Starsza kobieta odwróciła się do Roberta i wypowiedziała słowa, które przeszyły go dreszczem: „Dziś będzie piękny, słoneczny dzień. Będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, by coś zrobić”

Dziś, w moim dzienniku, notuję wspomnienie spotkania, które na długo pozostanie w mojej pamięci. Wszystko zaczęło się w środę, kiedy wsiadłem do pociągu jadącego z Warszawy na moją działkę za miastem. Było spokojnie, przedział niemal pusty, co sprzyjało zadumie nad minionymi latami i stratą ukochanej żony. Często razem jeździliśmy na naszą działkę w podwarszawskiej wsi, uprawialiśmy warzywa i kwiaty, a życie zdawało się prostsze, lżejsze. Odkąd odeszła po ciężkiej chorobie, unikałem tego miejsca samotność była zbyt dotkliwa, a melancholia zbyt głęboka.

Jednak tego dnia do przedziału weszła starsza kobieta. Miała na sobie nieco znoszoną, ale czystą kurtkę i widać było, że wiozła ze sobą sporo rzeczy na działkę, zapewne typową dla niej sielską chatkę. Uśmiechnęła się do mnie i usiadła tuż obok. W milczeniu jechaliśmy razem, każdy zatopiony w swoich myślach. Nagle, kiedy pociąg zatrzymał się na stacji Brwinów, starsza pani spojrzała mi głęboko w oczy i powiedziała słowami, które wstrząsnęły mną do głębi: Dzisiaj będzie piękny, słoneczny dzień. Będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, żeby coś zrobić. Zamarłem były to przecież dokładnie takie same słowa, jakie zwykła powtarzać mi moja zmarła żona, Zofia. Czułem dreszcz na plecach i w gardle ściśnięcie.

Zmieszany, przytaknąłem. Zaczęliśmy rozmawiać o tegorocznych nieurodzajach, o trudnej, srogiej zimie, o nadziejach, które niesiemy z wiosną na kolejny sezon. Okazało się, że pani miała na imię Genowefa imię, które sama podkreśliła, “rzadko dziś już spotykane”. Rozmawiałem z nią z rosnącym poczuciem ulgi, zauważając, że cień smutku nieco ustępuje.

Gdy dotarliśmy do przystanku autobusowego, byłem zaskoczony tym, że chyba nigdy wcześniej nie spotkałem tej kobiety, mimo że oboje jeździmy w te same okolice. Maszerowaliśmy razem drogą przez pola, potem nasze ścieżki się rozeszły. Działka czekała na mnie zarośnięta, dzika po miesiącach opuszczenia. Chwasty sięgały po kolana, grządki zatkane były pokrzywą, jabłoń uginała się od jabłek, ale wokół panował bałagan.

Mimo to, rozmowa z Genowefą napełniła mnie nową energią. Ochoczo wziąłem się do pracy, przekopując grządki i wyrywając chwasty. Widok urodzajnej ziemi i kwitnących astrów, które tak lubiła Zofia, wzruszył mnie, ale tym razem nie bolał. Postanowiłem nie sprzedawać działki, nawet jeśli ktoś by mi za nią proponował najlepszą cenę w złotówkach. Odpoczywałem na ławce, zwyczajne kanapki z szynką i łyk gorącej herbaty smakowały jak nigdy dotąd.

Z każdą godziną czułem, że wraca mi spokój. W lesie za płotem zebrałem nawet kilka maślaków i podgrzybków. Ta prosta praca, ten kontakt z ziemią i naturą, dawały mi nadzieję i ukojenie. Postanowiłem wracać tu częściej może nawet co tydzień.

Wieczorem, gdy wracałem na stację, znów spotkałem Genowefę. Uśmiechnęliśmy się do siebie, podzieliłem się z nią jabłkiem. Żartowaliśmy o tym, jak trudno czasem oderwać się od grządek, rozmawialiśmy o tym, czym jest sens pracy i jak łatwo odzyskać radość życia, wplatając się na nowo w rytm codziennych spraw. Genowefa powiedziała mi na pożegnanie: Jeszcze wiele dobrego przed panem, panie Robercie. Ziemia daje siłę, tylko trzeba jej troszkę pomóc. Kiedy wysiadłem na swojej stacji, poczułem lekkość, jakiej dawno nie doświadczyłem. Uśmiechnąłem się do zachodzącego słońca, wdzięczny za to spotkanie. Moja żałoba w końcu zaczęła się rozpraszać.

Rate article
Fajna Tajna
Starsza kobieta odwróciła się do Roberta i wypowiedziała słowa, które przeszyły go dreszczem: „Dziś będzie piękny, słoneczny dzień. Będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, by coś zrobić”