Dobra kobieta z tej naszej sąsiadki. Powiedz mi, co my byśmy bez niej zrobili, co?
A Zosiu, ty wiesz, że tylko dwa tysiące złotych jej miesięcznie płacisz?
Zosiu, przecież my przepisaliśmy na nią mieszkanie.
Tadeusz wstał z łóżka i powoli przeszedł do sąsiedniego pokoju. W półmroku lampki spojrzał nieco zmęczonymi oczami na żonę.
Usiadł przy niej, posłuchał. Chyba wszystko w porządku.
Wstał i pokuśtykał do kuchni. Otworzył kefir, potem poszedł do łazienki. I do swojej sypialni.
Położył się z powrotem, ale nie mógł zasnąć.
Nam ze Zosią po dziewięćdziesiąt lat. Ile to już razem przeżyliśmy? Zaraz do Pana Boga, a tu nikogo bliskiego obok.
Córki, Hani, już nie ma, nie zdążyła nawet sześćdziesiątki dożyć.
Piotra też już nie ma. Poszalał trochę za młodu Jest wnuczka, Kasia, tylko ona od dwudziestu lat w Niemczech mieszka. O dziadku i babci już raczej nie pamięta. Pewnie jej dzieci już dawno duże
Nie zauważył nawet, kiedy zasnął.
Obudził się, poczuł dotyk na ramieniu:
Tadeuszu, wszystko dobrze? usłyszał cichy głos.
Otworzył oczy. Nad nim pochyliła się żona.
Zosiu, co jest?
Patrzę, tak leżysz, nie ruszasz się.
Jeszcze żyję! Idź spać!
Kroki w kapciach powlokły się do kuchni. Kliknęło światło. Zofia wzięła łyk wody, odwiedziła łazienkę i wróciła do swojego pokoju. Ułożyła się do łóżka:
Któregoś ranka się obudzę, a jego już nie będzie. I co ja zrobię wtedy? A może mnie pierwszą zabierze.
Tadeusz już nawet nasze stypy zamówił. Nigdy bym nie pomyślała, że to można z wyprzedzeniem załatwić. Ale z drugiej strony dobrze, kto by się tym zajął po nas?
Wnuczka o nas zupełnie zapomniała. Tylko nasza sąsiadka Ania czasem przychodzi. Klucz do mieszkania ma. Dziadek jej co miesiąc tysiąc z naszej emerytury daje. Ona za to zakupy zrobi, tu i tam coś załatwi. Co nam po tych pieniądzach? Sami już z czwartego piętra nie zchodzimy.
Tadeusz otworzył oczy. Słońce zaglądało przez okno. Wyszedł na balkon i zobaczył zieloną koronę bzu. Uśmiechnął się szeroko:
Doczekaliśmy lata!
Poszedł do żony. Ta siedziała zamyślona na łóżku.
Zosiu, nie smuć się! Chodź, coś ci pokażę.
Aj, nie mam już siły! starsza pani z trudem podniosła się z łóżka. Coś ty znowu wymyślił?
Chodź, chodź!
Podpierając ją delikatnie, doprowadził na balkon.
Zobacz, bez się zazielenił! A mówiłaś, że do lata nie dociągniemy. Żyjemy dalej!
No rzeczywiście! I to słońce tak pięknie świeci.
Usiedli na ławeczce na balkonie.
Pamiętasz, jak zaprosiłem cię do kina? Wtedy jeszcze w szkole. Akurat wtedy bez się cały się zazielenił.
Tego się nie zapomina. Ile to już lat?
Ponad siedemdziesiąt Siedemdziesiąt pięć.
Siedzieli długo, wspominając młodość. Wiele rzeczy na starość się zapomina, nawet to, co się wczoraj robiło, ale tamtych dawnych wspomnień nigdy nie tracisz.
Ach, gadamy i gadamy! nagle Zofia wstała. A jeszcze nie śniadaliśmy.
Zosiu, zaparz porządną herbatę! Mam już dość tych ziółek.
Przecież nam nie wolno.
Daj szklaneczkę słabej i posłódź po łyżeczce.
Tadeusz pił tę cienką herbatę, zagryzając kromką z serkiem, i wspominał, jak kiedyś na śniadanie była mocna herbata, słodka, a do tego pączki albo racuszki.
Wpadła sąsiadka. Uśmiechnęła się pogodnie:
Jak wam się żyje?
A co tu się może dziać po dziewięćdziesiątce? zażartował staruszek.
Skoro żartujesz, to znaczy, że dobrze. Co wam kupić?
Aniu, kup nam mięsa! poprosił Tadeusz.
A to wam nie wolno.
Kurczaka wolno.
To dobrze, kupię. Ugotuję wam rosołek z makaronem!
Ania uprzątnęła ze stołu, pozmywała i wyszła.
Zosiu, chodź na balkon zachęcił mąż. Na słoneczku się wygrzejemy.
Chodźmy!
Zaraz potem pojawiła się Ania, weszła na balkon:
Stęskniliście się za słońcem?
Dobrze, że jesteś, Aniu! uśmiechnęła się Zofia.
Zaraz wam tu przyniosę kaszę, a na obiad zacznę gotować zupę.
Dobra kobieta rzucił w jej stronę Tadeusz. Co byśmy bez niej zrobili?
A ty jej tylko dwa tysiące na miesiąc płacisz.
Zosiu, mieszkanie na nią przepisaliśmy przecież.
Ona nawet o tym nie wie.
Siedzieli tak na balkonie do obiadu. Na obiad była zupa z kurczakiem, ziemniaczki rozgotowane, mięso w kawałkach. Zofia westchnęła:
Taki rosół zawsze Hani i Piotrowi gotowałam, jak byli mali.
A na starość obcy ludzie nam gotują powiedział ciężko Tadeusz.
Chyba nam, Tadku, taki los pisany. Odejdziesz ty czy ja, i nikt po nas nie zapłacze.
Już dobrze, Zosiu, nie smućmy się. Czas na popołudniową drzemkę!
Tadeuszku, mówią przecież, że I starzy, i mali, wszyscy tacy sami.
Zupa przetarta, drzemka, podwieczorek wszystko jak u dzieci.
Tadeusz chwilę się zdrzemnął, ale zaraz wstał spać nie mógł. Może pogoda się zmienia? Poszedł do kuchni, a tam dwie szklanki soku, przygotowane przez Anię.
Wziął je ostrożnie i zaniósł do żony, która zamyślona patrzyła za okno.
Co ci, Zosiu, smutno siedzisz? uśmiechnął się ciepło. Proszę, sok!
Zofia upiła łyk.
Też nie możesz zasnąć?
Bo jakaś taka dziś dziwna aura.
I ja się od rana nie najlepiej czuję Zofia smutno pokręciła głową. Czuję, że już niewiele mi zostało. Pochowaj mnie, Tadku, po ludzku.
Zosiu, co ty za głupoty opowiadasz! Jak ja tu sam będę?!
Ktoś z nas pierwszy odejdzie.
Dość tego! Wyjdźmy na balkon!
Siedzieli tam do wieczora. Ania usmażyła serniczki. Zjedli i zasiedli do oglądania telewizji. Każdego wieczoru oglądali coś na dobranoc, choć z nowymi filmami było ciężko, więc brali stare komedie i bajki.
Dzisiaj obejrzeli tylko jedną bajkę. Zofia wstała z kanapy:
Pójdę spać. Jakaś taka zmęczona dzisiaj jestem.
To ja też pójdę.
Daj no, popatrzę na ciebie porządnie! poprosiła nagle żona.
Po co?
Po prostu chcę popatrzeć.
Patrzyli na siebie długo, pewnie wspominali czasy, kiedy wszystko było jeszcze przed nimi.
Chodź, odprowadzę cię do twojego łóżka.
Zofia ujęła Tadeusza pod rękę, i powoli poszli razem.
Ostrożnie przykrył ją kołdrą, po czym wrócił do siebie.
Ciężko mu było na sercu tej nocy, długo nie mógł zasnąć.
Wydawało mu się, że wcale nie spał, ale zegar migotał: druga w nocy. Podniósł się i poszedł do pokoju żony.
Leżała z otwartymi oczami.
Zosiu!
Ujął jej dłoń.
Zosiu, no Zosiu!
I nagle samowi zabrakło tchu. Wrócił do siebie, wyjął z szuflady papiery, położył je na stole.
Wrócił do żony. Patrzył długo na jej twarz. Potem położył się obok, zamknął oczy.
Zobaczył swoją Zosię, młodą i piękną, jak siedemdziesiąt pięć lat temu. Szła w stronę światła w oddali. Dogonił ją, ujął za rękę.
Rano weszła Ania do sypialni. Leżeli obok siebie, na twarzach uśmiechy.
Zadzwoniła po pogotowie.
Lekarz spojrzał na nich i tylko pokręcił głową:
Odeszli razem. Musieli się mocno kochać
Zabrali ich. A Ania osunęła się bez sił na krzesło przy stole. Wtedy zobaczyła papiery i testament na swoje nazwisko.
Ukryła twarz w dłoniach i płakałaAnia długo siedziała w pustym mieszkaniu. Spoglądała na papiery, testament, na dwa filiżanki niedopitych na stole. Słońce wciąż wpadało przez balkon, oświetlając łagodnie dwa puste leżaki.
Napisała smsa Kasi do Niemiec. Chciała jej powiedzieć, że dziadkowie odeszli spokojnie, razem, we śnie. Dodała zdjęcie bzu z balkonu, bo wiedziała, że Kasia zrozumie.
Gdy podniosła wzrok, usłyszała za oknem śpiew dzieci z ogródka. Fala wspomnień zalała ją niespodzianie śmiech, rozmowy znad stołu, tę dobrą, cierpliwą obecność tej niezwykłej pary. Jej łzy potoczyły się wolno, bez żalu wiedziała, że nie zostawią pustki.
Podeszła do parapetu. Zerwała kilka gałązek bzu; jego zapach wypełnił dom. Ułożyła je ostrożnie w wazonie, tam gdzie rano zawsze świeciło słońce.
Otulona tym zapachem wyjrzała na balkon. Po raz pierwszy poczuła się tutaj nie jak opiekunka czy sąsiadka, ale część ich historii dziedziczka ich codziennego dobra, cichej czułości oraz nadziei, że życie, nawet na czwartym piętrze, może być piękne, jeśli przeżyje się je razem.
Tego lata bez zakwitł bujnie jak nigdy.
A na sąsiednim balkonie, w promieniach światła, przez krótką chwilę zdawało się jej, że widzi dwa znajome uśmiechy mrugające do niej ciepło, z wdzięcznością i radością.



