Mamo, to my, twoje dzieci… Mamo… Spojrzała na nich.
Maria i Stanisław całe życie zmagali się z biedą. Kobieta dawno już straciła nadzieję na szczęśliwe i dostatnie dni. Była kiedyś młoda, zakochana, i marzyła o lepszej przyszłości dla nich dwojga. Ale życie nie potoczyło się tak, jak sobie wyobrażała. Stanisław ciężko pracował na kolei, a zarabiał marne grosze. Co gorsza, Maria zaszła w ciążę. Urodziło im się po kolei trzech synów. Maria od dawna nie mogła wrócić do pracy. Jedyne pieniądze w domu pochodziły z pensji męża, a to nie wystarczało. Dzieci rosły, potrzebowały ubrań i butów.
Cała wypłata znikała na jedzenie. Do tego opłaty za światło i czynsz. Dwanaście lat takiego życia zostawiło ślad na całej rodzinie. Stanisław coraz częściej zaglądał do kieliszka. Przynosił do domu całą pensję, ale dzień w dzień wracał pijany. Maria z czasem straciła do niego serce przez taką codzienność. Pewnego wieczoru znów przyszedł nietrzeźwy, z niedopitą butelką wódki w ręku. Maria nie wytrzymała, wyrwała mu ją i sama dopiła resztę. Od tego dnia zaczęła pić razem z nim.
Z czasem zaczęła czuć się odrobinę lepiej problemy, choć na chwilę, wydawały się znikać. Humor jej się nawet poprawiał. Od tej pory każdego dnia czekała, aż mąż przyniesie kolejną butelkę. Pili już razem codziennie.
Maria zapomniała o swoich dzieciach. Ludzie we wsi dziwili się, co wódka potrafi zrobić z człowiekiem. Chłopcy zaczęli chodzić po sąsiadach i prosić o coś do jedzenia. W końcu jedna z sąsiadek powiedziała głośno:
Mario, lepiej oddaj dzieci do domu dziecka, niż patrzeć jak giną z głodu. Ile jeszcze będziesz pić i nie myśleć o własnych synach?
Maria dobrze zapamiętała te słowa. Wciąż wracały do niej myślami. Może byłoby wygodniej, gdyby dzieci nie pałętały się pod nogami? Po jakimś czasie Maria i Stanisław ostatecznie zostawili chłopców na pastwę losu. I tak dzieci trafiły do domu dziecka. Płakały, czekały na ojca i matkę, lecz nikt po nie nie przyszedł. Maria i Stanisław zdawali się o nich nie pamiętać.
Mijały lata. Po kolei chłopcy wychodzili z domu dziecka. Każdy otrzymał malutką kawalerkę od miasta przynajmniej mieli swe własne miejsce. Znaleźli pracę. Wspierali się wzajemnie. O rodzicach nie rozmawiali, ale w głębi duszy chcieli ich zobaczyć i zapytać: dlaczego?
Pewnego dnia, gdy już byli dorośli, wsiedli razem do samochodu i pojechali do rodzinnego domu. Na wiejskiej drodze spotkali swoją matkę, która ledwo człapała do domu. Przeszła obok nich nawet na nich nie patrząc.
Mamo, to my, twoje dzieci… Mamo…
Spojrzała na nich pustymi oczami. Po chwili poznała synów.
Łzy napłynęły jej do oczu, zaczęła prosić o przebaczenie. Ale jak można wybaczyć takie rzeczy? Synowie stali w milczeniu, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu doszli do wniosku, że bez względu na wszystko była ich matką. I zdecydowali się przebaczyć.



