Wiesz co, wypluł Wacław Kowalski, wziąłem ją za mąż, a ona nie umie ani gotować, ani prać prawidłowo. Wacław siedział na belce przy domu sąsiada, z żalem patrząc na swoją chatę, w której jeszcze spała młoda żona.
Sąsiad, Stanisław Nowak, kręcił kluczem w motocyklu:
Wiesz, Wasy, dopiero wesele skończyliście. Daj jej trochę odetchnąć po tym szaleństwie.
Co? Nie chcę już słyszeć o tym weselu. Ten dzień wyssał mi wszystkie nerwy.
Wyssał? zapytał współczująco Stanisław.
Wacław wypluł łuskę ze słonecznika i zmrużył oczy:
Od samego początku się drwiła. Kiedy przyjechałem po wydzierżawioną kwotę, w jej podwórku przez pół dnia hałasowało, rozwiązywała głupie zagadki, a potem zmusiła ją do tańca przy dźwiękach cymbałka, aż nowe spodnie pękły od wysiłku. Ojciec dał mi te spodnie, więc wziąłem je i poślubiłem ją. Gdy w końcu dotarłem do jej pokoju, przeszedłem koło piekła, a ona już nie była. Wyskoczyła przez okno i uciekła. Cała wioska szukała ją pół dnia, a potem ją zobaczyli, śmiejąc się, mówiąc, że się do niej wzięła. Gdy rozgnieźliśmy jej bukiet, rozpłakła się. Mówi, że nie rozumie żartów. Na ceremonii zachowywała się, jakby zmuszała ją do małżeństwa. Na bankiecie nie pozwalała mi się dotykać, bała się, że pobrudzę jej suknię. Fiu, Wacławie, fu! Jedzenie smażone rybą masz, palce brudne, a ja mam suknię drogą, nie jest to twoja serwetka mawiała.
Więc nie wspominaj już o weselu, Kolo.
Stanisław odłożył klucz, pod kapeluszem pogłaskał brodę:
Bo ja, wiesz, moja żona Kasia jest spokojna, żadnych takich kłopotów nie przynosiła.
Wszystkie kobiety są normalne, a ja dostałem taką z dziwactwem. Rano wstaję, robię wszystko, a ona leży i śpi! Przynajmniej czajnik postawiłaby.
A nie chce pracować?
Stanisław wyraźnie się zdziwił.
Nie szuka pracy. Mówi, że po studiach potrzebuje odpoczynku. Mama i babcia potajemnie wpłacają jej pieniądze na kolczyki, bo inaczej by mnie już nie zostawiła.
Stanisław zamyślił się, podszedł bliżej i spojrzał w oczy przyjaciela:
Wiesz co, Wasy, wpadłeś w fatalną sytuację. Znalazłeś leniwą żonę, wypędź ją na chwilę, niech nie ma dzieci.
Skąd miałem wiedzieć, że rodzina Czerpanków wyhodowała leniwą dziewczynę? Krzyczeli, że ich Łucja to złoto. Okazało się oszustwem. Teraz się cieszą, jakby zrzucili ją jak balast, a ja głupi.
***
W wiosce szumiała spokojna rzeka, świerszcze ćwierkały w trawie, od czasu do czasu muły krowy, a pies szczekał, a kogut pianował. Traktory i motocykle jadą po zakurzonej drodze, wiadra brzęczą.
Kola! krzyknęła z chaty Katarzyna, otwierając okno Obiad gotowy, wchodź.
Zaraz, zaraz odwrócił się leniwie od żony, pochylając się nad motocyklem, i przycisnął ucho do okna sąsiada, wyłapując szmer ciekawych wydarzeń w domu nowożeńców.
A więc, Wasieńku, obierz ziemniaki, ja wyjmę cebulę zawołał słodki głosem Lidia, przypominający mruczenie kotki.
Dlaczego to ja muszę obrać ziemniaki? To kobieca sprawa odpowiedział Stanisław, słysząc głos przyjaciela. Ja i tak już kiełbasę kroję.
Ha! zaśmiał się Stanisław Oni tylko obiad gotują, a u mnie już gotowe!
Jestem zajęta odezwał się Lidia, wyciągając szczotkę z włosów.
O, czekaj mnie, Łucjo!
Kocham cię, chcę być piękna, nie szara jak obłok. Kiedy kręcę takie loki, wyglądam jak Sophia Loren. Powiem ci, że mam filmy i płyty z tego.
Stanisław pokręcił głową i wpatrywał się w okna sąsiada. Co ona odpowie? pomyślał, po czym zrzucił motocykl i cicho wszedł na podwórko, zaglądając przez okno. Widział, jak młoda żona Wacława wiruje po środku pokoju, włosy splecione w falę. Stanisław zmarszczył brwi i szukał Wacława. Zobaczył go przy stole, pochylonego nad miską.
***
Stanisław bez apetytu zjadł zupę, spojrzał na najedzoną twarz żony i westchnął:
Wiesz co, Katarzyno, jak Vasy wciągnęli w to?
Co się stało? zapytała rozbawiona.
Poślubił tę Łucję Czerpank, co przyjechała z miasta.
Pamiętam, mówiła, że zostanie wychowawcą, ale nic się nie nauczyła.
Pamiętam ją jako kikutkę. Zła dziewczyna, w głowie same tańce i ubrania. A Vasy to tchórz, wziął ją bez namysłu, nie poradził się nikogo, choć twoja siostra Mania wciąż siedzi w domach, mógłby ją poślubić.
Katarzyna odwróciła okrągłą twarz, nie chcąc rozmawiać o młodszej siostrze Mani, która była pulchna i nieporadna, jak sama Katarzyna kiedyś. Z wiekiem obie siostry stały się małe i okrągłe, jak bułeczki.
W domu sąsiada grała głośna muzyka, śmiech rozbrzmiewał po wiosce. Stanisław podniósł brwi i podszedł do okna, patrząc.
Vasy! zawołał, kiedy zobaczył go w szklarni przy wiązaniu pomidorów.
Czego chcesz, Stanisław?
Co to za hałas u was w domu w środku dnia?
To koleżanka Łucji, z miasta przyjechała. Zabrała magnetofon i włączyła muzykę.
Stanisław patrząc w oskarżeniu:
Jak długo to wytrzymasz, Vasy? Pracujesz na roli, a żona zamiast brać sprawy w swoje ręce, tylko się śmieje. Czy to nie obrzydliwe?
Vasy spojrzał surowo:
Co mam zrobić, gdy jest taka? Niech się bawi, jeśli jej to sprawia przyjemność.
Nie jest już mała, by się bawić! Żona to przyszła matka, strażniczka ogniska! Trzeba ją pouczyć, wyrzucić z okna magnetofon, nie pozwolić jej robić przyjaciółek. Moje kobiety nie mają przyjaciółek, siedzą i dziergają skarpetki!
Vasy się zmarszczył i odrzekł:
Idź sobie, Stanisławie, rozkazuj swojej babci. Ja sam sobie poradzę.
***
Następnego ranka nieprzerwanie padał deszcz, szare niebo nie zapowiadało słońca. Żona Stanisława, Katarzyna, gotowała konfiturę, a on wędrował po domu.
Nudy, Katarzyno.
Idź po grzyby. Załóż kalosze, po deszczu wyjdą świeże.
Nie chcę iść sam.
Zawołaj Wacława.
Stanisław westchnął:
On chyba mi się obraził.
Spojrzał w okno i zobaczył Wacława z torbą w ręku.
Cześć, sąsiedzi wszedł, skrzypiąc drzwiami.
Stanisław podszedł:
Kolka, przyniosłem wędzoną rybę, sam ją wędziłem. Spróbujesz?
Stanisław uśmiechnął się, odrzuł zmarszczki:
Dobrze, chodźmy napić się herbaty.
Mężczyźni usiedli przy stole w milczeniu, po czym Stanisław zwrócił się do przyjaciela:
Jak tam życie rodzinne? Gościanka wyjechała?
Wyjechała.
Stanisław przycisnął gazetę i wrócił do roboty.
Co twoja żona teraz robi?
Łucja poszła do sklepu.
Co kupi w sklepie? zapytał, potrząsając głową. Torbę pierogów i pomadę? Moja Katarzyna widziała, jak twoja żona przy kasie zamawia kosmetyki, a nie chleb albo mięso.
Katarzyna, stojąc przy garnku, zamilkła i przytuliła się do muru.
Niech kupuje, ona tak się maluje, mruknął Wacław.
Po co?
Stanisław zapytał, patrząc w przyjaciela.
Z Katarzyną uzgodniliśmy, że nasze żony mają się przyjaźnić. Moja Katarzyna nauczy twoją Łucję sprzątać i gotować, a nie bawić się w błahostki!
***
Łucjo, musimy porozmawiać zwrócił się Wacław.
Co, kochanie? odwróciła się żona, jej oczy rozbłysły.
Łucja przemieniła się: włosy przycięła na biało, rzęsy podkręciła, brwi podkreśliła.
Podoba ci się? radośnie zapytała.
Oczywiście, jesteś zupełnie inna. Byłaś ładna, a teraz piękna.
To moja przyjaciółka Ania, kosmetyczka, pomogła mi się przebrać.
Łucja rozpromieniła się, mówiąc:
Dlaczego nie? Ja już idę do niej.
Wtedy Łucja wpadła w zapach słodkich perfum, podniosła się w pięknej sukni, pomalowała usta i wyszła. Po chwili wróciła, znużona, zdjąła suknię, ubrała szlafrok i umyła twarz. Usiadła na krawędzi kanapy, gdzie odpoczywał Wacław.
Waczu, zaczęła, przyjacielu, skarżysz się sąsiadom na mnie?
Co?
Słyszałam wszystko Jeśli coś mi się nie podoba, powiedz to wprost! Dlaczego się wtrącasz w sprawy innych?
Łucja upuściła twarz w dłonie i zaczęła płakać. Od tego dnia zmieniła się drastycznie: przestała stać przed lustrem, zaczęła sprzątać, piec ciasta, codziennie chodziła do sąsiadów, wracała zmęczona, milcząca, zamyślona. Uśmiech i radość zniknęły, muzyka przestała grać w jej domu.
Pewnego ranka wstał, a żony nie było w łóżku ani na podwórzu; jedynie kartka wisiała na drzwiach:
Waczu, pomyślałam i zdecydowałam jestem złą żoną. Ciągle się kłócimy, skarżysz się sąsiadom, nie mogę już tak żyć. Nie szukaj mnie, nie znajdziesz. Żegnaj.
Co to ma znaczyć? wykrzyknął Wacław, krzycząc imiona: Łucjo, Łucjo!
Pierwszy do niego podbiegł Stanisław, pocieszając:
Uciekła, niech ucieka, droga przed nią szeroka, pewnie do miasta. Mówiłem ci, będzie zła żona, miałem rację. Nie martw się, znajdziemy ci nową, pracowitą.
W tym momencie do chaty wdarła się żona sąsiada, Katarzyna, z młodszą siostrą Manią, okrągłą jak bułka.
Mani, czemu nie jesteś moją żoną? zażartował Stanisław. Wacław odwrócił się, zły.
***
Stanisław patrzył z okna na dom sąsiada, marszcząc brwi:
Dlaczego nie mogę zostać w domu? Nie mam z kim iść na ryby. Katarzyna!
Co krzyczysz? odezwała się z kuchni niezadowolona Katarzyna.
Ostatnio między małżonkami wioski jak czarna chmura przelatuje: po krótkim przyjaźnie z uciekłą Łucją, Katarzyna też zmieniła charakter. To drażniło Stanisława.
Co Katarzyna, co Katarzyna? dodał z nutą pretensji: jakbyś nie mogła żyć bez mnie Przerzuciła na mnie wszystkie domowe obowiązki, nie mogę odetchnąć.
Katarzyna podniosła wzrok:
Czy ja nie jestem człowiekiem? Czy mam być tylko końską robotą? Chcę perfumy, makijaż, wyjść do miasta, przymierzyć sukienki
Rozumiem, skąd wiatr, przyznał Stanisław. To Łucja cię wciągnęła.
To nie Łucja, westchnęła Katarzyna. Nie widzę w tobie życia. Stałam przy kuchni, przy kłusach, a kiedy ostatni raz tańczyłam? Na szkolnym balu z tobą. O, Kolaku
***
Wacław wrócił do wioski, szybko zaczął wbijac gwoździe w okna i drzwi. Stanisław usłyszał stukanie młotka i pobiegł.
Co robisz, Wasy?
Stanisław wahał się przy bramie, patrząc z niedowierzaniem.
Wyjeżdżam, sąsiadko.
Gdzie to?
Stanisław otworzył usta w szoku.
Jadę do miasta, do centrum, gdzie są kluby i kawiarnie, żeby żonę zabrać.
Jaką żonę? Łucja uciekła!
Ja ją znalazłem.
Wacław odwrócił się, szerokoWacław spojrzał w dal, a w sercu tliła się jedynie gorzka nadzieja, że los jeszcze raz pozwoli mu odnaleźć spokój.



