WSZYSCY JĄ OCENIALIŚMY Mila stała w kościele i płakała już od piętnastu minut. Było to dla mnie zaskakujące. „Co ta lala tutaj robi?” – myślałam. Jej spotkać tu się nie spodziewałam. Nie znałam Mili osobiście, ale często ją widywałam. Mieszkamy w tym samym bloku i chodzimy do tego samego parku – ja z moją czwórką dzieci, ona ze swoimi trzema psami. Zawsze ją osądzaliśmy. My – czyli ja, inne mamy, babcie na ławkach, sąsiedzi i pewnie nawet przypadkowi przechodnie. Mila była śliczna, zawsze modnie ubrana, sprawiała wrażenie lekkomyślnej i pewnej siebie. – Znowu faceta zmieniła – mruczała za nią pani Nina z ławki pod blokiem. – Już trzeci raz. – Stać ją, kasy jej nie brakuje – przytakiwała zazdrośnie jej koleżanka, pani Basia, patrząc jak Mila z kolejnym chłopakiem wsiada do swojej drogiej mazdy. Syn pani Basi, 45-letni Wacek, nie dorobił się nawet starego „malucha”. – Lepiej by dzieci rodziła, zegar biologiczny tyka – dodawał pan Tolek, wieczny oponent babć, chociaż w tej sprawie wszyscy byli zgodni. Potem cała ławka plotkowała ze złośliwą satysfakcją, że i tego jej koleś ją zostawił. I wyciągali głęboki wniosek: „A bo to latawica! I w domu pewnie śmierdzi psami!” Ale najbardziej Milę nie lubiłyśmy my – mamy z dziećmi. Kiedy my ledwo starczałyśmy sił goniąc dzieci po placach zabaw, ona spacerowała dumnie ze swoimi „kundelkami” i nawet z lekkim uśmieszkiem zerkała w naszą stronę. Myślałam: my użeramy się z kredytami, zastanawiamy się czy wystarczy na kurtkę dla Zuzi, a ona żyje dla własnej przyjemności. – Widać, że bezdzietna, wszystkie takie są – komentowała moja koleżanka Natalia, mama trójki synów. – Bogatym się w głowie przewraca, psy, koty, papugi – kiwała ciężarna z bliźniakami Ludka, próbując zdjąć starszą córkę z drzewa. – Egoistka i tyle, tylko po świecie lata – wzdychała pięciodzietna Marysia. – Tak, tak, tak… – przytakiwałam wszystkim naraz i biegłam podnosić z ziemi moją płaczącą po upadku Tosię. – Rozpieściła te psy, lepiej by dziecko urodziła – rzuciła kiedyś jakaś babcia z wnukiem. – Nie wasza sprawa! – odparowała krótko Mila i poszła dalej. – Bezczelna – rzuciła za nią staruszka. …Jeszcze chwilę patrzyłam na płaczącą Milę i wyszłam z kościoła. – Zaczekaj – usłyszałam nagle. – Proszę, poczekaj… Mila szła za mną przez kościelny ogródek. – To pani zawsze spaceruje z czterema dziewczynkami? – Tak… a pani z trzema psami. – Tak… Czy mogę porozmawiać?.. Wie pani, zawsze patrzę na was, na inne mamy… I podziwiam. – Mila aż się zarumieniła. – Pani?!? – zdziwiłam się. O mało nie dodałam: „Przecież pani jest egoistką, bezdzietna i lalusią!” Tak się poznałyśmy. Usiadłyśmy razem na ławce. Mila mówiła i płakała. Widać było, że bardzo potrzebuje się wygadać… Mila wychowała się w kochającej rodzinie i odkąd pamięta, marzyła o gromadce dzieci. Wyszła za mąż z miłości. Po dwóch poronieniach i diagnozie lekarzy „bezpłodność” mąż się od niej oddalił. Z drugim było podobnie. Długo się leczyła, o mało nie umarła przez ciążę pozamaciczną. Trzeci partner odszedł na wieść o ewentualnej ciąży – podobał mu się styl życia Mili, jej pieniądze, ale dzieci mu nie pasowały. – Oddałabym wszystko za dziecko! – Myślałam, że pani kocha psy… – wymamrotałam. – Tak, ale to nie znaczy, że nie kocham dzieci – uśmiechnęła się. Żeby nie być tak samotną, przygarnęła Tosię. Potem poproszono ją, żeby na czas remontu wzięła Majka – już u niej został. Fenię znalazła zimą na ulicy. Było jej żal szczeniaka. „Rozpieściła psy, lepiej by dziecko urodziła…” – przypomniałam sobie słowa sprzed tygodni. Zegar biologiczny tyka… Mila miała już 41 lat, choć wyglądała na nie więcej niż 30. Postanowiła adoptować dziecko z domu dziecka. Nie liczył się wiek – spodobał jej się sześcioletni Kubuś. A raczej ona jemu. Zapytał: „Będziesz moją mamą?” „Będę!” – odpowiedziała. „Egoistka, nie chce mieć dzieci…” – przypomniałam sobie słowa Marysi. Ale Kuby nie pozwolono jej adoptować – matka chłopca, chora psychicznie, nie straciła praw rodzicielskich. – To był dla mnie cios – wspominała Mila. Potem pojawiła się czteroletnia Lenka. Dwukrotnie adoptowana, dwukrotnie zwracana, bo miała trudny charakter. Kiedy druga „mama” oddawała ją do domu dziecka, Lenka na kolanach próbowała ją zatrzymać: „Mamusiu, nie oddaj mnie! Już będę grzeczna!” Gdy Mila ją poznała, Lenka spytała: „A Ty mnie też oddasz?” „Nie oddam!” – ledwo wydusiła Mila przez łzy. Ze względu na jakieś formalności adopcja się przedłużała. Wtedy po raz pierwszy w życiu przyszła do kościoła. „Po prostu nie miałam dokąd już pójść…” – mówiła. Pojawił się proboszcz, długo rozmawiali… – Wszystko się ułoży! Z Bogiem! – usłyszałam, gdy wychodziła. Wracałyśmy razem do domu. – Pewnie myślisz, że jestem zarozumiała i wyniosła – mówiła Mila. – Ale już nie mam siły wszystkiego tłumaczyć. Tyle się nasłuchałam… Milczałam. Mila zaprosiła mnie z dziewczynkami do siebie – żeby pobawić się z psami. Zgodziłam się. Przyjdziemy… kiedyś. Ale teraz… jest mi po prostu bardzo wstyd. Myślę: „Skąd w nas tyle jadu? Skąd we mnie tyle jadu? Czemu tak łatwo komuś przypiąć łatkę, przypisać najgorsze rzeczy?” I bardzo chcę, żeby Mili, tej niesamowitej kobiecie, którą wszyscy ocenialiśmy, wszystko w życiu już zawsze się układało. Żeby Lenka przytuliła ją i powiedziała: „Mamusiu!” – wiedząc, że już nigdy nikt jej nie odda. I że obok będą szczęśliwe jej psy – Tosia, Majki i Fenia… Może wydarzy się cud – Mila znajdzie dobrego męża, a Lenka będzie miała brata lub siostrzyczkę. Podobno cuda się zdarzają, prawda? I żeby już nigdy nikt nie powiedział im ani jednego złego słowa…

WSZYSCY JĄ OCENIALIŚMY

Milena stała w kościele i płakała. Już od piętnastu minut. Dla mnie to było zadziwiające. Co ona tu robi, ta elegantka? myślałam. Nigdy bym się nie spodziewała spotkać jej w takim miejscu.

Z Mileną się nie znałyśmy, ale widywałam ją często. Mieszkamy w tym samym bloku, spacerujemy w tym samym parku. Ja z moimi czterema córkami, ona ze swoimi trzema psami.

Zawsze ją oceniałyśmy. My czyli ja, inne mamy z dziećmi, babcie na ławkach, sąsiedzi, a pewnie nawet i przypadkowi przechodnie.

Milena była bardzo ładna, zawsze ubrana zgodnie z najnowszą modą, sprawiała wrażenie lekkomyślnej i pewnej siebie.

Zobacz, znowu zmieniła faceta mruczała babcia Jadwiga, siedząc na ławce pod blokiem.
To już trzeci.
Stać ją, pieniędzy jej nie brakuje wtórowała jej babcia Zofia, patrząc z zazdrością, jak Milena wsiada ze swoim nowym partnerem do drogiego auta.
Syn Zofii, czterdziestopięcioletni Wojtek, nawet na używanego malucha nie uzbierał.

Lepiej by dzieci rodziła, zegar biologiczny tyka dorzucał zawsze dziadek Antoni, wieczny oponent babć. Ale w krytykowaniu Mileny byli wszyscy zgodni.

Później wszystkie na ławce z satysfakcją komentowały, że i ten kolejny adorator Mileny się ulotnił. I dochodziły do wniosku: A co się dziwić, jak taka lekka kobieta! Pewnie w domu u niej tylko psi zapach!

Najbardziej jednak Mileny nie lubiłyśmy my matki z dziećmi.

Podczas gdy my ledwo zipiąc ganiałyśmy za swoimi pociechami po górkach, huśtawkach, krzakach i śmietnikach, ona z gracją spacerowała ze swoimi kundlami, niby niczego się nie przejmowała. I jeszcze z takim półuśmiechem zerkała w naszą stronę. Jakby mówiła: Nanaradzały, teraz nie mają minuty spokoju. A ja? Żyję, jak chcę. Wy liczycie, czy wystarczy Małgosi na kurtkę i buty, a ja się nie muszę martwić.

Od razu widać bezdzietna z wyboru. One wszystkie takie komentowała moja przyjaciółka Grażyna, mama trzech chłopaków.

Bogaci mają swoje fanaberie pieski, kotki, chomiczki kiwała głową ciężarna bliźniaczkami Ela, próbując ściągnąć z drzewa swoją najstarszą córkę-łobuziarę.

Po prostu egoistka, nie chce się wysilać, tylko jeździ sobie za granicę. A ja od siedmiu lat nawet morza nie widziałam wzdychała pięcioraczka Matylda.

Tak, tak, masz rację przytakiwałam każdej z nich, zgadzając się nawet z tymi babciami z ławki. I pędziłam podnieść z ziemi zapłakaną, poobijaną kolana Antosię.

Psów się narobiła, a dziecka to nie burknęła kiedyś głośno jakaś babcia z wnukiem.

To nie twoja sprawa! odcięła się ostro Milena. Chciała powiedzieć coś więcej, ale ugryzła się w język i odeszła ze swoimi, jak zawsze, niechcianymi psami.

Bezczelna rzuciła jej za plecy stara.

Jeszcze chwilę patrzyłam na płaczącą Milenę i wyszłam z kościoła.

Poczekaj usłyszałam nagle za sobą. Zaczekaj chwilę.
Milena szła za mną przez plac przykościelny.

To pani zawsze spaceruje z czterema dziewczynkami?
Ja A pani z trzema psami.
Tak. Ale czy mogę z panią porozmawiać?.. Wie pani, zawsze podziwiam, jak pani spaceruje z córkami, patrzę też na inne mamy i tak zazdroszczę powiedziała i aż się zaczerwieniła.

Pani?!? zdziwiłam się. I prawie już dodałam: Przecież jest pani bezdzietna z wyboru, egoistka i elegantka! I przypomniałam sobie jej złośliwe spojrzenia

Tak się poznałyśmy. Usiadłyśmy na ławce. Milena zaczęła mówić mówiła i płakała. Widać było, jak bardzo potrzebuje się komuś wygadać

Milena wychowała się w porządnej, kochającej się rodzinie. Od zawsze marzyła o gromadce dzieci. Wyszła za mąż z wielkiej miłości. Ale po dwóch poronieniach, kiedy lekarze orzekli bezpłodność, jej ukochany błyskawicznie zniknął.

Z tego samego powodu odszedł drugi. Nim to jednak się stało, Milena długo leczyła się, a w końcu niemal zmarła przy ciąży pozamacicznej.

Potem był trzeci adorator. I znowu ciąża pozamaciczna. Ten uciekł od razu, gdy usłyszał o potencjalnym dziecku. Podobał mu się samochód Mileny, to, że świetnie zarabiała, a dzieci zupełnie mu nie pasowały.

Oddałabym wszystko, żeby mieć maleństwo!

Myślałam, że pani kocha psy palnęłam trochę głupio.

Tak, kocham psy uśmiechnęła się przez łzy Milena. Ale to nie znaczy, że nie kocham dzieci.

Żeby nie czuć się już tak samotnie, wzięła Teosię. Potem poproszono ją, by na czas remontu przechowała Majka. Został. Fenka znalazła zimą na ulicy i nie miała serca zostawić.

Przypomniały mi się wtedy słowa tamtej babci: Psów się narobiła, lepiej by dziecko urodziła.
I jak Antoni szeptał za nią: Zegar tyka

A zegar tykał Milena miała już czterdzieści jeden lat. Choć wyglądała najwyżej na trzydzieści.

Postanowiła adoptować dziecko z domu dziecka. Maleństwo czy starsze, wszystko jedno. Najbardziej polubiła sześcioletniego Kacpra. A dokładniej to on pierwszy z nią się zaprzyjaźnił. Podszedł i zapytał: Będziesz moją mamą? Będę! odpowiedziała.

Przypomniałam sobie wtedy wzdychającą Matyldę: Egoistka, nie chce się angażować.

Ale Kacpra Milenie nie oddali. Okazało się, że jego mama, chora psychicznie, nie została pozbawiona praw rodzicielskich.

To był dla mnie cios przyznała Milena. Nie rozumiałam. Chłopiec cierpi, potrzebuje domu, a nie da się nic zrobić.

A potem pojawiła się czteroletnia Lenka. Dziewczynkę już dwukrotnie adoptowano i dwa razy zwrócono z powrotem. Była zbyt żywiołowa.

Podobno, kiedy druga mama odwoziła ją z powrotem, Lenka czołgała się za nią, łapała za spódnicę i krzyczała: Mamusi, nie oddawaj mnie! Już nie będę!

Gdy Milena ją poznała, Lenka od razu spytała: A ty też mnie oddasz? Nie oddam! wyszeptała Milena przez łzy.

Z adopcją Lenki pojawiły się jakieś komplikacje. Milena nie chciała mówić szczegółów. Ale to jest moja córka i będę o nią walczyć!

Tego dnia Milena po raz pierwszy poszła do kościoła w swoim życiu. Już nie mam gdzie szukać pomocy powiedziała.

Pojawił się ksiądz, Milena z nim rozmawiała długo i coś sobie notowała.

Wszystko będzie dobrze! Z Bogiem! usłyszałam jak mówił. Milena się uśmiechnęła

Wracałyśmy razem do domu.

Pewnie myśli pani, że jestem zarozumiała i dumna powiedziała Milena. Ale zwyczajnie nie mam już siły się tłumaczyć. Za dużo się w życiu nasłuchałam

Nic nie odpowiedziałam.

Milena zaprosiła mnie i dziewczynki, byśmy odwiedziły ją kiedyś i pobawiły się z pieskami. Obiecałam, że przyjdziemy. Ale jeszcze nie dziś.

Na razie jest mi po prostu bardzo wstyd.

I cały czas myślę: Skąd tyle jadu w ludziach? Skąd tyle jadu we mnie? Dlaczego tak łatwo przychodzi nam myśleć o kimś tylko najgorsze?

I bardzo chciałabym, by u Mileny, tej niezwykłej kobiety, którą wszyscy ocenialiśmy, wszystko w końcu się ułożyło. By Lenka ją przytuliła, powiedziała Mamusi! i wiedziała, że nikt jej już nigdy nie odda. By obok wesoło biegały cudowne, wierne psy Teosia, Majka i Fenka

A może wydarzy się cud i Milena znajdzie dobrego, prawdziwego męża. A Lenka doczeka się braciszka albo siostrzyczki. Tak przecież się czasem zdarza, prawda?

I by nigdy więcej nikt nie powiedział im już żadnego złego słowaKilka dni później, kiedy słońce łagodnie oświetlało park, Minela szła powoli chodnikiem, prowadząc trzy rozbrykane psy na smyczach. Z oddali zobaczyłam ją razem z Lenką trzymały się za ręce. Mała miała splecione dwa warkocze, trochę krzywo zaplecione, ale w oczach iskrzyło jej szczęście. Podbiegła do grupy huśtawek, a Milena usiadła na ławce dokładnie naprzeciwko mojej.

Przez moment nasze spojrzenia się spotkały. Tym razem w jej oczach nie było nieśmiałości ani smutku, tylko cicha, delikatna nadzieja. Uśmiechnęłam się, a Milena pierwszy raz odwzajemniła ten gest szeroko, z nutką nieśmiałej wdzięczności. Starałam się utrzymać ten uśmiech dłużej niż zwykle, żeby wiedziała, że dostrzegłam jej walkę i jej dobro.

Lenka zawołała: Mamo, patrz! bujała się coraz wyżej z rozwianymi włosami. Milena klasnęła w dłonie i zawołała radośnie: Brawo, kochanie! W jej głosie zabrzmiało wreszcie to jedno, najważniejsze słowo pewność.

Moje córki podbiegły do Lenki i już po chwili bawiły się razem, krzycząc z radości. Fenka, Teosia i Majka biegały po trawie, ścigając się w kółko, jakby same chciały tańczyć z nowym szczęściem.

I wtedy zrozumiałam coś ważnego czasem wystarczy otworzyć serce, przestać oceniać i po prostu być blisko drugiego człowieka, by zobaczyć prawdziwe życie, nie plotkę.

Patrzyłam na szczęśliwą Lenkę, na Milenę głaszczącą psy, i po raz pierwszy pomyślałam: Może od dziś będzie już tylko lepiej. Świat tylko wtedy staje się trochę lepszy, kiedy na chwilę spróbujemy spojrzeć na kogoś oczami nadziei, nie oceny.

Wstałam z ławki i ruszyłam w stronę Mileny. Może razem napijemy się kawy? zaproponowałam, ostrożnie.

Milena spojrzała na mnie ze wzruszeniem.
Bardzo chętnie.

A potem, gdy siedziałyśmy już razem, a nasze dzieci i psy śmiały się i bawiły, świat na moment przestał być miejscem pełnym jadu i niechęci. Nagle stał się miejscem, gdzie każda z nas mogła zacząć od nowa.

Rate article
Fajna Tajna
WSZYSCY JĄ OCENIALIŚMY Mila stała w kościele i płakała już od piętnastu minut. Było to dla mnie zaskakujące. „Co ta lala tutaj robi?” – myślałam. Jej spotkać tu się nie spodziewałam. Nie znałam Mili osobiście, ale często ją widywałam. Mieszkamy w tym samym bloku i chodzimy do tego samego parku – ja z moją czwórką dzieci, ona ze swoimi trzema psami. Zawsze ją osądzaliśmy. My – czyli ja, inne mamy, babcie na ławkach, sąsiedzi i pewnie nawet przypadkowi przechodnie. Mila była śliczna, zawsze modnie ubrana, sprawiała wrażenie lekkomyślnej i pewnej siebie. – Znowu faceta zmieniła – mruczała za nią pani Nina z ławki pod blokiem. – Już trzeci raz. – Stać ją, kasy jej nie brakuje – przytakiwała zazdrośnie jej koleżanka, pani Basia, patrząc jak Mila z kolejnym chłopakiem wsiada do swojej drogiej mazdy. Syn pani Basi, 45-letni Wacek, nie dorobił się nawet starego „malucha”. – Lepiej by dzieci rodziła, zegar biologiczny tyka – dodawał pan Tolek, wieczny oponent babć, chociaż w tej sprawie wszyscy byli zgodni. Potem cała ławka plotkowała ze złośliwą satysfakcją, że i tego jej koleś ją zostawił. I wyciągali głęboki wniosek: „A bo to latawica! I w domu pewnie śmierdzi psami!” Ale najbardziej Milę nie lubiłyśmy my – mamy z dziećmi. Kiedy my ledwo starczałyśmy sił goniąc dzieci po placach zabaw, ona spacerowała dumnie ze swoimi „kundelkami” i nawet z lekkim uśmieszkiem zerkała w naszą stronę. Myślałam: my użeramy się z kredytami, zastanawiamy się czy wystarczy na kurtkę dla Zuzi, a ona żyje dla własnej przyjemności. – Widać, że bezdzietna, wszystkie takie są – komentowała moja koleżanka Natalia, mama trójki synów. – Bogatym się w głowie przewraca, psy, koty, papugi – kiwała ciężarna z bliźniakami Ludka, próbując zdjąć starszą córkę z drzewa. – Egoistka i tyle, tylko po świecie lata – wzdychała pięciodzietna Marysia. – Tak, tak, tak… – przytakiwałam wszystkim naraz i biegłam podnosić z ziemi moją płaczącą po upadku Tosię. – Rozpieściła te psy, lepiej by dziecko urodziła – rzuciła kiedyś jakaś babcia z wnukiem. – Nie wasza sprawa! – odparowała krótko Mila i poszła dalej. – Bezczelna – rzuciła za nią staruszka. …Jeszcze chwilę patrzyłam na płaczącą Milę i wyszłam z kościoła. – Zaczekaj – usłyszałam nagle. – Proszę, poczekaj… Mila szła za mną przez kościelny ogródek. – To pani zawsze spaceruje z czterema dziewczynkami? – Tak… a pani z trzema psami. – Tak… Czy mogę porozmawiać?.. Wie pani, zawsze patrzę na was, na inne mamy… I podziwiam. – Mila aż się zarumieniła. – Pani?!? – zdziwiłam się. O mało nie dodałam: „Przecież pani jest egoistką, bezdzietna i lalusią!” Tak się poznałyśmy. Usiadłyśmy razem na ławce. Mila mówiła i płakała. Widać było, że bardzo potrzebuje się wygadać… Mila wychowała się w kochającej rodzinie i odkąd pamięta, marzyła o gromadce dzieci. Wyszła za mąż z miłości. Po dwóch poronieniach i diagnozie lekarzy „bezpłodność” mąż się od niej oddalił. Z drugim było podobnie. Długo się leczyła, o mało nie umarła przez ciążę pozamaciczną. Trzeci partner odszedł na wieść o ewentualnej ciąży – podobał mu się styl życia Mili, jej pieniądze, ale dzieci mu nie pasowały. – Oddałabym wszystko za dziecko! – Myślałam, że pani kocha psy… – wymamrotałam. – Tak, ale to nie znaczy, że nie kocham dzieci – uśmiechnęła się. Żeby nie być tak samotną, przygarnęła Tosię. Potem poproszono ją, żeby na czas remontu wzięła Majka – już u niej został. Fenię znalazła zimą na ulicy. Było jej żal szczeniaka. „Rozpieściła psy, lepiej by dziecko urodziła…” – przypomniałam sobie słowa sprzed tygodni. Zegar biologiczny tyka… Mila miała już 41 lat, choć wyglądała na nie więcej niż 30. Postanowiła adoptować dziecko z domu dziecka. Nie liczył się wiek – spodobał jej się sześcioletni Kubuś. A raczej ona jemu. Zapytał: „Będziesz moją mamą?” „Będę!” – odpowiedziała. „Egoistka, nie chce mieć dzieci…” – przypomniałam sobie słowa Marysi. Ale Kuby nie pozwolono jej adoptować – matka chłopca, chora psychicznie, nie straciła praw rodzicielskich. – To był dla mnie cios – wspominała Mila. Potem pojawiła się czteroletnia Lenka. Dwukrotnie adoptowana, dwukrotnie zwracana, bo miała trudny charakter. Kiedy druga „mama” oddawała ją do domu dziecka, Lenka na kolanach próbowała ją zatrzymać: „Mamusiu, nie oddaj mnie! Już będę grzeczna!” Gdy Mila ją poznała, Lenka spytała: „A Ty mnie też oddasz?” „Nie oddam!” – ledwo wydusiła Mila przez łzy. Ze względu na jakieś formalności adopcja się przedłużała. Wtedy po raz pierwszy w życiu przyszła do kościoła. „Po prostu nie miałam dokąd już pójść…” – mówiła. Pojawił się proboszcz, długo rozmawiali… – Wszystko się ułoży! Z Bogiem! – usłyszałam, gdy wychodziła. Wracałyśmy razem do domu. – Pewnie myślisz, że jestem zarozumiała i wyniosła – mówiła Mila. – Ale już nie mam siły wszystkiego tłumaczyć. Tyle się nasłuchałam… Milczałam. Mila zaprosiła mnie z dziewczynkami do siebie – żeby pobawić się z psami. Zgodziłam się. Przyjdziemy… kiedyś. Ale teraz… jest mi po prostu bardzo wstyd. Myślę: „Skąd w nas tyle jadu? Skąd we mnie tyle jadu? Czemu tak łatwo komuś przypiąć łatkę, przypisać najgorsze rzeczy?” I bardzo chcę, żeby Mili, tej niesamowitej kobiecie, którą wszyscy ocenialiśmy, wszystko w życiu już zawsze się układało. Żeby Lenka przytuliła ją i powiedziała: „Mamusiu!” – wiedząc, że już nigdy nikt jej nie odda. I że obok będą szczęśliwe jej psy – Tosia, Majki i Fenia… Może wydarzy się cud – Mila znajdzie dobrego męża, a Lenka będzie miała brata lub siostrzyczkę. Podobno cuda się zdarzają, prawda? I żeby już nigdy nikt nie powiedział im ani jednego złego słowa…