Widziałam to na własne oczy Kończyła już rozliczenie w księgowości, kiedy kierowniczka wychyliła się z gabinetu i zapytała, czy jutro da radę „przejąć” raport o dostawcach. W głosie brzmiała łagodna prośba, której się nie odmawia. Kiwnęła głową, choć w myślach od razu układała listę: odebrać syna ze szkoły, podjechać po lekarstwa dla mamy, sprawdzić zadanie domowe. Od dawna żyła tak, by nie dyskutować, nie rzucać się w oczy, nie dawać powodów. W pracy nazywano to solidnością, w domu — spokojem. Wieczorem szła od przystanku do bloku, ściskając przy boku siatkę z zakupami. Syn szedł obok, zapatrzony w telefon, co jakiś czas pytając, czy może „jeszcze pięć minut”. Odpowiadała „potem”, bo potem zawsze przychodziło samo. Na przejściu przy skrzyżowaniu koło Biedronki zatrzymała się na zielonym. Samochody stały w dwóch rzędach, ktoś nerwowo trąbił. Zrobiła krok na pasy i w tym momencie z prawego rzędu gwałtownie wyjechał ciemny SUV. Ruszył jakby zrywając się z miejsca, wyprzedził stojących i próbował przeskoczyć na migającym. Uderzenie zabrzmiało sucho, jakby upadła ciężka szafa. SUV wbił się w białego Opla, który wyjeżdżał na skrzyżowanie. Opla obróciło, tył wpadł na przejście. Ludzie odsuwali się w panice. Zdążyła tylko złapać syna za rękaw i przyciągnąć do siebie. Sekunda — i wszystko zamarło. Potem ktoś krzyknął. Kierowca Opla siedział pochylony, nie podnosił głowy. W SUV-ie zadziałały poduszki, za szybą mignęła twarz mężczyzny, już sięgał po klamkę. Postawiła zakupy na asfalt, wyjęła telefon i wykręciła 112. Głos operatora był równy, jakby to nie działo się tu i teraz. — Wypadek, skrzyżowanie przy Biedronce, są ranni, — mówiła, starając się mówić wyraźnie. — Samochód obróciło na przejście, kierowca w białym aucie… nie wiem, czy przytomny. Syn stał blady, patrząc na nią tak, jakby nagle stała się dorosła naprawdę. Odpowiadając operatorowi, zauważyła, jak do Opla podbiegł młody chłopak, otworzył drzwi, coś mówił do kierowcy. Mężczyzna z SUV-a wyszedł pewnie, rozejrzał się, mówił do telefonu. W płaszczu z Zary, bez czapki, trzymał się, jakby wokół była tylko opóźniona odprawa lotu. Przyjechała karetka, zaraz potem policyjna Astra. Policjant spytał, kto widział moment zderzenia. Podniosła rękę, bo inaczej byłoby to dziwne: stała tam przecież. — Poproszę dane — powiedział, wyjmując notes. — I jak to było. Podała nazwisko, adres, telefon. Mówiła sucho i spokojnie. Wytłumaczyła, że SUV wyjechał z prawego, że Opel jechał na swoim zielonym, że na pasach byli ludzie. Policjant notował, kiwał głową. Mężczyzna z SUV-a podszedł bliżej, jakby mimochodem. Spojrzał krótko, bez groźby, ale tak, że zrobiło jej się nieswojo. — Jest pani pewna? — spytał cicho, mimochodem. — Tam kamera, wszystko widać. — Mówię, co widziałam — odpowiedziała. I natychmiast żałowała tonu: za bardzo wprost. Uśmiechnął się półgębkiem i odszedł do policjanta. Syn szarpnął ją za rękaw. — Mamo, wracamy? — poprosił. Policjant oddał jej dowód, który wyjęła z torebki, powiedział, że mogą ją jeszcze wezwać. Kiwnęła głową, zabrała zakupy i poprowadziła syna przez podwórko. W domu długo myła ręce, choć były czyste. Syn milczał, potem spytał: — Tego pana posadzą? — Nie wiem — powiedziała. — To nie my decydujemy. W nocy śnił się jej huk uderzenia i SUV, który jakby przesuwał powietrze przed sobą. Następnego dnia w pracy próbowała skoncentrować się na cyfrach, ale wciąż wracała myślami do skrzyżowania. Po obiedzie zadzwonił nieznany numer. — Dzień dobry, była pani wczoraj świadkiem — powiedział męski głos, uprzejmy, bez przedstawienia. — Dzwonię w sprawie tamtych osób. Chcemy, by pani się nie przejmowała. — Kim pan jest? — spytała. — To nieważne. Sytuacja niezręczna, ale tam wszystko nie takie proste. Zapewne pani rozumie, że teraz na świadków często się naciska, ciągają po sądach. Jest pani tego potrzebne? Ma pani dziecko, pracę. Mówił łagodnie, jakby doradzał proszek do prania. Przez to bała się bardziej. — Nikt na mnie nie naciska — powiedziała, czując drżenie głosu. — I niech tak zostanie. Proszę tylko powiedzieć, że nie jest pani pewna. Że wszystko działo się szybko. Tak wszystkim będzie spokojniej. Rozłączyła się i patrzyła chwilę na ekran. Potem schowała telefon do szuflady, tak jakby tam ukryła rozmowę. Wieczorem odebrała syna ze szkoły, pojechała do mamy. Mama mieszkała w sąsiedniej dzielnicy, w starej “kostce”. Otworzyła drzwi w szlafroku, od razu narzekała na ciśnienie i na to, że w przychodni znowu pokręcili rejestrację. — Mamo — mówiła, pomagając z lekarstwami — gdybyś widziała wypadek i cię prosili „nie mieszaj się”, co byś zrobiła? Mama spojrzała zmęczona. — Nie mieszałabym się. W moim wieku nie dla mnie bohaterstwo. Ty też nie mieszaj. Masz dziecko. Słowa były zwyczajne, prawie czułe. Ale zrobiło jej się przykro, jakby mama nie wierzyła, że da radę. Następnego dnia telefon powtórzył się. Numer inny. — Po prostu się martwimy — powiedział znajomy głos. — Każdy ma rodzinę, pracę. Pomylili się, bywa. Ale świadków później latami ciągają. Po co pani to? Może lepiej napisać, że nie widziała pani momentu uderzenia. — Widziałam — powiedziała. — Jest pani pewna, że chce się w to wplątać? — ton się ochłodził. — Syn z… której szkoły chodzi? Poczuła, jak środek się ściska. — Skąd to pan wie? — spytała. — Miasto małe — odpowiedział spokojnie. — Nie jesteśmy wrogami. Chodzi o pani spokój. Odłożyła telefon i długo siedziała w kuchni, patrząc na blat. Syn odrabiał lekcje, szurał zeszytami. W pewnym momencie wstała, zamknęła drzwi na łańcuch, choć to głupie: przed telefonem łańcuch nie ochroni. Kilka dni później przed klatką zatrzymał ją mężczyzna w kurtce bez znaków. Stał, jakby czekał tylko na nią. — To pani z mieszkania dwadzieścia siedem? — spytał. — Tak — odpowiedziała odruchowo. — W sprawie tego wypadku. Niech się pani nie boi — podniósł dłonie — jestem znajomym znajomych. Przecież nie chce pani, żeby potem ciągali po sądach. Wszystko można załatwić po ludzku. Powie pani, że niepewna, i koniec. — Nie biorę pieniędzy — wyrwało jej się. Sama nie wiedziała, czemu. — Nikt nie mówi o pieniądzach — uśmiechnął się. — Mówimy o spokoju. Ma pani dziecko, wie pani, jakie teraz czasy. W szkole różnie bywa, w pracy też. Po co pani kłopot? „Kłopot” brzmiało tak, jakby był śmieciem, który można wynieść. Minęła go bez słowa. Weszła na piętro, otworzyła drzwi, zorientowała się, że ręce jej się trzęsą. Postawiła torbę, zdjęła kurtkę i poszła do syna. — Jutro nie wychodź sam ze szkoły — powiedziała najspokojniej jak umiała. — Odbiorę cię. — Co się stało? — spytał. — Nic — odparła. I zrozumiała, że właśnie zaczyna żyć w kłamstwie. W poniedziałek przyszło wezwanie. Do wydziału w sprawie zeznania i rozpoznania sprawcy wypadku. Oficjalna kartka z pieczątką. Włożyła ją do teczki, ale czuła, jakby schowała tam kamień. Wieczorem kierowniczka zatrzymała ją po pracy. — Słuchaj — powiedziała, zamykając drzwi. — Przyszli tu do mnie. Pytali o ciebie. Bardzo grzeczni. Powiedzieli, że jesteś świadkiem, że lepiej byś się nie denerwowała. Nie lubię, jak ktoś przychodzi do mnie o pracowników. Uważaj tam. — Kto to był? — spytała. — Nie przedstawili się. Ale tacy… pewni siebie — wzruszyła ramionami. — Mówię ci po ludzku. Może lepiej się wycofać? Raporty, kontrole… Jak się zacznie zamieszanie, wszystkim to przeszkadza. Wyszła z gabinetu z poczuciem, że odbierają jej nie tylko prawo do głosu, ale miejsce, w którym mogła się ukryć za tabelą. W domu opowiedziała wszystko mężowi. Jadł zupę, słuchał milcząc. Odłożył łyżkę. — Wiesz, że to może się źle skończyć? — spytał. — Wiem — odpowiedziała. — To po co? — nie mówił surowo, raczej zmęczony. — Mamy kredyt, twoją mamę, dziecko. Chcesz, żeby się o nas czepiali? — Nie chcę — powiedziała. — Ale widziałam. Spojrzał, jakby usłyszał dziecięcy wybryk. — Widziałaś, to zapomnij — powiedział. — Nic nikomu nie jesteś winna. Nie dyskutowała. Sprzeczanie się znaczyłoby przyznać, że ma wybór, a wybór dusił mocniej niż groźby. W dniu wezwania wstała wcześnie, zrobiła synowi śniadanie, sprawdziła telefon. Do torby włożyła dowód, wezwanie, notes. Przed wyjściem napisała przyjaciółce, gdzie idzie i kiedy wyjdzie. Odpisała krótko: „Zrozumiałam. Daj znać, jak skończysz”. W komisariacie pachniało papierami i mokrą wycieraczką. Zdjęła kurtkę, zawiesiła na wieszaku, podeszła do dyżurki. Skierowali ją do pokoju śledczego. Śledczy był młody, zmęczony. Zaprosił na krzesło, włączył dyktafon. — Wie pani, że za fałszywe zeznania grozi kara? — spytał. — Wiem — powiedziała. Pytał spokojnie, bez nacisku. Gdzie stała, jaki był sygnał, z której strony jechał SUV, czy widziała prędkość. Odpowiadała, nie dodając nic od siebie. W pewnej chwili spojrzał jej w oczy. — Dzwonił ktoś do pani? — zapytał. Zawahała się. Powiedzieć — znaczyło przyznać, że już ją zastraszają. Nie powiedzieć — zostawić problem sobie. — Tak — odpowiedziała. — Dzwonili. I podchodzili pod klatką. Mówili, żebym powiedziała, że nie jestem pewna. Kiwnął, jakby się tego spodziewał. — Ma pani numery? Wyjęła telefon, pokazała połączenia. Przepisał, prosił o screeny i wysłanie na służbowy adres. Zrobiła to od razu, palce drżały. Potem kazali jej czekać w korytarzu na rozpoznanie. Siedziała na ławce, trzymając torbę. W drzwiach pojawił się mężczyzna z SUV-a. Szedł z adwokatem, coś szeptał. Gdy przechodził, spojrzał na sekundę, wzrok spokojny, trochę zmęczony, jak człowiek, który jest pewien, że wszystko można załatwić. Adwokat się zatrzymał. — Pani jest świadkiem? — spytał z uśmiechem. — Tak — odpowiedziała. — Zalecam ostrożność. W stresie ludzie często się mylą. Nie chciałaby pani odpowiadać za pomyłki. — Chcę powiedzieć prawdę — powiedziała. Adwokat uniósł brwi. — Każdy ma swoją prawdę — odparł, odchodząc. Wezwano ją. Pokazali zdjęcia, prosili wskazać sprawcę. Wskazała. Potem podpisała protokół, długopis zostawiał wyraźny ślad, co ją dziwnie uspokajało: ten ślad nie da się zmazać jednym telefonem. Gdy wyszła, było już ciemno. Do przystanku oglądała się — nikt nie szedł. W autobusie usiadła koło kierowcy, jak ci, którzy chcą choć trochę bezpieczeństwa. W domu mąż milczał. Syn wychylił się z pokoju. — I jak? — spytał. — Powiedziałam jak było — odpowiedziała. Mąż westchnął ciężko. — Wiesz, że nie przestaną teraz? — powiedział. — Wiem — powtórzyła. Nie spała. Słuchała drzwi na klatce, kroków na schodach. Każdy dźwięk był sygnałem. Rano zaprowadziła syna do szkoły, mimo że było to niewygodne. Poprosiła wychowawczynię, by bez pozwolenia nie puszczała syna z nikim, nawet jeśli ktoś powie, że „od mamy”. Nauczycielka patrzyła uważnie, bez pytań, tylko skinęła głową. W pracy szefowa mówiła do niej sucho. Dawała coraz mniej zadań, jakby stała się zagrożeniem. Koledzy patrzyli ukradkiem, szybko odwracali wzrok. Nikt nie mówił wprost, ale wokół pojawiła się próżnia. Przez tydzień nie było telefonu, potem SMS: „Pomyśl o rodzinie”. Bez podpisu. Pokazała go śledczemu, jak prosił. Krótko odpisał: „Zapisane. Jak cokolwiek się pojawi, od razu proszę zgłaszać”. Nie czuła się bezpieczna, ale czuła, że jej słowa nie zniknęły. Wieczorem sąsiadka z parteru dogoniła ją przy windzie. — Słyszałam, że masz sprawę — powiedziała ciszej. — Jak coś, mój mąż często w domu. Dzwoń śmiało. I kamerę na klatkę byśmy chcieli — zróbmy składkę. Mówiła zwyczajnie, jak o domofonie. A ją ścisnęło w gardle. Po miesiącu znów dostała wezwanie. Śledczy powiedział, że sprawa idzie do sądu, będą dalsze narady, może ją wezwą. Nie obiecywał, że winny będzie ukarany jak chce. Mówił o procedurach, ekspertyzach, schematach. — Ktoś jeszcze groził? — zapytał. — Nie — odpowiedziała. — Ale cały czas czekam. — To normalne — powiedział. — Proszę próbować żyć dalej. A jak coś — od razu zgłaszać. Wyszła i złapała się na tym, że „normalne” brzmi obco. Jej życie już nie było takie jak przedtem. Zmieniła ścieżki, nie zostawiała syna bez opieki, nagrywała rozmowy, umówiła się z przyjaciółką: piszę, jak wchodzę do domu. Nie czuła się silna. Czuła się jak ktoś, kto po prostu trzyma się na powierzchni, by nie utonąć. W sądzie znów zobaczyła mężczyznę z SUV-a. Siedział wyprostowany, słuchał, czasem coś notował. Nie patrzył na nią — to było gorsze niż spojrzenie: jakby była częścią nudnej formalności. Spytali, czy jest pewna swoich słów. Przez chwilę poczuła falę strachu. Przed oczami syn przy szkole, kierowniczka z suchą twarzą, mama z radą „nie mieszaj się”. Ale powiedziała: — Tak. Jestem pewna. Po rozprawie wyszła przed schody. Ręce lodowate, choć miała rękawiczki. Przyjaciółka napisała: „Jak się czujesz?” Odpisała: „Żyję. Wracam”. Po drodze zajrzała do sklepu po chleb i jabłka, bo w domu trzeba było zjeść kolację. Dziwnie ją to pocieszyło: świat nie zamiera, wymaga zwykłych czynności. W domu syn wybiegł do drzwi. — Mamo, przyjdziesz dziś na zebranie? — zapytał. Spojrzała na niego i zrozumiała, że właśnie dla takiego pytania się trzymała. — Przyjdę — powiedziała. — Najpierw zjemy. Potem, gdy zamykała drzwi na dwa zamki i sprawdzała łańcuch, zauważyła, że robi to nie w panice, lecz spokojnie — jak część nowego życia. Cena spokoju była wysoka. Nie wygrała, nie usłyszała podziękowań, nie została bohaterką. Ale zostało jej ciężkie, zwyczajne przekonanie: nie wycofała się z tego, co widziała, i już nie musi się chować przed sobą.

Wszystko widziałam

Kiedy zamykała kasę w księgowości, szefowa wychyliła się z gabinetu i zapytała, czy jutro może przejąć raport o dostawcach. W głosie słychać było prośbę, której trudno odmówić.

Kiwnęła głową, choć od razu ułożyła w myślach plan: odebrać syna ze szkoły, zajrzeć do apteki po lekarstwa dla mamy, w domu sprawdzić zadanie domowe. Od dawna żyła tak, by nie wdawać się w konflikty, nie zwracać na siebie uwagi i nie dawać pretekstu do rozmów. W pracy nazywano ją solidną, w domu spokojną.

Wieczorem wracała z przystanku, mocno ściskając reklamówkę z zakupami przy biodrze. Syn szedł obok, zapatrzony w telefon, co chwila pytając, czy może jeszcze pięć minut. Odpowiadała potem, bo potem zawsze przychodziło samo.

Na skrzyżowaniu przy galerii handlowej zatrzymała się na zielonym świetle dla pieszych. Samochody stały w dwóch rzędach, ktoś nerwowo trąbił. Zrobiła krok na pasy i wtedy z prawego rzędu wystrzelił ciemny SUV. Wyglądało, jakby ktoś zwolnił hamulec: przejechał obok stojących aut, próbując zdążyć na migającym świetle.

Uderzenie zabrzmiało ostro, jak kiedy spada ciężka szafa. SUV wjechał w białego Fiata, który ruszał na skrzyżowanie. Fiata obróciło, tył zniosło prosto na pasy. Ludzie na przejściu cofnęli się gwałtownie. Zdążyła tylko złapać syna za rękaw i przyciągnąć do siebie.

Sekunda i wszystko zamarło. Potem ktoś krzyknął. Kierowca Fiata siedział skulony, długo nie podnosił głowy. W SUV-ie zadziałały poduszki powietrzne, za szybą zamajaczyła twarz mężczyzny, który już łapał za klamkę drzwi.

Położyła reklamówkę na asfalcie, wyjęła telefon i zadzwoniła pod 112. Operator mówił spokojnie, jakby to działo się gdzie indziej.

Wypadek, skrzyżowanie przy galerii, są poszkodowani mówiła powoli i wyraźnie. Fiat skręcony na pasach, nie wiem, czy kierowca jest przytomny.

Syn stał obok, blady, patrzył na nią jakby nagle stała się dorosła na serio.

Podczas rozmowy z operatorem do Fiata podbiegł młody chłopak, otworzył drzwi, odezwał się do kierowcy. Mężczyzna z SUV-a wyszedł szybko, spokojnie, rozglądał się, coś powiedział przez telefon. Był w eleganckim płaszczu, bez czapki, wyglądał jakby to była zwykła opóźniona podróż.

Podjechała karetka, potem radiowóz. Policjant zapytał, kto widział moment zderzenia. Podniosła rękę, bo przecież stała tuż obok.

Proszę dane powiedział funkcjonariusz, wyjmując notes. I opisać, jak było.

Podała nazwisko, adres, telefon. Mówiła rzeczowo. Wyjaśniła, że SUV wystrzelił z prawego rzędu, Fiat jechał na zielone, na przejściu byli ludzie. Policjant kiwał głową, notował.

Mężczyzna z SUV-a zbliżył się, niby przypadkiem. Spojrzał na nią krótko, bez groźby, ale poczuła się nieswojo.

Jest pani pewna? zagadnął cicho, mimochodem. Kamera wszystko nagrała.

Powiedziałam, że widziałam odparła. Pożałowała od razu tonu za bardzo bezpośredni.

Uśmiechnął się półgębkiem i podszedł do policjanta. Syn pociągnął ją za rękaw.

Mamo, chodźmy do domu poprosił.

Policjant oddał jej dowód, który wcześniej podała, mówiąc, że mogą jeszcze ją wezwać. Skinęła głową, chwyciła reklamówkę i poprowadziła syna przez podwórko. W domu długo myła ręce choć były czyste. Syn milczał, po chwili spytał:

Tego pana wsadzą do więzienia?

Nie wiem odpowiedziała. To nie my decydujemy.

W nocy śnił jej się dźwięk uderzenia i uczucie, jakby SUV przesuwał powietrze przed sobą.

Następnego dnia w pracy próbowała skupić się na cyfrach, ale myśli wciąż wracały na skrzyżowanie. Po obiedzie zadzwoniono z nieznanego numeru.

Dzień dobry, była pani świadkiem wczorajszej kolizji odezwał się męski, uprzejmy głos. Jestem od ludzi stamtąd. Chcemy, by się pani nie stresowała.

Kim pan jest? spytała.

To nieważne. Sytuacja jest skomplikowana. Wie pani, dziś świadków ciąga się po sądach, a sama ma pani dziecko, pracę. Po co to wszystko?

Mówił łagodnie, jakby radził wybór proszku do prania. To było tym bardziej niepokojące.

Nikt mnie nie naciska powiedziała, czując, jak drży jej głos.

I nie musi zgodził się. Wystarczy, że powie pani, że nie jest pewna. Wtedy będzie spokój.

Rozłączyła się, patrzyła chwilę na ekran, potem schowała telefon do szuflady, tak jakby chciała wlalić tam całą rozmowę.

Wieczorem odebrała syna ze szkoły, odwiedziła mamę. Mama mieszkała w sąsiedniej dzielnicy, w starej wielkiej płycie. Otworzyła drzwi w podomce i od razu zaczęła narzekać na ciśnienie i bałagan w przychodni.

Mamo powiedziała, pomagając z tabletkami a gdybyś zobaczyła wypadek i prosili, by się nie mieszać, jak byś zrobiła?

Mama spojrzała zmęczona.

Ja bym się nie mieszała stwierdziła. W moim wieku nie trzeba bohaterstwa. Ty też się nie mieszaj. Masz dziecko.

Te słowa były proste, niemal troskliwe, ale zabolało ją jakby mama nie wierzyła, że da radę.

Następnego dnia telefon znów zadzwonił inny numer.

Po prostu się martwimy odezwał się ten sam głos. On też ma rodzinę, pracę. Każdy może popełnić błąd. A świadka potem latami ciągają po sądach. Po co to pani? Może lepiej napisać, że nie widziała pani samego uderzenia?

Widziałam odparła.

Pani na pewno chce się w to pakować? głos zrobił się chłodny. Syn w której szkole się uczy?

W środku wszystko jej się ścisnęło.

Skąd pan wie? spytała.

Miasto jest małe padła spokojna odpowiedź. Nie jesteśmy wrogami. Chcemy, by miała pani spokój.

Odłożyła telefon i długo siedziała w kuchni, wpatrzona w blat. Syn w pokoju odrabiał lekcje. W końcu zamknęła drzwi na łańcuch, choć wiedziała, że to nie chroni przed telefonem.

Po paru dniach przy klatce zaczepił ją mężczyzna w kurtce bez żadnych znaków. Wyglądał, jakby czekał właśnie na nią.

Pani z mieszkania dwadzieścia siedem? spytał.

Tak odpowiedziała odruchowo.

W sprawie tego wypadku, niech się pani nie boi podniósł dłonie, jakby już się cofała. Jestem od znajomych. Nie chce pani, by ciągano panią po sądach: można to załatwić po ludzku. Wystarczy powiedzieć, że nie jest pani pewna.

Nie biorę pieniędzy wyrwało jej się.

Ja nie o pieniądzach mężczyzna się uśmiechnął. Rozmawiamy o spokoju. Ma pani dziecko, zrozumie pani. Dziś dziwne czasy. W szkole różnie bywa, w pracy też. Po co pani kłopoty?

Mówił kłopoty jak o śmieciach, które można wynieść.

Przeszła obok niego milcząc. Na górze zauważyła, że trzęsą jej się ręce. Postawiła torbę przy szafce, zdjęła kurtkę, poszła do syna.

Jutro nie wychodź sam ze szkoły powiedziała spokojnie. Odbiorę cię osobiście.

Co się stało? spytał.

Nic odpowiedziała. I zrozumiała, że to już kłamstwo, które zaczyna żyć własnym życiem.

W poniedziałek przyszedł wezwanie. Miała stawić się w komendzie na przesłuchanie i okazanie dotyczące wypadku. Papier oficjalny, z pieczęcią. Włożyła go do aktówki, jakby schowała kamień.

Wieczorem szefowa zatrzymała ją po pracy.

Słuchaj zamknęła drzwi gabinetu. Przychodzili do mnie, pytali o ciebie. Bardzo uprzejmie. Powiedzieli, że jesteś świadkiem, i że lepiej, żebyś się nie stresowała. Nie lubię, gdy chodzą za moimi pracownikami. Uważaj.

Kto? spytała.

Nie przedstawili się. Ale byli… pewni siebie wzruszyła ramionami. Powiem po ludzku: może to rzeczywiście nie twój interes? Raporty, kontrole rozumiesz, jeśli zaczną wydzwaniać, wszystkim to przeszkadza.

Wyszła z gabinetu czując, że tracą jej nie tylko głos, lecz także miejsce, gdzie chroniła się wśród cyfr.

W domu powiedziała wszystko mężowi. Siedział w kuchni, jadł zupę, słuchał bez słowa. Po chwili odłożył łyżkę.

Wiesz, że może być źle? spytał.

Wiem odpowiedziała.

Po co więc? nie mówił ostro, raczej zmęczony. Mamy kredyt, mamę, dziecko. Chcesz, żeby nas szarpali?

Nie chcę odrzekła. Ale widziałam.

Spojrzał tak, jakby powiedziała coś dziecinnego.

Widzisz i zapomnij rzekł. Nic nie jesteś nikomu winna.

Nie sprzeciwiła się. Sprzeciw byłby uznaniem, że ma wybór, a wybór bolał bardziej niż groźby.

W dniu przesłuchania wstała wcześniej, zrobiła synowi śniadanie, sprawdziła baterię w telefonie. Do torebki schowała dowód, wezwanie, notes. Przed wyjściem napisała przyjaciółce, dokąd idzie i o której powinna wrócić. Odpisała krótko: Daj znać, jak wrócisz.

W komendzie pachniało papierem i wilgotnymi wycieraczkami. Powiesiła kurtkę, poszła do dyżurnego, skierowano ją do śledczego.

Śledczy był młody, z wyrazem zmęczenia na twarzy. Zaproponował krzesło, włączył dyktafon.

Wie pani, że za fałszywe zeznania grozi odpowiedzialność? zapytał.

Wiem odparła.

Pytania były spokojne, bez nacisku. Gdzie stała, kiedy pojawił się SUV, który był sygnał, czy widziała prędkość. Odpowiadała, unikając szczegółów. W pewnym momencie uniósł wzrok.

Ktoś do pani dzwonił? spytał.

Zawahała się. Powiedzieć znaczy przyznać, że już ją próbowano przestraszyć. Nie powiedzieć zostać z tym sama.

Tak wydusiła. Dzwonili. Podchodzili pod domem, mówili, bym powiedziała, że nie jestem pewna.

Śledczy skinął głową, jakby się spodziewał.

Ma pani numery?

Wyjęła telefon, pokazała połączenia. Zanotował, poprosił o zrzut ekranu, wysłała na służbową pocztę palce drżały.

Zaraz potem wyprowadzono ją na korytarz, czekali na okazanie. Siedziała na ławce, torba na kolanach. Otworzyły się drzwi i zobaczyła mężczyznę z SUV-a. Szedł z adwokatem, rozmawiał cicho. Gdy przechodził obok, przez chwilę spojrzał jej w oczy spokojnie, prawie zmęczonym wzrokiem, jak ktoś przyzwyczajony, że wszystko się załatwia.

Adwokat zatrzymał się przy niej.

Jest pani świadkiem? spytał uprzejmie.

Tak odpowiedziała.

Radzę ostrożność w formułowaniu mówił łagodnie. W stresie wiele się miesza. Nie warto potem tłumaczyć się z pomyłki.

Chcę mówić prawdę odparła.

Adwokat lekko uniósł brwi.

Prawda bywa względna rzucił i odszedł.

Wezwano ją do gabinetu. Pokazano zdjęcia, proszono wskazać kierowcę. Wskazała. Potem podpisała protokół. Długopis zostawiał wyraźny ślad to dziwnie uspokajało: ślad zostanie, nie zniknie jednym telefonem.

Kiedy wychodziła z komendy, było ciemno. Cały czas oglądała się za siebie, choć nikt za nią nie szedł. W autobusie usiadła przy kierowcy, jak ludzie szukający poczucia bezpieczeństwa.

W domu mąż przywitał ją milcząc. Syn wychylił się z pokoju.

No i jak? spytał.

Powiedziałam, jak było odpowiedziała.

Mąż westchnął ciężko.

Wiesz, że nie odpuszczą? powiedział.

Wiem powtórzyła.

Nie spała tej nocy. Słuchała, jak trzaskają drzwi w klatce, jak ktoś schodzi po schodach. Każdy ruch wydawał się sygnałem. Rano odprowadziła syna sama, choć było to niewygodne. Poprosiła wychowawczynię, by syn nie wychodził z kimś obcym, nawet jeśli ktoś powie, że jest od mamy. Nauczycielka spojrzała uważnie, bez pytań, kiwnęła głową.

W pracy szefowa rozmawiała z nią sucho. Otrzymywała coraz mniej zadań jakby stała się zagrożeniem. Zauważyła wzrok koleżanek, które od razu odwracały oczy. Nikt nie mówił wprost, ale otaczała ją cisza.

Przez tydzień był spokój, potem przyszła wiadomość z obcego numeru: Pomyśl o rodzinie. Pokazała ją śledczemu, zgodnie z umową. Odpisał krótko: Zarejestrowaliśmy. Jeśli się powtórzy, zgłaszaj.

Nie czuła się bezpieczna, ale miała poczucie, że jej słowa nie zniknęły.

Pewnego wieczoru sąsiadka z pierwszego piętra zatrzymała ją przy windzie.

Słyszałam, że masz problemy powiedziała cicho. Jeśli coś się dzieje, mój mąż jest w domu. Dzwoń śmiało. Kamerę na wejście chcieliśmy zamontować zrzucimy się, założymy.

Opowiadała zwyczajnie, bez patosu jak o wymianie domofonu. Z tego zrobiło jej się ciepło w środku.

Po miesiącu znów wezwanie. Śledczy mówił, że sprawa trafia do sądu, będą rozprawy, może będzie wezwana. Nie obiecywał, że winny dostanie to, co ona rozumie jako sprawiedliwość. Tłumaczył procedury, ekspertyzy, schematy.

Ktoś jeszcze groził? spytał.

Nie odparła. Ale wciąż czekam.

To normalne powiedział. Proszę żyć jak dawniej. Jakby pojawiły się nowe sygnały, od razu informować.

Wychodziła z komendy ze świadomością, że normalne brzmi obco. Jej życie nie wróciło do poprzedniego rytmu. Robiła wszystko ostrożniej: zmieniała trasy, nie zostawiała syna samego na podwórku, w telefonie ustawiła nagrywanie połączeń, przyjaciółkę informowała, gdy wracała do domu. Nie czuła, by była dzielna czuła, że po prostu trzyma się, by się nie przewrócić.

W sądzie, gdy ją wezwano, znów zobaczyła mężczyznę z SUV-a. Siedział równiutko, notował, nie patrzył na nią. To było gorsze niż spojrzenie jakby była tylko formalnym punktem.

Zapytano ją, czy jest pewna zeznań. Na moment poczuła narastający strach: przed oczami zobaczyła syna pod szkołą, szefową z ostrym wyrazem twarzy, mamę, proszącą, by się nie mieszała. Mimo to odpowiedziała:

Tak. Jestem pewna.

Po rozprawie stanęła na schodach sądu. Miała zmarznięte ręce choć nie zdejmowała rękawiczek. Przyjaciółka napisała: Jak się czujesz? Odpowiedziała: Żyję. Wracam.

Po drodze wstąpiła do sklepu i kupiła chleb oraz jabłka bo jak zawsze: w domu trzeba zrobić kolację. To jakoś ją uspokoiło: świat się nie zatrzymał, nadal wymaga codziennych czynności.

W domu syn przywitał ją, pytając:

Mamo, przyjdziesz dziś na zebranie do szkoły?

Spojrzała na niego dla tego pytania wytrzymała wszystko.

Przyjdę odpowiedziała. Tylko najpierw zjemy.

Później, gdy zamykała drzwi na dwa zamki, sprawdzając, czy łańcuch jest założony, uświadomiła sobie, że robi to nie w panice, ale spokojnie to było częścią nowego życia. I choć nie wygrała, choć nie usłyszała podziękowań, nie została bohaterką, została jej jedna trudna, szczera myśl: nie uciekła od tego, co widziała, i już nie musi chować się przed samą sobą.

Czasem odwaga nie polega na głośnych gestach. Czasem to wytrwanie przy własnej prawdzie, nawet jeśli niewielu to zauważy. A w świecie, gdzie łatwo byłoby odwrócić wzrok i udawać, że nic się nie stało, jej cichy upór stał się czymś ważnym.

Rate article
Fajna Tajna
Widziałam to na własne oczy Kończyła już rozliczenie w księgowości, kiedy kierowniczka wychyliła się z gabinetu i zapytała, czy jutro da radę „przejąć” raport o dostawcach. W głosie brzmiała łagodna prośba, której się nie odmawia. Kiwnęła głową, choć w myślach od razu układała listę: odebrać syna ze szkoły, podjechać po lekarstwa dla mamy, sprawdzić zadanie domowe. Od dawna żyła tak, by nie dyskutować, nie rzucać się w oczy, nie dawać powodów. W pracy nazywano to solidnością, w domu — spokojem. Wieczorem szła od przystanku do bloku, ściskając przy boku siatkę z zakupami. Syn szedł obok, zapatrzony w telefon, co jakiś czas pytając, czy może „jeszcze pięć minut”. Odpowiadała „potem”, bo potem zawsze przychodziło samo. Na przejściu przy skrzyżowaniu koło Biedronki zatrzymała się na zielonym. Samochody stały w dwóch rzędach, ktoś nerwowo trąbił. Zrobiła krok na pasy i w tym momencie z prawego rzędu gwałtownie wyjechał ciemny SUV. Ruszył jakby zrywając się z miejsca, wyprzedził stojących i próbował przeskoczyć na migającym. Uderzenie zabrzmiało sucho, jakby upadła ciężka szafa. SUV wbił się w białego Opla, który wyjeżdżał na skrzyżowanie. Opla obróciło, tył wpadł na przejście. Ludzie odsuwali się w panice. Zdążyła tylko złapać syna za rękaw i przyciągnąć do siebie. Sekunda — i wszystko zamarło. Potem ktoś krzyknął. Kierowca Opla siedział pochylony, nie podnosił głowy. W SUV-ie zadziałały poduszki, za szybą mignęła twarz mężczyzny, już sięgał po klamkę. Postawiła zakupy na asfalt, wyjęła telefon i wykręciła 112. Głos operatora był równy, jakby to nie działo się tu i teraz. — Wypadek, skrzyżowanie przy Biedronce, są ranni, — mówiła, starając się mówić wyraźnie. — Samochód obróciło na przejście, kierowca w białym aucie… nie wiem, czy przytomny. Syn stał blady, patrząc na nią tak, jakby nagle stała się dorosła naprawdę. Odpowiadając operatorowi, zauważyła, jak do Opla podbiegł młody chłopak, otworzył drzwi, coś mówił do kierowcy. Mężczyzna z SUV-a wyszedł pewnie, rozejrzał się, mówił do telefonu. W płaszczu z Zary, bez czapki, trzymał się, jakby wokół była tylko opóźniona odprawa lotu. Przyjechała karetka, zaraz potem policyjna Astra. Policjant spytał, kto widział moment zderzenia. Podniosła rękę, bo inaczej byłoby to dziwne: stała tam przecież. — Poproszę dane — powiedział, wyjmując notes. — I jak to było. Podała nazwisko, adres, telefon. Mówiła sucho i spokojnie. Wytłumaczyła, że SUV wyjechał z prawego, że Opel jechał na swoim zielonym, że na pasach byli ludzie. Policjant notował, kiwał głową. Mężczyzna z SUV-a podszedł bliżej, jakby mimochodem. Spojrzał krótko, bez groźby, ale tak, że zrobiło jej się nieswojo. — Jest pani pewna? — spytał cicho, mimochodem. — Tam kamera, wszystko widać. — Mówię, co widziałam — odpowiedziała. I natychmiast żałowała tonu: za bardzo wprost. Uśmiechnął się półgębkiem i odszedł do policjanta. Syn szarpnął ją za rękaw. — Mamo, wracamy? — poprosił. Policjant oddał jej dowód, który wyjęła z torebki, powiedział, że mogą ją jeszcze wezwać. Kiwnęła głową, zabrała zakupy i poprowadziła syna przez podwórko. W domu długo myła ręce, choć były czyste. Syn milczał, potem spytał: — Tego pana posadzą? — Nie wiem — powiedziała. — To nie my decydujemy. W nocy śnił się jej huk uderzenia i SUV, który jakby przesuwał powietrze przed sobą. Następnego dnia w pracy próbowała skoncentrować się na cyfrach, ale wciąż wracała myślami do skrzyżowania. Po obiedzie zadzwonił nieznany numer. — Dzień dobry, była pani wczoraj świadkiem — powiedział męski głos, uprzejmy, bez przedstawienia. — Dzwonię w sprawie tamtych osób. Chcemy, by pani się nie przejmowała. — Kim pan jest? — spytała. — To nieważne. Sytuacja niezręczna, ale tam wszystko nie takie proste. Zapewne pani rozumie, że teraz na świadków często się naciska, ciągają po sądach. Jest pani tego potrzebne? Ma pani dziecko, pracę. Mówił łagodnie, jakby doradzał proszek do prania. Przez to bała się bardziej. — Nikt na mnie nie naciska — powiedziała, czując drżenie głosu. — I niech tak zostanie. Proszę tylko powiedzieć, że nie jest pani pewna. Że wszystko działo się szybko. Tak wszystkim będzie spokojniej. Rozłączyła się i patrzyła chwilę na ekran. Potem schowała telefon do szuflady, tak jakby tam ukryła rozmowę. Wieczorem odebrała syna ze szkoły, pojechała do mamy. Mama mieszkała w sąsiedniej dzielnicy, w starej “kostce”. Otworzyła drzwi w szlafroku, od razu narzekała na ciśnienie i na to, że w przychodni znowu pokręcili rejestrację. — Mamo — mówiła, pomagając z lekarstwami — gdybyś widziała wypadek i cię prosili „nie mieszaj się”, co byś zrobiła? Mama spojrzała zmęczona. — Nie mieszałabym się. W moim wieku nie dla mnie bohaterstwo. Ty też nie mieszaj. Masz dziecko. Słowa były zwyczajne, prawie czułe. Ale zrobiło jej się przykro, jakby mama nie wierzyła, że da radę. Następnego dnia telefon powtórzył się. Numer inny. — Po prostu się martwimy — powiedział znajomy głos. — Każdy ma rodzinę, pracę. Pomylili się, bywa. Ale świadków później latami ciągają. Po co pani to? Może lepiej napisać, że nie widziała pani momentu uderzenia. — Widziałam — powiedziała. — Jest pani pewna, że chce się w to wplątać? — ton się ochłodził. — Syn z… której szkoły chodzi? Poczuła, jak środek się ściska. — Skąd to pan wie? — spytała. — Miasto małe — odpowiedział spokojnie. — Nie jesteśmy wrogami. Chodzi o pani spokój. Odłożyła telefon i długo siedziała w kuchni, patrząc na blat. Syn odrabiał lekcje, szurał zeszytami. W pewnym momencie wstała, zamknęła drzwi na łańcuch, choć to głupie: przed telefonem łańcuch nie ochroni. Kilka dni później przed klatką zatrzymał ją mężczyzna w kurtce bez znaków. Stał, jakby czekał tylko na nią. — To pani z mieszkania dwadzieścia siedem? — spytał. — Tak — odpowiedziała odruchowo. — W sprawie tego wypadku. Niech się pani nie boi — podniósł dłonie — jestem znajomym znajomych. Przecież nie chce pani, żeby potem ciągali po sądach. Wszystko można załatwić po ludzku. Powie pani, że niepewna, i koniec. — Nie biorę pieniędzy — wyrwało jej się. Sama nie wiedziała, czemu. — Nikt nie mówi o pieniądzach — uśmiechnął się. — Mówimy o spokoju. Ma pani dziecko, wie pani, jakie teraz czasy. W szkole różnie bywa, w pracy też. Po co pani kłopot? „Kłopot” brzmiało tak, jakby był śmieciem, który można wynieść. Minęła go bez słowa. Weszła na piętro, otworzyła drzwi, zorientowała się, że ręce jej się trzęsą. Postawiła torbę, zdjęła kurtkę i poszła do syna. — Jutro nie wychodź sam ze szkoły — powiedziała najspokojniej jak umiała. — Odbiorę cię. — Co się stało? — spytał. — Nic — odparła. I zrozumiała, że właśnie zaczyna żyć w kłamstwie. W poniedziałek przyszło wezwanie. Do wydziału w sprawie zeznania i rozpoznania sprawcy wypadku. Oficjalna kartka z pieczątką. Włożyła ją do teczki, ale czuła, jakby schowała tam kamień. Wieczorem kierowniczka zatrzymała ją po pracy. — Słuchaj — powiedziała, zamykając drzwi. — Przyszli tu do mnie. Pytali o ciebie. Bardzo grzeczni. Powiedzieli, że jesteś świadkiem, że lepiej byś się nie denerwowała. Nie lubię, jak ktoś przychodzi do mnie o pracowników. Uważaj tam. — Kto to był? — spytała. — Nie przedstawili się. Ale tacy… pewni siebie — wzruszyła ramionami. — Mówię ci po ludzku. Może lepiej się wycofać? Raporty, kontrole… Jak się zacznie zamieszanie, wszystkim to przeszkadza. Wyszła z gabinetu z poczuciem, że odbierają jej nie tylko prawo do głosu, ale miejsce, w którym mogła się ukryć za tabelą. W domu opowiedziała wszystko mężowi. Jadł zupę, słuchał milcząc. Odłożył łyżkę. — Wiesz, że to może się źle skończyć? — spytał. — Wiem — odpowiedziała. — To po co? — nie mówił surowo, raczej zmęczony. — Mamy kredyt, twoją mamę, dziecko. Chcesz, żeby się o nas czepiali? — Nie chcę — powiedziała. — Ale widziałam. Spojrzał, jakby usłyszał dziecięcy wybryk. — Widziałaś, to zapomnij — powiedział. — Nic nikomu nie jesteś winna. Nie dyskutowała. Sprzeczanie się znaczyłoby przyznać, że ma wybór, a wybór dusił mocniej niż groźby. W dniu wezwania wstała wcześnie, zrobiła synowi śniadanie, sprawdziła telefon. Do torby włożyła dowód, wezwanie, notes. Przed wyjściem napisała przyjaciółce, gdzie idzie i kiedy wyjdzie. Odpisała krótko: „Zrozumiałam. Daj znać, jak skończysz”. W komisariacie pachniało papierami i mokrą wycieraczką. Zdjęła kurtkę, zawiesiła na wieszaku, podeszła do dyżurki. Skierowali ją do pokoju śledczego. Śledczy był młody, zmęczony. Zaprosił na krzesło, włączył dyktafon. — Wie pani, że za fałszywe zeznania grozi kara? — spytał. — Wiem — powiedziała. Pytał spokojnie, bez nacisku. Gdzie stała, jaki był sygnał, z której strony jechał SUV, czy widziała prędkość. Odpowiadała, nie dodając nic od siebie. W pewnej chwili spojrzał jej w oczy. — Dzwonił ktoś do pani? — zapytał. Zawahała się. Powiedzieć — znaczyło przyznać, że już ją zastraszają. Nie powiedzieć — zostawić problem sobie. — Tak — odpowiedziała. — Dzwonili. I podchodzili pod klatką. Mówili, żebym powiedziała, że nie jestem pewna. Kiwnął, jakby się tego spodziewał. — Ma pani numery? Wyjęła telefon, pokazała połączenia. Przepisał, prosił o screeny i wysłanie na służbowy adres. Zrobiła to od razu, palce drżały. Potem kazali jej czekać w korytarzu na rozpoznanie. Siedziała na ławce, trzymając torbę. W drzwiach pojawił się mężczyzna z SUV-a. Szedł z adwokatem, coś szeptał. Gdy przechodził, spojrzał na sekundę, wzrok spokojny, trochę zmęczony, jak człowiek, który jest pewien, że wszystko można załatwić. Adwokat się zatrzymał. — Pani jest świadkiem? — spytał z uśmiechem. — Tak — odpowiedziała. — Zalecam ostrożność. W stresie ludzie często się mylą. Nie chciałaby pani odpowiadać za pomyłki. — Chcę powiedzieć prawdę — powiedziała. Adwokat uniósł brwi. — Każdy ma swoją prawdę — odparł, odchodząc. Wezwano ją. Pokazali zdjęcia, prosili wskazać sprawcę. Wskazała. Potem podpisała protokół, długopis zostawiał wyraźny ślad, co ją dziwnie uspokajało: ten ślad nie da się zmazać jednym telefonem. Gdy wyszła, było już ciemno. Do przystanku oglądała się — nikt nie szedł. W autobusie usiadła koło kierowcy, jak ci, którzy chcą choć trochę bezpieczeństwa. W domu mąż milczał. Syn wychylił się z pokoju. — I jak? — spytał. — Powiedziałam jak było — odpowiedziała. Mąż westchnął ciężko. — Wiesz, że nie przestaną teraz? — powiedział. — Wiem — powtórzyła. Nie spała. Słuchała drzwi na klatce, kroków na schodach. Każdy dźwięk był sygnałem. Rano zaprowadziła syna do szkoły, mimo że było to niewygodne. Poprosiła wychowawczynię, by bez pozwolenia nie puszczała syna z nikim, nawet jeśli ktoś powie, że „od mamy”. Nauczycielka patrzyła uważnie, bez pytań, tylko skinęła głową. W pracy szefowa mówiła do niej sucho. Dawała coraz mniej zadań, jakby stała się zagrożeniem. Koledzy patrzyli ukradkiem, szybko odwracali wzrok. Nikt nie mówił wprost, ale wokół pojawiła się próżnia. Przez tydzień nie było telefonu, potem SMS: „Pomyśl o rodzinie”. Bez podpisu. Pokazała go śledczemu, jak prosił. Krótko odpisał: „Zapisane. Jak cokolwiek się pojawi, od razu proszę zgłaszać”. Nie czuła się bezpieczna, ale czuła, że jej słowa nie zniknęły. Wieczorem sąsiadka z parteru dogoniła ją przy windzie. — Słyszałam, że masz sprawę — powiedziała ciszej. — Jak coś, mój mąż często w domu. Dzwoń śmiało. I kamerę na klatkę byśmy chcieli — zróbmy składkę. Mówiła zwyczajnie, jak o domofonie. A ją ścisnęło w gardle. Po miesiącu znów dostała wezwanie. Śledczy powiedział, że sprawa idzie do sądu, będą dalsze narady, może ją wezwą. Nie obiecywał, że winny będzie ukarany jak chce. Mówił o procedurach, ekspertyzach, schematach. — Ktoś jeszcze groził? — zapytał. — Nie — odpowiedziała. — Ale cały czas czekam. — To normalne — powiedział. — Proszę próbować żyć dalej. A jak coś — od razu zgłaszać. Wyszła i złapała się na tym, że „normalne” brzmi obco. Jej życie już nie było takie jak przedtem. Zmieniła ścieżki, nie zostawiała syna bez opieki, nagrywała rozmowy, umówiła się z przyjaciółką: piszę, jak wchodzę do domu. Nie czuła się silna. Czuła się jak ktoś, kto po prostu trzyma się na powierzchni, by nie utonąć. W sądzie znów zobaczyła mężczyznę z SUV-a. Siedział wyprostowany, słuchał, czasem coś notował. Nie patrzył na nią — to było gorsze niż spojrzenie: jakby była częścią nudnej formalności. Spytali, czy jest pewna swoich słów. Przez chwilę poczuła falę strachu. Przed oczami syn przy szkole, kierowniczka z suchą twarzą, mama z radą „nie mieszaj się”. Ale powiedziała: — Tak. Jestem pewna. Po rozprawie wyszła przed schody. Ręce lodowate, choć miała rękawiczki. Przyjaciółka napisała: „Jak się czujesz?” Odpisała: „Żyję. Wracam”. Po drodze zajrzała do sklepu po chleb i jabłka, bo w domu trzeba było zjeść kolację. Dziwnie ją to pocieszyło: świat nie zamiera, wymaga zwykłych czynności. W domu syn wybiegł do drzwi. — Mamo, przyjdziesz dziś na zebranie? — zapytał. Spojrzała na niego i zrozumiała, że właśnie dla takiego pytania się trzymała. — Przyjdę — powiedziała. — Najpierw zjemy. Potem, gdy zamykała drzwi na dwa zamki i sprawdzała łańcuch, zauważyła, że robi to nie w panice, lecz spokojnie — jak część nowego życia. Cena spokoju była wysoka. Nie wygrała, nie usłyszała podziękowań, nie została bohaterką. Ale zostało jej ciężkie, zwyczajne przekonanie: nie wycofała się z tego, co widziała, i już nie musi się chować przed sobą.