Oddali do domu spokojnej starości — Nawet o tym nie wspominaj, Aliska! — Krawdzia Stepanowna z rozmachem odepchnęła od siebie talerz z owsianką. — Chcesz mnie oddać do jakiegoś państwowego przytułku? Żebym leżała pod kroplówkami jak wariatka i żeby mnie poduszką przykrywali, żebym nie krzyczała? Nie doczekasz się! Ala głęboko odetchnęła, starając się nie patrzeć na drżące ręce babci. — Babciu, to żaden państwowy dom! To prywatny dom opieki. Las obok, pielęgniarki całą dobę. Będziesz miała z kim pogadać, jest wielki telewizor. Tutaj siedzisz sama całe dnie, kiedy tata jest w pracy. — Znam ja to “towarzystwo” — zacharczała staruszka, układając się wygodniej na poduszkach. — Okantują do ostatniego grosza, mieszkanie zabiorą, a mnie do rowu wyrzucą. Powiedz Pawłowi: z tego domu żywa nie wyjdę. Niech sam się mną opiekuje. Syn czy kto? Wychowałam go, nie spałam po nocach, jak miał szkarlatynę. Teraz jego kolej. — Tata tyra na dwie zmiany, żeby kupić ci leki! Ma 53 lata, ciśnienie mu skacze, od trzech lat nie wyszedł nawet do kina, nie mówiąc o urlopie! — Poradzi sobie — ucięła Krawdzia Stepanowna, mocno zaciskając usta. — Jest młody, wytrzyma. A ty nie pouczaj, jajko kury nie uczy. Idź, wytrzyj kaszę. Narobiliście tu bałaganu! Ala wyszła na korytarz i ciężko odetchnęła. Jak z nią rozmawiać?! Ojciec wrócił do domu o siódmej wieczorem. Nie zdjął butów, przysiadł na taborecie w przedpokoju i po prostu przez chwilę siedział, patrząc w jeden punkt. — Tato, wszystko w porządku? — Ala wyszła do niego, przejmując ciężką torbę z zakupami. — W porządku, Ala. Na magazynie masakra, zaraz raporty roczne. Jak babcia? — Jak zwykle. Kolejna awantura o dom opieki. Mówi, że chcemy ją zgładzić. Tato, tak się nie da. Sprawdziłam rachunki — na jedzenie zostaje nam trzy tysiące. A jeszcze moje akademik i podręczniki. — Damy radę — westchnął Paweł, ciężko wstając i zdejmując buty. — Złapałem jeszcze dodatkową robotę. Noce na ochronie, co drugi dzień. — Oszalałeś? Kiedy będziesz spał? Przecież padniesz gdzieś! Paweł nic nie odpowiedział. Poszedł do kuchni, nalał wody do rondelka i postawił na gazie. — Jadła coś? — Połowę wylała na łóżko. Zmieniłam pościel. — Dobrze. Idź się ucz, masz sesję. Ja ją nakarmię i umyję. Ala patrzyła, jak ojciec kuleje do pokoju babci. Strasznie go żałowała. Widziała, jak z dawniej silnego, wesołego mężczyzny powoli robi się cień człowieka. Zniknęły żarty, chęć do życia. *** Tydzień później było jeszcze gorzej — wrócił do domu później niż zwykle i zataczał się. Ala od razu się zaniepokoiła. — Tato? Źle się czujesz? — Wszystko ok. Tylko słabo mi się zrobiło w metrze. Duszno tam. — Usiądź. Zmierzę ci ciśnienie. Na ciśnieniomierzu wyskoczyło 180 na 110. Ala bez słowa podała tabletki. — Jutro nigdzie nie idziesz. Wzywam lekarza. — Nie mogę — skrzywił się tata. — Jutro kontrola. Jak mnie nie będzie, premii nie dostanę. A przyszło wyższe OC za mieszkanie babci. — Sprzedaj to mieszkanie! — Ala ściszyła głos, żeby babcia nie słyszała. — Jedynka w Piasecznie. Sześćset tysięcy! Spłacimy długi, opłacimy dobrą opiekunkę. Ojciec westchnął: — Mama nie daje zgody… — Przez pięć lat tam nie była! Po co jej ono, skoro leży? Ojciec nie zdążył odpowiedzieć. W pokoju po drugiej stronie ściany zabrzmiało gwałtowne stuknięcie. Krawdzia Stepanowna waliła kubkiem w szafkę, żądając uwagi. — Paweł! Paweł, chodź tu! Z kim się tam szepczesz? Znów mnie obgadujecie? — dobiegł jej chrapliwy głos. Ojciec westchnął, połknął tabletkę i poszedł. *** Jeszcze sześć lat temu ojciec miał kobietę. Ela, dobra, spokojna, czasem wpadała z ciastem, planowali z tatą wyjazd nad Zalew Zegrzyński. Wszystko się skończyło, gdy babcia zachorowała. Ela próbowała pomóc, ale babcia zrobiła jej taki horror, że kobieta nie wytrzymała. — Przyszła na gotowe! Synka mojego okradać będzie! — wrzeszczała na cały dom, udając zawał, gdy tylko Paweł wychodził na randkę. — Wypędź ją stąd! Won! Ela odeszła, a ojciec nawet nie próbował jej zatrzymać. Telefon zadzwonił wieczorem, gdy Ala przygotowywała się do egzaminu. Ojca jeszcze nie było. — Halo? — Pan Paweł? — spytał męski głos. — Nie, to córka. Coś się stało? — Dzwonię z kadr. Ojciec dziś zemdlał na zebraniu. Zadzwoniliśmy po karetkę, zawieźli go do miejskiego szpitala. Proszę zapisać adres. Ala gorączkowo zapisała dane na marginesie notatek. Ledwie skończyła, babcia już wołała. — Aliska! Kto to dzwoni? Paweł gdzie? Niech mi zrobi herbaty, chce mi się pić! — Tata w szpitalu — rzuciła Ala. — W szpitalu? — babcia na sekundę zamilkła, po czym dodała: — A widzisz! Krzyczał na mnie wczoraj, to teraz kara. Nikt mnie nie szanuje! Kto mnie teraz nakarmi? Stawiaj czajnik! Ala wyszła w milczeniu. *** Trzy dni Ala rozdzierała się między szpitalem i domem. U ojca wykryto kryzys nadciśnieniowy przez skrajne wyczerpanie psychiczne. Lekarze zakazali mu nawet wstawać. — Ala, jak mama? — zapytał pierwsze, gdy weszła na salę. — Dobrze, tato. Sąsiadka zagląda, pomaga. Myśl o sobie. Masz leżeć minimum dwa tygodnie. — Jakie dwa tygodnie… Zwolnią mnie… Pieniędzy… — Śpij — przykryła go kocem. — Ja wszystko załatwię. Obiecuję. Czwartego dnia, wracając do domu, Ala została powitana przez babcię gradem wyrzutów. — Gdzie wędrujesz? Brudna tu leżę, Paweł się obija, a ja tu ginię! Ala zacisnęła pięści i spokojnie powiedziała: — Słuchaj, babciu. Tata jest w ciężkim stanie, grozi mu udar, jeśli się jeszcze raz zdenerwuje. — Nie gadaj głupot! — fuknęła babcia. — Jest silny, po dziadku. Dawaj, obróć mnie, bok boli. — Nie — Ala usiadła na krześle. — Nie będę cię obracać. Karmić też nie. Babcia wytrzeszczyła oczy. — Co to za nowości? Zwariowałaś? — Nie mamy pieniędzy. Wcale. Tata nie pracuje, premii nie dostanie, twoja emerytura nie starczy nawet na pampersy i leki. — Bzdura! Paweł musi mieć ukrytą kasę! — Nie ma żadnych zapasów. Wszystko poszło na twoje badania w zeszłym miesiącu. Masz wybór: podpisujesz teraz dokumenty na sprzedaż tej kawalerki, albo jutro dzwonię po opiekę społeczna, zabiorą cię do państwowego domu starców. Za darmo. — Nie odważysz się! — wrzasnęła Krawdzia Stepanowna. — Ja jego matka! Ja tu rządzę! — Czym rządzisz? Wykańczasz własnego syna. Nie obchodzą cię jego zdrowie, najważniejsze, żebyś miała miękkie łóżko i ciepły koc. Dzwoniłam dziś tam, gdzie rozmawialiśmy. Zwolniło się miejsce, pieniądze ze sprzedaży pójdą na prywatny dom. Opieka świetna. — Nie pojadę! — babcia aż się zakrztusiła. — To głoduj. Nie mam już pieniędzy na jedzenie dla ciebie. Jutro idę na zmianę, wrócę wieczorem. Woda stoi na szafce. Myśl. Ala wyszła i zamknęła drzwi. Trzęsła się w środku. Nigdy nie była twarda, ale teraz wiedziała: jeśli nie postawi się tej sytuacji, straci ojca. A babcia… ona przeżyje ich wszystkich, jeśli pozwolić jej dalej wysysać z nich życie. Noc minęła w ciszy. Ala nie wchodziła do pokoju, choć słyszała, jak babcia raz woła, raz płacze, raz złorzeczy. Przyszła tylko rano. — Daj pić… — zachrypiała staruszka. Ala podała jej kubek. — I co? Podpiszemy dziś? Notariusz przyjedzie o dwunastej. — Sz…syny — wyszeptała babcia bez dawnych złości. — Zabierzecie wszystko… Dobra, pisz te papiery. Tylko Pawłowi powiedz… Powiedz, żeby odwiedzał… — Będzie odwiedzał. Jak tylko stanie na nogi. I ja też będę przyjeżdżać. Obiecuję. *** Paweł siedział na ławce w parku przy domu opieki. Wyglądał dobrze — nabrał cery i wigoru. Obok na wózku siedziała jego mama, czysta, w nowym, ciepłym szalu, żuła jabłko. — Paweł? Paweł… — zawołała. — Tak, mamo? — A z Elą gadałeś? Pogodziliście się? Paweł spojrzał zaskoczony. — Rozmawiałem. Obiecała przyjechać w sobotę. — No i dobrze — babcia odwróciła się do kwiatów. — Niech wpada. Tu jest pielęgniarka, Lenka, taka szorstka, tylko zwraca mi uwagę bez przerwy. Niech Ela zobaczy, jak mnie traktują. I pamiętaj, Paweł, nie krzywdź jej! Niedobrze, jak facet doprowadza kobietę do łez. Jak twój ojciec… Paweł się uśmiechnął i ścisnął matce dłoń. Aleją biegła Ala, wymachując radośnie ręką. — Tato! Babciu! — wołała jeszcze z daleka. — Dostałam grant! I w pracy zwiększyli mi etat! Paweł wstał z ramionami otwartymi. Babcia patrzyła na nich mrużąc oczy. Wciąż uważała, że niesprawiedliwie ją wykurzono z rodzinnego gniazda, lecz głośno pretensji już nie sygnalizowała. Kiedy podeszła opiekunka i delikatnie zaproponowała masaż, babcia tylko dumnie skinęła głową. — Chodźmy, kochanie. Tylko pamiętaj, żeby delikatnie, ja kobieta krucha. Ostatnio masażysta ścisnął mi nogę… Powiedz mu, niech będzie ostrożniejszy. Jak niedźwiedź, słowo daję… Pielęgniarka odjechała z wózkiem, Ala objęła tatę i przez długi czas stali razem, patrząc na wysokie sosny. Po raz pierwszy od dawna cała trójka była naprawdę szczęśliwa. *** Krawdzia Stepanowna doczekała prawnuka — Ala skończyła studia, wyszła za mąż za wspaniałego człowieka i urodziła syna. Paweł ożenił się z Elą, a druga synowa została przez babcię zaakceptowana, stosunki były ciepłe i serdeczne — Ela wybaczyła wszystkie “grzeszki” z początku znajomości. Stara kobieta odeszła spokojnie, we śnie, nie chowając urazy ani do wnuczki, ani do syna.

Oddano do domu opieki

Nawet mi tego, Jagódko, nie gadaj! Bronisława Antonina odepchnęła z siłą talerz z owsianką. Do domu starców mnie chcesz oddać?

Żeby mnie tam szprycowali czym popadnie i poduszką dusili, jakbym za głośno wołała?

Nie doczekasz się!

Jagoda wzięła głęboki oddech, starając się nie patrzeć na drżące dłonie babci.

Babciu, gdzie dom starców! To prywatny dom opieki, las obok, całodobowe pielęgniarki.

Będziesz miała towarzystwo, telewizor duży.

A tutaj całe dnie sama, jak tata w pracy.

Znam ja to towarzystwo, zachrobotała staruszka, układając się wygodniej w poduszkach. Skórę obedrą, mieszkanie zabiorą, a mnie do rowu.

Powiedz Stasiowi: matka żywa z tego domu nie wyjdzie. Niech sam się mną zajmuje. Syn czy kto?

To ja go wychowywałam, nie spałam po nocach, jak miał odrę. Teraz jego kolej.

Tata na dwóch etatach haruje, żeby ci leki kupić! Ma już pięćdziesiąt trzy lata, ciśnienie mu skacze, od trzech lat do kina albo na urlop nie poszedł!

Nic nie szkodzi, ucięła Bronisława z zaciśniętymi wargami. Młody jeszcze, da radę.

I ty się zamknij, jajko kurę nie uczy. Idź, wytrzyj kaszę. Syf tu roznieśli!

Jagoda wyszła na korytarz i głośno wypuściła powietrze. Jak tu z nią rozmawiać?!

Ojciec pojawił się w mieszkaniu o siódmej wieczorem. Nie ściągnął od razu butów, usiadł na stołeczku w przedpokoju i gapił się punkt przez minutę.

Tato, wszystko dobrze? odezwała się Jagoda, przejmując od niego ciężką torbę z zakupami.

W porządku, Jagódko. W magazynie nawał roboty, zaraz sprawozdania roczne. Jak babcia?

Jak zawsze. Znowu awantura przez dom opieki. Myśli, że chcemy ją zgubić.

Tato, tak nie można. Popatrzyłam na rachunki na jedzenie miesięcznie zostaje nam jakieś dziewięćset złotych.

A jeszcze za akademik muszę zapłacić i kupić podręczniki.

Poradzimy sobie, Stanisław z trudem się podniósł, zsunął buty. Wziąłem dodatkowe zmiany. Nocne dyżury w ochronie, co drugi dzień.

Zwariowałeś? Kiedy ty będziesz spać? Przecież cię gdzieś znajdą nieprzytomnego!

Stanisław nie odpowiedział. Poszedł do kuchni, nalał wodę do rondelka, postawił na kuchence.

Jadła coś?

Połowę wylała na łóżko. Przebrałam pościel.

Dobrze. Idź się ucz, masz sesję. Sam ją nakarmię, umyję.

Jagoda patrzyła, jak ojciec lekko kulejąc idzie do pokoju matki.

Było jej go niewyobrażalnie żal. Widziała, jak z silnego, wesołego niegdyś mężczyzny zmienił się w cień człowieka.

Zniknęły żarty, zniknęło zainteresowanie światem.

***

Po tygodniu było jeszcze gorzej wrócił później niż zwykle, chwiał się na nogach. Jagoda od razu podeszła.

Tato? Źle ci?

Spokojnie, Jagódko. Zawyrowało mi się w metrze. Duszno tam.

Siadaj. Zaraz zmierzymy ciśnienie.

Ciśnieniomierz pokazał 180 na 110. Jagoda w milczeniu podała mu tabletki.

Jutro nigdzie nie idziesz. Trzeba wezwać lekarza.

Nie można, skrzywił się ojciec. Jutro kontrola. Bez mnie premii nie będzie. A przyszło pismo o wyższym podatku za mieszkanie mamy.

Sprzedaj je, tato! Jagoda zniżyła głos, by babcia nie słyszała. Sprzedaj tę kawalerkę na Mazurach.

Dwieście tysięcy przecież to dla nas teraz góra pieniędzy. Spłacimy długi, zatrudnimy dobrą opiekunkę.

Ojciec westchnął:

Mama się nie zgadza

Tato, pięć lat tam nie była! Po co jej to mieszkanie, skoro już nie chodzi?

Nie zdążył odpowiedzieć zza ściany rozległ się głuchy stukot.

Bronisława tłukła kubkiem o szafkę, żądając uwagi.

Staś! Staś, chodź tu! Z kim ty tam szeptasz? Znów moje grzechy wywlekacie?! brzęczał jej głos.

Stanisław westchnął, przełknął tabletkę podaną przez córkę i poszedł do mamy.

***

Jeszcze sześć lat wcześniej ojciec miał kobietę. Zofia, cicha, serdeczna, przychodziła do nich z ciastem, z ojcem planowali wyjazd na weekend do pensjonatu w górach.

Skończyło się, gdy babcia przykuta została do łóżka. Zofia próbowała pomagać, ale staruszka uczyniła z jej życia piekło.

Proszę, przyszła na gotowe! Syna mi zabiera! wrzeszczała na cały dom, udawała ataki serca, ilekroć Stanisław wybierał się na randkę. Won z domu, wszetecznico!

Zofia odeszła, a ojciec nie próbował jej zatrzymać.

Telefon zadzwonił, gdy Jagoda szykowała się do egzaminu wieczorem. Ojca jeszcze nie było.

Słucham?

Czy to Stanisław Marcinkowski? zapytał męski głos.

Nie, jego córka. Co się stało?

Dzwonię z kadr. Pani ojciec zemdlał dziś na zebraniu. Wezwaliśmy karetkę, zabrali go do szpitala miejskiego. Proszę zapisać adres.

Jagoda zapisała na marginesie notatek. Ledwo odłożyła słuchawkę, babcia dała znak.

Jagódka! dobiegło z pokoju. Kto dzwonił? Staś wrócił? Niech herbatę przyniesie, pić mi się chce!

Jagoda weszła do pokoju. Babcia leżała obłożona poduszkami, marszcząc nos z niezadowolenia.

Tata w szpitalu, powiedziała krótko.

Jak to w szpitalu? Bronisława zamarła na chwilę, zaraz jednak dodała: No proszę, zniszczyliście mnie! Narzekał na mnie wczoraj, to Bóg go ukarał.

Nikt mnie nie żałuje. Kto mnie teraz nakarmi? Nastaw czajnik.

Jagoda wyszła bez słowa.

***

Trzy dni Jagoda biegała między szpitalem a domem.

U ojca stwierdzono ostry kryzys nadciśnieniowy na tle potężnego przemęczenia nerwowego.

Lekarze zakazali mu wstawać.

Jagódko, jak mama? spytał, gdy przyszła na salę.

W porządku, tato. Sąsiedzi zaglądają, pomagają. Teraz myśl o sobie. Leżeć musisz co najmniej dwa tygodnie.

Jakie dwa tygodnie Zwolnią mnie Pieniędzy nie będzie

Śpij, poprawiła mu kołdrę. Wszystkim się zajmę. Obiecuję.

Czwartego dnia, gdy wróciła do domu, babcia przywitała ją gradem wyrzutów.

Gdzie się szlajasz? Brudna leżę, Staś się obija, a ja tu gnić muszę!

Jagoda zacisnęła pięści i spokojnie odpowiedziała.

Teraz tak, babciu. Słuchaj uważnie. Tata jest w ciężkim stanie, jeszcze raz się zestresuje, może mieć udar.

Nie opowiadaj bzdur! prychnęła staruszka. Twardy on. Po ojcu. Przewróć mnie, bok mnie boli.

Nie, usiadła na krześle. Nie przewrócę cię. I nie nakarmię.

Bronisława wytrzeszczyła oczy.

Co ty bredzisz, dziewczyno?

Powtarzam: nie mamy pieniędzy. Zero. Tata nie pracuje, premii nie dostanie. Z twojej emerytury nie starcza nawet na pampersy i twoje leki na ciśnienie.

Kłamiesz! Staś na pewno coś chował!

Nic nie chował. Wszystko poszło na twoje badania w zeszłym miesiącu. Zostaje wybór: podpisujesz papiery na sprzedaż kawalerki na Mazurach albo jutro wzywam pomoc społeczną, zabiorą cię do państwowego domu opieki. Darmowego.

Nie zrobisz tego! wrzasnęła Bronisława. Jestem matką! Gospodynią tutaj!

Gospodynią czego? Wykańczasz własnego syna. Nie obchodzi cię, że może nie wyjść ze szpitala. Bylebyś miała cieplej i jadło lepsze.

Dzwoniłam dziś do tej placówki, o której mówiłam. Jest wolne miejsce, za pieniądze ze sprzedaży twojego mieszkania zapłacimy pobyt. Jest tam świetna opieka.

Nigdzie nie jadę! rozkaszlała się babcia.

To głoduj. Nie mam za co kupić ci jedzenia. Jutro idę na dodatkową pracę, wrócę późno. Woda w butelce na stoliku. Przemyśl to.

Jagoda wyszła i zamknęła drzwi. Cała się trzęsła. Nigdy nie była okrutna, ale teraz wiedziała, że jeśli nie zmieni sytuacji, straci ojca.

A babcia babcia przeżyje wszystkich, jeśli dalej będzie im wysysać życie.

Noc minęła cicho. Jagoda nie wchodziła do pokoju, choć słyszała, jak babcia najpierw ją woła, potem płacze, potem klątwami rzuca. Przyszła dopiero rano.

Daj się napić zachrypiała staruszka.

Jagoda podała kubek.

No i co? Podpisujemy? Notariusz przyjedzie o dwunastej.

Wstręciuchy wyszeptała babcia, tym razem już bez złości. Wszystko zabrać chcecie Dobra. Pisz swoje papiery.

Ale powiedz Stasiowi niech odwiedza.

Będzie odwiedzał. Jak już zacznie chodzić. Ja też będę przyjeżdżać. Obiecuję.

***
Stanisław siedział na ławce w parku domu opieki. Wyglądał dobrze przytył, nabrał rumieńców.

Obok, na wózku siedziała jego mama czysta, w nowym ciepłym szalu, powoli jadła jabłko.

Staś? Staś, zawołała.

Tak, mamo?

Ty Z tą Zofią się dogadałeś? Pogodziliście się?

Stanisław zdziwiony popatrzył na nią.

Dogadaliśmy się. Obiecała wpaść w sobotę.

To dobrze, Bronisława odwróciła się do kwiatów. Niech przyjedzie. Tu jest pielęgniarka, Helenka, straszna zołza, wiecznie mi zwraca uwagę.

Niech twoja Zofia zobaczy, jak mnie traktują.

Tylko ty, Staś, jej nie krzywdź! Niewłaściwie, jak mężczyzna kobietę do płaczu doprowadza.

Twój tata

Stanisław uśmiechnął się i ujął rękę matki. Aleją biegła już Jagoda, machała ręką i promieniała radością.

Tato! Babciu! krzyczała już z daleka. Dostałam stypendium! I w pracy etat mi podnieśli!

Stanisław wstał i otworzył ramiona. Bronisława patrzyła na nich zmrużonymi oczami.

Wciąż czuła, że niesprawiedliwie ją wyrzucono z rodzinnego gniazda, ale na głos już tego nie mówiła.

Gdy podeszła opiekunka i zaproponowała masaż, staruszka tylko poważnie skinęła głową.

Chodźmy, dziecko. Tylko ostrożnie, jestem krucha. Ostatnio ten masażysta tak mi nogę wykręcił

Powiedz mu, żeby delikatniej. Jak niedźwiedź, naprawdę

Pielęgniarka odjechała z wózkiem, Jagoda uściskała ojca, i przez długi czas stali razem, patrząc na wysokie sosny.

Po raz pierwszy od dawna wszyscy troje czuli się naprawdę szczęśliwi.

***

Bronisława Antonina doczekała się prawnuka Jagoda skończyła studia, wyszła za mąż za dobrego człowieka, urodził się syn.

Stanisław ożenił się z Zofią, drugą synową Bronisława przyjęła z życzliwością, z czasem stosunki z Zofią ułożyły się w ciche zaufanie Zofia zapomniała urazy, które spotkały ją na początku.

Babcia odeszła cicho, we śnie, nie chowając żalu ani do wnuczki, ani do syna.

Rate article
Fajna Tajna
Oddali do domu spokojnej starości — Nawet o tym nie wspominaj, Aliska! — Krawdzia Stepanowna z rozmachem odepchnęła od siebie talerz z owsianką. — Chcesz mnie oddać do jakiegoś państwowego przytułku? Żebym leżała pod kroplówkami jak wariatka i żeby mnie poduszką przykrywali, żebym nie krzyczała? Nie doczekasz się! Ala głęboko odetchnęła, starając się nie patrzeć na drżące ręce babci. — Babciu, to żaden państwowy dom! To prywatny dom opieki. Las obok, pielęgniarki całą dobę. Będziesz miała z kim pogadać, jest wielki telewizor. Tutaj siedzisz sama całe dnie, kiedy tata jest w pracy. — Znam ja to “towarzystwo” — zacharczała staruszka, układając się wygodniej na poduszkach. — Okantują do ostatniego grosza, mieszkanie zabiorą, a mnie do rowu wyrzucą. Powiedz Pawłowi: z tego domu żywa nie wyjdę. Niech sam się mną opiekuje. Syn czy kto? Wychowałam go, nie spałam po nocach, jak miał szkarlatynę. Teraz jego kolej. — Tata tyra na dwie zmiany, żeby kupić ci leki! Ma 53 lata, ciśnienie mu skacze, od trzech lat nie wyszedł nawet do kina, nie mówiąc o urlopie! — Poradzi sobie — ucięła Krawdzia Stepanowna, mocno zaciskając usta. — Jest młody, wytrzyma. A ty nie pouczaj, jajko kury nie uczy. Idź, wytrzyj kaszę. Narobiliście tu bałaganu! Ala wyszła na korytarz i ciężko odetchnęła. Jak z nią rozmawiać?! Ojciec wrócił do domu o siódmej wieczorem. Nie zdjął butów, przysiadł na taborecie w przedpokoju i po prostu przez chwilę siedział, patrząc w jeden punkt. — Tato, wszystko w porządku? — Ala wyszła do niego, przejmując ciężką torbę z zakupami. — W porządku, Ala. Na magazynie masakra, zaraz raporty roczne. Jak babcia? — Jak zwykle. Kolejna awantura o dom opieki. Mówi, że chcemy ją zgładzić. Tato, tak się nie da. Sprawdziłam rachunki — na jedzenie zostaje nam trzy tysiące. A jeszcze moje akademik i podręczniki. — Damy radę — westchnął Paweł, ciężko wstając i zdejmując buty. — Złapałem jeszcze dodatkową robotę. Noce na ochronie, co drugi dzień. — Oszalałeś? Kiedy będziesz spał? Przecież padniesz gdzieś! Paweł nic nie odpowiedział. Poszedł do kuchni, nalał wody do rondelka i postawił na gazie. — Jadła coś? — Połowę wylała na łóżko. Zmieniłam pościel. — Dobrze. Idź się ucz, masz sesję. Ja ją nakarmię i umyję. Ala patrzyła, jak ojciec kuleje do pokoju babci. Strasznie go żałowała. Widziała, jak z dawniej silnego, wesołego mężczyzny powoli robi się cień człowieka. Zniknęły żarty, chęć do życia. *** Tydzień później było jeszcze gorzej — wrócił do domu później niż zwykle i zataczał się. Ala od razu się zaniepokoiła. — Tato? Źle się czujesz? — Wszystko ok. Tylko słabo mi się zrobiło w metrze. Duszno tam. — Usiądź. Zmierzę ci ciśnienie. Na ciśnieniomierzu wyskoczyło 180 na 110. Ala bez słowa podała tabletki. — Jutro nigdzie nie idziesz. Wzywam lekarza. — Nie mogę — skrzywił się tata. — Jutro kontrola. Jak mnie nie będzie, premii nie dostanę. A przyszło wyższe OC za mieszkanie babci. — Sprzedaj to mieszkanie! — Ala ściszyła głos, żeby babcia nie słyszała. — Jedynka w Piasecznie. Sześćset tysięcy! Spłacimy długi, opłacimy dobrą opiekunkę. Ojciec westchnął: — Mama nie daje zgody… — Przez pięć lat tam nie była! Po co jej ono, skoro leży? Ojciec nie zdążył odpowiedzieć. W pokoju po drugiej stronie ściany zabrzmiało gwałtowne stuknięcie. Krawdzia Stepanowna waliła kubkiem w szafkę, żądając uwagi. — Paweł! Paweł, chodź tu! Z kim się tam szepczesz? Znów mnie obgadujecie? — dobiegł jej chrapliwy głos. Ojciec westchnął, połknął tabletkę i poszedł. *** Jeszcze sześć lat temu ojciec miał kobietę. Ela, dobra, spokojna, czasem wpadała z ciastem, planowali z tatą wyjazd nad Zalew Zegrzyński. Wszystko się skończyło, gdy babcia zachorowała. Ela próbowała pomóc, ale babcia zrobiła jej taki horror, że kobieta nie wytrzymała. — Przyszła na gotowe! Synka mojego okradać będzie! — wrzeszczała na cały dom, udając zawał, gdy tylko Paweł wychodził na randkę. — Wypędź ją stąd! Won! Ela odeszła, a ojciec nawet nie próbował jej zatrzymać. Telefon zadzwonił wieczorem, gdy Ala przygotowywała się do egzaminu. Ojca jeszcze nie było. — Halo? — Pan Paweł? — spytał męski głos. — Nie, to córka. Coś się stało? — Dzwonię z kadr. Ojciec dziś zemdlał na zebraniu. Zadzwoniliśmy po karetkę, zawieźli go do miejskiego szpitala. Proszę zapisać adres. Ala gorączkowo zapisała dane na marginesie notatek. Ledwie skończyła, babcia już wołała. — Aliska! Kto to dzwoni? Paweł gdzie? Niech mi zrobi herbaty, chce mi się pić! — Tata w szpitalu — rzuciła Ala. — W szpitalu? — babcia na sekundę zamilkła, po czym dodała: — A widzisz! Krzyczał na mnie wczoraj, to teraz kara. Nikt mnie nie szanuje! Kto mnie teraz nakarmi? Stawiaj czajnik! Ala wyszła w milczeniu. *** Trzy dni Ala rozdzierała się między szpitalem i domem. U ojca wykryto kryzys nadciśnieniowy przez skrajne wyczerpanie psychiczne. Lekarze zakazali mu nawet wstawać. — Ala, jak mama? — zapytał pierwsze, gdy weszła na salę. — Dobrze, tato. Sąsiadka zagląda, pomaga. Myśl o sobie. Masz leżeć minimum dwa tygodnie. — Jakie dwa tygodnie… Zwolnią mnie… Pieniędzy… — Śpij — przykryła go kocem. — Ja wszystko załatwię. Obiecuję. Czwartego dnia, wracając do domu, Ala została powitana przez babcię gradem wyrzutów. — Gdzie wędrujesz? Brudna tu leżę, Paweł się obija, a ja tu ginię! Ala zacisnęła pięści i spokojnie powiedziała: — Słuchaj, babciu. Tata jest w ciężkim stanie, grozi mu udar, jeśli się jeszcze raz zdenerwuje. — Nie gadaj głupot! — fuknęła babcia. — Jest silny, po dziadku. Dawaj, obróć mnie, bok boli. — Nie — Ala usiadła na krześle. — Nie będę cię obracać. Karmić też nie. Babcia wytrzeszczyła oczy. — Co to za nowości? Zwariowałaś? — Nie mamy pieniędzy. Wcale. Tata nie pracuje, premii nie dostanie, twoja emerytura nie starczy nawet na pampersy i leki. — Bzdura! Paweł musi mieć ukrytą kasę! — Nie ma żadnych zapasów. Wszystko poszło na twoje badania w zeszłym miesiącu. Masz wybór: podpisujesz teraz dokumenty na sprzedaż tej kawalerki, albo jutro dzwonię po opiekę społeczna, zabiorą cię do państwowego domu starców. Za darmo. — Nie odważysz się! — wrzasnęła Krawdzia Stepanowna. — Ja jego matka! Ja tu rządzę! — Czym rządzisz? Wykańczasz własnego syna. Nie obchodzą cię jego zdrowie, najważniejsze, żebyś miała miękkie łóżko i ciepły koc. Dzwoniłam dziś tam, gdzie rozmawialiśmy. Zwolniło się miejsce, pieniądze ze sprzedaży pójdą na prywatny dom. Opieka świetna. — Nie pojadę! — babcia aż się zakrztusiła. — To głoduj. Nie mam już pieniędzy na jedzenie dla ciebie. Jutro idę na zmianę, wrócę wieczorem. Woda stoi na szafce. Myśl. Ala wyszła i zamknęła drzwi. Trzęsła się w środku. Nigdy nie była twarda, ale teraz wiedziała: jeśli nie postawi się tej sytuacji, straci ojca. A babcia… ona przeżyje ich wszystkich, jeśli pozwolić jej dalej wysysać z nich życie. Noc minęła w ciszy. Ala nie wchodziła do pokoju, choć słyszała, jak babcia raz woła, raz płacze, raz złorzeczy. Przyszła tylko rano. — Daj pić… — zachrypiała staruszka. Ala podała jej kubek. — I co? Podpiszemy dziś? Notariusz przyjedzie o dwunastej. — Sz…syny — wyszeptała babcia bez dawnych złości. — Zabierzecie wszystko… Dobra, pisz te papiery. Tylko Pawłowi powiedz… Powiedz, żeby odwiedzał… — Będzie odwiedzał. Jak tylko stanie na nogi. I ja też będę przyjeżdżać. Obiecuję. *** Paweł siedział na ławce w parku przy domu opieki. Wyglądał dobrze — nabrał cery i wigoru. Obok na wózku siedziała jego mama, czysta, w nowym, ciepłym szalu, żuła jabłko. — Paweł? Paweł… — zawołała. — Tak, mamo? — A z Elą gadałeś? Pogodziliście się? Paweł spojrzał zaskoczony. — Rozmawiałem. Obiecała przyjechać w sobotę. — No i dobrze — babcia odwróciła się do kwiatów. — Niech wpada. Tu jest pielęgniarka, Lenka, taka szorstka, tylko zwraca mi uwagę bez przerwy. Niech Ela zobaczy, jak mnie traktują. I pamiętaj, Paweł, nie krzywdź jej! Niedobrze, jak facet doprowadza kobietę do łez. Jak twój ojciec… Paweł się uśmiechnął i ścisnął matce dłoń. Aleją biegła Ala, wymachując radośnie ręką. — Tato! Babciu! — wołała jeszcze z daleka. — Dostałam grant! I w pracy zwiększyli mi etat! Paweł wstał z ramionami otwartymi. Babcia patrzyła na nich mrużąc oczy. Wciąż uważała, że niesprawiedliwie ją wykurzono z rodzinnego gniazda, lecz głośno pretensji już nie sygnalizowała. Kiedy podeszła opiekunka i delikatnie zaproponowała masaż, babcia tylko dumnie skinęła głową. — Chodźmy, kochanie. Tylko pamiętaj, żeby delikatnie, ja kobieta krucha. Ostatnio masażysta ścisnął mi nogę… Powiedz mu, niech będzie ostrożniejszy. Jak niedźwiedź, słowo daję… Pielęgniarka odjechała z wózkiem, Ala objęła tatę i przez długi czas stali razem, patrząc na wysokie sosny. Po raz pierwszy od dawna cała trójka była naprawdę szczęśliwa. *** Krawdzia Stepanowna doczekała prawnuka — Ala skończyła studia, wyszła za mąż za wspaniałego człowieka i urodziła syna. Paweł ożenił się z Elą, a druga synowa została przez babcię zaakceptowana, stosunki były ciepłe i serdeczne — Ela wybaczyła wszystkie “grzeszki” z początku znajomości. Stara kobieta odeszła spokojnie, we śnie, nie chowając urazy ani do wnuczki, ani do syna.