Nowonarodzone szczęście: – Proszę pana, przestańcie za mną chodzić krok w krok! Mówiłam już, że opłakuję zmarłego męża. Przestańcie mnie prześladować! Zaczynam się was bać! – podnosiłam głos. – Pamiętam… Ale mam takie uczucie, że ten żałobny nastrój macie bardziej z powodu samej siebie. Przepraszam… – nie dawał za wygraną mój „wielbiciel”. Odpoczywałam właśnie w polskim sanatorium – miałam nadzieję zaznać spokoju, usłyszeć tylko śpiew ptaków, nie zaloty natarczywych panów. Niedawno nagle zmarł mój mąż Olek – ledwie zaczęliśmy remont mieszkania, oszczędzaliśmy, niczego sobie nie żałowaliśmy i… Olek dostał drugiego zawału. Zostałam sama – i bez remontu, tylko z dwoma nastoletnimi synami. Byłam na dnie. Jak przetrwać taką stratę? W pracy przyznali mi turnus do sanatorium pod Warszawą. Długo się wahałam, ale koleżanki nalegały: – Marina, nie jesteś pierwszą wdową i nie ostatnią. Masz dzieci – musisz żyć. Jedź, uporządkuj myśli. Minęły dopiero czterdzieści dni od śmierci męża. W sanatorium, gdzie mnie zakwaterowano z wesołą dziewczyną Wiką, nie miałam siły dzielić się bólem – zwłaszcza że Wika była rozchwytywana przez animatora. Przestrzegałam ją: ten pewnie już i po drugim czy trzecim rozwodzie! Ale Wika tylko śmiała się i znikała na randki. Ja przez tydzień nie wychodziłam z pokoju, aż wreszcie pewnego ranka, w dobrym nastroju, wybrałam się na spacer po lesie. Tam zauważyłam nieznajomego – zwróciłam na niego uwagę już wcześniej w stołówce: niski, łysy, ale zawsze nienagannie ubrany i ogolony; codziennie wieczorem kłaniał mi się uniżenie… W końcu dosiadł się do mojego stolika i przedstawił jako Walenty. Od tej chwili codziennie towarzyszył mi podczas spacerów – i chociaż wydawał mi się natarczywy i nie w moim typie, głos miał niesamowity. W końcu przestałam nawet nosić buty na obcasie! Tak zaczęło się nasze sanatoryjne uczucie. Chociaż nie chciałam kontynuować relacji po wyjeździe, Walenty nie przestawał się starać, aż pewnego razu po prostu przyszedł z bukietem dzwonków i zaprosił na herbatę… Ostatniego wieczoru nie oparłam się uczuciu. Po powrocie do domu szybko jednak spadły na mnie nowe komplikacje – żona Walentego przechwyciła naszą korespondencję i napisała do mnie. Przez pół roku nie miałam znaków od Walentego. Aż w końcu niespodziewanie zjawił się u moich drzwi i… zaproponował ślub – z całą swoją przeszłością, dziesięcioletnią córką Alą i bagażem doświadczeń. Długo się wahałam, myślałam o swoich synach. Ale spróbowałam szczęścia. Życie razem to nie bajka – były ostre kłótnie, rozstania, ale też dużo czułości i miłości. Nasze dzieci, już dorosłe, uznały, że lepiej się rozstać… Dopiero po kilku latach wspólny wnuk – Miruś – pogodził wszystkich. A my z Walentym po dziś dzień umiemy cieszyć się chwilą. Tak oto w naszej polskiej rodzinie pojawiło się nowonarodzone szczęście.

PRZEMIJAJĄCE SZCZĘŚCIE

Proszę pana, przestań mnie śledzić! Przecież mówiłam panu, że jestem w żałobie po mężu. Nie chcę być przez pana prześladowana! Zaczynam się pana bać! już niemal krzyczałem.

Pamiętam Ale czuję, że tę żałobę nosisz nie tylko po nim, ale i po sobie. Wybacz, nie ustępował mój adorator.

Odpoczywałem w sanatorium. Marzyłem tylko o ciszy, śpiewie leśnych ptaków, a nie o natrętnych facetach. Niedawno zmarł nagle mój mąż Witold. Musiałem się podnieść, pogodzić z tą stratą.

Remontowaliśmy z Witkiem mieszkanie, oszczędzaliśmy każdy grosz, a tu Witek poczuł się źle, pogotowie już nie pomogło. Drugi zawał. Zostałem sam bez żony, bez remontu, za to z dwójką nastoletnich synów. Ręce mi opadły. Jak przetrwać taki ból?

W pracy przyznali mi wyjazd do sanatorium. Nie chciałem. Nie wychodziłem z domu. Koledzy nalegali:

Nie jesteś ani pierwszym, ani ostatnim wdowcem. Masz dzieci, musisz żyć! Jedź, Andrzeju, odetchnij, poukładaj sobie wszystko.

Pojechałem, choć z ciężkim sercem.

Minęło czterdzieści dni od śmierci Witka. Ból nie mijał.

W pokoju przydzielono mi towarzyszkę radosną dziewczynę o imieniu Jagoda. Rozpierała ją energia i wieczny śmiech. Czułem się nieswojo nie miałem siły opowiadać jej o moim nieszczęściu. Zresztą, po co tej młodej dziewczynie moje troski? Do Jagody zalecał się rozśmieszacz animator. W takich miejscach zawsze są samotne, rozwiedzione lub nieszczęśliwe osoby. Ale mnie nie oszuka…

Upominałem Jagodę przed tym zalotnikiem. Pewnie żonaty, może i drugi raz… Jagoda tylko się śmiała:

Panie Andrzeju, niech się pan o mnie nie martwi! Nie jedno już w życiu widziałam

I ptaszek wieczorami latał na randki, a ja siedziałem w pokoju dzień po dniu. Czytałem książkę, nie pamiętam nawet jaką, oglądałem telewizję, nie widząc obrazu.

Któregoś ranka obudziłem się w świetnym humorze. Zerknąłem przez okno błogo! Pomyślałem, że pójdę do lasu, posłucham ptaków, pooddycham świeżym powietrzem. I wtedy natknąłem się na nieznajomego.

Kojarzyłem go z jadalni niski, wygolony do zera, ubrany nienagannie, z bezczelnym spojrzeniem, niższy ode mnie o głowę. Nie wzbudził mojego zaufania.

Ale był schludny, elegancki, dokładnie ogolony. Każdego wieczoru z ukłonem przynosił mi do stołu bukiecik niezapominajek. Te kwiaty rosły tu wszędzie. Miło mi było, ale nie ukrywałem nie miałem ochoty na nowe znajomości.

Nieznajomy nie dawał za wygraną. Dołączył do moich spacerów. Sam wolałem zakładać buty na płaskiej podeszwie, żeby nie było widać różnicy wzrostu. Jemu jednak nie przeszkadzała ani łysina, ani niski wzrost. Swoim ciepłym, uwodzącym głosem potrafił przyciągać kobiety. Złapałem się na tym, że chyba dałem się złapać w te sidła.

Chodziliśmy z Walerianem (tak miał na imię) wieczorami na potańcówki, razem jeździliśmy do miasta po owoce. Mój kawaler nieraz próbował zaprosić mnie do swojego pokoju. Byłem twardy niczym żołnierzyk z cyny.

W końcu Walerian przypomniał mi:

Andrzeju, jutro wyjeżdżamy Może zajdziesz dziś wieczorem do mnie na herbatę? Albo coś mocniejszego?

Zobaczymy odpowiedziałem wymijająco.

Nadszedł ostatni wieczór. Zdecydowałem, że nie będę robił mu przykrości i pójdę, domyślając się, co z tego wyniknie…

Stół nakryty odświętnie, przekąski, szampan Pewnie pożyczył sztućce ze stołówki, pomyślałem z przekąsem. Walerian podał mi kieliszek:

Za co pijemy, Andrzeju?

Jak to za co? Za miłość! uśmiechnął się smutno Walerian.

Rano obudziłem się w jego ramionach. Boże, po co się tak długo opierałem? Tyle straconego czasu A dziś trzeba pakować walizkę i wracać.

Pożegnałem Jagodę, która siedziała na łóżku i płakała.

Co się stało, Jagódko? zapytałem.

Jestem w ciąży, Andrzeju. Sama nie wiem, z kim łkała.

Ten animator nabroił? dopytywałem.

Nie mam pojęcia Poznałam tu jeszcze jednego chłopaka z sąsiedniego sanatorium. Żonaty zaczęła tłumaczyć się Jagoda.

Dzwoń do rodziców, niech przyjadą i dowiedzą się wszystkiego. Jak mogli cię samą puścić? A teraz chodźmy do dyrektora sanatorium, może jakoś to wyjaśnimy poleciłem stanowczo.

Jagoda wybiegła z płaczem. No cóż, młodość rządzi się swoimi prawami

Spakowałem się niechętnie. Po tych dwudziestu czterech dniach wszystko tu stało mi się bliskie. Zwłaszcza Walerian.

Nadszedł autobus. Walerian przyszedł mnie pożegnać, znów z bukietem niezapominajek w dłoni. Oczy miałem pełne łez. Uścisnąłem go serdecznie oto koniec krótkiego romansu. Serce ścisnęło się z żalu. Jeśli by mnie dziś zawołał, rzuciłbym wszystko dla niego…

Mieszkaliśmy z Walerianem w innych miastach. Pozostawały tylko listy. Dopiero po miesiącu przyszła do mnie jego żona. Napisała, że wszystko wie, że i tak nic mi się nie uda, bo ona ma trzydzieści lat, a ja czterdzieści. Nie odpisałem. I po co?

Aż pół roku później nieoczekiwanie zjawił się u mnie sam Walerian. Moi synowie byli zdumieni wizytą obcego mężczyzny, ale nie komentowali.

Walerian? Przejazdem czy na dłużej? zapytałem z dezorientacją (chciałem usłyszeć: na zawsze).

Na dłużej Nie wyrzucisz mnie, Andrzeju? zapytał nieśmiało przy drzwiach.

Chłopcy wycofali się do swojego pokoju.

Wchodź. Co cię sprowadza? List od żony mi przywiozłeś? zażartowałem.

Wybacz, Andrzeju. Pisałem do ciebie, ale żona znalazła list Przyznaję się, to moja wina. Rozwiodłem się tłumaczył się Walerian.

Gdybym wiedział, że byłeś żonaty, nigdy by nic nie było między nami. Co teraz? nie wiedziałem, czego się spodziewać.

Ożeńmy się, Andrzeju zaproponował nagle.

Nie wiem Przecież widzisz mam dzieci. Nie mogę tak z dnia na dzień, muszę się zastanowić wahałem się, choć byłem uradowany.

Dzieci to skarb. Sam mam dziesięcioletnią córkę, Anię wyznał Walerian.

Masz córkę? Zostawiłeś ją? zdziwiłem się.

Ależ skąd! Wezmę Anię do siebie, matka jej pije. Zamieszkamy razem zaskoczył mnie Walerian.

Poczekaj, Walerianie, jaka wspólna rodzina? Ja nie znam twojej córki, a ty już chcesz mi ją powierzyć. Daj mi czas. Porozmawiam z moimi chłopcami, zobaczymy. Chodź, dam ci coś zjeść, prawie mężu uśmiechnąłem się.

Szczęśliwej rodziny nie stworzyliśmy. Były kłótnie, odejścia, powroty… Każdy z nas miał inny charakter. A nie każdy potrafi ustąpić.

Czas nieubłaganie mknął.

Mój starszy syn Karol i Ania, córka Waleriana pobrali się, a potem zbuntowali przeciwko mnie i Walerianowi. Wypomnieli nam wszystko że nie powinniśmy łączyć rodzin, że Walerian nie powinien zostawiać żony, a ja wychodzić ponownie za mąż po śmierci Witka. Po tych słowach wynajęli mieszkanie i wyprowadzili się od nas.

A ja i Walerian tylko wzruszyliśmy ramionami i dalej się kochaliśmy szczerze, mimo wszystko.

Minął rok.

Nasze zbłąkane dzieci nie wracały. Ania dzwoniła do Waleriana tylko na urodziny.

Po trzech latach Karol i Ania zaprosili nas do siebie. Byliśmy zaskoczeni i podejrzliwi, ale poszliśmy.

Okazało się, że urodził im się syn nasz wspólny wnuk. Radość była ogromna! Przy świątecznym stole poprosili nas o wybaczenie. Zrozumieliśmy powiedzieli że życie jest nieprzewidywalne. Trzeba umieć wybaczać, szanować rodziców. Dali nam życie. Syna nazwali Mirosławem. Niech w tej rodzinie zawsze będzie pokój.

Tak oto razem z Walerianem dostaliśmy w prezencie nowo narodzone szczęścieOd tego czasu codzienność nabrała innych kolorów. Walerian rzeźbił w drewnie zabawki dla Mirosława, a ja piekłem ulubione ciasta synka, których zapach rozchodził się po całej kamienicy. W święta nasz dom znów wypełniał się śmiechem i dziecięcym gwarem. Spojrzałem raz wkoło i zrozumiałem, że choć szczęście potrafi przemijać, to zawsze znajduje drogę powrotu pod postacią nowych ludzi, pojednania, wybaczenia.

Wieczorami, siedząc z Walerianem przy filiżance gorącej herbaty, wspominaliśmy stare czasy, nie żałując już niczego. Były łzy, była strata a jednak wszystko, co przyszło później, okazało się darem, na który przestałem czekać. Między zapachem niezapominajek na stole a tupotem małych nóżek, pomyślałem: może szczęście rzeczywiście przemija, ale potem wraca do tych, którzy potrafią na nie czekać z otwartym sercem.

A czas? Niech sobie płynie. Bo w końcu tylko ten szczęśliwy jest naprawdę przeżyty.

Rate article
Fajna Tajna
Nowonarodzone szczęście: – Proszę pana, przestańcie za mną chodzić krok w krok! Mówiłam już, że opłakuję zmarłego męża. Przestańcie mnie prześladować! Zaczynam się was bać! – podnosiłam głos. – Pamiętam… Ale mam takie uczucie, że ten żałobny nastrój macie bardziej z powodu samej siebie. Przepraszam… – nie dawał za wygraną mój „wielbiciel”. Odpoczywałam właśnie w polskim sanatorium – miałam nadzieję zaznać spokoju, usłyszeć tylko śpiew ptaków, nie zaloty natarczywych panów. Niedawno nagle zmarł mój mąż Olek – ledwie zaczęliśmy remont mieszkania, oszczędzaliśmy, niczego sobie nie żałowaliśmy i… Olek dostał drugiego zawału. Zostałam sama – i bez remontu, tylko z dwoma nastoletnimi synami. Byłam na dnie. Jak przetrwać taką stratę? W pracy przyznali mi turnus do sanatorium pod Warszawą. Długo się wahałam, ale koleżanki nalegały: – Marina, nie jesteś pierwszą wdową i nie ostatnią. Masz dzieci – musisz żyć. Jedź, uporządkuj myśli. Minęły dopiero czterdzieści dni od śmierci męża. W sanatorium, gdzie mnie zakwaterowano z wesołą dziewczyną Wiką, nie miałam siły dzielić się bólem – zwłaszcza że Wika była rozchwytywana przez animatora. Przestrzegałam ją: ten pewnie już i po drugim czy trzecim rozwodzie! Ale Wika tylko śmiała się i znikała na randki. Ja przez tydzień nie wychodziłam z pokoju, aż wreszcie pewnego ranka, w dobrym nastroju, wybrałam się na spacer po lesie. Tam zauważyłam nieznajomego – zwróciłam na niego uwagę już wcześniej w stołówce: niski, łysy, ale zawsze nienagannie ubrany i ogolony; codziennie wieczorem kłaniał mi się uniżenie… W końcu dosiadł się do mojego stolika i przedstawił jako Walenty. Od tej chwili codziennie towarzyszył mi podczas spacerów – i chociaż wydawał mi się natarczywy i nie w moim typie, głos miał niesamowity. W końcu przestałam nawet nosić buty na obcasie! Tak zaczęło się nasze sanatoryjne uczucie. Chociaż nie chciałam kontynuować relacji po wyjeździe, Walenty nie przestawał się starać, aż pewnego razu po prostu przyszedł z bukietem dzwonków i zaprosił na herbatę… Ostatniego wieczoru nie oparłam się uczuciu. Po powrocie do domu szybko jednak spadły na mnie nowe komplikacje – żona Walentego przechwyciła naszą korespondencję i napisała do mnie. Przez pół roku nie miałam znaków od Walentego. Aż w końcu niespodziewanie zjawił się u moich drzwi i… zaproponował ślub – z całą swoją przeszłością, dziesięcioletnią córką Alą i bagażem doświadczeń. Długo się wahałam, myślałam o swoich synach. Ale spróbowałam szczęścia. Życie razem to nie bajka – były ostre kłótnie, rozstania, ale też dużo czułości i miłości. Nasze dzieci, już dorosłe, uznały, że lepiej się rozstać… Dopiero po kilku latach wspólny wnuk – Miruś – pogodził wszystkich. A my z Walentym po dziś dzień umiemy cieszyć się chwilą. Tak oto w naszej polskiej rodzinie pojawiło się nowonarodzone szczęście.