KOCHAĆ CIERPLIWOŚCIĄ, CIERPIEĆ MIŁOŚCIĄ
Małżeństwo Jana i Zofii było zawarte przed Bogiem, w kościele. W dniu ich ślubu, kiedy korowód weselny zbliżał się już do bazyliki w Krakowie, nagle zawiała letnia, gwałtowna burza. Skąd się wzięła nikt nie wie. Jednym podmuchem zerwała z panny młodej welon. Uniósł się wysoko, wirując jak balonik, po czym sfrunął, bezsilny, prosto do błotnistej kałuży. Goście tylko zdołali westchnąć ze zgrozy. Tak jak przyszła, burza minęła. Jan ruszył w pośpiechu, by podnieść welon, ale ten już leżał, cały czarny od błota.
Zofia, roztrzęsiona, zawołała do narzeczonego:
Janku, nie podnoś go. Nie założę tego welonu!
Starsze panie, zwykle przesiadujące przy krakowskim kościele, zaczęły szeptać między sobą. Mówiły, że takie znaki zwiastują burzliwe życie dla młodych…
W najbliższym sklepiku kupiono Zofii sztuczny biały kwiat i wpięto go szybko we fryzurę. Nowego welonu nie było czasu szukać. Przecież nie wypada spóźnić się na własny ślub!
Nowożeńcy trzymali świece przed ołtarzem w Kościele Mariackim, przyrzekali sobie wierność i miłość przed Bogiem. Ale przed tym, zgodnie z obyczajem, zawarli ślub cywilny w krakowskim urzędzie i wyprawili piękne wesele już dla ludzi.
Po trzech latach ich małżeństwo doczekało się dwójki dzieci: córki Jadwigi i syna Mateusza. Żyli spokojnie w swoim mieszkaniu na Podgórzu, szczęśliwi, bez większych trosk.
Minęło dziesięć lat. Pewnego dnia do drzwi Jana i Zofii zapukała młoda kobieta. Zofia zawsze chętnie przyjmowała gości, tych zaproszonych i tych niespodziewanych, obdzielała wszystkich serdecznością, częstowała domowym ciastem, zatroskana i rozmowna. Tym razem gość był szczególny i przyszedł, gdy Jan był nieobecny.
Zofia od razu dostrzegła, jak piękna i młoda jest nieznajoma.
Dzień dobry. Mam na imię Milena. Jestem przyszłą żoną pani męża przedstawiła się z wyrazem powagi.
Doprawdy ciekawe! odpowiedziała Zofia, oniemiała.
Od kiedy to Jan adoruje panią? dopytała zdziwiona.
Od dawna. Ale już dłużej nie mogę czekać. Spodziewamy się z Janem dziecka oznajmiła bez skrupułów Milena.
Hm, klasyczny trójkąt: żona, kochanka i nieślubne dziecko… Wie pani, że mój związek z Janem został pobłogosławiony w kościele? Mamy dzieci Zofia próbowała przemówić do rozsądku dziewczyny.
Wszystko wiem. Ale my się kochamy. Miłość prawdziwa jest wieczna! Możecie się rozstać, skoro on pani nie dochowuje wierności Milena tłumaczyła bez skrupułów.
Dziewczyno, nie radzę ci rozbijać rodziny. Sami rozwiążemy nasze sprawy odparła zirytowana Zofia. Do widzenia.
Milena, wzruszywszy ramionami, szybko wyszła. Zofia trzasknęła drzwiami. W myślach wyzywała rywalkę: Oj, nie będziesz mieć Janka!
Zofia zaczęła przypominać sobie, że Jan ostatnio dziwnie się zachowywał, był mniej obecny w domu, częściej tłumaczył się pracą, wyjeżdżał na rzekome szkolenia, nagle zainteresował się weekendowymi wypadami na Mazury, choć wcześniej nie miał żadnego hobby… Każda kobieta potrafi rozpoznać taki fałsz czuje zapach rywalki w powietrzu.
Wieczorem, gdy Jan wrócił, Zofia jak zwykle podała obiad, bo wiedziała, że z pełnym żołądkiem łatwiej rozmawiać o trudnych sprawach. Gdy podziękował za posiłek, Zofia zapytała wprost:
Janku, czy jesteś zakochany?
Jan zamilkł, potem skinął głową.
Dziś odwiedziła mnie twoja dziewczyna. Czy to poważne?
Jestem paskudny. Nie potrafię żyć bez Mileny. Próbowałem zerwać, nie potrafię… Daj mi odejść, Zosiu błagał Jan.
Idź powiedziała spokojnie Zofia, wiedząc, że prośby i argumenty nie mają sensu. Życie wszystko oceni.
Jan przeniósł się do kochanki. Zofia poszła do klasztoru porozmawiać z księdzem. Wysłuchał jej z uwagą i rzekł:
Córko, miłość cierpliwa jest, miłość nigdy nie ustaje Te słowa z Pisma zapamiętaj. Możesz uzyskać rozwód kościelny, bo twój mąż odszedł do innej. Ale możesz też przebaczyć, modlić się i czekać. Opatrzność prowadzi różnymi ścieżkami…
Dwa miesiące później Zofia odkryła, że jest w ciąży. Ucieszyła się, bo uznała to za znak z góry wierzyła, że Jan kiedyś wróci, skruszony. Tą otuchą żyła aż do narodzin najmłodszego syna. Jej mama, pani Barbara, zaproponowała, by nazwać go Jasiem może wtedy Jan wróci do domu?
Babcia Barbara była wielkim wsparciem: opiekowała się całą wnuczką i wnukami, gotowała obiady, opowiadała bajki, uczyła mądrości.
Jan nie zapominał o Jadwidze i Mateuszu odwiedzał ich, obdarowywał prezentami, zabierał na wakacje nad Bałtyk, przesyłał Zofii wsparcie w złotówkach.
Zofia jednak stanowczo zabroniła dzieciom mówić ojcu o narodzinach brata. Czy dzieci słuchały? Gdzieżby tam! Jadwiga wszystko wyśpiewała tacie, gdy Jan zabrał ją na weekend. Jan pomyślał, że Zofia już ułożyła sobie nowe życie. Zrobiło mu się smutno, wróciły wspomnienia dawnych lat… Nawet nie podejrzewał, że to jego własny syn.
Tymczasem Milena miała poważne komplikacje w ciąży. Jan kursował z sałatkami, ogórkami kiszonymi, szukał w sklepach ulubionych specjałów Mileny Niestety, ich córeczka zmarła tuż po porodzie. Rozpacz trwała długo. Kolejna ciąża Mileny zakończyła się poronieniem.
Milena bardzo przeżyła te tragedie. Pragnęła odpocząć, nie spieszyć się z kolejnymi próbami. Ale los miał inne plany.
Jan wspierał ją, jak mógł, czując się winnym wszelkim ich nieszczęściom. Każde miało własne życie, swoje smutki i dylematy.
W życiu Zofii pojawił się wtedy dawny kolega z uniwersytetu Wojciech. W czasie studiów był w niej zakochany, ale Zofia nie traktowała go nigdy poważnie: był zbyt uparty, nie miał poczucia humoru, trzymał się mamy, nie był tym jedynym. Inne studentki, co prawda, chętnie zwracały na niego uwagę, ale Zofia zostawiła go bez litości, kiedy na jej drodze stanął Jan. Wojciech usunął się z jej życia na jakiś czas.
Pewnego jesiennego dnia Zofia jechała autobusem, oglądając przez zaparowane okno szare miasto. Koło niej przysiadł się mężczyzna.
Czy tu wolne? zapytał.
Oczywiście odpowiedziała bez entuzjazmu.
Tęsknisz za czymś, Zosiu? drążył nieznajomy.
W końcu Zofia odwróciła się i poznała Wojciecha!
Wojtku! Sto lat! Co słychać?
Opowiedz o sobie, Zosiu zagaił nieśmiało.
Przyjdź do mnie! zawołała Zofia. Twoja żona się nie pogniewa, gdy posiedzisz chwilę dłużej?
Wojciech kupił po drodze butelkę wina, owoce i łakocie dla dzieci.
Przy stole Zofia wypowiedziała wszystko, co leżało jej na sercu. Wojtek okazał się świetnym słuchaczem, nie przerywał, rozumiał, kiwał głową. Na pożegnanie Zosia pocałowała go w policzek z wdzięczności. Wojciech wyznał, że jest samotny, nie ma dzieci tak się potoczyło jego życie.
Zaczął ją odwiedzać częściej, przynosząc dzieciom słodycze, Zofii niekiedy kwiaty. Zofia postawiła jasne granice:
Możesz przychodzić, ale czekam na męża. Nic więcej nie będzie.
Dla Wojtka i ta sytuacja była szczęściem lepiej niż samotność.
Tymczasem u Jana i Mileny wreszcie pojawiła się radość. Milena urodziła śliczną córeczkę. Nazwali ją Bogumiłą by była błogosławiona i blisko Boga.
Milena całym sercem rzuciła się w macierzyństwo. Wspominała swoją rozmowę z Zofią… Być może kradzione szczęście naprawdę nie daje pocieszenia. Dopiero kiedy urodziła Bogumiłę, zrozumiała, jaką krzywdę wyrządziła Zofii. Miała ochotę paść jej do stóp i prosić o przebaczenie.
Jan oszalał na punkcie córeczki: zasypywał ją zabawkami, wstawał po nocach, układał ją do snu, kochał kąpiele. Milena patrzyła na niego z nową miłością.
Czas płynął nieubłaganie
Minęło pięć lat. Dzieci Zofii i Jana dorosły, dorośli dojrzeli jeszcze bardziej.
Los wkrótce wystawił wszystkich na próbę. Milena ciężko zachorowała, miała zaledwie trzydzieści lat. Jan nie wiedział, gdzie szukać pomocy szpitale, lekarze, drogie terapie, nowe leki.
Milena żegnała się z życiem. Przygotowywała się na spotkanie z Bogiem. Jan był przy niej, jak tylko umiał pocieszał, wspierał i widział, jak z każdym dniem gaśnie…
Kiedy lekarze wypisali ją do domu, Milena poprosiła umęczonym głosem:
Zawieź mnie do swojej żony. Proszę.
Jan był zaskoczony, ale zgodził się. Zofia wiedziała już o chorobie Mileny Jadwiga, która odwiedzała ojca, wszystko jej opowiedziała. Gdy Jan zadzwonił z prośbą o spotkanie, Zofia od razu się zgodziła.
Jan wniósł chorą do dawnego domu na rękach. Rodzina zebrała się, czekając na wyjaśnienia.
Zofia, skrzyżowawszy ramiona, wskazała na kanapę. Jan ostrożnie położył Milenę, poprawił poduszkę.
Zostawcie nas samych wyszeptała Milena.
Wszyscy opuścili pokój.
Zofia przysiadła przy łóżku, patrząc uważnie na chorą.
Wybacz mi, jeśli chcesz… Tak dotarła do mnie kara boska… Proszę cię, Zofio, zaopiekuj się Bogumiłą. Poza Janem i tobą nie mamy nikogo. Obiecaj, że wychowacie ją razem błagała Milena, łzy płynęły po policzkach.
Zofia ujęła jej dłoń.
Mileno, Bóg nie karze my sami nakładamy na siebie ciężary. Już dawno ci przebaczyłam. O Bogusię się nie martw nie zostanie sama. Wprowadźcie się tutaj, razem będzie łatwiej. Dom duży, dla wszystkich starczy miejsca! Obiecuję, że wyzdrowiejesz wystarczy nie tracić nadziei!
Dom Zofii przypominał wtedy baśniowy dworek dla każdego znalazło się miejsce. Cała rodzina troskliwie opiekowała się Mileną, a najwięcej serca okazał jej Wojciech. Był przy jej łóżku, prowadził długie rozmowy, podtrzymywał na duchu. Nikt się nie spodziewał, kiedy zakochał się w Milenie, a Bogusię pokochał jak własne dziecko. Nazywał ją Bożą stokrotką. Dziewczynka była oczkiem w głowie wszystkich.
Milena chciała żyć! Walczyła z chorobą. Dzięki wsparciu Zofii i Wojciecha znalazła w sobie odwagę i znów zapragnęła kochać i być kochaną. Miłość Wojciecha dodawała jej siły.
Minęło pół roku bólu, leczenia, zwątpienia. Milena zaczęła odzyskiwać siły. Wychodziła do ogrodu, oddychała powietrzem, uśmiechała się do słońca, cicho szeptała modlitwy. Życie powoli wracało do jej ciała. Choroba ustępowała
Coraz częściej myślała o Wojciechu. Janka wciąż darzyła uczuciem, lecz wiedziała, że nie wolno burzyć cudzego szczęścia. Cudze niech zostanie cudzym to święta zasada, powtarzała sobie. Wojciech był dobrym człowiekiem, pokochał ją i jej córeczkę jak własne dziecko. Milena była pewna, że będzie dbała o tę miłość, by jej nie zaprzepaścić. Marzyła o wspólnej przyszłości byle tylko wyzdrowieć.
Nagle przyszedł dzień, że przy wspólnym obiedzie Milena oznajmiła:
Zosiu, Janku! My z Bogusią i Wojtkiem opuszczamy wasz dom. Dziękujemy za opiekę i miłość! Takich ludzi jak wy nie spotyka się często! Jestem wam wdzięczna do końca życia!
Jan i Zofia spojrzeli na siebie, wiedząc już, że między Wojciechem a Mileną narodziła się prawdziwa miłość.
Zanim jeszcze to wydarzyło się, Jan długo rozmawiał z Zofią:
Zosiu, bez względu na wszystko chcę wrócić do ciebie. Twoja dobroć i wyrozumiałość są nieskończone. Wybaczysz mi?
Ależ Janku, czemu mam nie wybaczyć? Sama mogę prosić o przebaczenie chyba nie byłam taką żoną, jaką powinnam być. Życie to szkoła pokory i cierpliwości powiedziała Zofia, przytulając męża.
Co z Bogumiłą, Janku? Jesteś jej ojcem, kocha cię…
Bogusia zawsze będzie moją córką. Nigdy jej nie zostawię. Moje drzwi są dla niej otwarte.
Wojciech, Milena i Bogusia szykowali się do nowego początku. Milena, stojąc w progu, poprosiła Janka na chwilę na bok.
Kochaj Zosię najbardziej na świecie. Nie krzywdź jej! Ja nigdy o tobie nie zapomnę, Janku Milena pocałowała go na pożegnanie.
Bądź szczęśliwa, Mileno odpowiedział Jan…
***
Życie Zofii i Jana znów zatoczyło koło. Miłość powróciła, rodzinny dom wypełnił się dziecięcym śmiechem. Milena nauczyła się, że cudze szczęście nie daje spokoju sumienia, a prawdziwą siłą jest przebaczenie i otwarte serce. Czasami prawdziwego szczęścia nie trzeba szukać daleko ono tkwi w cierpliwości, wyrozumiałości i gotowości, by pomóc i wybaczyć.
Bo serce, które umie kochać potrafi też przebaczać. Taka jest prawda, której warto się trzymać w życiu.



