stała ze spuszczoną głową. Chociaż niedawno skończyła trzydzieści siedem lat, czuła się jak uczennica, która wróciła do domu z jedynką. Było jej okropnie przykro i żal – siebie, swojej nieudanej rodziny i małej córeczki. Bo przecież tuż przed najbardziej magicznymi świętami zostały bez głowy rodziny. — Odchodzę od ciebie — rzucił beztrosko Wiktor wieczorem. Tomka nawet nie od razu pojęła, o co chodzi. — Dokąd odchodzisz? — zapytała automatycznie, stawiając przed nim talerz gorącego barszczu. — Ty, Tomka, to naprawdę jakbyś z innego świata była. Zupełnie nie widzisz poważnych spraw! Jak ja z tobą wytrzymałem tyle lat? — Wiktor obrócił oczami teatralnie. Tomka nie zdążyła o nic zapytać, bo mąż sam wszystko dokładnie wyjaśnił: — Dłużej tak nie mogę! A jeszcze ta twoja wiecznie szczekająca psina. Dziecko ciągle choruje. Zero romantyzmu, Tomka. Spójrz na siebie. Do czego się doprowadziłaś? — zakończył tyradę. Tomka próbowała dostrzec swoje zmartwione odbicie w drzwiczkach kredensu, ale łzy same napływały jej do oczu, została stać pośrodku kuchni zupełnie sama. Wiktor nie znosił płaczu. Ze smutkiem popatrzył na barszcz, wstał od stołu i poszedł się pakować… Sunia Kropka, wyczuwając, że coś jest nie tak, kręciła się przy nogach właścicielki, skomląc i próbując pocieszyć. — Przynajmniej w końcu się wyśpię bez tego wiecznego wycia — stwierdził Wiktor, pojawiając się w drzwiach z torbą na ramieniu. — Witek, a co z Ewką? — wyszeptała Tomka, wyobrażając sobie rozpacz pięcioletniej córeczki, która spała spokojnie w swoim pokoiku. — Wymyśl coś! Jesteś przecież matką, w końcu — odpowiedział mężczyzna i wyszedł z mieszkania przy akompaniamencie Kropki… Tomka całą noc siedziała na kuchni, przytulając suczkę. Kropka lizała ją po rękach ciepłym językiem, próbując dodać otuchy. Wyraźnie rozumiała, że stało się coś bardzo złego. Przez kilka kolejnych dni Tomka nie miała pojęcia, jak powiedzieć o wszystkim mamie. Ta regularnie dzwoniła i pytała, jak się mają. Tomka szybko odpowiadała, że wszystko w porządku i wyłączała telefon. — A z pracą jak? Znalazłaś coś sensownego? Bo zobaczysz, Witek cię zostawi i z czego będziecie żyć — mówiła matka, odwiedzając córkę. Wtedy Tomka wybuchła płaczem, tłumacząc, że nikt nie zaprasza jej na rozmowy o pracę, a Wiktor odszedł już kilka dni temu. Starsza kobieta westchnęła ciężko. Nie była przygotowana na taki obrót spraw. — Przecież od początku było wiadomo, co zamierza. Pięć lat razem, dziecko na świecie, a twój pan i władca nawet się o ślub nie starał! — oburzała się mama Tomki. Było jej szkoda niezaradnej córki i malutkiej wnuczki. — I co teraz zamierzasz? Tomka wzruszyła ramionami: — Jakoś sobie poradzę. Zatrudnię się jako pomoc w przedszkolu Ewy — odpowiedziała z rezygnacją. — Długo na pensji pomocy nie pociągniesz… Jeszcze psa trzeba wykarmić — podsumowała matka, która nigdy nie była fanką zwierząt. A Kropki, którą córka przygarnęła z ulicy, nie znosiła szczególnie. Chciała coś jeszcze dodać, lecz widząc, jak Tomka ledwo powstrzymuje łzy, zamilkła. — Dobrze, nie płacz już. Pomogę ci. Jak będzie trzeba, to i z Ewką posiedzę — spróbowała ją pocieszyć… Tak minął kolejny tydzień. W tym czasie Tomka Aleksandrowna znalazła pracę i razem z Ewelinką chodziła do przedszkola. Dziewczynka była szczęśliwa. — Mamusiu, może i Kropkę weźmiemy jako pomocnicę do przedszkola? Babcia ciągle marudzi, że nie ma siły z nią chodzić po dworze. A Kropka mogłaby pomagać ci myć talerze i pilnowałaby nas w czasie leżakowania — mówiła z uśmiechem Ewa. Tomka się śmiała i przytulała córkę. Ale zaraz w oczach stawały jej łzy, gdy słyszała kolejne pytania dziewczynki: — Mamusiu, tata wróci na święta? Zdoła przyjść na Nowy Rok? Nie miała odwagi wyznać Ewie prawdy. Wymyśliła coś o pilnej delegacji. Dzwoniła do Wiktora, próbowała się dogadać w sprawie spotkania, ale on cały czas zasłaniał się sprawami zawodowymi: — Tomka, nie przeszkadzaj mi układać sobie życia. Powiedz Ewie, że jestem superagentem i wyjechałem na sekretne zlecenie. Szybko nie wrócę. Coś w tym stylu — mruknął podczas jednej z rozmów i jeszcze zapytał, czy nie widziała jego krawata. — Gdzie ja go podziałem? Przecież na Nowy Rok nie mam w czym iść… — narzekał, odkładając słuchawkę. Tomka długo siedziała zamyślona. Nie wiedziała, jak przywita Nowy Rok samotnie i jak wszystko wyjaśnić córce. Stało się to nagle. Babcia prowadziła Ewunię do przychodni. Dziewczynka się przeziębiła, ale już wracała do zdrowia. O czymś rozmawiały, gdy za rogiem wpadł na nie Wiktor. — Tato! Tatusiu! Wróciłeś? — dziewczynka rzuciła mu się na szyję z radością. Mężczyzna aż drgnął. Uśmiechnął się nieśmiało i cicho oświadczył córce, że tak wyszło, ale z mamą nie będą więcej razem mieszkać. I pospieszył dalej. — Może jeszcze kiedyś wpadnę, jeśli mi się uda — rzucił na pożegnanie. Ewa stała z kamiennym wyrazem twarzy, szepcząc pod nosem: — Lepiej już nie przychodź. Wieczorem znów dostała gorączki. Po dwóch dniach do ich mieszkania zapukał lekarz. Ewa nie miała ochoty z nikim rozmawiać i najwyraźniej nie zamierzała szybko wyzdrowieć. — To może być reakcja na stres — rozłożył ręce lekarz, gdy usłyszał historię o tacie. Tomka obwiniała się: — Trzeba było od razu wszystko Ewie powiedzieć. Jest bystra, zrozumiałaby — mówiła mamie. A ta tylko kręciła głową… Dwa dni później spotkał je kolejny cios. Babcia zabrała Kropkę na spacer. Spieszyła się i wyszła bez smyczy. Psina postanowiła pokazać charakter. Kiedy starsza kobieta podniosła głos, Kropka nagle pognała w przeciwną stronę. — A ha! Czyli nie chcesz mnie słuchać? Przemarzgniesz trochę, zaraz wrócisz — burknęła babcia i zdecydowanym krokiem wróciła do klatki, spiesząc z lekarstwem dla wnuczki. Ale dziewczynka, gdy dowiedziała się o zaginięciu przyjaciółki, całkiem się załamała. Na próżno Tomka obiecywała odnaleźć futrzaną towarzyszkę. Ewa była nieugięta: — Jak znajdzie się Kropka, to zjem — powiedziała i odwróciła się do ściany. — To przez twoje wychowanie, Tomka. Całkiem ją rozpuściłaś, dziewczyna ci się spod kontroli wymyka. Przecież mówiłam… — zaczęła matka Tomki. — Lepiej byś za Kropką patrzyła, mamo, zamiast ciągle pouczać — wybuchnęła zawsze cicha kobieta. — No wiesz! Przecież się staram, dla was! — obruszyła się matka i wyszła z mieszkania… Tomka znów została sama. Długo tego wieczoru krążyła wokół bloku. Ewa w końcu zasnęła w swoim łóżeczku. Tomka nie traciła nadziei, że Kropka sama wróci. Niestety. Przemarznięta, wróciła do mieszkania i z trudem zasnęła… Ewa obudziła się wcześnie: — Mamusiu, miałam taki piękny sen! O choince! Ubraliśmy ją i znaleźliśmy Kropkę! — powiedziała z entuzjazmem. Tomka uśmiechnęła się smutno. Na stole stała maleńka sztuczna choinka. Zbliżał się Nowy Rok, a one, jak mogły, przygotowały się na jego powitanie. Ale Ewa była rozczarowana i powtarzała, że choinka powinna być duża i prawdziwa. — Wtedy i Kropka się znajdzie. Jak we śnie! — płakała. Tomka westchnęła. O zakupie żywej choinki mogła tylko pomarzyć – zwyczajnie nie było jej stać. Zadzwoniła do mamy, ale ta odmówiła odwiedzin: — Widzisz, pies ważniejszy od rodzonej matki! Pomyśl o tym — powiedziała z urazą. Tomka westchnęła, wiedząc, że na babcię już nie ma co liczyć. Dobrze, że choć zbliżał się weekend. Ewcia czuła się kiepsko i zupełnie nie miała chęci wstawać. Wieczorem, gdy wszystko było już przygotowane do świętowania, dziewczynka wybuchła płaczem: — Nie ma choinki, mamusiu. I Kropka nie wróci, tak samo jak tata… Tomka głaskała ją po głowie, tłumiąc łzy. Potem poprosiła sąsiadkę, miłą starszą panią, by zerknęła na Ewę, i wybiegła z domu… Mroźne powietrze uderzyło ją w policzki, śnieg wirował dookoła w tańcu. Ludzie mijali ją, uśmiechając się wesoło. Ale Tomka nikogo nie widziała. Desperacko szukała Kropki. — Gdzie ty mogłaś pójść, maleńka? — szeptała, obchodząc znajome ulice. Nagle natknęła się na mały targ z choinkami. Srogi mężczyzna w grubym kożuchu kręcił się przy ostatnich pięknych drzewkach. Tomka zamarła. — Choinka? Została już tylko jedna. Mogę dać panu/pani zniżkę, bo spieszę się do domu — zawołał sprzedawca chętny do powrotu. “Pewnie ktoś już na niego czeka… Żona zastawiła stół, dzieci wyglądają za oknem…” — przemknęło Tomce przez myśl. W tym samym momencie do mężczyzny podbiegła młoda para i kupiła jedno drzewko. — I co, bierzesz pani? Została ostatnia… Pomogę z dostawą — powiedział sprzedawca. Tomka spojrzała mu w oczy z rozpaczą. Nie miała przy sobie pieniędzy. Zresztą nawet w domu nie wystarczyłoby jej na taki zakup. Zrobiło jej się wstyd. Wtedy zauważyła gałęzie leżące przy samochodzie. — A mogę wziąć te gałązki… jeśli są niepotrzebne? — zapytała cicho. Mężczyzna popatrzył na nią i na leżące obok resztki choinek, po czym westchnął: — Jasne, bierzcie. Zaraz pomogę — odpowiedział, podając jej naręcze gałęzi. Tomka z wdzięcznością przyjęła prezent i zaczęła tłumaczyć: — Wie pan, córeczka chora… leży, marzy tylko o choince, pies uciekł… wszystko się jakoś posypało, nic nie jest świątecznie… Mężczyzna słuchał z niezwykłą uwagą. Jego też niedawno zostawiła żona. Przeżywał to mocno – w te święta nikt na niego przecież nie czekał. Nagle podszedł inny mężczyzna: — Za ile ta choinka? — zapytał, patrząc na ostatni egzemplarz. — Już sprzedana. Spróbuj u sąsiada, może mu zostało coś jeszcze — sprzedawca wskazał sąsiedni stragan. Tomka zdziwiona popatrzyła na niego. — Chodźcie, pomogę wam z tą choinką do domu — uśmiechnął się niespodziewanie. Tomka nagle spostrzegła, że nie taki był srogi, jak się wydawało. — Ale ja nie mam pieniędzy, mówiłam już… — Pamiętam — pokiwał głową. I wtedy zdarzyło się coś niesamowitego, możliwe chyba tylko w przeddzień najpiękniejszych polskich świąt. Mężczyzna otworzył swojego dostawczaka, a na siedzeniu spała Kropka. Była otulona ciepłym swetrem, kompletnie zaskoczona całą sytuacją. — Skąd Kropka u pana? — wyszeptała Tomka ze łzami w oczach. — Kropka? Ja ją nazwałem Choinka. Dziś od rana biegała wokół, widać, że się zgubiła… A potem ogrzała się przy moich nogach. Wsadziłem ją do auta, żeby nie zmarzła — uśmiechnął się mężczyzna. Nazywał się Paweł. Kochał zwierzęta i łatwo nawiązywał kontakt z dziećmi. W domu Tomki znów zrobiło się ciepło i rodzinnie. Może to magia świąt połączyła tych dwoje ludzi, a może tak właśnie miało być… Nikt nie wie. Wiadomo tylko, że nowa rodzina była szczęśliwa. A Kropkę czasem nazywano po prostu Choinką.