– Niech leci sama. Może ją tam ukradną – zmarszczyła się teściowa Parny wieczór przed wyjazdem zamiast ekscytacji i przyjemnego rozgardiaszu – napięta cisza w mieszkaniu Antoniego i Alicji. Pośrodku salonu, niczym pomnik troski i obaw, stała pani Stanisława. W dłoniach ściskała pilota od telewizora. – Nie pozwolę na to! Czyście zwariowali?! – w jej głosie, przyzwyczajonym do rządzenia szkolnym gronem (była emerytowaną nauczycielką), zabrzmiała stalowa nuta. Na ekranie zatrzymał się kadr kolejnego alarmistycznego programu: posępny prowadzący na tle mapy Azji Południowo-Wschodniej rysował czerwone strzałki zagrożeń. Alicja, pakując walizkę ze stoickim spokojem, jedynie westchnęła. Doskonale znała ten scenariusz. Antoni z miną człowieka udręczonego cierpliwością próbował się odezwać. – Mamo, wystarczy! Przesadzasz! Przecież jedziemy do zwykłego hotelu z biurem podróży… – Przesadzam?! – pani Stanisława aż podskoczyła, a pilot o mało nie poleciał w ścianę. – Antoni, otrząśnij się! Ona cię tam zabije! W Tajlandii… co drugi to handlarz żywym towarem! Poślą cię po piwo do jakiejś uliczki, już nie wrócisz! Wiesz, co z tobą zrobią? Nerkę, wątrobę, wszystko wytną i wyniosą w lodówce! A ją… – teatralnym gestem wskazała Alicję – ją sprzedadzą do burdelu albo w niewolę! W telewizji był o tym reportaż! Alicja przestała składać ubrania. Spojrzała wyczekująco na teściową – spojrzeniem, które Antoniemu nigdy by się nie udało. – Pani Stanisławo, – odezwała się spokojnym, ale stanowczym tonem. – Naprawdę wierzy pani, że każdy Taj – to mafioso z dyplomem transplantologa i alfons w jednym? – Nie żartuj sobie! Faktów nie przegadasz! W telewizji pokazują, co tam się dzieje! Ludzie jadą za tanimi egzotykami, a rodziny dostają paczki z organami w słoiku po ogórkach! Antoni przesunął dłonią po twarzy. – Mamo, to są programy dla emerytek, którym brakuje adrenaliny. Straszą specjalnie, żeby oglądali dalej. Miliony turystów jeździ… – I tysiące znikają! – wcięła się teściowa. – A bilety już kupiliście? Nie oddacie? – Kupiłam. I nie oddam – odparła stanowczo Alicja. – Dwa lata odkładaliśmy. Czytałam opinie, fora, rezerwowałam przez sprawdzone biuro. Nie będziemy się włóczyć po dziurach. Plaża w Pattayi, wycieczki, tajski tom yam… – Jeszcze się czymś otrujecie, kto wie, co oni w tych zupkach dodają – mruknęła pani Stanisława. – Antoni, synku, opamiętaj się. Niech leci sama, skoro się uparła. Jej ryzyko – jej sprawa. Ty zostań zdrowy i cały, matka przeczuwa nieszczęście! Zapadła ciężka, niezręczna cisza. Wtedy Alicja powiedziała coś, co chyba długo w niej dojrzewało. – W porządku – zamknęła walizkę z kliknięciem. – Ma pani rację. Ryzyko to odwaga. Polecę sama. – Alicjo! Co ty gadasz? – Antoni zamarł. – Słyszałeś mamę. Czuje złą energię. Nie mogę brać odpowiedzialności za twoje nerki i wątrobę, ani za twój los w tajskim więzieniu. Zostań, pij z mamą herbatkę, oglądaj programy o światowym spisku. A ja… – uśmiechnęła się lodowato – ja pojadę do tego piekła. Sama. Pani Stanisława była jednocześnie triumfująca i zdezorientowana. Postawiła na swoim, ale taka gotowość synowej zupełnie ją zbiła z tropu. – I dobrze… – wymamrotała bez wcześniejszego zapału. – Sama chciała. Antoni próbował ją przekonać, ale Alicja była nieugięta. W noc przed wylotem leżeli w łóżku, odwróceni do siebie plecami. – Może jeszcze zmienisz zdanie? – zapytał. – Nie! – odpowiedziała krótko Alicja. ***** Samolot wylądował w Bangkoku, a fala tropikalnego powietrza objęła Alicję jak koc. Czy się bała? Nie – była tylko zmęczona i ciekawa. Pierwsze dni wypełniły spacery po gwarnych, uśmiechniętych ulicach, zachwyt świątyniami, pikantne jedzenie. Nikt nie próbował jej okraść, a co dopiero porwać. Sprzedawcy byli uprzejmi i targowali się o kilka bahtów. Alicja wrzucała zdjęcia na czat z Antonim i… panią Stanisławą (teściowa wymogła), ze słodkim koktajlem na tle turkusowego morza. Podpis: „Organy na miejscu. O oferty niewolnictwa nikt nie pyta. Pozdrawiam!” Antoni wysyłał serduszka. Pani Stanisława wszystko oglądała – i milczała. Potem Alicja wybrała się na północ, do Chiang Mai. Tam, w kameralnym rodzinny pensjonacie, gdzie gospodyni, starsza Tajka o imieniu Nook, uczyła ją robić pad-thai, wydarzyło się coś, co odmieniło wszystko. Nook mówiła łamaną angielszczyzną, ale bardzo przypominała… panią Stanisławę. Z tą samą troską opowiadała o córce, która wyjechała pracować do Seulu. – Sama, zimno tam, ludzie nie uśmiechają się, jedzenie dziwne – narzekała Nook, mieszając makaron. – W telewizji już mówili, że tam promieniowanie i wszyscy są niemili! Alicja spojrzała na jej zatroskaną twarz i nagle wybuchnęła śmiechem – długo i do łez. Nook patrzyła zaskoczona. Alicja, pokazując zdjęcia i prostymi słowami, opowiedziała o pani Stanisławie, telewizji, organach i handlu ludźmi. Nook słuchała z szeroko otwartymi oczami. A potem śmiała się dźwięcznie jak dzwonek. – Ojej, te mamy! – wykrzyknęła. – Wszędzie jesteśmy takie same! Boimy się czego nie znamy. Telewizja w Tajlandii też bzdury nadaje! Wieczorem, na werandzie pod gwiazdami, Alicja zadzwoniła nie do Antoniego, a bezpośrednio do pani Stanisławy przez wideo. Pani Stanisława wyglądała na znużoną i podejrzliwą. – No i co? Żyjesz? – rzuciła bez powitania. – Cała, wszystkie organy na miejscu – odpowiedziała Alicja z uśmiechem. – Proszę, zobaczy pani. Alicja pokazała Nook na werandzie z tacą herbaty i owoców. Nook widząc surową twarz polskiej kobiety, uśmiechnęła się i krzyknęła wesoło: – Dzień dobry! Synowa pani jest super! Dobra kucharka! Bez obaw, przypilnuję jej! Żadnego handlu! – przytuliła Alicję do ramienia. Teściowa patrzyła na ekran – to na pogodną Nook, to na opaloną twarz Alicji. – A… organy? – wydusiła już bez poprzedniej pewności siebie. – Wszystko na miejscu – zaśmiała się Alicja. – Nawet apetyt wrócił. Proszę pani, tu pięknie i ludzie są przyjaźni. Nook martwi się o córkę w Korei, bo telewizja mówi, że tam zimno i strasznie. Zapadła długa cisza. – Daj ją tu… tę Nook – poprosiła nagle pani Stanisława. Alicja podała telefon. Przez dziesięć minut rozmawiały, niewiele rozumiejąc, ale jakby łapiąc wzajemną intencję. Nook kiwała z uśmiechem, pani Stanisława z początku groźnie marszczyła czoło, potem zaczęła łagodnieć. Na koniec nawet spróbowała się uśmiechnąć – nieporadnie, lecz już nie groźnie. Po zakończonej rozmowie Antoni napisał do żony: „Mama właśnie wyłączyła telewizor. Powiedziała, że wystarczy paniki i zapytała, kiedy wracasz.” Alicja nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na gwiazdy nad Chiang Mai. Zrobiła zdjęcie: ona z Nook, przytulone, szeroko się uśmiechające, i wysłała na czat. Podpis: „Mam tu wsparcie. Jutro lecę na paralotni. W razie co – nerki na miejscu. Przytulam!” Powrót był już dużo lżejszy. W Warszawie na lotnisku czekał Antoni, a nieco z boku, z bukietem jaskrawo-różowych aster, stała pani Stanisława. Nie rzuciła się do uścisków, nie wszczęła awantur. Kaszlnęła, podała kwiaty. – I co, żywa? – Jak widać. Nawet bez nowego właściciela… – No dobra – mruknęła teściowa, machnęła ręką. – Opowiesz, jak było… Ta twoja Nook co słychać? W drodze do domu Alicja opowiadała o świątyniach, kuchni, życzliwości ludzi i zabawnych przygodach. Pani Stanisława słuchała, sporadycznie dopytując. Telewizor w salonie był wyłączony. W jego czarnym ekranie odbijały się trzy postacie: mąż przytulający żonę i teściowa, która po raz pierwszy otworzyła się na świat – już nie przez pryzmat telewizyjnych „sensacji”, lecz przez żywe świadectwo tej, która przetrwała „piekło” i wróciła nie tylko cała, ale i szczęśliwa. A wieczorem, przy herbacie, pani Stanisława półgłosem rzuciła, jakby sondowała grunt: – W przyszłym roku… jeśli chcecie… może i ja z Wami polecę? Tylko nie w takie dzikie miejsca… Antoni i Alicja wymienili porozumiewawcze, rozbawione spojrzenie. To była niespodzianka, że teściowa nagle zobaczyła świat z innej perspektywy. Ale kilka dni później wpadła z wizytą, czerwona i podekscytowana. – Nigdzie z wami nie jadę! Alicja, tobie się po prostu poszczęściło! Ostatnio znowu mówili w telewizji, ilu ludzi uwolnili z niewoli. Ja nie chcę tam trafić! – Jak wolisz – wzruszyła ramionami Alicja. – Antoni, ty też nie masz tam czego szukać. Po Polsce można pojeździć i też jest świetnie – oświadczyła z miną znawczyni losu. Syn pokręcił głową, wiedząc, że nie ma sensu dyskutować z matką. PANIĄ STANISŁAWĘ PRZERAŻA TAJLANDIA – TEŚCIOWA OSTRZEGA: „NIECH LECI SAMA, MOŻE JĄ TAM UKRADNĄ” – OPOWIEŚĆ O POLSKICH LĘKACH, TELEWIZYJNYCH SENSACJACH I ODWADZE WYJAZDU NA KONIEC ŚWIATA

Niech leci sama. Może ją tam porwą zmarszczyła brwi teściowa.

Duszne, sobotnie popołudnie przed urlopem zwykle tchnie lekką ekscytacją, krzątaniem, cichą radością. Ale w warszawskim mieszkaniu Antoniego i Jagody atmosfera jest jakby pod napięciem. W centrum salonu, niczym pomnik niepokoju, stoi Barbara Zawadzka. W dłoni kurczowo trzyma pilota do telewizora.

Nie pozwolę! Zwariowaliście chyba! jej głos, wyćwiczony komenderowaniem przez dekady w podstawówce, momentalnie nabiera żelaznej nuty.

Na ekranie zatrzymał się kadr informacji: ponury dziennikarz przy mapie Azji Południowo-Wschodniej maluje dramatyczne strzałki.

Jagoda, która panuje nad walizką z mistrzowskim spokojem, tylko wzdycha, nie przerywając pakowania.

Ten scenariusz zna już na pamięć. Antoni, z miną zmęczonego anioła cierpliwości, próbuje coś powiedzieć.

Mamo, daj spokój! To jakieś wyolbrzymiane bzdury. Jedziemy do porządnego hotelu, na wycieczkę z biura…

Bzdury?! Barbara Zawadzka aż rzuca rękami, pilot niemal wypada jej z dłoni. Antoni! Oczy ci się przydałyby! Ona cię wpędzi do grobu! Do Tajlandii! Tam co drugi to handlarz ludźmi! Wyślią cię po piwo w jakąś ślepą uliczkę, już nie wrócisz! Jeszcze ci nerki, watrobę wytną i wywiozą w zamrażarce. A ją tu wskazuje teatralnym gestem na Jagodę ją sprzedadzą do burdelu! To pokazywali w reportażu!

Jagoda przestaje składać rzeczy do walizki. Patrzy na Barbarę pytającym wzrokiem i milczy tak długo, jak Antoni nigdy nie byłby w stanie.

Pani Barbaro ton Jagody jest cichy, ale stanowczy. Naprawdę pani uważa, że każdy Taj to przestępca i jednocześnie chirurg, a do tego alfons?

Nie kpij! Nie masz żadnych argumentów. W telewizji pokazali! Ludzie jadą dla taniej egzotyki, a krewnym wracają tylko organy, w słoiku po ogórkach!

Antoni przeciera twarz dłonią.

Mamo, to programy dla znudzonych emerytek, żeby się bały i siedziały w domu. Tam miliony turystów…

I tysiące giną bez wieści! ripostuje teściowa. Jagoda, bilety już pewnie kupiłaś? Oddasz?

Kupiłam. Nie oddam odpowiada bez emocji Jagoda. Dwa lata odkładaliśmy na ten wyjazd. Czytałam recenzje, sprawdzałam biuro podróży, wszystko legalnie. Nie zamierzamy łazić nocami po podłych dzielnicach. Pojedziemy na wycieczki, będziemy się opalać na plaży w Pattayi i jeść tom yum…

Jeszcze się zatrujecie, co oni tam do zup dosypują burknęła Barbara, marszcząc czoło. Antoni, błagam cię. Zostań. Niech ona sobie leci, jak taki z niej orzeł. To jej ryzyko. Ty mi zostań przy zdrowiu! Matka czuje niebezpieczeństwo.

I znów zapada w pokoju duszna cisza. Wtedy Jagoda mówi to, co chyba długo już w niej narastało.

W porządku stwierdza, zamykając walizkę. Ma pani rację. Ryzyko to rzecz ważna. Polecę sama.

Jagoda! Co ty gadasz?! osłupiał Antoni.

Słyszałeś mamę. Jej serce bije na alarm. Nie zaryzykuję twojej wątroby ani nerek. I nie chcę, żeby cię ktoś sprzedał do niewoli. Zostajesz, będziesz pił z mamą herbatkę przed telewizorem, oglądając światowe zamieszanie. Ja sobie poradzę… rzuca zimny uśmiech. Polecę. Sama.

Barbara wygląda jak ktoś, kto wygrał, ale nie do końca spodziewał się takiego triumfu.

I bardzo dobrze bąka bez zapału Sama tego chciałaś.

Antoni próbuje protestować, przekonywać, ale Jagoda się nie łamie. Przed wylotem leżą z Antkiem w łóżku, odwróceni do siebie plecami.

Może jednak się rozmyślisz? rzuca Antoni niepewnie.

Nie! ripostuje krótko Jagoda.

*****

Samolot ląduje w Bangkoku, a fala parnego powietrza otula Jagodę aromatem przypraw.

Strach? Wcale. Jest tylko zmęczenie i zachłanna ciekawość. Przez pierwsze dni włóczy się po tętniących życiem uliczkach, podziwia świątynie, kosztuje ulicznego jedzenia.

Nikt jej nawet portfela nie próbuje ukraść. Sprzedawcy na bazarach ze śmiechem oferują jej trochę zniżki na mango, czasem zbiją cenę o dziesięć bahtów.

Wraca na czacie do Antoniego i… Barbary (ta koniecznie chciała być w grupie) zdjęciem: Jagoda uśmiechnięta z koktajlem na tle turkusowego morza. Podpis: Organy na miejscu. Nikt nie proponował pracy w domu publicznym. Czekam na okazje.

Antoni odsyła serduszka, Barbara tylko podgląda i nie pisze.

Potem Jagoda wyrusza na północ, do Chiang Mai. W rodzinnym guesthousie u pani o imieniu Nok, uczy się robić prawdziwy pad thai. Tam dzieje się coś nieoczekiwanego.

Nok, mimo łamanego angielskiego, okazuje się przypominać Barbarę ta sama matczyna troska.

Moja córka w Seulu. Tam zimno, ludzie nie uśmiechają się, a jedzenie dziwne narzeka Nok, mieszając makaron Telewizja mówiła, tam promieniowanie i wszyscy niemili!

Jagoda śmieje się tak, że aż łzy stają jej w oczach.

Nok patrzy ze zdziwieniem. Jagoda, gestami, zdjęciami, prostymi słowami opowiada jej o Barbarze i tych wszystkich telewizyjnych strachach.

Nok słucha, potem sama wybucha śmiechem.

Ach, te mamy! Na całym świecie te same! Boją się, czego nie znają! Telewizja wszędzie przejaskrawia!

Wieczorem, pod rozgwieżdżonym niebem, Jagoda wybiera wideorozmowę nie do Antoniego, a prosto do Barbary.

Barbara wydaje się zmęczona, napięta.

I co? Żyjesz? pyta bez wstępów.

W jednym kawałku i wszystko na miejscu, pani Barbaro. Patrzcie…

Jagoda obraca kamerę na werandę, przynosi słodką herbatę i owoce, Nok macha wesoło do ekranu.

Cześć! woła Nok. Twoja synowa świetnie gotuje! Nie martw się! Tu żadnej niewoli! i obejmuje Jagodę serdecznie.

Barbara milczy długo, patrząc to na egzotyczną gospodynię, to na opaloną twarz synowej.

I narządy? mruczy już bez pewności w głosie.

Niczego nie brakuje uśmiecha się Jagoda. Nawet apetyt mi dopisuje. W Tajlandii pięknie, ludzie mili. A Nok boi się o córkę w Korei, bo tak słyszała w telewizji.

Na łączu zapada cisza.

Daj ją do telefonu niespodziewanie mówi Barbara do Jagody tę… Nok.

Podaje aparat. Przez dziesięć minut dwie kobiety, rozdzielone tysiącami kilometrów i brakiem wspólnego języka, coś sobie przekazują. Nok kiwa głową, śmieje się, Barbara z początku sztywna, z czasem łagodnieje.

Na koniec próbuje się nawet uśmiechnąć wychodzi niezgrabnie, ale to już nie jest ta sama maska lęku.

Po rozmowie Antoni pisze: Mama właśnie wyłączyła telewizor. Powiedziała: Dosyć już tych strachów i zapytała kiedy wracasz.

Jagoda długo patrzy w gwiazdy nad Chiang Mai. Wysyła zdjęcie: dwie kobiety ona i Nok uśmiechnięte, przytulone.

Podpis: Mam sojusznika. Jutro będę latać na paralotni. Póki co nerki mam! Buziaki.

Powrotny lot mija lekko. Na lotnisku wita ją Antoni, a kawałek dalej, z ogromnym bukietem kolorowych aster, stoi Barbara.

Nie rzuca się do uścisków, nie robi sceny. Chrząka, wręcza kwiaty.

No i co, cała jesteś?

Jak widać. Bez nowych właścicieli…

Dobra, dobra burknęła teściowa Opowiesz jak było. A ta twoja Nok?

W drodze do domu Jagoda opowiada o świątyniach, o kuchni, o życzliwości i zabawnych sytuacjach.

Barbara słucha, czasem o coś dopytuje. Telewizor w salonie nie wydaje głosu.

W jego czarnym ekranie odbijają się trzy sylwetki: mąż obejmujący żonę, oraz teściowa, która pierwszy raz patrzy na świat bez krzywego lustra sensacji, ale przez oczy kogoś, kto był tam, gdzie strasznie i wrócił szczęśliwszy.

Wieczorem przy herbacie Barbara, niby od niechcenia, rzuca:

W przyszłym roku jeśli będziecie chcieli może i ja z wami polecę? Tylko nie do jakichś nieznanych dziur…

Antoni i Jagoda wymieniają szybkie spojrzenie i śmieją się cicho. Nawet nie wiedzą, kiedy Barbara odkryła inne spojrzenie na rzeczywistość.

Jednak kilka dni później pojawia się u nich z nowiną czerwona, zdenerwowana:

Nie jadę z wami nigdzie! Jagoda, tobie się po prostu poszczęściło! Widziałam w wiadomościach znów kogoś uratowali z niewoli! Sama nie zamierzam ryzykować!

Jak chcesz wzrusza ramionami Jagoda.

Antoni, i ty tam nie jedź. Po Polsce też można świetnie pozwiedzać! rzuca Barbara z powagą.

Antoni tylko uśmiecha się do żony, nie podejmując z matką sporów. Wie, że tej walki nie da się wygrać.

Rate article
Fajna Tajna
– Niech leci sama. Może ją tam ukradną – zmarszczyła się teściowa Parny wieczór przed wyjazdem zamiast ekscytacji i przyjemnego rozgardiaszu – napięta cisza w mieszkaniu Antoniego i Alicji. Pośrodku salonu, niczym pomnik troski i obaw, stała pani Stanisława. W dłoniach ściskała pilota od telewizora. – Nie pozwolę na to! Czyście zwariowali?! – w jej głosie, przyzwyczajonym do rządzenia szkolnym gronem (była emerytowaną nauczycielką), zabrzmiała stalowa nuta. Na ekranie zatrzymał się kadr kolejnego alarmistycznego programu: posępny prowadzący na tle mapy Azji Południowo-Wschodniej rysował czerwone strzałki zagrożeń. Alicja, pakując walizkę ze stoickim spokojem, jedynie westchnęła. Doskonale znała ten scenariusz. Antoni z miną człowieka udręczonego cierpliwością próbował się odezwać. – Mamo, wystarczy! Przesadzasz! Przecież jedziemy do zwykłego hotelu z biurem podróży… – Przesadzam?! – pani Stanisława aż podskoczyła, a pilot o mało nie poleciał w ścianę. – Antoni, otrząśnij się! Ona cię tam zabije! W Tajlandii… co drugi to handlarz żywym towarem! Poślą cię po piwo do jakiejś uliczki, już nie wrócisz! Wiesz, co z tobą zrobią? Nerkę, wątrobę, wszystko wytną i wyniosą w lodówce! A ją… – teatralnym gestem wskazała Alicję – ją sprzedadzą do burdelu albo w niewolę! W telewizji był o tym reportaż! Alicja przestała składać ubrania. Spojrzała wyczekująco na teściową – spojrzeniem, które Antoniemu nigdy by się nie udało. – Pani Stanisławo, – odezwała się spokojnym, ale stanowczym tonem. – Naprawdę wierzy pani, że każdy Taj – to mafioso z dyplomem transplantologa i alfons w jednym? – Nie żartuj sobie! Faktów nie przegadasz! W telewizji pokazują, co tam się dzieje! Ludzie jadą za tanimi egzotykami, a rodziny dostają paczki z organami w słoiku po ogórkach! Antoni przesunął dłonią po twarzy. – Mamo, to są programy dla emerytek, którym brakuje adrenaliny. Straszą specjalnie, żeby oglądali dalej. Miliony turystów jeździ… – I tysiące znikają! – wcięła się teściowa. – A bilety już kupiliście? Nie oddacie? – Kupiłam. I nie oddam – odparła stanowczo Alicja. – Dwa lata odkładaliśmy. Czytałam opinie, fora, rezerwowałam przez sprawdzone biuro. Nie będziemy się włóczyć po dziurach. Plaża w Pattayi, wycieczki, tajski tom yam… – Jeszcze się czymś otrujecie, kto wie, co oni w tych zupkach dodają – mruknęła pani Stanisława. – Antoni, synku, opamiętaj się. Niech leci sama, skoro się uparła. Jej ryzyko – jej sprawa. Ty zostań zdrowy i cały, matka przeczuwa nieszczęście! Zapadła ciężka, niezręczna cisza. Wtedy Alicja powiedziała coś, co chyba długo w niej dojrzewało. – W porządku – zamknęła walizkę z kliknięciem. – Ma pani rację. Ryzyko to odwaga. Polecę sama. – Alicjo! Co ty gadasz? – Antoni zamarł. – Słyszałeś mamę. Czuje złą energię. Nie mogę brać odpowiedzialności za twoje nerki i wątrobę, ani za twój los w tajskim więzieniu. Zostań, pij z mamą herbatkę, oglądaj programy o światowym spisku. A ja… – uśmiechnęła się lodowato – ja pojadę do tego piekła. Sama. Pani Stanisława była jednocześnie triumfująca i zdezorientowana. Postawiła na swoim, ale taka gotowość synowej zupełnie ją zbiła z tropu. – I dobrze… – wymamrotała bez wcześniejszego zapału. – Sama chciała. Antoni próbował ją przekonać, ale Alicja była nieugięta. W noc przed wylotem leżeli w łóżku, odwróceni do siebie plecami. – Może jeszcze zmienisz zdanie? – zapytał. – Nie! – odpowiedziała krótko Alicja. ***** Samolot wylądował w Bangkoku, a fala tropikalnego powietrza objęła Alicję jak koc. Czy się bała? Nie – była tylko zmęczona i ciekawa. Pierwsze dni wypełniły spacery po gwarnych, uśmiechniętych ulicach, zachwyt świątyniami, pikantne jedzenie. Nikt nie próbował jej okraść, a co dopiero porwać. Sprzedawcy byli uprzejmi i targowali się o kilka bahtów. Alicja wrzucała zdjęcia na czat z Antonim i… panią Stanisławą (teściowa wymogła), ze słodkim koktajlem na tle turkusowego morza. Podpis: „Organy na miejscu. O oferty niewolnictwa nikt nie pyta. Pozdrawiam!” Antoni wysyłał serduszka. Pani Stanisława wszystko oglądała – i milczała. Potem Alicja wybrała się na północ, do Chiang Mai. Tam, w kameralnym rodzinny pensjonacie, gdzie gospodyni, starsza Tajka o imieniu Nook, uczyła ją robić pad-thai, wydarzyło się coś, co odmieniło wszystko. Nook mówiła łamaną angielszczyzną, ale bardzo przypominała… panią Stanisławę. Z tą samą troską opowiadała o córce, która wyjechała pracować do Seulu. – Sama, zimno tam, ludzie nie uśmiechają się, jedzenie dziwne – narzekała Nook, mieszając makaron. – W telewizji już mówili, że tam promieniowanie i wszyscy są niemili! Alicja spojrzała na jej zatroskaną twarz i nagle wybuchnęła śmiechem – długo i do łez. Nook patrzyła zaskoczona. Alicja, pokazując zdjęcia i prostymi słowami, opowiedziała o pani Stanisławie, telewizji, organach i handlu ludźmi. Nook słuchała z szeroko otwartymi oczami. A potem śmiała się dźwięcznie jak dzwonek. – Ojej, te mamy! – wykrzyknęła. – Wszędzie jesteśmy takie same! Boimy się czego nie znamy. Telewizja w Tajlandii też bzdury nadaje! Wieczorem, na werandzie pod gwiazdami, Alicja zadzwoniła nie do Antoniego, a bezpośrednio do pani Stanisławy przez wideo. Pani Stanisława wyglądała na znużoną i podejrzliwą. – No i co? Żyjesz? – rzuciła bez powitania. – Cała, wszystkie organy na miejscu – odpowiedziała Alicja z uśmiechem. – Proszę, zobaczy pani. Alicja pokazała Nook na werandzie z tacą herbaty i owoców. Nook widząc surową twarz polskiej kobiety, uśmiechnęła się i krzyknęła wesoło: – Dzień dobry! Synowa pani jest super! Dobra kucharka! Bez obaw, przypilnuję jej! Żadnego handlu! – przytuliła Alicję do ramienia. Teściowa patrzyła na ekran – to na pogodną Nook, to na opaloną twarz Alicji. – A… organy? – wydusiła już bez poprzedniej pewności siebie. – Wszystko na miejscu – zaśmiała się Alicja. – Nawet apetyt wrócił. Proszę pani, tu pięknie i ludzie są przyjaźni. Nook martwi się o córkę w Korei, bo telewizja mówi, że tam zimno i strasznie. Zapadła długa cisza. – Daj ją tu… tę Nook – poprosiła nagle pani Stanisława. Alicja podała telefon. Przez dziesięć minut rozmawiały, niewiele rozumiejąc, ale jakby łapiąc wzajemną intencję. Nook kiwała z uśmiechem, pani Stanisława z początku groźnie marszczyła czoło, potem zaczęła łagodnieć. Na koniec nawet spróbowała się uśmiechnąć – nieporadnie, lecz już nie groźnie. Po zakończonej rozmowie Antoni napisał do żony: „Mama właśnie wyłączyła telewizor. Powiedziała, że wystarczy paniki i zapytała, kiedy wracasz.” Alicja nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na gwiazdy nad Chiang Mai. Zrobiła zdjęcie: ona z Nook, przytulone, szeroko się uśmiechające, i wysłała na czat. Podpis: „Mam tu wsparcie. Jutro lecę na paralotni. W razie co – nerki na miejscu. Przytulam!” Powrót był już dużo lżejszy. W Warszawie na lotnisku czekał Antoni, a nieco z boku, z bukietem jaskrawo-różowych aster, stała pani Stanisława. Nie rzuciła się do uścisków, nie wszczęła awantur. Kaszlnęła, podała kwiaty. – I co, żywa? – Jak widać. Nawet bez nowego właściciela… – No dobra – mruknęła teściowa, machnęła ręką. – Opowiesz, jak było… Ta twoja Nook co słychać? W drodze do domu Alicja opowiadała o świątyniach, kuchni, życzliwości ludzi i zabawnych przygodach. Pani Stanisława słuchała, sporadycznie dopytując. Telewizor w salonie był wyłączony. W jego czarnym ekranie odbijały się trzy postacie: mąż przytulający żonę i teściowa, która po raz pierwszy otworzyła się na świat – już nie przez pryzmat telewizyjnych „sensacji”, lecz przez żywe świadectwo tej, która przetrwała „piekło” i wróciła nie tylko cała, ale i szczęśliwa. A wieczorem, przy herbacie, pani Stanisława półgłosem rzuciła, jakby sondowała grunt: – W przyszłym roku… jeśli chcecie… może i ja z Wami polecę? Tylko nie w takie dzikie miejsca… Antoni i Alicja wymienili porozumiewawcze, rozbawione spojrzenie. To była niespodzianka, że teściowa nagle zobaczyła świat z innej perspektywy. Ale kilka dni później wpadła z wizytą, czerwona i podekscytowana. – Nigdzie z wami nie jadę! Alicja, tobie się po prostu poszczęściło! Ostatnio znowu mówili w telewizji, ilu ludzi uwolnili z niewoli. Ja nie chcę tam trafić! – Jak wolisz – wzruszyła ramionami Alicja. – Antoni, ty też nie masz tam czego szukać. Po Polsce można pojeździć i też jest świetnie – oświadczyła z miną znawczyni losu. Syn pokręcił głową, wiedząc, że nie ma sensu dyskutować z matką. PANIĄ STANISŁAWĘ PRZERAŻA TAJLANDIA – TEŚCIOWA OSTRZEGA: „NIECH LECI SAMA, MOŻE JĄ TAM UKRADNĄ” – OPOWIEŚĆ O POLSKICH LĘKACH, TELEWIZYJNYCH SENSACJACH I ODWADZE WYJAZDU NA KONIEC ŚWIATA