Miałam osiem lat, gdy mama opuściła nasz dom. Wyszła na ulicę, złapała taksówkę i już więcej nie wróciła. Mój młodszy brat, Michał, miał wtedy zaledwie pięć lat.
Od tamtej chwili wszystko się zmieniło. Tata zaczął robić rzeczy, których wcześniej nigdy nie musiał wstawał wcześnie, by przygotować śniadanie, nauczył się robić pranie, prasować nasze szkolne mundurki, niezgrabnie czesać mi włosy przed pójściem do szkoły. Patrzyłam, jak myli się w proporcjach do ryżu, przypala ziemniaki, zapomina oddzielić białe ubrania od kolorowych. A jednak nigdy nie pozwolił, by czegokolwiek nam zabrakło. Wracał zmęczony po pracy, siadał do odrabiania lekcji z nami, podpisywał zeszyty, szykował kanapki na kolejny dzień.
Mama nigdy już nas nie odwiedziła. Tata nigdy nie przyprowadził do domu żadnej kobiety. Nikt nie pojawił się w jego życiu jako partnerka, której by nas przedstawił. Wiedzieliśmy, że czasem wychodzi, czasem wracał późno, ale jego prywatne sprawy nigdy nie przekraczały progu naszego mieszkania. W domu byliśmy tylko ja i Michał. Nigdy nie słyszałam, by tata mówił, że znów się zakochał. Jego codzienność to była praca, powrót, gotowanie, pranie, sen i znowu od początku.
W weekendy zabierał nas do parku, nad Wisłę, czasem do centrum handlowego nawet jeśli mieliśmy tylko pooglądać wystawy. Nauczył się zaplatać warkocze, przyszywać guziki, gotować obiady. Podczas szkolnych uroczystości szył dla nas stroje z tektury i starych materiałów. Nigdy się nie skarżył. Nigdy nie powiedział: To nie moja sprawa.
Rok temu tata odszedł do Pana Boga. Wszystko wydarzyło się nagle, nie było czasu na długie pożegnania. Przeglądając jego rzeczy, znalazłam stare zeszyty, gdzie notował nasze wydatki, ważne daty, kartki z zapiskami: opłać czynsz, kup Bartkowi buty, zaprowadź Zosię do lekarza. Nie było tam listów miłosnych, zdjęć z jakąś kobietą, ani śladu drugiego życia. Były tylko ślady człowieka, który wszystko oddał dzieciom.
Od jego odejścia jedno pytanie nie daje mi spokoju: czy był szczęśliwy? Mama odeszła, by szukać swojego szczęścia. Tata został, jakby rezygnując z własnego. Nigdy nie założył nowej rodziny. Nigdy nie miał domu pełnego partnerstwa. Przez resztę życia ważni byliśmy tylko my dzieci.
Teraz widzę, że miałam niezwykłego ojca. Ale mam też świadomość, że był samotnym człowiekiem, który został, żebyśmy my nie byli sami. I to boli. Bo dziś, gdy już go nie ma, nie wiem, czy kiedykolwiek dostał miłość, na którą naprawdę zasługiwał.



