Przecież mnie nie kochałaś. Bez miłości za mnie wyszłaś. A teraz mnie zostawisz, kiedy choruję…
Nie zostawię! powiedziała Małgorzata, obejmując Marka. Jesteś najlepszym mężczyzną! Nigdy cię nie opuszczę…
Nie mógł uwierzyć, że to prawda. Marek był w kiepskim nastroju…
Małgorzata była żoną od dwudziestu pięciu lat i przez cały ten czas podobała się mężczyznom. Nawet w młodości była najbardziej rozchwytywaną dziewczyną.
A co dopiero w szkole! Prawie wszyscy chłopcy zabiegali wtedy o Małgorzatę. A przecież nie była typową pięknością.
Nie zostawiła swojego męża, choć bywał bardzo niejednoznaczny.
Marek, jej mąż, był z nią do samego końca. Wychowali razem córkę, wydali ją za mąż. Jej zięć zabrał Katarzynę do Włoch, teraz przesyłają piękne zdjęcia i zapraszają w gości. Ale Małgorzata i Marek nigdy tam nie pojechali… Może Małgorzata jeszcze się wybierze. Marek już nie.
Mąż Małgorzaty zginął w wypadku samochodowym. Tak absurdalnie… Później powiedziano Małgorzacie, że prawdopodobnie zasłabł za kierownicą. Serce, spanikował, stracił kontrolę.
Może zemdlał? przypuszczała.
Teraz to już się nie dowiemy westchnęła przyjaciółka, lekarka. Przyczyna: wielonarządowe obrażenia, nie do przeżycia.
Małgorzata była w szoku. Przyjaciółka Ola pomagała jej wszystko zorganizować.
Dzięki niej Małgorzata poznała szczegóły. Markowi zorganizowano pogrzeb i Małgorzata została sama w dużym domu, który razem z mężem budowała przez całe życie.
Na dwoje akurat, ale gdy przyjeżdżali goście, wydawał się wręcz niewielki. Dla jednej osoby dla kobiety ogromny, a nawet ciężar.
Dom to dom. Potrzeba w nim męskiej ręki…
Kasia przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła rozmowę o sprzedaży domu, kupieniu mieszkania i ewentualnym przeprowadzce matki do nich.
O nie! zaprotestowała Małgorzata. Nie po to budowałam ten dom, żeby go sprzedawać. Do tych waszych Włoch też nie pojadę. Widziałam je już…
Mamo!
No co ty, Kasiu! uśmiechnęła się przez łzy. Żartuję tylko.
Jeśli żartujesz, to nie jest tak źle.
Wszystko było bardzo niejednoznaczne. Tak samo niejednoznaczny, jak cały świętej pamięci Marek. Z jednej strony, kochający, troskliwy.
Z drugiej człowiek nastroju. Kiedy miał zły humor, potrafił wykończyć Małgorzatę psychicznie. Potem żałował i przepraszał, a Małgorzata miała lekkie podejście nie roztrząsała takich spraw dłużej, niż trzeba. I tak przeżyli razem ćwierć wieku! To się w głowie nie mieści…
Kasia została chwilę i wyjechała jej mąż dużo pracował, ona spieszyła się wracać, by dbać o domowe ognisko. Małgorzata została sama.
Ale znając siebie, Małgorzata wiedziała to nie potrwa długo.
I rzeczywiście. Smuciła się pół roku, a kiedy wytarła łzy, zauważyła, że wokół znów zebrała się grupka adoratorów.
Nawet mama Małgorzaty kiedyś się dziwiła tej popularności córki.
Ciekawe, za co oni za tobą szaleją? Stają przy tobie w kolejkach! A nie jesteś przecież żadną pięknością… czy ja czegoś nie rozumiem?
Oj, mamo, ty dobra jesteś śmiała się Małgorzata, poprawiając usta pomadką. Uroda to nic. Kobieta powinna być czarująca, mieć to coś.
Idź już na spacer, kobieto śmiała się mama. Bo kawaler się znudzi i sobie pójdzie.
Przyjdzie następny wzruszała ramionami Małgorzata.
Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z matką, a niewiele się zmieniło. Kobiety wciąż narzekają, że po czterdziestce nie ma już wolnych mężczyzn, za których można wyjść za mąż.
Małgorzata nigdy tego problemu nie rozumiała. Po czterdziestce miała dwójkę narzeczonych i to całkiem dobrych.
Serce Małgorzaty najbardziej ciągnęło do Daniela. Bardzo jej się podobał zarówno z urody, jak i osobowości. Przystojny, inteligentny, rozmowny. Z nim można było się pokazać, pogadać i nie wstydzić w towarzystwie.
Tyle że Daniel był mistrzem… w gadaniu. Małgorzata go słuchała z rozkoszą, ale wiedziała dobrze to nie jest człowiek do wspólnego życia. Nie do jej dużego domu.
Drugi kandydat, Marek, był prostym, silnym facetem. Taki, co na imprezie mógł dużo wypić, ale złote ręce miał i wszystko potrafił naprawić. Idealny mąż dla porządnej kobiety łagodny, ugodowy, ale z charakterem.
Z żoną będzie cichy i potulny, jak piesek, a gdy będzie trzeba dla niej góry przeniesie. Jednak podobał się Małgorzacie mniej taka przewrotna kobieca logika.
Nie rzucał komplementami. Na trzeźwo Marek był raczej milczkiem. Dopiero gdy wypił, potrafił rozkręcić imprezę, opowiedzieć dowcip, utrzymać rozmowę.
A pić Marek naprawdę potrafił, ale nazajutrz już był na nogach. Prysznic zimną wodą i znów do życia! Małgorzata wybrała jego.
Daniel obraził się, że jego piękne słowa nie zrobiły wrażenia, i się wycofał.
Małgorzata wyszła za Marka. Był szczęśliwy po uszy. Na weselu przesadził z alkoholem, śpiewał i tańczył do białego rana.
No pięknie z ciebie, Gośka uśmiechnęła się Ola. Rok ledwie minął po śmierci Marka, a już męża masz. Nic się nie zmieniło! Babki latarką w dzień faceta szukają, a ty tylko nosek na ulicę wystawisz i już masz wybór.
Jeszcze powiedz: Za co oni za tobą szaleją? Przecież nie jesteś piękna!
No dobra, nie będę ci tego mówić. Fakt faktem zawsze byłaś jakaś podejrzanie rozchwytywana.
Nie wiem, Olu, co oni we mnie widzą. Pogadaj o tym z moją mamą.
Małgorzata puściła oczko przyjaciółce i poszła zatańczyć z mężem akurat podszedł. Tańczyła i w myślach odpędzała resztki wątpliwości.
No i co, że Marek prostak trochę? Za to silny! I złote ręce ma. I całkiem przystojny. A że więcej milczy niż mówi, może to i dobrze.
Gdyby wzięła Daniela, co by z tego miała? Z pięknych słów obiadu nie ugotujesz.
W kilka miesięcy Marek zamienił ogród Małgorzaty w bajkowy sad. Usunął zbędne drzewa, wyrównał ziemię, posadził kwiaty, zbudował altankę. W domu także czuć było męską rękę.
Małgorzata wybrała dobrze. Naprawdę dobrze.
A do tego Marek zarabiał pieniądze i stale starał się sprawiać Małgorzacie przyjemność.
Było jej tak dobrze w tym małżeństwie, że żałowała, iż nie poznała Marka wcześniej. Złoty chłop!
Latem wieczorami robili grilla w altanie, gdzie Marek postawił piękny drewniany stół i ławy.
Małgorzata, objedzona karkówką, mrużyła oczy jak najedzony kot. Marek patrzył na nią z uśmiechem.
Czemu tak patrzysz, Marku?
Tak po prostu. Cieszę się.
Jego pierwsza żona była nudziarą. Nie sądził, że spotka jeszcze taką kobietę.
Cieszyli się wspólnym szczęściem przez cztery lata, a potem Marek nagle zaczął czuć się… źle.
Szybko się męczył. Chudł bez powodu. Po kieliszku a zdarzało mu się wypić czuł się jeszcze gorzej.
Marek, musisz iść do lekarza! niepokoiła się Małgorzata. Na co czekasz? Coś tu nie gra.
Daj spokój, co za głupoty, Gosiu? Przejdzie samo!
Jak średniowiecze! A jeśli nie? Czy ty, jak większość facetów, boisz się lekarzy?
Nie.
Marek nie chciał jej powiedzieć, czego naprawdę się bał. A bał się tylko jednego że jeśli poważnie zachoruje, Małgorzata go zostawi. Po co kobiecie chory facet?
Rozumiał, że Małgorzata wyszła za niego bardziej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Ale on ją pokochał! Mimo wszystko.
Zakochał się od pierwszego wejrzenia widząc w sklepie zagubioną kobietę, która nie mogła znaleźć portfela w torebce. Była w tej nieporadności coś rozczulającego.
Chciał podejść, wziąć ją w ramiona i chronić do końca życia. Chociaż jego mama powiedziała wtedy zagadkowo:
Twoje życie, synu, ale nie wiem, co w niej zobaczyłeś. Nie ładna, nie młoda. Ty byś mógł mieć każdą młodą!
Nikogo mu nie trzeba było, poza Małgorzatą. Ale teraz, gdy zachorował, czy dalej będzie dla niej ważny?
Nie namówiła go do lekarza. Przyszedł sobotni wieczór. Gościli Olę z mężem, Bogdanem. On z Markiem pili piwo i smażyli kiełbaski. W kuchni, gdzie kroiły sałatkę, Ola powiedziała:
Coś z Markiem nie tak, co?
Sama nie wiem! wybuchnęła Małgorzata. Błagam go, idź do lekarza. A on nic! Ty jesteś lekarzem. Co myślisz? Przecież on naprawdę wygląda źle?
No… wygląda gorzej. Schudł. Skóra jakby bardziej żółta.
O matko! Olu, namów go, proszę! Może ciebie posłucha?
Ola uważnie przyjrzała się Małgorzacie.
Gośka… kochasz go? Bo pamiętam twoje wahania…
Małgorzata przygryzła wargę i zamilkła.
Ale Ola nie zdążyła Marka namówić on nagle zasłabł przy stole. Wezwano karetkę. Małgorzata pojechała z nim do szpitala. Marek nie odzyskiwał przytomności. Trzymała go za rękę i modliła się.
Zoperowano go prawie od razu.
Guz wątroby.
Rak?! Małgorzata zbladła.
Czekamy na wyniki badań.
Guz okazał się łagodny, ale był już całkiem spory, gdy Marek trafił na stół.
Lekarze zabronili Markowi niemal wszystkiego, oznajmili, że czeka go długo rekonwalescencja. Nie wiadomo, czy dojdzie do pełni sił w końcu ma swoje lata.
Marek stracił zupełnie chęć do życia. W szpitalu odwiedziła go mama.
Małgorzata była w pracy, mama przyszła w dzień. Przyniosła jedzenie z listy, którą lekarz zaakceptował lista była dość krótka.
Synu, nie poznaję cię! mówiła Helena. Żyjesz, raka nie ma. Ciesz się, a ty leżysz jak siedem nieszczęść. Jedz, kotleciki parowe.
Nie chcę jeść.
Trzeba! W czym problem? Małgorzata przychodzi?
Przychodzi… jeszcze mruknął Marek.
Co? Boisz się, że cię zostawi? Głupia by była!
Niby po co jej taki inwalida? Nawet pracować nie mogę. Niczego mi nie wolno. W czerwcu ledwo pięćdziesiątkę skończę, a jestem warzywo. Komu to potrzebne?
Co tu się dzieje? zapytała Małgorzata, wchodząc. Krzyczysz na cały oddział. Dzień dobry, pani Heleno!
Idę już, Gośka. Trzymaj się. Pa.
Co się dzieje?
Mama Marka machnęła ręką i wyszła. Małgorzata umyła ręce, podeszła do łóżka, przy którym leżał jej nieszczęśliwy mąż.
No i co się tak rozkleiłeś, inwalido? Ręce, nogi na miejscu. Jakiś ty inwalida? Reszta się zregeneruje. Wiesz, co przeczytałam o wątrobie?
Co?
To jedyny organ, który sam się odtwarza. Jeżeli zostanie pięćdziesiąt jeden procent, wszystko wróci. U ciebie zostało sześćdziesiąt. Daj czas swojej wątrobie. Będzie dobrze!
Czy ja mam ten czas?
Co? zdziwiła się.
Czas.
Marku, o co ci chodzi? Coś przede mną ukrywasz? Prosiłeś lekarzy, by coś mi nie mówili?
Nie, nie o to…
Marek wrócił do domu. Zaczął się najgorszy okres w jego życiu. Wystarczyło, że trochę popracował fizycznie od razu był wykończony. To go najbardziej przygnębiało.
A zbliżała się jego okrągła rocznica. Myśl o niej powodowała przygnębienie. Żadnej świniny, żadnego alkoholu. Super święto!
Małgorzata zdawała się nie zauważać, że Marek szybko się męczy, z zapałem jadła z nim dietetyczne rzeczy.
Gosiu… w końcu się odważył. Powiedz mi, co teraz z nami będzie?
W jakim sensie? zdziwiła się.
No… bardzo wolno wracam do zdrowia. Zostawisz mnie, prawda? Lepiej teraz powiedz.
Dlaczego miałabym cię zostawić? Bardzo dobrze mi z tobą.
To było wtedy, gdy wszystko robiłem i mogłem pracować. Teraz co dobrego masz? Ja sam ze sobą mam źle.
Bzdura. Bierz się w garść!
Staram się! Ale co to za życie? Dwa razy młotkiem się zamachnąłem padam ze zmęczenia jak pies!
Małgorzata objęła go od tyłu, przytuliła policzek do jego karku.
Kocham cię. Nigdy cię nie zostawię. Odpoczywaj spokojnie, nie przyspieszaj powrotu do zdrowia. Ułoży się.
Kochasz? Naprawdę?
Naprawdę, naprawdę.
Małgorzata nie zostawia Marka. On powoli wraca do siebie.
Jubileusz Małgorzata wyprawiła mu bez mocnych trunków, żeby nie cierpiał, że nie pije samotnie.
Przyszło kilku przyjaciół, posiedzieli w altanie, pograli w gry planszowe.
Udało ci się z żoną, Marek mówili przyjaciele, wychodząc.
Teraz chyba się upijecie za moje zdrowie, co? dogadywał im Marek.
Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem z Małgorzatą siedzieli na ganku, patrzyli w gwiazdy. Szczęśliwi. Tego wieczora Marek po raz pierwszy od miesięcy poczuł się lepiej.
Uwierzył, że wyzdrowieje. I że żona naprawdę go nie zostawi. Objął ją mocniej.
Co się dzieje, Marku?
Wszystko dobrze! odpowiedział.
No wreszcie. rzuciła Małgorzata i pocałowała go w policzek.
Byli szczęśliwi…



