Tata działka
O tym, że tata sprzedał ich działkę, Aleksandra dowiedziała się nagle i zupełnie przypadkiem. Przez telefon, gdy z poczty dzwoniła do mamy, która mieszkała w innym mieście. Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach albo w książkach, gdy mimowolnie stajesz się trzecim uczestnikiem rozmowy słysząc, jak rozmawiają dwie osoby. Pomyłka telefonistki czy złośliwość losu sprawiła, że trzy osoby z różnych miast były połączone. Przez te kilka opłaconych minut Aleksandra usłyszała najważniejszą dla siebie wiadomość: działki już nie ma, sprzedali ją korzystnie i teraz można kupić to i owo, a nawet jej, Aleksandrii, trochę pomóc pieniędzmi!
Mama Aleksandry i jej ciotka Anna, bliskie do bólu głosy, odległość stu dwudziestu kilometrów, fale dźwięku i elektryczność, przewody i fizyka. Ze wszystkich przedmiotów fizyka była dla Aleksandry najtrudniejsza, a tata zawsze wymagał, by się jej uczyła.
***
Tato, czemu we wrześniu słońce tak świeci?
Jak, Oleńko?
Nie wiem, nie umiem opisać światło jest inne, delikatniejsze. Jest jasno, ale nie tak jak w sierpniu.
Uczyć się fizyki trzeba! We wrześniu układ słońca i ziemi jest już inny. Łap jabłko! zaśmiał się tata i rzucił Aleksandrze ogromne, lekko spłaszczone z obu stron jabłko. Lśniło czerwienią, pachniało miodem.
Papierówka?
Skąd, jeszcze nie dojrzała. To jest malinówka.
Z chrupotem zanurzyła zęby słodki biały miąższ wypełnił jej usta, wchłaniając w siebie i lato, i ciepło ziemi. Gatunków jabłek tak jak fizyki Aleksandra właściwie nie znała. W tym był teraz największy problem. Bo Aleksandra Nowicka, uczennica ósmej klasy, już drugi rok była zakochana w nauczycielu fizyki. Wszystko kręciło się wokół tego prawa, materie i przestrzenie nie pasowały do zeszytu w linie. Tata rozumiał to, patrząc w jej nieobecne oczy i znikający apetyt. Opowiedziała mu już w zeszłym roku, potem przepłakała noc na jego kolanach jak mała dziewczynka. Mamy nie było w domu, wypoczywała w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście.
Na działce tata był szczęśliwy i często pogwizdywał, czego w domu nigdy nie robił. Tam prym wiodła mama i siostra, gdy przyjeżdżała. Mama była przepiękną kobietą, kierowniczką wojskowej biblioteki, wysoka, wyniosła, temperamentna. Miała długie, rude, kręcone włosy, które farbowała henną. Raz na kilka miesięcy wychodziła z łazienki z wielkim turbanem na głowie, pachniała ziołami i deszczem. Wszyscy zachwycali się jej urodą. Tata był niższy i starszy, niemal o dziesięć lat, niepozorny. Tak właśnie powiedziała kiedyś mama do ciotki, a Aleksandra przypadkiem to usłyszała i się obraziła.
Jurek jest niepozorny. Ale mężczyzna nie musi być piękny!
Niepozorny przy mamie, której włosy lśniły w słońcu, z jej głośnymi gestami, tłuczeniem naczyń i nieokiełznanym charakterem. Mama kochała porządek i wygodę. Musiała jednak znosić żołnierzy, jak tata nazywał przyjaciół z wojska, którzy czasem nocowali na podłodze w małym mieszkaniu. Gdy pan Jurek służył w wojsku, często wpadał ktoś na chwilę, ktoś prosił o pomoc. Tatowi żołnierze. W 1960 r. jako major został zwolniony ze służby podczas likwidacji armii. Potem pracował jako główny mechanik na poczcie w Radomiu. To ci właśnie żołnierze pomagali mu budować działkę pracowali za darmo, przekopywali ziemię, wymieniali się, pomagali. Mały domek z jedną izbą i werandą; latem Aleksandra wspinała się na dach, by czytać. Tata podawał jej tam miski z agrestem, czereśniami albo truskawkami. Najlepsze chwile i szczęście. Mama nie lubiła działki, jeździła rzadko, dbała o ręce zadbane, z długimi paznokciami. Aleksandra je podziwiała, tata całował.
Takie ręce są tylko do wydawania książek, nie do kopania grządek! żartował i puszczał jej oko.
***
Pierwsze wrześniowe krople deszczu zadźwięczały na dachu werandy, wesoło i szybko, bez typowego jesiennego smutku. Aleksandra zamknęła książkę.
Ola, schodź, mama z Anną niedługo wrócą, trzeba zrobić obiad cichy, lecz radosny głos taty na działce brzmiał zupełnie inaczej.
Ale Aleksandra zwlekała, patrząc w niebo napięte, szare, ale nie groźne. Twarz miała już mokrą od deszczu. Otuliła się ramionami, by się ogrzać. Tylko tutaj bliżej nieba, dalej od ziemi widać było nad sąsiednimi działkami promienie słońca przebijające chmury. Zapomniała o fizyce, o jej sztywnych prawach. Na pierwszym roku polonistyki w akademiku w innym mieście rządziły już całkiem inne reguły.
Aleksandrę prawie od razu przydzielono do akademika, ale pierwszy tydzień września spędziła w wynajmowanym pokoju razem z właścicielką, a drugi zajmowany był przez studentki. Na wykładach nowe, głębokie zanurzenie w literaturę i język. Wykładowcy, z którymi cała grupa była zauroczona taka charyzma i intelekt, że nie sposób się nie zakochać. Po zajęciach przytłaczająca tęsknota za domem, jeszcze bez przyjaciół.
Jadła w stołówce i włóczyła się po ulicach do wieczora. Obca uroda dużego miasta była zimna i samotna. Tak samotna, jakby nie ona schodziła po stromej ulicy Metalowej obok głównego gmachu uniwersytetu, nie ona wracała do nowego domu, słuchała szczekania psów, nie ona potknęła się i zdarła nogę w nowych, ciasnych, lakierowanych pantoflach.
W kuchni pachniało jabłkami, które tata zostawił dla właścicielki jako podziękowanie. Od tego słodkiego lekko podgniłego zapachu łzy nasuwały się same, a serce szarpało klatkę piersiową.
Po przeprowadzce do akademika okazało się, że współlokatorkami Aleksandry są studentki z NRD Viola, Margitta, Marion. Niemiecki język męczył głowę do wieczora, więc wychodziła na zewnątrz zaczerpnąć powietrza. Na schodach wszyscy palili. Niemki przybiegały po Olę, prosiły o papierosa i zawsze potem oddawały złotówki nasze się dziwiły. One z kolei zachwycały się polskimi przetworami z domu Aleksandry, zwłaszcza pomidorami, które pałaszowały z ziemniakami. Gdy zapasy Oli się kończyły, wyciągały swoje zachodnie kiełbasy, choć rzadko częstowały. W maju kończył się rok studencki, Niemki wracały do domu, a przy śmietniku zostawały stosy zimowych butów, kupionych na polskie zimy. Niemieckie obuwie! Polskie dziewczyny rozbierały je po cichu jak skarb
***
Oleńko, posiekaj kapustę, ja wykopię marchew. Rosół już się gotuje.
Okna na małej kuchni zaparowały od długiego gotowania. Wielka główka kapusty rozkwitała ażurowymi liśćmi na desce. Aleksandra oderwała jeden, wyborny. Z ziemi zawsze smakuje najlepsze. Energicznie stukała nożem; kapusta słodko pachniała. Otworzyła okno, wpuszczając powietrze pełne mokrych liści, ognia i jabłek. Patrzyła na plecy taty łopata ciężko wchodziła w ziemię, przecież wiedziała, że bolą go plecy. Porzuciła nóż, wybiegła na ogród, objęła go od tyłu i przytuliła. Obrócił się, zamilkł, przytulił ją mocno, pocałował w czubek głowy.
Tego wieczora Anna przyjechała sama mama została w domu, bo rozbolała ją głowa.
***
Minęły studia, szybki ślub z kolegą z roku, praca w gazecie Nowator przy fabryce lotniczej, pierwszy zawał taty, narodziny córki i nawet rozwód. Przez pięć lat zdarzyło się wiele. Mąż Aleksandry odszedł do innej kobiety, a Ola z dwuletnią Marysią żyła w wynajmowanym mieszkaniu. Tata przyjeżdżał co dwa tygodnie, przywoził produkty, bawił się z wnuczką.
Ola, nie miej żalu do mamy, że nie przyjeżdża jak ja, dobrze? Źle znosi podróż No i wiesz, chyba się ktoś jej podoba
Tato, co ty! W tym wieku kawaler?!
Tata zaśmiał się, gorzko tym razem. Potem zamilkł. Aleksandra nagle dostrzegła jego całkowicie siwe włosy i zmienioną sylwetkę. Nawet gwizdać przestał.
Tato, może w poniedziałek wezmę urlop? Pojedziemy na działkę, póki ciepło, z Marysią?
***
Działka była przykryta liśćmi, ostatnia ciepła październikowa fala i babie lato. Rozpalili piec, zaparzyli herbatę z liśćmi porzeczki. Aleksandra smażyła placki ziemniaczane na szybko. Tata grabił liście, Marysia pomagała, potem zaczynała je rozrzucać i śmiać się. Tłuszcz skwierczał i pękał. Z głębi sadu niosło się gwizdanie taty.
Wieczorem rozpalili ognisko. Ulica była pusta, sąsiednie działki też. Tata nabijł grube kromki chleba na gałązki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać je nad płomieniami. Aleksandra ogrzewała zmarznięte ręce przy ogniu, który zawsze ją hipnotyzował.
Przypomniała sobie pierwszy studencki wyjazd w Bieszczady, nocne śpiewy przy gitarze, zawrót głowy od miłości do gwiazd i do bezkresnej ciszy. Twarze przy ognisku nocą ludzie wyglądają zupełnie inaczej, każdy z własną tajemnicą i głębią spojrzenia. Tam poznała przyszłego męża. A ostatnio w pracy zaproszono ją na zebranie partyjne rozważano jej kandydaturę do partii. Wieczorem zakuwała statut, referaty zjazdowe. A potem pytania: kto zawinił w rozwodzie, kto był niemoralny? Aleksandra jąkała się, prawie płakała. W końcu za wstawił się kolega:
Tu zebrali się chamscy ludzie, nie partyjni!
Po latach wyda się to niepojęte
Gdy ostatecznie zgasło ognisko, pod bramką zatrzymał się samochód. Głośny trzask drzwi. Mama! Piękna, w modnym kolorowym płaszczu; mówiła, że podrzucił ją kolega z pracy. Marysia rzuciła się babci w ramiona, tata zmarkotniał, niezręcznie pocałował mamę.
Co to za kolega?
Jurek, no coś ty tylko mnie podwiózł! Nie znasz go
Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia marudziła, mama wypytywała Olę o pracę. Tata patrzył na nią z ponurą miną, opadając coraz niżej ramionami. Wieczór był popsuty
***
Rok później taty już nie było. Powrót po rozległym zawale, opuścił ich w ciepły, słoneczny październik. Tuż po pogrzebie Aleksandra wzięła urlop, żeby pojechać na działkę. Marysię zostawiła u teściowej.
Nic się nie udawało; jabłek było więcej niż zwykle. Aleksandra rozdawała wiadra sąsiadom, warzyła powidła jabłkowe z miętą i cynamonem, jak lubił tata. Przyszedł pomóc tata przyjaciel, pan Władysław, z którym regularnie jeździli po sadzonki do szkółki koło Grójca.
Zostanę parę dni, Oleńko, przekopię ogród, przytnę drzewa, jeśli nie masz nic przeciwko.
Panie Władysławie, dziękuję
Od Oleńka łzy napływały do oczu, a wtedy pojawiło się bolesne uczucie nieodwracalności, osamotnienia i bezsilności. Do tej pory Aleksandra łudziła się, że tata wróci, że to tylko zły sen. Przez pierwsze dni, tuż po jego odejściu, rano na granicy jawy i snu nie mogła zrozumieć, czemu jest jej tak źle. Sekunda przebudzenie czarne fale myśli: taty nie ma.
Potem przytłoczyło ją poczucie winy, że nie zdołała go zatrzymać.
Nie sprzedajcie działki, Ola, będę przyjeżdżał i pomagał. Wiesz, tę antonówkę wybieraliśmy razem, gdy byłaś dzieckiem. Jadąc do Grójca, Jurek opowiadał o tobie więcej niż o siostrze. Byłaś zabawna i malutka. Mówił, że drzewa go przeżyją. Tyle czasu oglądał sadzonki, a ja go poganiałem, irytowałem się
Pan Władysław został trzy dni, przekopał ogród, obciął jabłonki, rozsypał nawozy, tuż przed gankiem zasadził trzy krzewy żółtych chryzantem, za zgodą Aleksandry.
Najlepiej sadzić je wcześniej, ale jesień ciepła, powinny się przyjąć. Na pamiątkę Jurka Róże jeszcze trzeba okryć, liście zebrać, ale to następnym razem.
Przytulili się na pożegnanie, zaczynał padać deszcz. Aleksandra jeszcze długo patrzyła za odchodzącym Władysławem. Zorientował się, pomachał, jakby mówił: wracaj już do domu. Deszcz przybrał na sile, dudnił smutno o dach werandy. Wiatr trzasnął furtką z żałosnym skrzypem. Próg domu wyścieliły żółte płatki chryzantem. Wszystko tu było taty i zawsze już takie będzie: deszcz, drzewa, jesienne zapachy, ziemia. Tata jest tu blisko i będzie zawsze. A Aleksandra nauczy się wszystkiego, będzie przyjeżdżać z Marysią przed pierwszymi przymrozkami, autobus jedzie tylko dwie godziny. A potem wiosną, jak stopnieje śnieg może uda się zrobić ogrzewanie. Trzeba odkładać pieniądze; jeszcze na wiosnę pojedzie do Grójca z Władysławem po białą porzeczkę, tata od dawna chciał
***
Po pół roku, w kwietniu, gdy ciągle leżał śnieg, działka została sprzedana. Aleksandra dowiedziała się o tym przypadkiem, dzwoniąc z poczty do domu w drodze powrotnej z Grójca. W ciasnej kabinie telefonicznej, na podłodze w foliowym worku, z wilgotną starą dziecięcą koszulką owiniętą wokół korzeni, stała sadzonka białej porzeczki.
Czasami najważniejsze rzeczy tracimy, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Ale to, co zaszczepione: miłość, troska i wspomnienia korzeniami wiąże nas z miejscem i ludźmi na zawsze. Trzeba umieć odpuścić to, co materialne, a pielęgnować w sobie to, co naprawdę ważne.



