Tydzień po naszym wyjeździe sąsiedzi wrócili ostatnią łódką z działki. Wrócili bez swojego kota. Ogromnego, szarego łobuza bez prawego ucha.

Po tygodniu z powrotem przybyła ostatnia łódź z letniego domku w Mazurach sąsiedzi. I przyjechali bez swojego kota. Olbrzymiego, szarego bandyty bez prawego ucha. Całe lato walczyliśmy z nim na podwórku: najpierw kradł jedzenie z mojego stołu, potem grzebał w ogródku. Przyzwyczaiłem się do jego obecności. Gdy więc zobaczyłem parę powracającą bez szarego, serce mi zamarło i poprosiłem żonę, Zofię, by bez zbędnych ceregieli zapytała, gdzie zniknął ich kot.

Okazało się tak fatalnie, jak się spodziewałem kota zostawiono na domku. Męczyłem się i dręczyłem aż do wieczora, po czym zadzwoniłem do szefa i poprosiłem wolne na jutro. Żona westchnęła ciężko i rzekła:
Bądź ostrożny. Poproś, żeby przewieźli go łódką.

Od rana pogoda nie sprzyjała. Ołowiane chmury sypały drobny, irytujący deszcz, a wiatr dmuchał zwiotczałe, miejscami zmarznięte liście przyklejone do asfaltu. Wędrowałem po przystani w Kazimierzu Dolnym, licząc, że ktoś jeszcze zechce ruszyć po zapomniane rzeczy.

Nikt się nie zjawił. Pojawił się jednak zdrowy mężczyzna w butach rozmiar 45, grzebiący w silniku i warczący. Wytłumaczyłem mu, że zostawiłem w domku bardzo ważne, życiowo niezbędne dokumenty, i podałem mu dwieście złotych. On schował banknot do kieszeni, wyjaśniając niebaom, że domownicy zapomną nawet o własnych głowach, i spuścił łódź na wodę.

Fale były przyzwoite, zrywały się w przerażającą, zimną pianę, grożąc przewróceniem małego okrętu. Po pół godziny zaciętej walki z wodną siłą dotarliśmy na brzeg przy naszych letnich domkach. Głęboki, ponury głos mężczyzny, który radził, że za takie widoki nie zaszkodziłoby dorobić jeszcze dwudziestkę, rozbrzmiał w moich uszach, gdy pędziłem w stronę domku. Niebo przybierało szary odcień, a drobny deszcz zamieniał się w lodowate gradobicia.

Szary, Szary, Szary! wykrzyknąłem na cały róg, licząc, że kot jeszcze żyje.

I Szary pojawił się, trzęsąc się z zimna, przyciskając się do moich nóg i jęcząc żałośnie. Chwyciłem go w ramiona i pospieszyłem do łodzi. Wspiąwszy się i wskakując, usiadłem obok kota. Ponury mężczyzna rozpakował oczy i otworzył usta. Nagle

Nagle Szary wyskoczył z łodzi, nieśmiało przyciskając jedyne lewe ucho do głowy, cicho i błagająco zamiauczał, po czym odwrócił się i pobiegł wstecz.

Stój, stój, stój, dokąd się wybierasz, do diabła! ryknąłem.

Wyskoczyłem i, nie zważając na przekleństwa i obietnice, że zostaniemy poświęceni diabelskiej matce, ruszyłem za kotem. Pędził przede mną, a ja podążałem, szlochając i łapiąc się za ręce, kiedy nagle skręcił w lewo i zniknął w zaroślach. Dojechałem, rozerwałem gałęzie i ujrzałem Szarego, jednojego, przyciskającego się do małego czarnego kotka. Maluch był mokry i wyłazywał się rozpaczliwie. Szary spojrzał na mnie winnie i zamiauczał.

Usiadłem na mokrej ziemi, gotów wziąć oboje w ramiona. Wtedy ziemia zatrzęsła się. To ponury mężczyzna deptający ogromnymi butami, wypluwający strumienie przekleństw. Pojawił się za mną, po czym nagle ustał.

Spokojnym, zaskakująco przyjemnym głosem powiedział:
Dzień dobry, pośpiesz się, bo zaraz zacznie się zamieć i wszystko przykryje śnieg.

Wszedłem w ramiona Szarego i małego czarnego kotka i pobiegliśmy do łodzi. Jak przeskoczyliśmy na drugą stronę rzeki, nie wiem. Pewnie Bóg po prostu tak chciał, bo wokół już nic nie było widać.

Wtedy ponury mężczyzna, zagłuszając ryczenie silnika i wody, rzekł:
Jesteś niczyją bestią.

Zdziwiłem się.

Dlaczego bestia? zapytałem niepewnie, spoglądając na burzliwą wodę za burtą.

Czy więc kontynuował mężczyzna oszukałeś mnie co do dokumentów i pieniędzy, a sam jeździłeś ratować kota? Ty masz być człowiekiem, a ja nie wiem, co z tego wynika. Tak?

Bałem się, że odrzucisz mnie, a nikogo nie było, by go uratować wyjaśniłem. Mężczyzna zmrużył oczy, westchnął i dopłynęliśmy do przystani.

Znalazł karton dla kotka i wyłożył w nim ciepły ręcznik. Kiedy już miałem odjeżdżać, podziękowałem, a on rzekł:
Masz czego się nauczyć. Nie ma tak, że wszystko przychodzi jednej osobie, a drugiej nic. Podchodząc do Szarego, zwrócił się do niego:
Ty, przyjdź do mnie mieszkać. Chodzę na ryby, a ty jesteś prawdziwym kotem. Ja, człowiek, nie zostawiłem szczeniaka.

Szary spojrzał na mnie, winnie zamiauczał, podszedł do ponurego mężczyzny i, stanąwszy na tylnych łapach, przycisnął przednie do jego wielkich butów. Mężczyzna podniósł go na ręce, a olbrzymi szary bandyta obwinął go łapami i przytulił.

Mężczyzna odwrócił się, drżącym głosem powtarzał przez minutę:
No, no, no

Gdy się uspokoił, spojrzał na mnie surowym, lecz niespodziewanie łagodnym tonem i rzekł:
Zapraszam cię, młody człowieku, na weekend na ryby. *mrugnął*.

Kiedy dotarliśmy do domu i z żoną Zofią opiekowaliśmy się czarnym maluszkiem, ona znalazła pod ciepłym, bawełnianym ręcznikiem dwieście złotych.

Od tej pory jeździmy regularnie na ryby, razem z dobrym, zdrowym chrumliwym człowiekiem. A co, jeśli czasem przyjadę nieco podchmielony i bez ryb? Ryby to sprawa życiowa, jakby się tak rzec.

Rate article
Fajna Tajna
Tydzień po naszym wyjeździe sąsiedzi wrócili ostatnią łódką z działki. Wrócili bez swojego kota. Ogromnego, szarego łobuza bez prawego ucha.