Natasza nie mogła uwierzyć w to, co ją spotkało. Jej mąż, jedyny i ukochany, którego zawsze uważała za swoją podporę, dziś powiedział: „Już cię nie kocham”. Szok był tak wielki, że zamarła w dziwnej pozie i stała tak, podczas gdy on krzątał się, pakując walizki i brzęcząc kluczami. Tego tylko jej brakowało… Niedawno nagle zmarł jej tato, a ona – mimo własnego bólu – musiała zadbać o siwą mamę i niepełnosprawną siostrę, która po ciężkim urazie mózgu została inwalidką w wieku 18 lat. Rodzina mieszkała w sąsiednim miasteczku. Synek właśnie zaczął pierwszą klasę. W czerwcu zamknięto jej zakład pracy – została bezrobotna. A teraz jeszcze i mąż… Natasza objęła głowę rękami, usiadła przy stole i rozpłakała się gorzko. – Boże, co mam robić? Jak żyć? Ojej, Aleśka! Muszę biec po niego do szkoły! Codzienne obowiązki zmusiły ją do działania. – Mamusiu, płakałaś? – Nie, Aleśku, nie. – To po dziadku płaczesz? Mamusiu, ale mi go bardzo brakuje! – I mnie, synku. Musimy być silni. Nasz dziadek zawsze był taki. U Boga jest mu teraz dobrze, nie martw się! Zasłużył na odpoczynek, bo nigdy nie odpoczywał za życia. – A gdzie tata? – Tata? Pewnie wyjechał znowu w delegację. Jak tam w szkole? Trzeba żyć dalej. Nie kocha? Cóż zrobić – na siłę się nie da. Coś przeoczyła w tym zabieganiu. Kiedy Aleśka jadł obiad i bawił się żołnierzykami, Natasza po raz pierwszy weszła do elektronicznej poczty zostawionej przez męża w komputerze. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Zalogować się było łatwo, wejście po lewej stronie. Wowa nie zdążył usunąć ostatniej korespondencji. Miłość na całego. A ona teraz ta niekochana. Przez dziesięć lat była „promykiem”, a po ośmiu latach walki o potomstwo została „naszą mamą”. Wszystko się zmieniło. Musiała się z tym oswoić. Ale najpierw trzeba znaleźć pracę. Nikt nie przejmuje się jej wyższym wykształceniem, zasiłek z urzędu pracy to kropla w morzu. Co się stało, że jej odpowiedzialny, troskliwy mąż stał się obcy? W myślach wciąż jedno usprawiedliwienie: po prostu oszalał. Wspólny dom nieukończony, dobrze, że choć dach nad głową i jeden pokój nadaje się do zamieszkania. – Praca, jak bardzo cię potrzebuję! – Natalii chciało się znowu płakać, ale nie było na to czasu. Musiała mieć pracę! Szukała dniami. Bez efektu! Pierwsza klasa u dziecka i samotność zmniejszały szanse. Pod wieczór po kolejnym nieudanym dniu zadzwonił kuzyn Roman: – Natalka, wrócił twój? – Nie. – Na magazynierkę byś poszła? – Mówisz poważnie? – Jasne. Wiem, że po tym Wowie nie jest ci do żartów. Z przerwami praca. W sam raz, żeby odebrać chrześniaka albo zapisać przedłużony pobyt. Pensja 2,5 tysiąca. Mało, ale lepsze to niż nic. Jutro wam przywozimy ziemniaki, cebulę i trochę kurczaka. – Roman, mam przecież swoje kurki – one nas karmią, znoszą jajka. – I niech karmią! Na mięso ich nie dziab! – Dzięki. Jak Galinka? – Daje radę, twarda dziewczyna. Taki był zawsze – żona przeszła poważną operację i chemioterapię, a on nigdy nie narzekał, że wszystko na jego głowie. U niego „wszystko w porządku”. Natalia westchnęła: jest szansa na przetrwanie. Chwała Bogu – zawsze widzi i nie zawodzi. I za Romana dziękuję… Praca okazała się zrozumiała i pozwalała na chwilę dla siebie – popłakać, przemyśleć, co się stało. Minęły dni, tygodnie, miesiące. Po roku Natalia na nowo poczuła głód, mogła spać, śmiać się, cieszyć sukcesami synka. Ból po zdradzie męża wracał, gdy przychodził zabrać Aleśkę na weekend. Nie przeszkadzała – dziecko nie może cierpieć przez ich sprawy. Chciała zapytać, czym zawiniła, choć wiedziała, że chodzi o wybuch namiętności męża do innej kobiety. Przypomniały się słowa z filmu: „Miłość – ona do pierwszego zakrętu, potem zaczyna się życie”. U niej miłość i życie były nierozdzielne. U niego? Tegoroczna jesień przypominała lato: ciepła, zielone drzewa, dziecięce głosy za oknem, jesienny ogród pełen astrów i chryzantem. Dzień, gdy Natalia spotkała uważne spojrzenie Michała, niczym się nie wyróżniał od innych, może tylko słońce świeciło pogodniej, muzyka z sąsiedniego okna brzmiała głośniej, a może po prostu los złączył dwie samotności. – Pani, pomóc może? Nie wolno się tak przeciążać. – Przywykłam. – Źle, gdy taka piękność przywykła dźwigać ciężary. – Wszystkim pomaga pan tu pięknościom? Do sklepu pod drzwiami dyżur? – Ano dyżurowałem, dyżurowałem, oczy wypatrywałem – wreszcie znalazłem piękność! Śmiech okazał się nie do powstrzymania. Śmiali się razem – głośno, ze łzami, do bólu brzucha. – Michał – przedstawił się, w oczach wciąż skakały figlarne iskierki. – Natalia. – „Natalka, Natalka, cudza żona” – słyszałaś taką piosenkę? – Nie. Ale nie jestem żoną. – Serio? To mi się poszczęściło! W końcu znalazłem dziewczynę, o jakiej tylko marzyć można, i wolna. Wszyscy dookoła oszaleli czy oślepli? – Widzę, humoru nie brakuje. A poważnie? – Też w porządku. Natalka, idziemy dziś do kina? Pogadamy, poznamy się. – Nie dam rady, muszę syna odebrać ze świetlicy. – Nie wierzę, że Pani ma syna! Wygląda Pani na dwudziestkę. Jaka świetlica? – Mam 35 lat. – Ja też! O, to ciekawe. Ale serio myślałem, że jest pani dużo młodsza. – A teraz? – No, teraz się zastanawiam. Każdy facet marzy o synu. Mówi pani, że jest wolna – a gdzie tatuś? Tatuś synka? – Wolałabym nie mówić na ten temat. – Rozumiem. Nie nalegam. Może w weekend – rodzinny seans, z synem. – W weekend syn widzi się z tatą. – Natalka, nie będę namolny. Ale jeśli znajdzie się chwila, proszę zadzwonić. Tu wizytówka – jestem lekarzem, pediatrą, hematologiem. – To poważny zawód… – I czasu na piękności nie mam! – Dobrze, Michał. Zadzwonię – szczerze odpowiedziała. – Będę czekał. Jaka piękna była ta jesień! Jakby specjalnie dla nich. Miękkie promienie słońca, barwne liście, ciepłe dni, otwarte parki miasta. Ich delikatność zagłuszyła przeszły ból, porwała w jesienny taniec pod kolorowy deszcz liści. Zbliżali się do siebie ostrożnie, aż Natalia niespodziewanie zapragnęła zaprosić Michała „na herbatę”. – Natalko, wybacz, ale nie mogę przyjść do ciebie. Tak ważne wszystko dla mnie… Zadbam o to sam. Ufasz mi? W najbliższy weekend pojechali do parku krajobrazowego, Michał wynajął domek podobny do zamku. Było czysto i przytulnie, ale Natalia poza oczami ukochanego nie widziała nic, tonęła w nich, zatapiała się w objęciach. Nie wiedziała, że to, co najważniejsze między kobietą a mężczyzną, może być tak słodkie. – Misiu, gdzie ja jestem? Co się ze mną dzieje? Chyba umieram… Tak cię kocham. Jak żyłam bez ciebie? Tak mi dobrze! – Jesteś cudowna! Jestem taki szczęśliwy! Po kolejnych dwóch miesiącach coraz trudniej rozstawali się. – Natalko, wyjdź za mnie. – Misiu, mam rozwód pod koniec miesiąca. – To od razu ślub. Ze mną. Nie oddam mojej dziewczyny innemu! – Dziewczyna sama decyduje, nie dla każdego. Ma już swojego ukochanego. Misiu, bez ceremonii – po prostu ślub cywilny, zabierz mnie do tego domu- zamku, gdzie stałam się twoją żoną. – Dobrze, kochana. Jak chcesz, tak będzie. Roman z Galią byli jedynymi świadkami. Mama z siostrą przysłały wzruszające gratulacje. Niedługo potem przeprowadzili się do wynajętego przez Michała dwupokojowego mieszkania, gdzie razem robili remont, tworząc komfortowe gniazdko. Michał szczególnie dbał o pokój dla Aleśki. Aleśka już dawno poznał Michała, lecz długo nie chciał się z nim zaprzyjaźnić – mama i tata byli jego „połówkami jabłka”. – Natalko, nie bój się, zróbmy badania krwi Aleśki. Nie podoba mi się – zbyt blady. – No co ty, Misiu. Przeżywa, to przez rozstanie. Podobno rozwód rodziców dla dziecka gorszy niż śmierć jednego z nich. – Masz rację, mądra kobieto. Ja sam przeżyłem rozwód rodziców jako katastrofę świata. Ale badania zróbmy, dobrze, młody? Michał wrócił do domu z opuszczoną głową. – Natalko, proszę, nie martw się. Są zmiany w krwi Aleśki. Niestety, miałem rację. Jutro go zabieram. Niesprawiedliwe to wszystko – jakby za szczęście trzeba było zapłacić tak straszliwą cenę. Białaczka. Przerażające słowo! Zaczęło się nowe życie. Natalia wzięła bezpłatny urlop, nie wyobrażała sobie zostawić syna na czas zabiegów, zastrzyków, badań. Trzymała go za rękę, prosiła: „Wytrzymaj, syneczku! Jesteś silny! Zawsze byłeś moim najwierniejszym przyjacielem! Nigdy się nie rozstawaliśmy i będziemy razem, zawsze”. Kiedy brakowało już wszystkim sił, Michał odsyłał Natalię na drzemkę i zostawał z synkiem. Sen bywał krótki, czasem tylko leżała z oczami wpatrzonymi w sufit. Zadzwonił były mąż – zażądał wypisania się z niedokończonego domu. – Ja syna sam dopilnuję. U mnie w domu będzie go odwiedzać. – Lepiej byś go odwiedził. – Nie mogę, jadę w delegację. Michał pogładził ją po ramieniu: – Natalka, sami wszystko zarobimy. Nie trzymaj się przeszłości. – Szkoda, bo dużo zarabiałam i wszystko na dom szło. Ale czy teraz trzeba myśleć o wypisaniu?… – Nie myśl, każdą myśl wkładaj w Aleśkę. Poradzimy sobie. Zawsze marzyłem o rodzinie. Bóg wie… Nie odbierze mi was. – Misiu, jak badania? – Robimy wszystko. Jest źle. Natalia płakała bezgłośnie. Nie wolno, żeby Aleśka domyślił się, że jest źle. – Wujku Misiu, co mam z krwią? – Wiesz, w krwi są czerwone i białe statki. Twoje właśnie walczą. – Kto wygrywa? – Na razie białe. – Co potem? – Pomagaj czerwonym. – Mamusiu, zabierzcie mnie gdzieś. Jestem bardzo zmęczony. – Natalko, też miałem to zaproponować. Weźmy Aleśkę do zamku. Pogoda piękna, pochodzimy po lesie. Niech odpocznie. Wiosna rozkwitła wokół nich krzewami i drzewami. Trójką spacerowali po lesie, cieszyli się każdym kwiatkiem i źdźbłem trawy. Ale bywały momenty, gdy syn nagle zamierał i koncentrował się. – Co w tobie, syneczku, źle się czujesz? – Mamo, nie przeszkadzaj. Gram w morską bitwę. Urlop szybko minął. Synek się zmienił – rozjaśniała cera, pojawił się rumieniec. – Mamo, gdzie tata? – W delegacji, synku. – Znowu? No trudno. W klinice znów pobrano badania. Szefowa laboratorium weszła sama. – Panie Michale, gdzie Pan syna wywoził? – Tu niedaleko, rezerwat. Co z krwią? – Dobrze. Jest remisja. Wszystko świetnie! Michał wpadł do sali jakby leciał. – Aleśka, co robiłeś? Dobrze ci już, syneczku. Nie płacz, Natalka, on zdrowieje. Co robiłeś, synku? – Tato, pamiętasz, mówiłeś mi o statkach? Każdą bitwę wygrywałem czerwonymi.

Natasza nie mogła uwierzyć w to, co ją spotkało. Jej mąż, Tomasz ten jedyny, którego uważała za swoją podporę powiedział jej dzisiaj: Już cię nie kocham.
Wstrząs był tak ogromny, że zamarła w dziwnej pozie, trwała w niej przez cały czas, gdy on krzątał się po mieszkaniu, pakując swoje rzeczy i brzęcząc kluczami. Tego jej właśnie teraz brakowało. Niedawno niespodziewanie zmarł jej ojciec, zmuszona więc była, mimo własnego bólu, zadbać o osiwiałą mamę i młodszą siostrę Zuzę, która w wieku osiemnastu lat po ciężkim urazie głowy stała się osobą niepełnosprawną. Najbliżsi mieszkali w sąsiedniej miejscowości. Syn, Jaś, właśnie rozpoczął pierwszą klasę szkoły podstawowej. W czerwcu zakład pracy, w którym była zatrudniona, został zlikwidowany. Natasza została bez pracy. I teraz jeszcze to

Objęła głowę ramionami, usiadła przy stole i rozkleiła się, płacząc gorzko.
Boże, co mam zrobić? Jak żyć dalej? Ojej, Jaś! Trzeba przecież lecieć po niego do szkoły!
Codzienne obowiązki zmusiły ją do powrotu do rzeczywistości.
Mamusiu, płakałaś?
Nie, Jasiu, nie.
Płaczesz za dziadkiem? Tak mi go brakuje, mamo!
I mi, synku. Ale musimy być dzielni. Dziadek zawsze taki był. Teraz u Pana Boga jest mu dobrze. Nie smuć się! Zasłużył na odpoczynek, nigdy nie odpoczywał za życia.
A gdzie tata?
Tata? Chyba znowu pojechał w delegację. A jak tam w szkole?
Trzeba żyć. Nie kocha? Nic nie poradzisz. Na siłę miłości nie zdobędziesz. Coś przegapiła w codziennej krzątaninie.

Podczas gdy Jaś jadł obiad i bawił się żołnierzykami, Natasza zajrzała do maila męża na zostawionym przez niego laptopie. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Wejście było proste, w lewym rogu. Tomasz nie zdążył wykasować ostatniej korespondencji. Miłość na całego. A ona już niemile widziana, zapomniana. Przez dziesięć lat była słoneczkiem, po ośmiu latach walki o dziecko już naszą mamusią.

Teraz wszystko się zmieniło. Trzeba się do tego przyzwyczaić.
Najważniejsze było znaleźć pracę. Nikt nie zwracał uwagi na jej wyższe wykształcenie. Grosze z urzędu pracy jako zasiłek nie rozwiązywały żadnych problemów.

Co się stało, dlaczego jej odpowiedzialny, porządny, troskliwy mąż w jednej chwili stał się kimś obcym? Wszystkie jej myśli prowadziły do jednego wniosku: zwariował. Dom, który razem budowali cegła po cegle, nie był ukończony. Na szczęście miał dach, jedna izba nadawała się do zamieszkania.

Praca, jakbyś mi była potrzebna! Natasza znów miała ochotę się rozpłakać, ale nie było czasu. Tak bardzo potrzebowała pracy!

Poszukiwania trwały kilka dni i były bezowocne. Pierwsza klasa synka i jej samotność zmniejszały szanse do minimum. Pod wieczór jednego z kolejnych nieudanych dni zadzwonił jej przyjaciel z dzieciństwa Roman:
Natka, powiedz, czy wrócił już twój?
Nie.
A poszłabyś jako magazynierka?
Mówisz poważnie?
Oczywiście, wiem, że ci nie do żartów po Tomku. Z przerwami. Praca z możliwością odbioru dziecka albo świetlica. Pensja 2500 złotych. Mało, ale lepsze to niż nic. Jutro wam ziemniaków z cebulą i kurczaka przywieziemy.
Romku, mam przecież swoje kurki. One nas wykarmią, jajka znoszą.
No to niech noszą dalej. Na mięso je szkoda.
Dziękuję wam. Co u Galinki?
Dzielna jest. Moja kobieta.

Zawsze taki był. Jego żona, Galina, przeszła poważną operację, dostawała chemię, a on nigdy się nie skarżył. Wszystko brał na siebie, ciągle mówił: Dajemy radę. Natasza westchnęła: jest szansa przetrwać. Dzięki Bogu, On jeden widzi wszystko i nigdy nie zawodzi. Dziękuję za kumpla.

Praca okazała się prosta, zostawało też kilka chwil na samotność, płacz, próbę zrozumienia, co się wydarzyło.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Po roku Natasza poczuła, że jest głodna, potrafi spać, śmiać się i cieszyć z sukcesów Jasia. Ból związany z odejściem męża wracał, gdy Tomasz przychodził po syna na weekend. Nie utrudniała kontaktów, bo nie chciała krzywdzić dziecka. Często zastanawiała się, w czym zawiniła, choć wiedziała dobrze sprawa była w ślepej miłości męża do innej kobiety. Przypominała sobie cytat z filmu: Miłość trwa do pierwszego zakrętu, a potem zaczyna się życie. U niej miłość i życie zawsze chodziły razem. U niego?

Jesień tamtego roku była jak przedłużenie lata ciepła, z zielenią drzew, dziecięcymi głosami na podwórku i kolorowymi astrami oraz chryzantemami w ogródku. W dzień, gdy Natasza poczuła spojrzenie Michała, nie różniło się niczym od innych może słońce świeciło jaśniej, może z sąsiedniego okna płynęła głośniejsza muzyka, a może po prostu los postanowił połączyć dwie samotności.

Pani, może pomogę? Tak ciężko się dźwiga!
Przywykłam.
Niedobrze, gdy taka piękna kobieta przywykła do noszenia ciężarów.
Wszystkim pięknotom Pan pomaga? Dzieli się pan dyżurem na ulicy koło sklepu?
Dyżurwałem, dyżurwałem, oczy wypatrzyłem, aż wreszcie zobaczyłem piękność.
Nie dało się nie roześmiać. Zaśmiali się oboje serdecznie, aż do łez.
Michał, przedstawił się, a w oczach błyskał żart.
Natasza.
Natka, Natka, czyjaś już żona, słyszałaś taką piosenkę?
Nie. Ale nie jestem żoną.
No to mam farta! Spotkałem wreszcie kobietę marzeń i jest wolna. Wszyscy chyba oszaleli albo oślepli?
Widzę, poczucie humoru ci dopisuje. To dobrze. A jak z powagą?
I tu w porządku. Nataszo, może do kina dzisiaj? Pogadać, poznać się?
Nie mogę, muszę syna ze świetlicy odebrać.
Nie wierzę! Ma Pani syna?! Przecież wyglądasz na dwadzieścia lat! Jaka świetlica?!
Mam trzydzieści pięć.
I ja tyle. Niezłe, co? Ale uwierz, pomyślałem, że jesteś dużo młodsza.
A teraz?
A teraz myślę Każdy facet marzy o synu. A tu tak zwyczajnie mówi mi pani, że jest samotna. A ojciec?
Nie chciałabym o tym teraz mówić.
Zrozumiałem. Nie naciskam. Może w weekend? Wyjście na seans dziecięcy?
W weekend syn spotyka się z ojcem.
Natasza, nie chcę być tym, kto cię przytłacza. Ale jeśli znajdzie się godzina, zadzwoń proszę. Tu jest wizytówka. Tak przy okazji jestem lekarzem, dziecięcym hematologiem.
Serio! To już prawdziwa powaga.
I nie mam czasu szukać pięknot.
Dobrze, Michał. Zadzwonię. powiedziała szczerze.
Będę czekał.
Jak piękna była tamta jesień! Jakby ich prezent od losu. Miękki blask słońca i kolory liści układały niepowtarzalne palety. Ciepłe, pogodne dni odsłoniły im wszystkie miejskie parki. Ich delikatność stopniowo przełamywała ból poprzednich lat, wciągała w wir jesiennych tańców pod liśćmi. Tak ostrożnie zbliżali się do siebie, że sama Natasza była zaskoczona tym, jak bardzo zaczyna ją ciągnąć do tego niezwykłego mężczyzny. Po mniej więcej półtora miesiąca od pierwszego spotkania sama odważnie zaproponowała spotkanie przy herbacie.

Natko, proszę się nie obrażać nie przyjdę dziś. Wszystko, co się dzieje, jest dla mnie bardzo ważne, sam zadbam, by było dobrze. Ufasz mi?
W najbliższy weekend wyjazd do leśnego parku, gdzie Michał wynajął chateńkę w stylu zamku. W środku czyściutko i przyjemnie, ale Natasza widziała tylko wielkie brązowe oczy ukochanego, tonęła w nich, pozwalając się objąć. Dopiero przy nim odkryła, jak słodka potrafi być najgłębsza bliskość między kobietą i mężczyzną.
Michałku, gdzie ja jestem, co się ze mną dzieje? Kocham cię! Jak ja wcześniej żyłam? Jak dobrze mi z tobą!
Jak piękna jesteś! Jaki jestem szczęśliwy!
Z każdym tygodniem rozstania były coraz trudniejsze.
Natko, wyjdź za mnie.
Michałku, mam rozwód pod koniec miesiąca.
I od razu ślub. Ze mną! Nie oddam cię innemu.
Dziewczyna może mieć wybór, a nie dla każdego Ma ukochanego. Michałku, zrezygnujemy z wesela. Po prostu podpiszemy i pojedziemy do zamku, tam gdzie od razu zostałam twoją żoną.
Jak chcesz, najdroższa, tak będzie.
Roman i Galina byli jedynymi świadkami. Mama z Zuzią przesłały telegram z gratulacjami. Szybko znalazło się dwupokojowe mieszkanie wynajęte przez Michała, które własnoręcznie wyremontowali, tworząc przytulny, komfortowy dom. Michał szczególnie troszczył się o pokój Jasia. Ich znajomość trwała już długo, ale Jaś, dla którego mama i tata byli dwoma połówkami jabłka, niechętnie otwierał się przed Michałem.

Natko, tylko się nie denerwuj. Zróbmy badania krwi Jasiowi. Wygląda mi na zbyt bladego.
Michałku, chyba przesadzasz. Bardzo przeżył rozwód, całą nadzieję miał, że do niego nie dojdzie. Przeczytałam kiedyś, że rozstanie rodziców dla dziecka jest gorsze niż śmierć jednego z nich.
Masz rację, kochana moja. Sam byłem dzieckiem po rozwodzie, pamiętam to jak katastrofę. Ale badania zrobimy, dobrze, Jasiu?
Tego dnia Michał wrócił do domu ze spuszczoną głową. Natasza od razu zrozumiała, że coś się stało.

Natko, tylko spokojnie. Są zmiany w krwi Jasia. Intuicja mnie nie zawiodła, niestety. Zabieram go jutro ze sobą.
To było niesprawiedliwe. Za swoje szczęście trzeba było płacić tak wysoką cenę. Białaczka. Jak strasznie brzmi to słowo!

Rozpoczęło się inne życie. Natasza wzięła urlop bezpłatny, bo nie wyobrażała sobie, żeby Jaś sam znosił niekończące się zastrzyki, kroplówki, pobieranie badań. Trzymała synka za rękę i powtarzała:
Dziel się, mój synku! Jesteś silny! Zawsze byłeś dla mnie najwierniejszym przyjacielem! Nigdy się nie rozstawaliśmy, zawsze będziemy razem.
Gdy nie miała już sił, Michał wysyłał ją na krótki odpoczynek i zostawał z Jasiem. Rzadko udawało się spać. Najczęściej leżała wpatrzona w sufit.

Zadzwonił były mąż i domagał się wypisania jej z niedokończonego domu.
Synem się zajmę. Będzie przychodził do mnie do domu.
Lepiej byś go odwiedził.
Nie mogę, wyjeżdżam w delegację.

Po rozmowie Michał uspokoił ją:
Natko, sami sobie wszystko wypracujemy. Nie warto trzymać się przeszłości.
I tak mi żal. Zarabiałam nie najgorzej, wszystko szło na dom. Czy musimy teraz myśleć o wypisaniu mnie?
Nie myśl o tym. Całą energię przelewaj na Jasia. Ja sobie poradzę. Zawsze marzyłem o rodzinie. Bóg wie. Nie odbierze mi was.
Michałku, jak wyniki?
Robimy wszystko, na razie kiepsko.
Natasza płakała cicho, żeby Jaś nie zauważył, że jest źle.

Panie Michale, co z moją krwią?
Wiesz, w naszej krwi są czerwone i białe okręciki. Twoje okręciki prowadzą bitwę.
Kto wygrywa?
Na razie białe.
Co dalej?
Pomagaj czerwonym.
Mamusiu, zabierzcie mnie gdzieś. Jestem taki zmęczony.
Natko, mam pomysł. Zabierzmy Jasia do naszego domku w lesie. Pogoda piękna, będziemy spacerować, niech odpocznie.

Wiosna ozdobiła ich zakątek kwitnącymi krzewami i drzewami. Spacerowali we troje po lesie, cieszyli się każdym kwiatkiem. Zdarzały się chwile, gdy Jaś nieruchomo się skupiał.
Co ci jest, synku? Źle ci?
Zaraz, mamo, mam bitwę morską.

Urlop się szybko skończył. Jaś wyglądał lepiej, nawet nabrał nieco rumieńców.
Mamo, gdzie tata?
W delegacji, synku.
Znów? No trudno.

Po powrocie do kliniki znów pobrano krew. Kierowniczka laboratorium przyszła sama.
Panie Michał Leonowicz, gdzie zabierał pan syna?
Tu niedaleko, do lasu. Co z krwią? Co się dzieje?
Wszystko dobrze. Ma remisję. Wyniki bardzo dobre!
Michał wpadł do sali cały rozradowany.
Jasiu, co robiłeś? Czujesz się lepiej, synku. Nie płacz, Nataszo, on wraca do zdrowia. Co robiłeś, synku?
Tata, pamiętasz, mówiłeś o bitwie? Zawsze wygrywałem czerwonymi każdą morską bitwę.

Rate article
Fajna Tajna
Natasza nie mogła uwierzyć w to, co ją spotkało. Jej mąż, jedyny i ukochany, którego zawsze uważała za swoją podporę, dziś powiedział: „Już cię nie kocham”. Szok był tak wielki, że zamarła w dziwnej pozie i stała tak, podczas gdy on krzątał się, pakując walizki i brzęcząc kluczami. Tego tylko jej brakowało… Niedawno nagle zmarł jej tato, a ona – mimo własnego bólu – musiała zadbać o siwą mamę i niepełnosprawną siostrę, która po ciężkim urazie mózgu została inwalidką w wieku 18 lat. Rodzina mieszkała w sąsiednim miasteczku. Synek właśnie zaczął pierwszą klasę. W czerwcu zamknięto jej zakład pracy – została bezrobotna. A teraz jeszcze i mąż… Natasza objęła głowę rękami, usiadła przy stole i rozpłakała się gorzko. – Boże, co mam robić? Jak żyć? Ojej, Aleśka! Muszę biec po niego do szkoły! Codzienne obowiązki zmusiły ją do działania. – Mamusiu, płakałaś? – Nie, Aleśku, nie. – To po dziadku płaczesz? Mamusiu, ale mi go bardzo brakuje! – I mnie, synku. Musimy być silni. Nasz dziadek zawsze był taki. U Boga jest mu teraz dobrze, nie martw się! Zasłużył na odpoczynek, bo nigdy nie odpoczywał za życia. – A gdzie tata? – Tata? Pewnie wyjechał znowu w delegację. Jak tam w szkole? Trzeba żyć dalej. Nie kocha? Cóż zrobić – na siłę się nie da. Coś przeoczyła w tym zabieganiu. Kiedy Aleśka jadł obiad i bawił się żołnierzykami, Natasza po raz pierwszy weszła do elektronicznej poczty zostawionej przez męża w komputerze. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Zalogować się było łatwo, wejście po lewej stronie. Wowa nie zdążył usunąć ostatniej korespondencji. Miłość na całego. A ona teraz ta niekochana. Przez dziesięć lat była „promykiem”, a po ośmiu latach walki o potomstwo została „naszą mamą”. Wszystko się zmieniło. Musiała się z tym oswoić. Ale najpierw trzeba znaleźć pracę. Nikt nie przejmuje się jej wyższym wykształceniem, zasiłek z urzędu pracy to kropla w morzu. Co się stało, że jej odpowiedzialny, troskliwy mąż stał się obcy? W myślach wciąż jedno usprawiedliwienie: po prostu oszalał. Wspólny dom nieukończony, dobrze, że choć dach nad głową i jeden pokój nadaje się do zamieszkania. – Praca, jak bardzo cię potrzebuję! – Natalii chciało się znowu płakać, ale nie było na to czasu. Musiała mieć pracę! Szukała dniami. Bez efektu! Pierwsza klasa u dziecka i samotność zmniejszały szanse. Pod wieczór po kolejnym nieudanym dniu zadzwonił kuzyn Roman: – Natalka, wrócił twój? – Nie. – Na magazynierkę byś poszła? – Mówisz poważnie? – Jasne. Wiem, że po tym Wowie nie jest ci do żartów. Z przerwami praca. W sam raz, żeby odebrać chrześniaka albo zapisać przedłużony pobyt. Pensja 2,5 tysiąca. Mało, ale lepsze to niż nic. Jutro wam przywozimy ziemniaki, cebulę i trochę kurczaka. – Roman, mam przecież swoje kurki – one nas karmią, znoszą jajka. – I niech karmią! Na mięso ich nie dziab! – Dzięki. Jak Galinka? – Daje radę, twarda dziewczyna. Taki był zawsze – żona przeszła poważną operację i chemioterapię, a on nigdy nie narzekał, że wszystko na jego głowie. U niego „wszystko w porządku”. Natalia westchnęła: jest szansa na przetrwanie. Chwała Bogu – zawsze widzi i nie zawodzi. I za Romana dziękuję… Praca okazała się zrozumiała i pozwalała na chwilę dla siebie – popłakać, przemyśleć, co się stało. Minęły dni, tygodnie, miesiące. Po roku Natalia na nowo poczuła głód, mogła spać, śmiać się, cieszyć sukcesami synka. Ból po zdradzie męża wracał, gdy przychodził zabrać Aleśkę na weekend. Nie przeszkadzała – dziecko nie może cierpieć przez ich sprawy. Chciała zapytać, czym zawiniła, choć wiedziała, że chodzi o wybuch namiętności męża do innej kobiety. Przypomniały się słowa z filmu: „Miłość – ona do pierwszego zakrętu, potem zaczyna się życie”. U niej miłość i życie były nierozdzielne. U niego? Tegoroczna jesień przypominała lato: ciepła, zielone drzewa, dziecięce głosy za oknem, jesienny ogród pełen astrów i chryzantem. Dzień, gdy Natalia spotkała uważne spojrzenie Michała, niczym się nie wyróżniał od innych, może tylko słońce świeciło pogodniej, muzyka z sąsiedniego okna brzmiała głośniej, a może po prostu los złączył dwie samotności. – Pani, pomóc może? Nie wolno się tak przeciążać. – Przywykłam. – Źle, gdy taka piękność przywykła dźwigać ciężary. – Wszystkim pomaga pan tu pięknościom? Do sklepu pod drzwiami dyżur? – Ano dyżurowałem, dyżurowałem, oczy wypatrywałem – wreszcie znalazłem piękność! Śmiech okazał się nie do powstrzymania. Śmiali się razem – głośno, ze łzami, do bólu brzucha. – Michał – przedstawił się, w oczach wciąż skakały figlarne iskierki. – Natalia. – „Natalka, Natalka, cudza żona” – słyszałaś taką piosenkę? – Nie. Ale nie jestem żoną. – Serio? To mi się poszczęściło! W końcu znalazłem dziewczynę, o jakiej tylko marzyć można, i wolna. Wszyscy dookoła oszaleli czy oślepli? – Widzę, humoru nie brakuje. A poważnie? – Też w porządku. Natalka, idziemy dziś do kina? Pogadamy, poznamy się. – Nie dam rady, muszę syna odebrać ze świetlicy. – Nie wierzę, że Pani ma syna! Wygląda Pani na dwudziestkę. Jaka świetlica? – Mam 35 lat. – Ja też! O, to ciekawe. Ale serio myślałem, że jest pani dużo młodsza. – A teraz? – No, teraz się zastanawiam. Każdy facet marzy o synu. Mówi pani, że jest wolna – a gdzie tatuś? Tatuś synka? – Wolałabym nie mówić na ten temat. – Rozumiem. Nie nalegam. Może w weekend – rodzinny seans, z synem. – W weekend syn widzi się z tatą. – Natalka, nie będę namolny. Ale jeśli znajdzie się chwila, proszę zadzwonić. Tu wizytówka – jestem lekarzem, pediatrą, hematologiem. – To poważny zawód… – I czasu na piękności nie mam! – Dobrze, Michał. Zadzwonię – szczerze odpowiedziała. – Będę czekał. Jaka piękna była ta jesień! Jakby specjalnie dla nich. Miękkie promienie słońca, barwne liście, ciepłe dni, otwarte parki miasta. Ich delikatność zagłuszyła przeszły ból, porwała w jesienny taniec pod kolorowy deszcz liści. Zbliżali się do siebie ostrożnie, aż Natalia niespodziewanie zapragnęła zaprosić Michała „na herbatę”. – Natalko, wybacz, ale nie mogę przyjść do ciebie. Tak ważne wszystko dla mnie… Zadbam o to sam. Ufasz mi? W najbliższy weekend pojechali do parku krajobrazowego, Michał wynajął domek podobny do zamku. Było czysto i przytulnie, ale Natalia poza oczami ukochanego nie widziała nic, tonęła w nich, zatapiała się w objęciach. Nie wiedziała, że to, co najważniejsze między kobietą a mężczyzną, może być tak słodkie. – Misiu, gdzie ja jestem? Co się ze mną dzieje? Chyba umieram… Tak cię kocham. Jak żyłam bez ciebie? Tak mi dobrze! – Jesteś cudowna! Jestem taki szczęśliwy! Po kolejnych dwóch miesiącach coraz trudniej rozstawali się. – Natalko, wyjdź za mnie. – Misiu, mam rozwód pod koniec miesiąca. – To od razu ślub. Ze mną. Nie oddam mojej dziewczyny innemu! – Dziewczyna sama decyduje, nie dla każdego. Ma już swojego ukochanego. Misiu, bez ceremonii – po prostu ślub cywilny, zabierz mnie do tego domu- zamku, gdzie stałam się twoją żoną. – Dobrze, kochana. Jak chcesz, tak będzie. Roman z Galią byli jedynymi świadkami. Mama z siostrą przysłały wzruszające gratulacje. Niedługo potem przeprowadzili się do wynajętego przez Michała dwupokojowego mieszkania, gdzie razem robili remont, tworząc komfortowe gniazdko. Michał szczególnie dbał o pokój dla Aleśki. Aleśka już dawno poznał Michała, lecz długo nie chciał się z nim zaprzyjaźnić – mama i tata byli jego „połówkami jabłka”. – Natalko, nie bój się, zróbmy badania krwi Aleśki. Nie podoba mi się – zbyt blady. – No co ty, Misiu. Przeżywa, to przez rozstanie. Podobno rozwód rodziców dla dziecka gorszy niż śmierć jednego z nich. – Masz rację, mądra kobieto. Ja sam przeżyłem rozwód rodziców jako katastrofę świata. Ale badania zróbmy, dobrze, młody? Michał wrócił do domu z opuszczoną głową. – Natalko, proszę, nie martw się. Są zmiany w krwi Aleśki. Niestety, miałem rację. Jutro go zabieram. Niesprawiedliwe to wszystko – jakby za szczęście trzeba było zapłacić tak straszliwą cenę. Białaczka. Przerażające słowo! Zaczęło się nowe życie. Natalia wzięła bezpłatny urlop, nie wyobrażała sobie zostawić syna na czas zabiegów, zastrzyków, badań. Trzymała go za rękę, prosiła: „Wytrzymaj, syneczku! Jesteś silny! Zawsze byłeś moim najwierniejszym przyjacielem! Nigdy się nie rozstawaliśmy i będziemy razem, zawsze”. Kiedy brakowało już wszystkim sił, Michał odsyłał Natalię na drzemkę i zostawał z synkiem. Sen bywał krótki, czasem tylko leżała z oczami wpatrzonymi w sufit. Zadzwonił były mąż – zażądał wypisania się z niedokończonego domu. – Ja syna sam dopilnuję. U mnie w domu będzie go odwiedzać. – Lepiej byś go odwiedził. – Nie mogę, jadę w delegację. Michał pogładził ją po ramieniu: – Natalka, sami wszystko zarobimy. Nie trzymaj się przeszłości. – Szkoda, bo dużo zarabiałam i wszystko na dom szło. Ale czy teraz trzeba myśleć o wypisaniu?… – Nie myśl, każdą myśl wkładaj w Aleśkę. Poradzimy sobie. Zawsze marzyłem o rodzinie. Bóg wie… Nie odbierze mi was. – Misiu, jak badania? – Robimy wszystko. Jest źle. Natalia płakała bezgłośnie. Nie wolno, żeby Aleśka domyślił się, że jest źle. – Wujku Misiu, co mam z krwią? – Wiesz, w krwi są czerwone i białe statki. Twoje właśnie walczą. – Kto wygrywa? – Na razie białe. – Co potem? – Pomagaj czerwonym. – Mamusiu, zabierzcie mnie gdzieś. Jestem bardzo zmęczony. – Natalko, też miałem to zaproponować. Weźmy Aleśkę do zamku. Pogoda piękna, pochodzimy po lesie. Niech odpocznie. Wiosna rozkwitła wokół nich krzewami i drzewami. Trójką spacerowali po lesie, cieszyli się każdym kwiatkiem i źdźbłem trawy. Ale bywały momenty, gdy syn nagle zamierał i koncentrował się. – Co w tobie, syneczku, źle się czujesz? – Mamo, nie przeszkadzaj. Gram w morską bitwę. Urlop szybko minął. Synek się zmienił – rozjaśniała cera, pojawił się rumieniec. – Mamo, gdzie tata? – W delegacji, synku. – Znowu? No trudno. W klinice znów pobrano badania. Szefowa laboratorium weszła sama. – Panie Michale, gdzie Pan syna wywoził? – Tu niedaleko, rezerwat. Co z krwią? – Dobrze. Jest remisja. Wszystko świetnie! Michał wpadł do sali jakby leciał. – Aleśka, co robiłeś? Dobrze ci już, syneczku. Nie płacz, Natalka, on zdrowieje. Co robiłeś, synku? – Tato, pamiętasz, mówiłeś mi o statkach? Każdą bitwę wygrywałem czerwonymi.