Dziennik, 7 sierpnia
Zdarzyła mi się w zeszłym sezonie przykra, ale bardzo pouczająca przygoda z sąsiadką z działki. Posłuchajcie, bo tego jak Polak Polakowi potrafi życie uprzykrzyć, nie wymyśli nawet najlepszy scenarzysta.
Oj daj spokój, Zbyszku, no co Ty Skąpisz tych kilku ogóreczków? Przedobrzysz, to się zmarnują, zżółkną, a u mnie wnuczki przyjechały, witaminek potrzebują. Przecież nie jesteśmy obcy, przez płot mieszkamy!
Stanisława (dla wszystkich Stacha), moja sąsiadka, przekładała się przez niziutki płotek z siatki rozdzielający nasze ogrody. Jej obfita twarz rozkwitła sztucznym uśmiechem. W jednej ręce trzymała miskę, do połowy pełną moją truskawką, drugą już sięgała po porzeczki rosnące na mojej działce.
Patrzę na nią znad grządek z pietruszką i czuję jak kręgosłup mi chrupie przy prostowaniu. Otarłem brudne od ziemi czoło i popatrzyłem na Stachę wzrokiem, którego przez trzy lata nauczyłem się używać, odkąd z żoną kupiliśmy ten kawałek ziemi pod Warszawą i zamieniliśmy zarośla w wzorowy ogródek warzywno-owocowy.
Stacha, a sama masz przecież truskawki. Widziałem. Czemu swoich nie zbierasz?
Phi, co to za truskawki! odpaliła, nawet nie myśląc przestać skubać moje. Maluśkie, kwaśne, robaczywe. Ja się nie znam na tych nawozach jak wy, Zbyszek, u mnie wszystko naturalnie rośnie, samowolka. A u Was truskawki jak pięści, szkoda żeby przepadły. Wy to przecież w dwójkę z żoną, co się będzie marnowało, a dzieciom nie odmówisz, co?
Zacisnąłem zęby. Logika Stachy była nie do przebicia jak masz dużo, masz obowiązek podzielić się nawet z tymi, co całą wiosnę leżeli do góry brzuchem.
Jej ogród przypominał cmentarz zapomnienia krzywe jabłonie porośnięte mchem, grządki, które łopatę widziały tylko w święta, wszystko opanowane przez dmuchawce, co niechybnie trafiały na moje trawniki wraz z wiatrem. Stacha praca na ogrodzie nazywała relaksem. Leżała w hamaku, smażyła najtańszą kiełbasę na cegłach i słuchała Radia Maryja przez rozklekotany głośnik.
Ja natomiast traktowałem uprawy poważniej. Każdy krzaczek znałem po imieniu, zamawiałem nasiona przez internet, zrywałem się o piątej, żeby podlać szklarnię, kładłem spać w nocy, po zakończeniu podlewania. Każdy pomidor czy ogórek był owocem pracy, bólu kręgosłupa i nieprzespanych nocy, gdy wiosenny przymrozek groził wszystkim moim uprawom.
Stacha, złóż tę miskę, robię truskawki na dżem, nie mam na zbyciu.
I zaczyna się! przewróciła oczami. Taki z ciebie dusigrosz. Cóż, trochę zabrałam, nie skąpisz, co, dzieciakom odbierzesz? I zgarnęła dużą truskawkę, po czym, zanim zdążyłem podejść, z triumfem zjadła i ruszyła do siebie.
Stałem jak słup. Zaraz z szopy wyszedł Roman, mój żona, z młotkiem w ręce.
Znowu Stacha na twoim polu?
Znowu pasie się jak koza. Ostatnio przywłaszczone cukinie tłumaczyła, że za duże są, szkoda żeby przerosły, a teraz już jawnie zrywa truskawki.
Zrób solidny płot zaproponował Roman. Blacha, dwa metry.
Nie wolno, wzdychnąłem w regulaminie jest, że między ogródkami tylko siatka, cień nie może padać na sąsiada… i nie mamy kasy, ledwo szklarnię nową ogarnęliśmy.
Cisza między naszymi ogródkami gęstniała z każdym upalnym lipcowym dniem i z każdym nowym warzywem na moich grządkach Stacha stawała się coraz częstszym gościem przy płotku.
W sobotę do Stachy zjazdła cała rodzina. Wrzawa, dziesięć osób, piwo, muzyka. Wieczorem, podlewając kwiaty, widzę jak Stacha, lekko wstawiona, podbiega.
Zbychu! Ratuj, zakąski się skończyły! Daj tych pomidorów, Bawole Serce, szczypiorek, sałatę… Do sklepu daleko, a impreza trwa.
Wyprostowałem się, w jednej ręce wąż, woda leje się pod różę.
Stacha, pomidory jeszcze nie wszystkie czerwone, te co dojrzały, jadą jutro do córki do miasta.
No przestań, Zbychu, wstydź się a te czerwone wiszą, patrzą, tobie szkoda? Przez płot, dla sąsiadów żałujesz? Kupie ci potem czekoladę.
Nie. powiedziałem stanowczo.
Stacha nagle spuściła z tonu, skrzywiła się.
No i siedź z tymi warzywami. Oby ci popękały. Co za sąsiedzi… Sól ziemi warszawskiej… Nikt ci kija do kieszeni nie wsadzi…
Trzasnęła drzwiami. Cały wieczór zza jej płotu słychać było rechot i docinki: dziadostwo ze stolicy, o grosz poprosić głowę urwą, a u niego same sztuczne warzywa. Bolało, nie ukrywam. Wyszedłem na taras, zamknąłem drzwi i puściłem Teleexpress na cały dom.
Rano zobaczyłem, że drzwi do szklarni z poliwęglanu są uchylone. Serce mi stanęło. Wbiegłem między grządki.
Oczywiście. Najładniejsze kiście pomidorów oberwane żywcem, złamane gałązki, na ziemi niedojrzałe owoce. Ogórków mniej. Szczypiorek i pietruszka całymi kępami wyjęte z korzeniami.
Roman! zawołałem drżącym głosem.
Roman ocenił wszystko krótko:
Zbyszek, to nie zabawa. To kradzież.
I jak to udowodnisz? rozłożyłem ręce. Kamer nie mamy. Powie, że sama nie wie, o co chodzi, a jak się uprze, że to my zebraliśmy, nikt nam nie uwierzy.
Po drugiej stronie płotu, cisza. Wśród pustych butelek przy werandzie lekko pobłyskiwała miska po sałatce, w której rozpoznawałem swoje, słynne już w okolicy pomidory Bawole Serce i wyraźnie pietruszkę z moich grządek.
Dość powiedziałem do siebie. Miałem nadzieję, ale czas na trudniejsze ruchy. Niech się boi.
Zbyszek, bez głupot! Nie chcę jeździć po komisariatach przez kilka pomidorów! ostrzegł Roman.
Żadnych głupot uśmiechnąłem się cierpko. Czysta psychologia i trochę chemii.
Szybko wymyśliłem plan. Pojechałem do marketu ogrodniczego i wróciłem z zestawem: żółty kombinezon malarski z kapturem, maseczka, okulary, wielka para rękawic, opryskiwacz i kilka opakowań niebieskiego barwnika spożywczego oraz flaszka najtańszego szarego mydła w płynie.
Wieczorem, gdy Stacha z rodziną wypiła już tyle herbaty, ile dni w tygodniu, wyszedłem do warzywnika w pełnym stroju, Roman w starej kurtce, maseczce i rękawicach patrzył z boku.
Gwizdnąłem dla efektu:
Roman, odsuń się, tu, zdaniem producenta, lepiej nie podchodzić bez zabezpieczenia!
Do wody dolałem niebieskiego barwnika, pół butelki mydła, zamieszałem. Jak lałem na liście i pomidory, wyglądały, jakby na ogród spadła plaga, a wszystko było trujące.
Stania zainteresowana, podeszła do płotu:
Zbyszek, a co ty tam wyprawiasz? Pożar, robale? Smród na pół osiedla!
Nie zdejmując maseczki, rzuciłem przez płot:
Gorzej, Stacha! Nowa zaraza wirus mozaiki z grzybem, na forach piszą, że cała uprawa gnije w jeden dzień. Muszę pryskać nowym preparatem, eksperymentalny, nikt jeszcze nie sprawdzał, ChemiGarden X. Wszystko co żyje, zabija. Ludziom też szkodliwe. Mówią: czekać trzy tygodnie zanim się cokolwiek zje, inaczej wątroba siada natychmiast. Ale warto bez tego wszystko zgnije!
Trzy tygodnie? Stacha wytrzeszczyła oczy.
I to samo dotyczy dotykania dodałem. Tylko kwasem lub spirytusem można ręce odkazić, jeśli się już dotknęło. Jak się poplami, do szpitala z miejsca.
Stacha zbladła, minęła ogródek szerokim łukiem. Przez następne kilka dni omijała mój płot, patrzyła na niebieskie pomidory z grozą. Gdy jej wnuki zbliżały się do miedzy, wrzeszczała:
Nie podchodzić! Tam trutka, od niej się choruje! Ani oddychać w tamtą stronę!
Wieczorem z Romanem zawsze myliśmy barwnik z ogórków, bo te szkoda było zostawiać w chemii, i zajadaliśmy się swoimi warzywami ze smakiem.
Stacha jednak była sprytna. Po tygodniu strach minął i pojawiła się podejrzliwość.
Zbyszek! A czemu ogórki zajadasz? Mówiłeś przecież: trzy tygodnie karencji. Czy na twoich mutantach trutka już działa, co?
Spokojnie siedząc z kawą i ogórkiem na werandzie, odparłem:
Sklepowych jem, Stacha. Swoich nie ruszam przecież widzisz, wszystkie niebieskie. To tylko plastiki z supermarketu. Co zrobić, własne trzeba ratować.
A pomidory? Deszcz miał być, czemu dalej niebieskie?
Mikronowoczesna chemia, której nie spłucze deszcz. Tak mi mówiono.
Prychnęła i odeszła mrucząc o chemikach i trucicielach. Ale do grządek już się nie zbliżała.
Finał przyszedł w sierpniu, kiedy barwnik prawie całkiem się zmył, tylko gdzieniegdzie pod ogonkiem wisiała niebieska plamka.
Wyjeżdżałem na dwa dni. Na furtce zawiesiłem wielką kłódkę, na płocie od strony Stachy przyczepiłem zalaminowaną kartkę: UWAGA! Monitoring. Ogród pryskany chemikaliami III klasy niebezpieczeństwa. Spożycie warzyw grozi powikłaniami. Zarząd Ogródków powiadomiony. Próba wejścia zgłaszana na policję.
O kamerach nagiąłem rzeczywistość, o policji też, ale wyglądało groźnie.
Po powrocie widzę Stachę gestykulującą przy płocie z prezesem Rodzinnych Ogródków Działkowych, panem Jerzym.
Panie Jerzy, zobacz pan, co się dzieje! Truje sąsiadów! Dzieciom brzuch boli, od jej chemikaliów, monitoring instaluje, każdemu patrzy do talerza! To tak można?! Niech zdejmie tabliczki i niech nie szpieguje!
Jerzy przetarł okulary i zobaczywszy mnie, westchnął z ulgą:
Panie Zbyszku, sąsiadka składa poważną skargę na trucizny i monitoring.
Przywitałem się i spokojnie mówię:
Żadnej zakazanej chemii nie używałem. Tabliczka powieszona prewencyjnie. Bo niestety nagminne kradzieże. A dzieciom nic by nie zaszkodziło, gdyby nie właziły przez płot na cudzy ogród.
Ja?! Ja włazłam?! Udowodnij! wrzasnęła Stacha.
A ja mam nagrania odparłem bez mrugnięcia okiem. Monitoring pod nieobecność założyłem. Chcesz, Stacha, obejrzymy na oczach prezesa jak sięgaliście po moje pomidory i szczypiorek? Właśnie miałem pisać skargę na policję.
Bluff totalny. Ale Stacha zbladła. Wiedziała doskonale, że coś tam brała, a nie miała pewności, kiedy założyłem ten monitoring. Groźba publicznej kompromitacji przeważyła.
Phi! Tych twoich sztucznie pędzonych warzyw mi nie trzeba! rzuciła gniewnie. Sama wyhoduję, lepsze!
Zniknęła w domu, trzaskając drzwiami.
Prezes spojrzał na mnie, potem na niebieskawe pomidory i z półuśmiechem zapytał:
Panie Zbyszku, a ta chemia to faktycznie taka straszna?
Barwnik spożywczy i mydło, panie Jerzy. Na mszyce najlepsze, a na pazernych sąsiadów jeszcze lepsze.
W porządku, tabliczka może zostać odparł. Precedens dla innych.
Od tego dnia zapanowała między nami zimna wojna. Stacha przechodziła obojętnie koło mnie, rozpowiadała po ogródkach, że mam świra na punkcie ogrodu i że trucizny rozlewam jak w Czarnobylu. Nie przeszkadzało mi to. Plony miałem zabezpieczone.
Najlepsze jednak przyszło wiosną. Jadę na działkę a tam Stacha we własnym ogródku walczy z grabiami, spocona i naburmuszona, przekopuje zagon z siewkami. Koślawo, krzywo, ale jednak! Obok stoją skrzynki z rachityczną rozsadą, ale swoją!
Podszedłem z uśmiechem.
Pomogę, Stacha, głęboko nie kop, tam glina, lepiej przesypać piaskiem.
Poradzę sobie! odburknęła, ale nie wygoniła.
W lipcu pojawiły się u niej pierwsze, krzywe ogórki i małe pomidorki. Chodziła za nimi jak kura za pisklętami. Co ciekawe, nie zaglądała już do mojego ogrodu. Gdy sąsiedzkie dzieciaki zaczęły gonić za piłką po jej grządkach, darła się na nie:
Wynoście się! Tu się pracowało, to nie plac zabaw, wszystko mi zniszczycie!
Roman spojrzał na mnie z uśmiechem, rozpalając grilla.
I co, mówisz, że tylko płot się liczy. A tu edukacja przez robotę ważniejsza.
Na koniec sezonu Stacha sama przyszła, podając mi przez płot słoik z własnym kiszonym ogórkiem.
Masz. Moje, pierwszy raz robiłam, przepis z czasopisma.
Wziąłem jak najcenniejszy upominek.
Dzięki, spróbuję. A na przyszły rok dam ci nasiona moich pomidorów Bawole Serce. Zasiej w lutym, pomogę jak chcesz.
No dobra. Jak nie szkoda. i uśmiechnęła się lekko.
Nie szkoda. Jak ktoś pracuje sam, to szkoda niczego.
Staliśmy chwilę w ciszy, patrząc na smutniejące barwy jesiennych sadów. Tabliczki już nie było, zmyła ją ulewa, ale porządny płot z szacunku pozostał. I był skuteczniejszy niż stal.
W tym roku zamknąłem sezon rekordową liczbą słoików pomidorów. Każdy trafił do spiżarni, nie zmarnował się ani jeden.
Nauczyło mnie to tylko jednego czasem zamiast kłócić się o cudze, lepiej samemu się napracować, bo wtedy naprawdę doceniamy każdy owoc swoich rąk.



