Oj, dziewczyno, próżno go żegnasz, nie ożeni się z tobą!
Gdy Weronika skończyła szesnaście lat, zmarła jej mama. Ojciec już siedem lat temu wyjechał do Warszawy za pracą i słuch po nim zaginął. Ani wieści, ani złotówki z miasta nie dostawała.
Na pogrzebie pojawiła się niemal cała wieś, każdy pomagał, czym mógł. Ciocia Maria, chrzestna Weroniki, często do niej zaglądała, przypominała, co i jak należy załatwić. Po skończonej podstawówce, załatwiono jej pracę na poczcie w sąsiedniej wsi.
Weronika to dziewczyna krzepka, o takich mówią: “zdrowa jak rzepak”. Twarz miała okrągłą, rumianą, nos lekko ziemniaczany, za to oczy popielate, jasne i roześmiane, a gruby jasny warkocz spływał jej aż do pasa.
Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był Michał. Dwa lata temu wrócił z wojska i nie miał spokoju od dziewczyn. Nawet warszawianki, które przyjeżdżały na wakacje, nie przechodziły obojętnie obok niego.
Jemu raczej nie praca kierowcy w wiejskiej firmie była pisana, a role w filmach. Chłopak się jeszcze nie wyszumiał i do żenienia się nie spieszył.
A tu któregoś dnia ciocia Maria zagadnęła Michała, by pomógł Weronice naprawić płot, bo się zawalał. Bez męskiej ręki ciężko na wsi żyć. Weronika radziła sobie doskonale z ogrodem, lecz z domem sama nie dawała rady.
Michał zgodził się bez zbędnych pytań. Przyszedł, poglądał i zaczął wydawać polecenia: to podaj narzędzie, to przynieś gwoździe, to przytrzymaj deskę. Weronika grzecznie przynosiła wszystko, co trzeba.
Tylko jej policzki były coraz bardziej czerwone, a warkocz na plecach latał z boku na bok. Gdy Michał się zmęczył, Weronika częstowała go gęstym barszczem i mocną herbatą. Patrzyła wtedy, jak silnymi, białymi zębami odgryza kawałki czarnego chleba.
Przy płocie pracował trzy dni, a czwartego dnia, już bez roboty, wpadł w gości. Znowu go nakarmiła, pogadali i został na noc. Potem już tak przychodził. Wychodził przed świtem, żeby nikt nie widział. Ale na wsi nic się nie ukryje.
Oj, Werka, niepotrzebnie go tak częstujesz, nie ożeni się z tobą. A nawet gdyby, to się namęczysz. Przyjdzie lato, przyjadą miejskie dziewczyny, a ty co? Zazdrość cię zje. Nie taki chłopak ci jest potrzebny powtarzała jej ciocia Maria.
Ale czy zakochana młodość słucha starej mądrości?
Potem Weronika zrozumiała, że jest w ciąży. Na początku myślała, że się przeziębiła albo zatruła, słabość narastała. Aż jak obuchem w głowę przyszło zrozumienie, że nosi dziecko przystojnego Michała.
Po głowie tłukły się jej myśli, by może się tego pozbyć za wcześnie jeszcze na dziecko. Ale potem przyszło inne: lepiej tak, nie będzie już sama.
Mama sama ją wychowała, Weronika też da radę. Ojciec, jak był, też pożytku mało, często nie trzeźwiał. Ludzie pogadają, potem zapomną.
Na wiosnę zdjęła kożuch i wszyscy we wsi zobaczyli jej brzuch. Kręcili głowami, że bieda z dziewczyną. Michał oczywiście zjawił się dowiedzieć, co zamierza.
Co mam zrobić? Urodzę dziecko. Nie martw się, sama je wychowam. Ty sobie żyj jak chcesz powiedziała i zaczęła krzątać się przy piecu. Tylko płomienie w policzkach i w oczach igrały.
Michał popatrzył długo, ale wyszedł. Skoro zdecydowała, jemu nic do tego. Przyszedł czas do Weroniki już nie zaglądał, dziewczyny z miasta przyjechały, były dla niego atrakcyjniejsze.
A ona na działce się trudzi, ciocia Maria przychodzi pomagać odchwaszczać. Z brzuchem ciężko się schylać, wodę z studni dźwiga po pół wiaderka. Brzuch spory, baby z wioski jej wróżyły silnego chłopaka.
Kogo Bóg da żartowała Weronika.
We wrześniu ocknęła się rano z ostrym bólem, jakby ktoś brzuch jej rozdarł. Ból jednak szybko mijał, potem znowu wracał. Pobiegła do cioci Marii, ta od razu zrozumiała.
Już czas? Siedź, zaraz wracam wybiegła z domu.
Pobiegła do Michała. Ciężarówka stała pod domem, letnicy już się wyprowadzili. Ale Michał akurat dzień wcześniej mocno wypił.
Maria go roztrzęsła. Michał wystraszony pyta, co się dzieje, dokąd trzeba jechać. Gdy zrozumiał, wykrzyknął:
Do szpitala jest dziesięć kilometrów! Zanim znajdziemy lekarza, zanim wrócimy, ona już urodzi! Od razu ją zawiozę! Pakuj ją.
Ale ciężarówką? Roztrzęsie ją, po drodze urodzi! lamentowała Maria.
To jedziesz z nami, tak na wszelki wypadek postanowił Michał stanowczo.
Dwa kilometry jechali dziurami ostrożnie, omijając kałuże. Maria w kabinie, na worku siedziała. Gdy dotarli do szosy, przyspieszyli.
Weronika zwijała się na drugim siedzeniu, przygryzała wargę, by nie jęczeć, trzymała brzuch w dłoniach. Michał od razu wytrzeźwiał.
Patrzy ukradkiem na Weronikę, szczęka mu drży na kierownicy, knykcie bieleją. Myśli swoje.
Zdążyli. Zostawili Weronikę w szpitalu i wrócili. Maria całą drogę beształa Michała:
Po co dziewczynie życie popsułeś?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a ty jej trosk jeszcze narzuciłeś. Jak ona z maluchem da radę?
Samochód jeszcze nie dojechał do wsi, a Weronika już była mamą zdrowego, silnego chłopaczka. Następnego ranka przynieśli jej syna do karmienia. Nie wiedziała jak go wziąć na ręce, jak przystawić do piersi.
Spojrzała przestraszona na czerwone, pomarszczone liczko synka. Przygryzła wargę i robiła to, co mówili.
Serce ze szczęścia jej drżało. Oglądała go, dmuchała na czoło, cieszyła się, chociaż nieporadnie.
Przyjadą po ciebie? zapytał stary lekarz przed wypisem.
Weronika wzruszyła ramionami i pokręciła głową.
Raczej nie…
Lekarz westchnął i poszedł. Położna zawinęła dziecko w szpitalny koc, byle dowieźć do domu. Kazała tylko oddać.
Filip szpitalną samochodem cię zawiezie. Nie będziesz autobusem z niemowlakiem jechać powiedziała ostro, z wyrzutem.
Weronika podziękowała. Szła korytarzem szpitala, głowę miała spuszczoną, cała czerwona ze wstydu.
Jedzie Weronika samochodem, przyciska synka do piersi, myśli, jak teraz żyć.
Urlop macierzyński marny, ledwo parę złotych, kot się uśmieje. Żal jej siebie i synka, który niczemu nie winny. Spojrzała na pomarszczoną buzię śpiącego syna, serce jej rozmiękło, odpędziła ciężkie myśli.
Nagle samochód stanął. Weronika zaniepokojona patrzy na Filipa, niewysokiego, około pięćdziesiątki.
Co się stało?
Przez ostatnie dwa dni ciągle padało. Takie kałuże, ani przejechać, ani objechać. Utknąłbym. Tylko ciężarówką albo traktorem się da.
Przykro mi. Niedaleko, może dwa kilometry zostało. Dasz radę dojść? Pokazał na drogę rozlaną jak jezioro.
Dziecko śpi na rękach. Siedząc ledwo daje radę utrzymać. Silny chłopak. Ale jak tu iść z nim taką drogą?
Wysiadła ostrożnie, ułożyła synka wygodnie i ruszyła skrajem wielkiej kałuży. Buty grzęzły po kostki w błocie, mogła się wywrócić.
Rozlazłe stare pantofle chlupały. Gdyby wiedziała, wzięłaby gumowe kalosze do szpitala. Jeden pantofel został w błocie. Weronika postała, zastanawiała się, co zrobić. Nie wyciągnie z dzieckiem na ręku. Poszła dalej w jednym bucie.
Gdy doszła do wsi, już się ściemniało, nóg nie czuła z zimna. Nie miała siły się dziwić, że światło w kuchni się świeci.
Stanęła na suchych schodach. Nogi zmarznięte, sama cała spocona. Otworzyła drzwi i zamarła.
Przy ścianie stało łóżeczko dla dziecka, wózek, w nim ładne ubranka dla synka. Przy stole Michał, głowa na rękach spał.
Czy usłyszał, czy poczuł, podniósł głowę. Weronika rozczerwieniona, rozczochrana, z dzieckiem na rękach ledwo stała w drzwiach. Sukienka mokra, nogi po kolana brudne od błota.
Widząc, że bez jednego pantofla, Michał zerwał się, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam ruszył do kuchni, żeby zagotować wodę.
Posadził Weronikę, pomógł się rozebrać, umył nogi. Zanim zdążyła się przebrać za piecem, na stole czekały już ziemniaki i dzbanek mleka.
Wtedy dziecko zapłakało. Weronika pobiegła do niego, wzięła na ręce, bez skrępowania zaczęła karmić przy stole.
Jak go nazwałaś? spytał Michał zachrypłym głosem.
Szymon. Nie masz nic przeciwko? Spojrzała na niego swoimi jasnymi oczami.
Było w nich tyle smutku i miłości, że Michałowi ścisnęło się serce.
Dobre imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy chłopaka i od razu ślub weźmiemy.
Nie musisz… zaczęła Weronika, patrząc jak syn ssie pierś.
Syn musi mieć ojca. Swoje już wybawiłem. Może marny ze mnie mąż, ale syna nie zostawię.
Weronika skinęła głową, nie podnosząc oczu.
Dwa lata później urodziła im się córeczka. Nazwali ją Nadia, na cześć Weronikowej mamy.
Nieważne, jakie błędy zrobi się na początku życia; najważniejsze, że zawsze można je naprawić…
Tak się to wszystko potoczyło. Ja się nauczyłem, że nigdy nie wolno zostawiać bliskich samych zawsze warto być odpowiedzialnym.
To moja historia.



