Mam czterdzieści sześć lat i gdyby ktoś z zewnątrz spojrzał na moje życie, powiedziałby, że wszystko ułożyło się jak trzeba. Wyszłam za mąż bardzo młodo miałam wtedy dwadzieścia cztery lata. Mój mąż, Stanisław, zawsze był człowiekiem pracowitym i odpowiedzialnym. Urodziłam dwoje dzieci jedno po drugim Marysię, gdy miałam dwadzieścia sześć lat, i Zosię dwa lata później. Studia przerwałam, bo trudno było pogodzić opiekę nad małymi dziećmi z zajęciami. Z resztą wszyscy mówili, że jeszcze będzie na to czas. Nigdy w naszym domu nie było dramatów, nie pamiętam głośnych awantur czy łez życie płynęło spokojnie, według utartych zasad.
Przez lata wszystko miało swój rytm. Budziłam się pierwsza, szykowałam śniadanie, ogarniałam mieszkanie i wychodziłam do pracy. Po powrocie wypełniałam obowiązki pranie, gotowanie, zakupy, porządek. Weekendy upływały na rodzinnych spotkaniach, imieninach u teściowej, obowiązkach domowych. Zawsze byłam obecna, nigdy nie zawodziłam. Jeśli czegoś brakowało załatwiałam to. Jeśli ktoś miał problem przychodził do mnie. Nigdy nie zapytałam samej siebie, czy chciałabym żyć inaczej.
Mój mąż nigdy nie był złym człowiekiem. Wieczorami jedliśmy razem kolację, oglądaliśmy Teleexpress i szliśmy spać. Nie był specjalnie czuły, lecz nie można mu było zarzucić chłodu. Nie miał wygórowanych oczekiwań, ale i nie narzekał. Nasze rozmowy dotyczyły wyłącznie rachunków, dzieci oraz codziennych obowiązków.
Pamiętam pewien zwyczajny wtorek. Usiadłam wtedy na sofie w salonie, w ciszy, i nagle poczułam, że nie mam zupełnie nic do roboty. Nie dlatego, że wszystko było poukładane, lecz w tym momencie nikt mnie nie potrzebował. Rozejrzałam się po pokoju i zrozumiałam, że przez lata to ja trzymałam ten dom w całości, ale nie potrafię już odnaleźć się w swoim własnym życiu.
Tamtego dnia otworzyłam szufladę ze starymi dokumentami. Znalazłam świadectwa, nieukończone kursy, pomysły spisane w zeszytach, zaczęte projekty odłożone na później. Przeglądałam zdjęcia z czasów młodości zanim zostałam żoną, zanim byłam matką, zanim zaczęłam wszystkimi się opiekować. Nie ogarnęła mnie nostalgia, poczułam coś gorszego: świadomość, że przez te wszystkie lata osiągnęłam wiele, ale nigdy nie zastanowiłam się, czy właśnie tego pragnęłam.
Od tamtej chwili zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej wydawały mi się oczywiste. Że nikt nie pyta, jak się czuję. Że nawet gdy wracam do domu zmęczona, to ja muszę wszystko załatwiać. Gdy mój mąż nie ma ochoty pójść na rodzinne spotkanie nikt się nie dziwi, ale jeśli ja nie chcę, to i tak oczekują, że pójdę. Moje zdanie istnieje, ale nikt się z nim nie liczy. Nie było krzyków ani kłótni, ale nie było też przestrzeni dla mnie.
Pewnego wieczoru przy kolacji rzuciłam, że chciałabym dokończyć studia albo spróbować czegoś nowego. Stanisław popatrzył wtedy na mnie ze zdziwieniem: A po co ci to teraz? zapytał łagodnie. Nie powiedział tego ze złością. Raczej z niezrozumieniem, tak jakby nie pojmował, dlaczego miałabym coś zmieniać, skoro zawsze działało. Dzieci milczały. Nikt się ze mną nie sprzeczał. Nikt mi niczego nie zabronił. A jednak poczułam ten ciężar moja rola była już wyznaczona, a wyjście poza nią było czymś niewygodnym.
Wciąż jestem mężatką. Nie wyprowadziłam się, nie zrobiłam żadnego radykalnego kroku. Ale przestałam się okłamywać. Dziś wiem, że przez ponad dwadzieścia lat żyłam po to, by podtrzymywać całą konstrukcję, w której byłam potrzebna ale nigdy nie grałam w tym wszystkim głównej roli.
Jak człowiek ma się po tym podnieść?



