Tata i nasza działka To, że sprzedano ich z tatą działkę, Olga dowiedziała się nagle i zupełnie przypadkiem. Przez telefon, gdy dzwoniła z miejskiego telekomu do mamy w innym mieście. Takie historie wydają się nierealne, albo przynajmniej dzieją się tylko w filmach. Kiedy zupełnie niespodziewanie stajesz się trzecim uczestnikiem rozmowy – a właściwie słyszysz, jak rozmawiają dwie osoby. Jakaś kosmiczna pomyłka czy zamysł, telefonistka przypadkowo podłączyła do dwóch rozmówców jeszcze kogoś. Dwa miasta, dwie bliskie osoby dzielą się podczas kilku minut najważniejszą wiadomością: działki już nie ma, udało się sprzedać z zyskiem i teraz można… dużo rzeczy, nawet Olsze trochę pomóc finansowo! Mama Olgi i jej rodzona siostra Irena, te do bólu znajome głosy, sto dwadzieścia kilometrów, drgania głosu zamieniające się w sygnały elektryczne, biegnące po przewodach. Fizyka zawsze wydawała się Oldze trudna, tata kazał się jej uczyć. *** – Tato, czemu we wrześniu takie słońce? – Jakie, Oluniu? – Nie wiem… nie umiem wytłumaczyć, światło jest inne, delikatniejsze. Jakby słonecznie, ale nie tak jak w sierpniu. – Fizyka, córeczko, wiesz – położenie ciał niebieskich we wrześniu jest już zgoła inne! Łap jabłko! – zaśmiał się tata i rzucił Oldze ogromne, lekko spłaszczone jabłko, lśniące, czerwone, pachnące miodem. – Papierówka? – Nie, jeszcze nie dojrzała. Koksa pomarańczowa! Zachrupnęła, usta wypełniła słodka biała pianka, nasycona latem i ciepłymi deszczami oraz sokiem ziemi. Odmiany jabłek, jak i fizyki, Olga znała słabo. I to była dla niej w tym roku największa trudność! Bo uczennica ósmej klasy, Olga Sokołowska, już drugi rok była zakochana w swoim nauczycielu fizyki. Świat skupił się w jednym punkcie, niebo rozwarło, a prawa fizyczne, materia i przestrzeń nie mieściły się w liniach szkolnego zeszytu. Tata… wszystko odczytywał z jej nieobecnego spojrzenia i kiepskiego apetytu. Olga opowiedziała mu już w zeszłym roku. Przepłakała całą noc jak dziecko, na jego kolanach. Mama była wtedy w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście. Na działce tata był szczęśliwy, ciągle coś nucił pod nosem, muzycznie, z fantazją. W domu tego nie robił, tam dominowała mama i siostra, gdy przyjeżdżała. Mama – szczera piękność, szefowa wojskowej biblioteki, wysoka, dumna, temperamentna kobieta. Z miedzianym, kręconym włosem, które farbowała henną. Co kilka miesięcy wychodziła z łazienki z gigantycznym turbanem na głowie, pachnąca ziołami i deszczem. Tę urodę mama miała dla wszystkich: piękne, zadbane dłonie, paznokcie duże, starannie utrzymane. Olga je podziwiała, a tata całował. – Takimi rękoma tylko książki wydawać, nie grzebać w ziemi – śmiał się tata i puszczał oko do Olgi. *** Pierwsze krople wrześniowego deszczu postukały w dach werandy. Tupot, śmiech, żadnego melancholijnego jesiennego nastroju. Olga schowała książkę. – Olu, schodź już, mama zaraz przyjedzie z Ireną, trzeba obiad zrobić – cichy głos taty brzmiał na działce dziwnie donośnie. Olga zawahała się, podniosła głowę, niebo ciężkie, szare, ale nie groźne. Twarz zmoczył deszcz. Objęła siebie rękami, by się ogrzać. Tylko z dachu – bliżej nieba i dalej od ziemi – widać było, jak przez chmury przebijają promienie słońca, zapomniała o fizyce i jej prawach. Na pierwszym roku dziennikarstwa w akademiku w obcym mieście obowiązywały już inne zasady życia. Olga została w akademiku prawie od razu, ale pierwsze dni września musiała mieszkać z właścicielką wynajmowanego mieszkania, w drugiej pokoje zajmowali studenci. Na zajęciach głębokie zanurzenie w język, literaturę, nauczycieli, w których zakochiwała się cała grupa. Po lekcjach przygnębiająca tęsknota za domem, znajomych jeszcze nie miała. Jadła w stołówce, chodziła po ulicach do zmroku. Piękno dużego miasta – obce, chłodne, samotne. Jakby nie ona, Olga, schodziła z Metalowców na dół, obok głównego budynku uczelni, uliczkami domków jednorodzinnych. Nie ona szła do nowego domu, słyszała szczekanie psów, nie ona się potykała i obijała nogę w nowych, ciasnych lakierkach. W kuchni pachniało jabłkami od taty, które przywiózł w skrzynkach właścicielce w podziękowaniu. Od tego słodkiego zapachu łzy same płynęły, a dusza błąkała się po ciele. W akademiku okazało się, że współlokatorkami Olgi są studentki z NRD – Wiola, Magda i Marion. Głowa bolała wieczorami od niemieckiego, wychodziła na schody, żeby odpocząć. Zwykle tam się paliło. Niemki zaczepiały Olgę, pożyczały papierosy, oddawały pieniądze, co dziwiło Polki. Niemki dziwiły się za to przetworom od mamy Olgi, jadły je z chęcią z kartoflami. Kiedy Oldze kończyły się zapasy, wyciągały swoje niemieckie kiełbasy, o których Polki mogły tylko marzyć, ale same nie częstowały. W maju kończył się ich rok praktyk, wracały do Niemiec, a przy śmietniku kłębiły się sterty zimowych butów, których użyły tylko na polskie zimy. Niemieckie obuwie! Polki rozchwytywały je po cichu… *** – Oluniu, posiekaj kapustę, ja zaraz wyciągnę marchew. Rosół już gotowy. W małej kuchni szyby zaparowały od długiego gotowania bulionu. Olbrzymia głowa kapusty rozłożyła się na desce koronką jasnych liści. Olga oderwała jeden, pyszny – wszystko z ziemi smakuje lepiej. Machnęła nożem z werwą, kapusta pachniała słodko. Otworzyła okno, wpuszczając zapach mokrych jesiennych liści, ognisk i jabłek. Tata pracował na działce, łopatę zagłębiał w ziemię ciężko, Olga wiedziała, że bolą go plecy. Porzuciła nóż, wybiegła na ogród, objęła go mocno od tyłu. Odwrócił się, bez słowa przytulił, pocałował w czubek głowy. A siostra Irena tego wieczoru przyjechała sama, mama została w domu z bólem głowy. *** Za nimi studia, szybki ślub, pierwsza praca w „Nowatorze” przy fabryce lotniczej, pierwszy zawał taty, narodziny córeczki i nawet rozwód. Przez pięć lat się zmieniło wszystko. Mąż Olgi odszedł do innej kobiety, została z dwuletnią Marysią na wynajmowanym mieszkaniu. Tata starał się odwiedzać co dwa tygodnie na weekendy. Przywoził jedzenie, pielęgnował wnuczkę. – Olka, nie miej żalu do mamy, że rzadko przyjeżdża, jak ja. Źle jej w trasie… I chyba, wiesz, znalazła sobie adoratora… – Tato, daj spokój! W waszym wieku adorator! Tata roześmiał się gorzko. Umilkł. Olga nagle zobaczyła, jak bardzo posiwiał, jak wieku mu przybyło. Już nigdy nie zanucił. – Tato, może ja wezmę urlop od poniedziałku? Razem pojedziemy na działkę, póki ciepło, z Marysią! *** Działka była zasypana liśćmi, ostatni tydzień ciepłego października, babie lato. Rozpalili piecyk, zaparzyli herbatę z liści czarnej porzeczki. Olga w pośpiechu smażyła placki ziemniaczane. Tata grabił liście, Marysia pomagała, potem sama je rozrzucała i śmiała się. Olej strzelał na patelni. Z głębi sadu dobiegało nucone przez tatę pod nosem. Wieczorem rozpalili ognisko. Ulica wymarła, sąsiednie działki puste. Tata nabijał grube kawałki chleba na gałązki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać je nad płomieniem. Olga wyciągnęła zmarznięte ręce w stronę ognia, który zawsze ją fascynował. Przypomniał się jej pierwszy studencki obóz w Kazachstanie, gitarowe piosenki, zawroty głowy od zakochania bez obiektu. Po prostu zachwyt nad bezkresną nocą, ciszą stepu, poplątane akordy, twarze przy ognisku. Twarze nocą inne, niż za dnia. Każde miało swoją tajemnicę i głębię. Tam poznała męża. A w pracy właśnie wezwali ją na partyjne zebranie, chcieli nominować Olgę do PZPR. W przeddzień wkuwała statut partii i materiały zjazdowe. A nagle pytania, kto winny w rozwodzie, kto stracił moralność… Olga się jąkała, prawie płakała. Kolega wstał i ją wybronił: – To zebra-ani-e chamów, nie komunistów! Po latach wspomnienie będzie dzikie… Zmierzch zapadł, ognisko zgasło. Koło furtki stanął samochód. Zamknięcie drzwi, mama! Piękna, w modnym płaszczu, powiedziała, że kolega z pracy ją podwiózł. Marysia poleciała do babci, tata się zmarszczył, niezręcznie pocałował mamę. – Jaki kolega? – Saszka, co za różnica, po prostu mnie podwiózł! Nie znasz go nawet… Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia zaczęła płakać. Mama pytała Olgi o pracę, myśląc o czymś swoim. Tata patrzył tylko na mamę, marszczył się i opadał coraz niżej. Wieczór był popsuty… *** Rok później taty zabrakło. Rozległy zawał, odszedł w dwa dni, na początku ciepłego, słonecznego października. Zaraz po pogrzebie Olga wzięła urlop, żeby pomieszkać na działce. Marysię zostawiła u teściowej. Wszystko się sypało z rąk. Jabłka obrodziły jak nigdy. Olga rozdawała wiadra sąsiadom, gotowała dżem z miętą i cynamonem tak, jak lubił tata. Przyjechał pomóc przyjaciel taty, dawny kolega z pracy, z którym jeździli do szkółek w Sandomierzu po nowe sadzonki. – Zostanę dwa dni, Oluniu, przekopię ogród, przytnę drzewa, jeśli nie masz nic przeciwko. – Panie Janie, dziękuję… Od „Oluniu” taty łzy same leciały, właśnie wtedy poczuła paraliżującą niemoc, samotność i beznadzieję. Do tej pory jakby czekała, aż tata wróci, że to tylko zły sen. Pierwsze dni, gdy go zabrakło, na granicy snu i jawy nie mogła zrozumieć, dlaczego jest tak źle. Ułamek sekundy, przebudzenie i fala myśli – taty nie ma. Potem przyszło poczucie winy, że nie zdołała go zatrzymać na świecie. – Tylko nie sprzedawajcie działki, będę przyjeżdżał, pomagał. Wiesz, Olka, tę antonówkę wybieraliśmy razem, byłaś wtedy mała, po drodze do Sandomierza tata mówił ciągle o tobie, nie o siostrze. Byłaś śmieszna, kochana. Mówił, że drzewa go przeżyją. Sadzonki długo oglądał, ja się irytowałem… Pan Jan został trzy dni, przekopał ogród, przyciął jabłonie, rozsypał nawóz, posadził trzy krzaki żółtych chryzantem przy ganku. – Lepiej byłoby trochę wcześniej, ale jesień ciepła, przyjmą się! Na pamiątkę po Saszku… Róże też trzeba okryć, liście zebrać, ale to gdy wrócę. Pożegnali się u furtki, zaczął padać deszcz. Olga długo stała i patrzyła, jak pan Jan odchodzi. On się odwrócił, pomachał, że czas już iść. Deszcz nasilił się, zaczął bębnić, huczeć po dachu. Wiatr zatrzasnął furtkę. Ganek obsypały żółte płatki chryzantem. Tutaj wszystko jest taty i będzie już zawsze jego. I deszcz, i drzewa, i zapachy jesieni, sama ziemia. Tata będzie zawsze blisko. A Olga się wszystkiego nauczy, będzie z Marysią jeździć do pierwszych mrozów, to tylko dwie godziny jazdy autobusem. Potem na wiosnę, jak stopnieje śnieg, może nawet da radę zrobić ogrzewanie. Trzeba odkładać. Na wiosnę koniecznie z panem Janem pojedzie do Sandomierza, wybierze białą porzeczkę, tata od dawna chciał… *** Po pół roku, na początku kwietnia, kiedy jeszcze zalegał pierwszy śnieg, działka została sprzedana. Olga dowiedziała się o tym przypadkiem, przez telefon z telekomu, wracając z Sandomierza. W ciasnej budce, na podłodze w reklamówce owinięty wilgotną starą koszulką stał krzaczek białej porzeczki.

Tata działka

O tym, że tata sprzedał ich działkę, Aleksandra dowiedziała się nagle i zupełnie przypadkiem. Przez telefon, gdy z poczty dzwoniła do mamy, która mieszkała w innym mieście. Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach albo w książkach, gdy mimowolnie stajesz się trzecim uczestnikiem rozmowy słysząc, jak rozmawiają dwie osoby. Pomyłka telefonistki czy złośliwość losu sprawiła, że trzy osoby z różnych miast były połączone. Przez te kilka opłaconych minut Aleksandra usłyszała najważniejszą dla siebie wiadomość: działki już nie ma, sprzedali ją korzystnie i teraz można kupić to i owo, a nawet jej, Aleksandrii, trochę pomóc pieniędzmi!

Mama Aleksandry i jej ciotka Anna, bliskie do bólu głosy, odległość stu dwudziestu kilometrów, fale dźwięku i elektryczność, przewody i fizyka. Ze wszystkich przedmiotów fizyka była dla Aleksandry najtrudniejsza, a tata zawsze wymagał, by się jej uczyła.

***
Tato, czemu we wrześniu słońce tak świeci?
Jak, Oleńko?
Nie wiem, nie umiem opisać światło jest inne, delikatniejsze. Jest jasno, ale nie tak jak w sierpniu.
Uczyć się fizyki trzeba! We wrześniu układ słońca i ziemi jest już inny. Łap jabłko! zaśmiał się tata i rzucił Aleksandrze ogromne, lekko spłaszczone z obu stron jabłko. Lśniło czerwienią, pachniało miodem.
Papierówka?
Skąd, jeszcze nie dojrzała. To jest malinówka.
Z chrupotem zanurzyła zęby słodki biały miąższ wypełnił jej usta, wchłaniając w siebie i lato, i ciepło ziemi. Gatunków jabłek tak jak fizyki Aleksandra właściwie nie znała. W tym był teraz największy problem. Bo Aleksandra Nowicka, uczennica ósmej klasy, już drugi rok była zakochana w nauczycielu fizyki. Wszystko kręciło się wokół tego prawa, materie i przestrzenie nie pasowały do zeszytu w linie. Tata rozumiał to, patrząc w jej nieobecne oczy i znikający apetyt. Opowiedziała mu już w zeszłym roku, potem przepłakała noc na jego kolanach jak mała dziewczynka. Mamy nie było w domu, wypoczywała w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście.

Na działce tata był szczęśliwy i często pogwizdywał, czego w domu nigdy nie robił. Tam prym wiodła mama i siostra, gdy przyjeżdżała. Mama była przepiękną kobietą, kierowniczką wojskowej biblioteki, wysoka, wyniosła, temperamentna. Miała długie, rude, kręcone włosy, które farbowała henną. Raz na kilka miesięcy wychodziła z łazienki z wielkim turbanem na głowie, pachniała ziołami i deszczem. Wszyscy zachwycali się jej urodą. Tata był niższy i starszy, niemal o dziesięć lat, niepozorny. Tak właśnie powiedziała kiedyś mama do ciotki, a Aleksandra przypadkiem to usłyszała i się obraziła.
Jurek jest niepozorny. Ale mężczyzna nie musi być piękny!
Niepozorny przy mamie, której włosy lśniły w słońcu, z jej głośnymi gestami, tłuczeniem naczyń i nieokiełznanym charakterem. Mama kochała porządek i wygodę. Musiała jednak znosić żołnierzy, jak tata nazywał przyjaciół z wojska, którzy czasem nocowali na podłodze w małym mieszkaniu. Gdy pan Jurek służył w wojsku, często wpadał ktoś na chwilę, ktoś prosił o pomoc. Tatowi żołnierze. W 1960 r. jako major został zwolniony ze służby podczas likwidacji armii. Potem pracował jako główny mechanik na poczcie w Radomiu. To ci właśnie żołnierze pomagali mu budować działkę pracowali za darmo, przekopywali ziemię, wymieniali się, pomagali. Mały domek z jedną izbą i werandą; latem Aleksandra wspinała się na dach, by czytać. Tata podawał jej tam miski z agrestem, czereśniami albo truskawkami. Najlepsze chwile i szczęście. Mama nie lubiła działki, jeździła rzadko, dbała o ręce zadbane, z długimi paznokciami. Aleksandra je podziwiała, tata całował.
Takie ręce są tylko do wydawania książek, nie do kopania grządek! żartował i puszczał jej oko.
***

Pierwsze wrześniowe krople deszczu zadźwięczały na dachu werandy, wesoło i szybko, bez typowego jesiennego smutku. Aleksandra zamknęła książkę.
Ola, schodź, mama z Anną niedługo wrócą, trzeba zrobić obiad cichy, lecz radosny głos taty na działce brzmiał zupełnie inaczej.
Ale Aleksandra zwlekała, patrząc w niebo napięte, szare, ale nie groźne. Twarz miała już mokrą od deszczu. Otuliła się ramionami, by się ogrzać. Tylko tutaj bliżej nieba, dalej od ziemi widać było nad sąsiednimi działkami promienie słońca przebijające chmury. Zapomniała o fizyce, o jej sztywnych prawach. Na pierwszym roku polonistyki w akademiku w innym mieście rządziły już całkiem inne reguły.

Aleksandrę prawie od razu przydzielono do akademika, ale pierwszy tydzień września spędziła w wynajmowanym pokoju razem z właścicielką, a drugi zajmowany był przez studentki. Na wykładach nowe, głębokie zanurzenie w literaturę i język. Wykładowcy, z którymi cała grupa była zauroczona taka charyzma i intelekt, że nie sposób się nie zakochać. Po zajęciach przytłaczająca tęsknota za domem, jeszcze bez przyjaciół.

Jadła w stołówce i włóczyła się po ulicach do wieczora. Obca uroda dużego miasta była zimna i samotna. Tak samotna, jakby nie ona schodziła po stromej ulicy Metalowej obok głównego gmachu uniwersytetu, nie ona wracała do nowego domu, słuchała szczekania psów, nie ona potknęła się i zdarła nogę w nowych, ciasnych, lakierowanych pantoflach.
W kuchni pachniało jabłkami, które tata zostawił dla właścicielki jako podziękowanie. Od tego słodkiego lekko podgniłego zapachu łzy nasuwały się same, a serce szarpało klatkę piersiową.

Po przeprowadzce do akademika okazało się, że współlokatorkami Aleksandry są studentki z NRD Viola, Margitta, Marion. Niemiecki język męczył głowę do wieczora, więc wychodziła na zewnątrz zaczerpnąć powietrza. Na schodach wszyscy palili. Niemki przybiegały po Olę, prosiły o papierosa i zawsze potem oddawały złotówki nasze się dziwiły. One z kolei zachwycały się polskimi przetworami z domu Aleksandry, zwłaszcza pomidorami, które pałaszowały z ziemniakami. Gdy zapasy Oli się kończyły, wyciągały swoje zachodnie kiełbasy, choć rzadko częstowały. W maju kończył się rok studencki, Niemki wracały do domu, a przy śmietniku zostawały stosy zimowych butów, kupionych na polskie zimy. Niemieckie obuwie! Polskie dziewczyny rozbierały je po cichu jak skarb

***

Oleńko, posiekaj kapustę, ja wykopię marchew. Rosół już się gotuje.
Okna na małej kuchni zaparowały od długiego gotowania. Wielka główka kapusty rozkwitała ażurowymi liśćmi na desce. Aleksandra oderwała jeden, wyborny. Z ziemi zawsze smakuje najlepsze. Energicznie stukała nożem; kapusta słodko pachniała. Otworzyła okno, wpuszczając powietrze pełne mokrych liści, ognia i jabłek. Patrzyła na plecy taty łopata ciężko wchodziła w ziemię, przecież wiedziała, że bolą go plecy. Porzuciła nóż, wybiegła na ogród, objęła go od tyłu i przytuliła. Obrócił się, zamilkł, przytulił ją mocno, pocałował w czubek głowy.
Tego wieczora Anna przyjechała sama mama została w domu, bo rozbolała ją głowa.

***
Minęły studia, szybki ślub z kolegą z roku, praca w gazecie Nowator przy fabryce lotniczej, pierwszy zawał taty, narodziny córki i nawet rozwód. Przez pięć lat zdarzyło się wiele. Mąż Aleksandry odszedł do innej kobiety, a Ola z dwuletnią Marysią żyła w wynajmowanym mieszkaniu. Tata przyjeżdżał co dwa tygodnie, przywoził produkty, bawił się z wnuczką.
Ola, nie miej żalu do mamy, że nie przyjeżdża jak ja, dobrze? Źle znosi podróż No i wiesz, chyba się ktoś jej podoba
Tato, co ty! W tym wieku kawaler?!
Tata zaśmiał się, gorzko tym razem. Potem zamilkł. Aleksandra nagle dostrzegła jego całkowicie siwe włosy i zmienioną sylwetkę. Nawet gwizdać przestał.
Tato, może w poniedziałek wezmę urlop? Pojedziemy na działkę, póki ciepło, z Marysią?

***
Działka była przykryta liśćmi, ostatnia ciepła październikowa fala i babie lato. Rozpalili piec, zaparzyli herbatę z liśćmi porzeczki. Aleksandra smażyła placki ziemniaczane na szybko. Tata grabił liście, Marysia pomagała, potem zaczynała je rozrzucać i śmiać się. Tłuszcz skwierczał i pękał. Z głębi sadu niosło się gwizdanie taty.

Wieczorem rozpalili ognisko. Ulica była pusta, sąsiednie działki też. Tata nabijł grube kromki chleba na gałązki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać je nad płomieniami. Aleksandra ogrzewała zmarznięte ręce przy ogniu, który zawsze ją hipnotyzował.

Przypomniała sobie pierwszy studencki wyjazd w Bieszczady, nocne śpiewy przy gitarze, zawrót głowy od miłości do gwiazd i do bezkresnej ciszy. Twarze przy ognisku nocą ludzie wyglądają zupełnie inaczej, każdy z własną tajemnicą i głębią spojrzenia. Tam poznała przyszłego męża. A ostatnio w pracy zaproszono ją na zebranie partyjne rozważano jej kandydaturę do partii. Wieczorem zakuwała statut, referaty zjazdowe. A potem pytania: kto zawinił w rozwodzie, kto był niemoralny? Aleksandra jąkała się, prawie płakała. W końcu za wstawił się kolega:
Tu zebrali się chamscy ludzie, nie partyjni!
Po latach wyda się to niepojęte

Gdy ostatecznie zgasło ognisko, pod bramką zatrzymał się samochód. Głośny trzask drzwi. Mama! Piękna, w modnym kolorowym płaszczu; mówiła, że podrzucił ją kolega z pracy. Marysia rzuciła się babci w ramiona, tata zmarkotniał, niezręcznie pocałował mamę.
Co to za kolega?
Jurek, no coś ty tylko mnie podwiózł! Nie znasz go
Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia marudziła, mama wypytywała Olę o pracę. Tata patrzył na nią z ponurą miną, opadając coraz niżej ramionami. Wieczór był popsuty

***
Rok później taty już nie było. Powrót po rozległym zawale, opuścił ich w ciepły, słoneczny październik. Tuż po pogrzebie Aleksandra wzięła urlop, żeby pojechać na działkę. Marysię zostawiła u teściowej.

Nic się nie udawało; jabłek było więcej niż zwykle. Aleksandra rozdawała wiadra sąsiadom, warzyła powidła jabłkowe z miętą i cynamonem, jak lubił tata. Przyszedł pomóc tata przyjaciel, pan Władysław, z którym regularnie jeździli po sadzonki do szkółki koło Grójca.
Zostanę parę dni, Oleńko, przekopię ogród, przytnę drzewa, jeśli nie masz nic przeciwko.
Panie Władysławie, dziękuję
Od Oleńka łzy napływały do oczu, a wtedy pojawiło się bolesne uczucie nieodwracalności, osamotnienia i bezsilności. Do tej pory Aleksandra łudziła się, że tata wróci, że to tylko zły sen. Przez pierwsze dni, tuż po jego odejściu, rano na granicy jawy i snu nie mogła zrozumieć, czemu jest jej tak źle. Sekunda przebudzenie czarne fale myśli: taty nie ma.

Potem przytłoczyło ją poczucie winy, że nie zdołała go zatrzymać.
Nie sprzedajcie działki, Ola, będę przyjeżdżał i pomagał. Wiesz, tę antonówkę wybieraliśmy razem, gdy byłaś dzieckiem. Jadąc do Grójca, Jurek opowiadał o tobie więcej niż o siostrze. Byłaś zabawna i malutka. Mówił, że drzewa go przeżyją. Tyle czasu oglądał sadzonki, a ja go poganiałem, irytowałem się
Pan Władysław został trzy dni, przekopał ogród, obciął jabłonki, rozsypał nawozy, tuż przed gankiem zasadził trzy krzewy żółtych chryzantem, za zgodą Aleksandry.
Najlepiej sadzić je wcześniej, ale jesień ciepła, powinny się przyjąć. Na pamiątkę Jurka Róże jeszcze trzeba okryć, liście zebrać, ale to następnym razem.
Przytulili się na pożegnanie, zaczynał padać deszcz. Aleksandra jeszcze długo patrzyła za odchodzącym Władysławem. Zorientował się, pomachał, jakby mówił: wracaj już do domu. Deszcz przybrał na sile, dudnił smutno o dach werandy. Wiatr trzasnął furtką z żałosnym skrzypem. Próg domu wyścieliły żółte płatki chryzantem. Wszystko tu było taty i zawsze już takie będzie: deszcz, drzewa, jesienne zapachy, ziemia. Tata jest tu blisko i będzie zawsze. A Aleksandra nauczy się wszystkiego, będzie przyjeżdżać z Marysią przed pierwszymi przymrozkami, autobus jedzie tylko dwie godziny. A potem wiosną, jak stopnieje śnieg może uda się zrobić ogrzewanie. Trzeba odkładać pieniądze; jeszcze na wiosnę pojedzie do Grójca z Władysławem po białą porzeczkę, tata od dawna chciał

***
Po pół roku, w kwietniu, gdy ciągle leżał śnieg, działka została sprzedana. Aleksandra dowiedziała się o tym przypadkiem, dzwoniąc z poczty do domu w drodze powrotnej z Grójca. W ciasnej kabinie telefonicznej, na podłodze w foliowym worku, z wilgotną starą dziecięcą koszulką owiniętą wokół korzeni, stała sadzonka białej porzeczki.

Czasami najważniejsze rzeczy tracimy, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Ale to, co zaszczepione: miłość, troska i wspomnienia korzeniami wiąże nas z miejscem i ludźmi na zawsze. Trzeba umieć odpuścić to, co materialne, a pielęgnować w sobie to, co naprawdę ważne.

Rate article
Fajna Tajna
Tata i nasza działka To, że sprzedano ich z tatą działkę, Olga dowiedziała się nagle i zupełnie przypadkiem. Przez telefon, gdy dzwoniła z miejskiego telekomu do mamy w innym mieście. Takie historie wydają się nierealne, albo przynajmniej dzieją się tylko w filmach. Kiedy zupełnie niespodziewanie stajesz się trzecim uczestnikiem rozmowy – a właściwie słyszysz, jak rozmawiają dwie osoby. Jakaś kosmiczna pomyłka czy zamysł, telefonistka przypadkowo podłączyła do dwóch rozmówców jeszcze kogoś. Dwa miasta, dwie bliskie osoby dzielą się podczas kilku minut najważniejszą wiadomością: działki już nie ma, udało się sprzedać z zyskiem i teraz można… dużo rzeczy, nawet Olsze trochę pomóc finansowo! Mama Olgi i jej rodzona siostra Irena, te do bólu znajome głosy, sto dwadzieścia kilometrów, drgania głosu zamieniające się w sygnały elektryczne, biegnące po przewodach. Fizyka zawsze wydawała się Oldze trudna, tata kazał się jej uczyć. *** – Tato, czemu we wrześniu takie słońce? – Jakie, Oluniu? – Nie wiem… nie umiem wytłumaczyć, światło jest inne, delikatniejsze. Jakby słonecznie, ale nie tak jak w sierpniu. – Fizyka, córeczko, wiesz – położenie ciał niebieskich we wrześniu jest już zgoła inne! Łap jabłko! – zaśmiał się tata i rzucił Oldze ogromne, lekko spłaszczone jabłko, lśniące, czerwone, pachnące miodem. – Papierówka? – Nie, jeszcze nie dojrzała. Koksa pomarańczowa! Zachrupnęła, usta wypełniła słodka biała pianka, nasycona latem i ciepłymi deszczami oraz sokiem ziemi. Odmiany jabłek, jak i fizyki, Olga znała słabo. I to była dla niej w tym roku największa trudność! Bo uczennica ósmej klasy, Olga Sokołowska, już drugi rok była zakochana w swoim nauczycielu fizyki. Świat skupił się w jednym punkcie, niebo rozwarło, a prawa fizyczne, materia i przestrzeń nie mieściły się w liniach szkolnego zeszytu. Tata… wszystko odczytywał z jej nieobecnego spojrzenia i kiepskiego apetytu. Olga opowiedziała mu już w zeszłym roku. Przepłakała całą noc jak dziecko, na jego kolanach. Mama była wtedy w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście. Na działce tata był szczęśliwy, ciągle coś nucił pod nosem, muzycznie, z fantazją. W domu tego nie robił, tam dominowała mama i siostra, gdy przyjeżdżała. Mama – szczera piękność, szefowa wojskowej biblioteki, wysoka, dumna, temperamentna kobieta. Z miedzianym, kręconym włosem, które farbowała henną. Co kilka miesięcy wychodziła z łazienki z gigantycznym turbanem na głowie, pachnąca ziołami i deszczem. Tę urodę mama miała dla wszystkich: piękne, zadbane dłonie, paznokcie duże, starannie utrzymane. Olga je podziwiała, a tata całował. – Takimi rękoma tylko książki wydawać, nie grzebać w ziemi – śmiał się tata i puszczał oko do Olgi. *** Pierwsze krople wrześniowego deszczu postukały w dach werandy. Tupot, śmiech, żadnego melancholijnego jesiennego nastroju. Olga schowała książkę. – Olu, schodź już, mama zaraz przyjedzie z Ireną, trzeba obiad zrobić – cichy głos taty brzmiał na działce dziwnie donośnie. Olga zawahała się, podniosła głowę, niebo ciężkie, szare, ale nie groźne. Twarz zmoczył deszcz. Objęła siebie rękami, by się ogrzać. Tylko z dachu – bliżej nieba i dalej od ziemi – widać było, jak przez chmury przebijają promienie słońca, zapomniała o fizyce i jej prawach. Na pierwszym roku dziennikarstwa w akademiku w obcym mieście obowiązywały już inne zasady życia. Olga została w akademiku prawie od razu, ale pierwsze dni września musiała mieszkać z właścicielką wynajmowanego mieszkania, w drugiej pokoje zajmowali studenci. Na zajęciach głębokie zanurzenie w język, literaturę, nauczycieli, w których zakochiwała się cała grupa. Po lekcjach przygnębiająca tęsknota za domem, znajomych jeszcze nie miała. Jadła w stołówce, chodziła po ulicach do zmroku. Piękno dużego miasta – obce, chłodne, samotne. Jakby nie ona, Olga, schodziła z Metalowców na dół, obok głównego budynku uczelni, uliczkami domków jednorodzinnych. Nie ona szła do nowego domu, słyszała szczekanie psów, nie ona się potykała i obijała nogę w nowych, ciasnych lakierkach. W kuchni pachniało jabłkami od taty, które przywiózł w skrzynkach właścicielce w podziękowaniu. Od tego słodkiego zapachu łzy same płynęły, a dusza błąkała się po ciele. W akademiku okazało się, że współlokatorkami Olgi są studentki z NRD – Wiola, Magda i Marion. Głowa bolała wieczorami od niemieckiego, wychodziła na schody, żeby odpocząć. Zwykle tam się paliło. Niemki zaczepiały Olgę, pożyczały papierosy, oddawały pieniądze, co dziwiło Polki. Niemki dziwiły się za to przetworom od mamy Olgi, jadły je z chęcią z kartoflami. Kiedy Oldze kończyły się zapasy, wyciągały swoje niemieckie kiełbasy, o których Polki mogły tylko marzyć, ale same nie częstowały. W maju kończył się ich rok praktyk, wracały do Niemiec, a przy śmietniku kłębiły się sterty zimowych butów, których użyły tylko na polskie zimy. Niemieckie obuwie! Polki rozchwytywały je po cichu… *** – Oluniu, posiekaj kapustę, ja zaraz wyciągnę marchew. Rosół już gotowy. W małej kuchni szyby zaparowały od długiego gotowania bulionu. Olbrzymia głowa kapusty rozłożyła się na desce koronką jasnych liści. Olga oderwała jeden, pyszny – wszystko z ziemi smakuje lepiej. Machnęła nożem z werwą, kapusta pachniała słodko. Otworzyła okno, wpuszczając zapach mokrych jesiennych liści, ognisk i jabłek. Tata pracował na działce, łopatę zagłębiał w ziemię ciężko, Olga wiedziała, że bolą go plecy. Porzuciła nóż, wybiegła na ogród, objęła go mocno od tyłu. Odwrócił się, bez słowa przytulił, pocałował w czubek głowy. A siostra Irena tego wieczoru przyjechała sama, mama została w domu z bólem głowy. *** Za nimi studia, szybki ślub, pierwsza praca w „Nowatorze” przy fabryce lotniczej, pierwszy zawał taty, narodziny córeczki i nawet rozwód. Przez pięć lat się zmieniło wszystko. Mąż Olgi odszedł do innej kobiety, została z dwuletnią Marysią na wynajmowanym mieszkaniu. Tata starał się odwiedzać co dwa tygodnie na weekendy. Przywoził jedzenie, pielęgnował wnuczkę. – Olka, nie miej żalu do mamy, że rzadko przyjeżdża, jak ja. Źle jej w trasie… I chyba, wiesz, znalazła sobie adoratora… – Tato, daj spokój! W waszym wieku adorator! Tata roześmiał się gorzko. Umilkł. Olga nagle zobaczyła, jak bardzo posiwiał, jak wieku mu przybyło. Już nigdy nie zanucił. – Tato, może ja wezmę urlop od poniedziałku? Razem pojedziemy na działkę, póki ciepło, z Marysią! *** Działka była zasypana liśćmi, ostatni tydzień ciepłego października, babie lato. Rozpalili piecyk, zaparzyli herbatę z liści czarnej porzeczki. Olga w pośpiechu smażyła placki ziemniaczane. Tata grabił liście, Marysia pomagała, potem sama je rozrzucała i śmiała się. Olej strzelał na patelni. Z głębi sadu dobiegało nucone przez tatę pod nosem. Wieczorem rozpalili ognisko. Ulica wymarła, sąsiednie działki puste. Tata nabijał grube kawałki chleba na gałązki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać je nad płomieniem. Olga wyciągnęła zmarznięte ręce w stronę ognia, który zawsze ją fascynował. Przypomniał się jej pierwszy studencki obóz w Kazachstanie, gitarowe piosenki, zawroty głowy od zakochania bez obiektu. Po prostu zachwyt nad bezkresną nocą, ciszą stepu, poplątane akordy, twarze przy ognisku. Twarze nocą inne, niż za dnia. Każde miało swoją tajemnicę i głębię. Tam poznała męża. A w pracy właśnie wezwali ją na partyjne zebranie, chcieli nominować Olgę do PZPR. W przeddzień wkuwała statut partii i materiały zjazdowe. A nagle pytania, kto winny w rozwodzie, kto stracił moralność… Olga się jąkała, prawie płakała. Kolega wstał i ją wybronił: – To zebra-ani-e chamów, nie komunistów! Po latach wspomnienie będzie dzikie… Zmierzch zapadł, ognisko zgasło. Koło furtki stanął samochód. Zamknięcie drzwi, mama! Piękna, w modnym płaszczu, powiedziała, że kolega z pracy ją podwiózł. Marysia poleciała do babci, tata się zmarszczył, niezręcznie pocałował mamę. – Jaki kolega? – Saszka, co za różnica, po prostu mnie podwiózł! Nie znasz go nawet… Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia zaczęła płakać. Mama pytała Olgi o pracę, myśląc o czymś swoim. Tata patrzył tylko na mamę, marszczył się i opadał coraz niżej. Wieczór był popsuty… *** Rok później taty zabrakło. Rozległy zawał, odszedł w dwa dni, na początku ciepłego, słonecznego października. Zaraz po pogrzebie Olga wzięła urlop, żeby pomieszkać na działce. Marysię zostawiła u teściowej. Wszystko się sypało z rąk. Jabłka obrodziły jak nigdy. Olga rozdawała wiadra sąsiadom, gotowała dżem z miętą i cynamonem tak, jak lubił tata. Przyjechał pomóc przyjaciel taty, dawny kolega z pracy, z którym jeździli do szkółek w Sandomierzu po nowe sadzonki. – Zostanę dwa dni, Oluniu, przekopię ogród, przytnę drzewa, jeśli nie masz nic przeciwko. – Panie Janie, dziękuję… Od „Oluniu” taty łzy same leciały, właśnie wtedy poczuła paraliżującą niemoc, samotność i beznadzieję. Do tej pory jakby czekała, aż tata wróci, że to tylko zły sen. Pierwsze dni, gdy go zabrakło, na granicy snu i jawy nie mogła zrozumieć, dlaczego jest tak źle. Ułamek sekundy, przebudzenie i fala myśli – taty nie ma. Potem przyszło poczucie winy, że nie zdołała go zatrzymać na świecie. – Tylko nie sprzedawajcie działki, będę przyjeżdżał, pomagał. Wiesz, Olka, tę antonówkę wybieraliśmy razem, byłaś wtedy mała, po drodze do Sandomierza tata mówił ciągle o tobie, nie o siostrze. Byłaś śmieszna, kochana. Mówił, że drzewa go przeżyją. Sadzonki długo oglądał, ja się irytowałem… Pan Jan został trzy dni, przekopał ogród, przyciął jabłonie, rozsypał nawóz, posadził trzy krzaki żółtych chryzantem przy ganku. – Lepiej byłoby trochę wcześniej, ale jesień ciepła, przyjmą się! Na pamiątkę po Saszku… Róże też trzeba okryć, liście zebrać, ale to gdy wrócę. Pożegnali się u furtki, zaczął padać deszcz. Olga długo stała i patrzyła, jak pan Jan odchodzi. On się odwrócił, pomachał, że czas już iść. Deszcz nasilił się, zaczął bębnić, huczeć po dachu. Wiatr zatrzasnął furtkę. Ganek obsypały żółte płatki chryzantem. Tutaj wszystko jest taty i będzie już zawsze jego. I deszcz, i drzewa, i zapachy jesieni, sama ziemia. Tata będzie zawsze blisko. A Olga się wszystkiego nauczy, będzie z Marysią jeździć do pierwszych mrozów, to tylko dwie godziny jazdy autobusem. Potem na wiosnę, jak stopnieje śnieg, może nawet da radę zrobić ogrzewanie. Trzeba odkładać. Na wiosnę koniecznie z panem Janem pojedzie do Sandomierza, wybierze białą porzeczkę, tata od dawna chciał… *** Po pół roku, na początku kwietnia, kiedy jeszcze zalegał pierwszy śnieg, działka została sprzedana. Olga dowiedziała się o tym przypadkiem, przez telefon z telekomu, wracając z Sandomierza. W ciasnej budce, na podłodze w reklamówce owinięty wilgotną starą koszulką stał krzaczek białej porzeczki.