Zabrałam szwagierkę i jej dziecko na wakacje nad polskim morzem. Tysiąc razy tego pożałowałam!

Zabrałam szwagierkę i jej małego synka nad morze na wakacje. Tysiące razy tego pożałowałam.

Ja i mój mąż wybraliśmy się na wakacje nad Bałtyk. Od kilku lat jeździmy co roku nad morze z grupą przyjaciół, naszymi samochodami, na wybrany odcinek polskiego wybrzeża. Jesteśmy w tym mistrzyniami znajdujemy kawałek dzikiej plaży, rozbijamy namioty, a potem latamy boso po piasku i słuchamy, jak fale szepczą dziwne rzeczy, których nigdy nie rozumiemy. W dzień pluskamy się w lodowatej wodzie, grzejemy na słońcu, a kiedy zapada zmrok, śpiewamy przy ognisku stare harcerskie piosenki, popijając wytrawne wino z kieliszków, które zawsze ktoś zapomni umyć. W tym roku dołączyła do nas szwagierka Bogusława razem z jej synkiem, dwulatkiem Staszkiem. Wahaliśmy się: zabrać ich czy nie zabrać?

Ostatecznie daliśmy się przekonać. Patrząc z perspektywy, to nie mały Staszek sprawił nam kłopoty, tylko Bogusława, która chyba wypiła herbatę ze snu i wszystko wokół niej poruszało się trochę zbyt leniwie. Problemy zaczęły się już w drodze wciąż żądała postojów, niby to zmęczona, niby musiała się położyć na fotelu i patrzeć w okno, za którym śnieg wędrował w środku lata. Dojechaliśmy na miejsce bardzo późno; nasi przyjaciele zdążyli już rozłożyć namioty, wskoczyć do wody i wypić pierwszą butelkę wina, chociaż w snach wino zawsze smakuje trochę jak grzaniec.

Gdy wreszcie dotarliśmy, Bogusława parsknęła gniewnie:

Ja tu nie zostanę!

A czemu? Przecież mówiłam, że śpimy w namiotach!
Myślałam, że to znaczy, iż na miejscu poszukamy jakiegoś pensjonatu, no przecież nie mieliście na myśli naprawdę namiotu?
Po co byśmy targali śpiwory i namioty przez całą Polskę? mruknął mój mąż pod nosem jakby mówił do nielogicznego pająka we śnie.
Myślałam, że to tak tylko się mówi: Jedziemy pod namioty.

Musieliśmy wynająć dla niej pokój w pobliskiej kwaterze. Mój mąż biegał potem między plażą a miasteczkiem, żeby ją dowozić na miejsce i odwozić wieczorem do pensjonatu, który we śnie nigdy nie znajdował się w tym samym miejscu dwa razy. A to jeszcze nie wszystko: musiał ją zawozić do kawiarni, na ryneczek, po drożdżówki, odprowadzać na spacery, zajmować się Staszkiem, gdy Bogusława odpoczywała od codziennego trudu.

W rzeczywistości opiekowaliśmy się wszyscy małym Staszkiem. Jednak on nie sprawiał najmniejszych trudności: grzecznie biegał po plaży, skakał przez fale, zjadał wszystko, co mu się podało, i spał spokojnie w namiocie nawet wtedy, gdy wiatr nucił dziwne piosenki z drugiego brzegu snu. Jego mama przeciwnie. W przyszłym roku na pewno nie zabierzemy już Bogusławy. Ale Staszka? Jego jak najbardziej! On jest stworzony do biwakowania, nawet jeśli w jego śnie namiot czasem zamienia się w statek piratów, a morze w jezioro pełne konfitur.

Rate article
Fajna Tajna
Zabrałam szwagierkę i jej dziecko na wakacje nad polskim morzem. Tysiąc razy tego pożałowałam!