Znowu się liże! Maks, zabierz go! Nastka patrzyła z irytacją na Tosię, która bezradnie podskakiwała jej pod nogami. Jak oni w ogóle wpakowali się w takiego gapcia? Tyle czasu wybierali rasę, konsultowali się z behawiorystami, wiedzieli, jakie to odpowiedzialne. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego – wiernego przyjaciela, stróża i obrońcę w jednym. Zupełnie jak szampon – trzy w jednym. A tu obrońcę trzeba ratować przed kotami… — On jeszcze mały. Poczekaj, jak podrośnie, zobaczysz. — Tak, już nie mogę się doczekać, aż ten koń dorośnie. Widziałeś, ile on je? Jak my go wykarmimy? I przestań tupać, baranie, bo obudzisz dziecko! – marudziła Nastka, zbierając buty porozrzucane przez Tosię. Mieszkali na alei Mickiewicza, na parterze potężnej, przedwojennej kamienicy, z oknami tak nisko, że prawie zlewały się z chodnikiem. Miejsce idealne, gdyby nie jedno „ale”. Okna wychodziły na ślepy zaułek posesji, gdzie wieczorami przemykały cienie, zbierali się panowie na pogaduszki, a czasem wybuchały burdy. Całe dnie Nastka spędzała sama z nowonarodzoną Kasią. Maks od rana pracował w Muzeum Narodowym, a wolne chwile spędzał na pchlich targach i w antykwariatach. Bystrym okiem historyka sztuki – „oko sokole”, jak żartowała Nastka – potrafił wyłowić z tłumu prawdziwe perełki: obrazy, rzadkie książki, bibeloty. Był zapalonym kolekcjonerem. Cichaczem mieszkanie zapełniło się niezłą kolekcją obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych stały porcelanowe talerze z Ćmielowa, figurki z czasów PRL-u i srebrne sztućce… Nastce nie było do śmiechu zostawać samą z takim skarbem i maleńką córką na rękach, zwłaszcza że w kamienicy nie raz już okradli mieszkania. — Nastka, jak myślisz, kiedy wyjść z Tosią na spacer? Teraz czy po obiedzie? — Nie wiem. I w ogóle, to nie moje psie sprawy! Na dźwięk magicznego słowa „spacer” Tosia pobiegła do przedpokoju – aż jej zakręciło na łuku – chwyciła smycz, przybiegła z powrotem i podskoczyła prawie do sufitu. No, istny koń, nie pies! Wszystkich kocha, do wszystkich się łasi, każdemu piłkę przynosi, tylko jak przychodzą goście – na próg i ani kroku dalej. Dusza na dłoni, chłop, jak się patrzy – ale przecież kupili ją do pilnowania domu! A nawet za kotami nie pogoni. Zamiast polować, biegnie do nich z piłeczką, taki szczęśliwy, myśli, że się pobawi z kociakiem. No i dostał parę razy po nosie. Nasze koty są twarde, takie to już lepiej na ochroniarza brać… Jutro znowu cały dzień sama – mąż jedzie do Puław na festiwal Levitana, a ona co? Porcelanę pilnować i wyprowadzać tę łapciatą bestię? Nie ma to jak polski los… Nad ranem mąż wstał cicho, żeby nie zbudzić żony. Tak cicho, jak się dało – Nastka słyszała dobrze szum czajnika w kuchni, dźwięk smyczy, jak Maks gasił Tosię, żeby nie skomlała, nie stukała. Usnęła przy tych spokojnych dźwiękach i gdy obudziła ją córka, Maksa już nie było. A dzień zaczął się, jak zwykle. Zwykły, spokojny, rodzinny dzień. I czy to nie szczęście? Koleżanki lamentowały: „Nastka, wyszłaś tak wcześnie za mąż, rozrywasz się między mężem a córką, cały dzień przy garach, rutyna cię wciągnęła…” Ale czy w codzienności nie ma uroku? Może i nie wyszło wszystko, jak marzyła, mąż często nieobecny, ciasnota, brak pieniędzy. Najgorsza jego płomienna pasja – ile pieniędzy w tym tracą… Teraz do kolekcji wzięli jeszcze kudłatego przyjaciela, a opieka nad nim spadła na Nastkę. Ale wiedziała, że ukochanych trzeba akceptować ze wszystkim, co mają – nikt doskonałości ci nie obiecywał… Pogodziwszy się z tym, Nastka postanowiła cieszyć się z tego, co jest, zamiast marudzić nad tym, czego brak. Siedziała w pokoju dziecięcym, karmiła córkę, która zasypiała przy piersi i trzeba było czekać, aż się znowu wybudzi i zacznie jeść dalej. Zadzwonił dzwonek do drzwi – ale Nastka nie otworzyła. Nikt się nie zapowiadał, a przez całe miasto gość nie przyjeżdża bez ostrzeżenia. Cenne poranne godziny – jak ona je uwielbia! W domu cisza, tylko zegar w przedpokoju tyka, a przez uchylone okno słychać znajomy od dzieciństwa miejski szum: turkot tramwajów, syki samochodów, dźwięk miotły na chodniku, dziecięce nawoływania… Ale gdzie ten łapciaty? Dziwnie długo się nie pokazywał – a to podejrzane. Oczywiście Tosia wcale nie była łapciata – uszy miała jak trzeba, sterczące, tylko taki z niej z charakteru gapcio. No i teraz żyj z nią, karm, wyprowadzaj, a pożytku zero. Lepiej by wzięli maltańczyka. Nastka zapatrzyła się na córkę, która najadłszy się, odpadła od piersi jak pijawka. Oj, udała im się ta dziewczynka! Złotko moje, szepcze Nastka, układając ją do snu. Rośnij… — czego więcej potrzeba? W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, jakby pisk. Nastka nasłuchiwała. Trzask powtórzył się. Bezszelestnie zdjęła kapcie i po omacku popłynęła w stronę pokoju. Pierwsze, co ją zaniepokoiło – grzbiet Tosi. Jakby się kryła za kotarą, oddzielającą przedpokój od salonu. Przyczajona na czterech łapach, z wysuniętym językiem wpatrywała się głęboko w głąb pokoju. Nastka poszła za jej wzrokiem i zamarła: w oknie, a raczej w lufciku, tkwiła połowa faceta. Typowa bandycka łysina, ramiona, barki – był już w pokoju i, szarpiąc się, wciskał przez lufcik swoje szczupłe ciało. Nastka nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. To niemożliwe! Co robić?! Krzyczeć? Facet już prawie był w pokoju… Jeszcze sekunda i… Drgnęła, bo nagle rozległ się krzyk. Cień śmignął do okna i dopiero po chwili zorientowała się, że to Tosia. Wyskoczyła na parapet i wgryzła się włamywaczowi w kark! „Aaa!!!” – ryknął facet ochrypłym basem, wybałuszył oczy, o mało nie wyszły mu z orbit. Nastka wybiegła na klatkę schodową, wołała sąsiadów, potem było już z górki. Zlecieli się ludzie, wezwali policję. Każdy pomagał, jak mógł – sama ich obecność była największą pomocą. Co by zrobiła, gdyby została sama? Pokonawszy strach, Nastka zbliżyła się do faceta – tylko żeby Tosia nie przegryzła mu gardła! Tego by jeszcze brakowało! Ale Tosia – mądrala – złapała go z boku, za kołnierz i trzymała mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! Tylko gdy włamywacz próbował się wyswobodzić, Tosia zaciskała szczęki mocniej. Gdy się uspokajał – odpuszczała chwyt. Skąd ona to wiedziała? Ten gapcio z piłeczką działał jak wytrawny fachowiec. Usłyszała zamieszanie, poszła sprawdzić, nie szczekała – choć byłaby to naturalna reakcja. Zamiast tego zastawiła zasadzkę za kotarą i obserwowała. Pozwoliła włamywaczowi wejść do połowy, żeby dobrze utknął i nie uciekł, a potem zaatakowała i trzymała profesjonalnym chwytem, tak żeby go nie udusić i nie zranić. Jak państwo mówią: nasza rola to złapać, resztą niech już prawo się zajmie. Nawet doświadczeni policjanci nie pamiętali, żeby włamywacz tak się cieszył, jak go zatrzymali. Facet tak się przestraszył Tosi w zębiskach, że był szczęśliwy, że już po wszystkim, za to suczka nie chciała odpuścić. Tak się wczuła w rolę i była tak dumna z trofeum, że trzeba było ją przekonywać, aż przyjechał funkcjonariusz–kinolog. Dał komendę – Tosia momentalnie puściła! Wypuściła złodzieja, usiadła pod oknem i z promykiem w oku patrzyła na policjanta: Rozkazywać, to wykonać! Jeszcze tylko honoru nie oddała. — Macie szczęście do psa – przyznał funkcjonariusz, głaszcząc Tosię po karku – taki by się nam w dochodzeniówce przydał… Maks wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie wszedł do mieszkania i zamarł ze zdziwienia. A było co podziwiać. Po pierwsze: Tosia wylegiwała się na kanapie, co było surowo zabronione i nigdy wcześniej nieprzyzwoite. Po drugie: rozciągnięta na cztery łapy, leżała w najbardziej beztroskiej, wręcz nieprzyzwoitej pozie, a Nastka drapała ją po brzuchu, miziała, głaskała i tylko całowania po pysku brakowało, przytulając: „Radości ty moja, złotko, źrebaczku malutki. Rośnij zdrowo! Na szczęście mamie i tacie! I jak ja byłam wobec ciebie niesprawiedliwa, nie gniewaj się już…” Tę historię usłyszałam kiedyś podczas Festiwalu Levitana od samego uczestnika wydarzeń, mówię o historyku sztuki. Tosia opowiedziałaby ją jeszcze lepiej: jak tropiła, jak złapała i jak przekazała bandytę policji. To było dawno temu, ale ta opowieść żyła we mnie – czułam, jak Tosia łapką skrobie do zeszytu, żeby ją spisać. Więc postanowiłam się z Wami podzielić…

Znowu się liże! Michał, zabierz go!
Zuzia z irytacją patrzyła na Bazia, który nieporadnie podskakiwał jej pod nogami. Jakim cudem trafił im się taki gamoń? Tak długo zastanawiali się nad wyborem rasy, radzili się hodowców, czytali poradniki. Wiedzieli, jak wielka to odpowiedzialność. W końcu postanowili wziąć owczarka niemieckiego, by mieć wiernego towarzysza, stróża i obrońcę. Jak szampon trzy w jednym. Tyle że tego obrońcę sami musieli przed kotami ratować
Przecież on jeszcze szczeniak. Widzisz, jak podrośnie, to się zdziwisz.
Już czekam, kiedy ta kobyła wyrośnie! Zauważyłeś, że je więcej niż my oboje? Jak my go wykarmimy? I nie tup tak, durniu, bo obudzisz małą! mruczała Zuzia, zbierając buty, które Bazio porozrzucał po całym przedpokoju.

Mieszkali na Powiślu w Warszawie, na parterze starej kamienicy z niskimi oknami, które prawie zrastały się z chodnikiem. Miejsce świetne, gdyby nie jeden szkopuł. Okna wychodziły na ślepy zaułek, gdzie wieczorami snuły się cienie, zbierali się miejscowi chłopcy na pogaduchy, a czasem dochodziło do bójek.

Zuzia całe dnie spędzała sama z kilkumiesięczną córką, Małgosią. Michał wcześnie rano wychodził do pracy w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzał na targach staroci i w antykwariatach. Oko historyka sztuki, jak żartowała Zuzia, bezbłędnie wyłapywało perełki obrazy, rzadkie książki i bibeloty. Michał był zapalonym kolekcjonerem. Niepostrzeżenie w ich mieszkaniu zebrała się spora kolekcja dzieł i gadżetów: porcelana z Ćmielowa czy Chodzieży, figurki z czasów PRL-u, stołowe srebro z początku XX wieku Zuzię niepokoiła ta sytuacja sama z małym dzieckiem i tym całym majątkiem, a w kamienicy przecież już nieraz zdarzały się włamania.

Zuzia, jak myślisz, kiedy najlepiej z Baziem wyjść na spacer? Teraz czy po obiedzie?
Nie wiem i, tak szczerze, to nie moje psie sprawy!
Usłyszawszy magiczne spacer, Bazio rzucił się do przedpokoju o mało nie wywinął orła na zakręcie złapał smycz i zaraz wrócił, skacząc pod sufit z radości. No, koń, nie pies! Każdego kocha, wszystkich zaczepia, wszystkim przynosi piłkę, tylko niech goście nie próbują wejść do domu. Serce na dłoni, dusza-człowiek, ale przecież miał być ochroniarzem! Nawet za kotami z podwórka nie gania, tylko biegnie z piłką, zadowolony, że z kotem się pobawi. No i dostał w łeb kilka razy od podwórkowych kocich gangsterów. To dopiero ochrona! Jutro znowu cały dzień zostanę sama. Mąż jedzie do Kazimierza Dolnego na święto malarzy, a ja? Będę pilnować porcelany i wyprowadzać gamonia na spacer Nie miała baba kłopotów

Michał zerwał się skoro świt, próbując nie zbudzić żony. Ale jak? Zuzia słyszała, jak gwizda czajnik w kuchni, jak brzęczy smycz i jak Michał syczy na Bazia, by nie piszczał i nie tupał. Przy tych odgłosach prawie zasnęła i obudziła ją dopiero Małgosia po mężu nie było śladu. Dzień zaczął się normalnie. Zwyczajny, spokojny dzień. Czy to nie szczęście? Koleżanki wzdychały: Och, Zuzia, wyszłaś tak wcześnie za mąż, rozdzierasz się między mężem a dzieckiem, cały dzień w kuchni A przecież życie codzienne też ma swój urok. Może nie tak wszystko się ułożyło, jak marzyła. Było jej ciężko przez częste nieobecności Michała, brak miejsca i pieniędzy. No i ta jego pasja, w której tonęły całe złotówki. Teraz jeszcze przytargał czteronożnego kolegę, a opiekować się nim przyszło Zuzi. Ale wiedziała: trzeba kochać bliskich z ich zaletami i wadami. Przecież nikt nie obiecywał ideału… Kiedy to wreszcie zrozumiała, poczuła ulgę i postanowiła cieszyć się tym, co ma, zamiast rozpaczać za tym, czego brak.
Siedziała w pokoju dziecięcym i karmiła córkę, która przysypiała podczas karmienia i trzeba było czekać, aż znów się rozkręci. Zadzwonił dzwonek, ale Zuzia nie otworzyła. Nikogo się nie spodziewała, a bez zapowiedzi nikt znajomy nie przyjedzie przez całe miasto. Te poranne godziny były najcenniejsze kochała tę ciszę! W domu tylko tykanie starego zegara w przedpokoju i zza uchylonego okna dźwięki Warszawy: turkot tramwajów, szum aut na Tamce, miotełka do zamiatania, dziecięce głosy… A gdzie nasiusiany pies? Dawno się nie pokazał Oczywiście, żaden z niego klapouch, uszy stoją jak należy; właściwie to gamoń z charakteru. No i masz, trzeba z nim żyć, karmić, wyprowadzać a z pożytku żadnego. Może trzeba było brać jamnika?
Zuzia zapatrzyła się na córeczkę, która najedzona oderwała się nagle od piersi. Ach, jaki z niej cudny berbeć! Złotko moje, szeptała, układając Małgosię do snu. Rośnij… czego nam więcej trzeba?

I w tej właśnie chwili z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Coś jakby trzask, jakby pisk. Zuzia nastawiła uszu. Trzask się powtórzył. Bezszelestnie ściągnęła kapcie i poczłapała do salonu. Pierwsze, co ją zastanowiło, to grzbiet Bazia. Siedział skulony za zasłoną oddzielającą przedpokój od pokoju, na lekko ugiętych łapach, z jęzorem na wierzchu, wyraźnie spięty, śledząc coś wzrokiem. Zuzia spojrzała w tym samym kierunku i zamarła z przerażenia: w oknie, a właściwie w uchylonym okienku, tkwiła połowa faceta. Typowa, ogolona na łyso głowa, ramiona i ręce już w środku, napierając dalej, by przecisnąć chudą sylwetkę w głąb mieszkania. Zuzi nie mieściło się to w głowie czy to się naprawdę dzieje? Co robić? Krzyknąć? Facet zaraz będzie cały w mieszkaniu! Jeszcze chwila i
Przeszył ją własny wrzask. Czarny cień skoczył do okna dopiero po chwili zorientowała się, że to Bazio. Wyskoczył na parapet i złapał złodzieja za kark! Aaaa!!! zawył facet głosem ochrypłym i wytrzeszczył oczy. Zuzia wybiegła na klatkę i zaczęła wzywać sąsiadów potem już było łatwiej. Zbiegli się ludzie, ktoś zadzwonił po policję. Wszyscy chcieli pomóc, choć i tak niewiele mogli, ale sama obecność była wsparciem. Co bym zrobiła sama? Przezwyciężając strach, Zuzia podeszła bliżej: oby Bazio nie przegryzł mu gardła! Tylko tego brakuje. Ale Bazio, mądry pies, trzymał faceta za kołnierz, mocno, lecz ostrożnie. Ani kropelki krwi! Jeśli złodziej próbował się wyrywać, pies tylko mocniej zaciskał zęby jakby mówił: stój grzecznie, albo cię dziabnę. Kiedy facet leżał spokojnie, pies nieco luzował uścisk. Skąd on to wiedział? Ten niezdara z piłeczką zachował się jak profesjonalny obrońca. Zamiast szczekać, urządził zasadzkę za zasłoną i pozwolił włamywaczowi wejść do połowy, żeby się dobrze zaklinował, a potem zaatakował z idealną precyzją nie dusząc, nie raniąc. Tak to jest: nasze zadanie to złapać, reszta niech będzie sprawiedliwością.

Nawet starzy policjanci nie pamiętali, by złodziej tak cieszył się z własnego zatrzymania. Facet przeżył taki szok w Baziowych zębach, że prawie się cieszył, gdy go oddali w ręce stróżów prawa. A Bazio, cóż chyba trochę poczuł się bohaterem opalał się na parapecie, dumny jak paw, i nie chciał zejść, dopóki nie przyjechał policyjny przewodnik. Na komendę przewodnika Bazio wypuścił intruza, po czym usiadł przy oknie wyprężony i gotowy na kolejne polecenia. O mało co nie zasalutował!

Macie szczęście z takim psem policyjny przewodnik poklepał Bazia po karku i westchnął: Nam by taki w pościgi się przydał

Michał wrócił późnym wieczorem. Otworzył drzwi powoli i stanął na progu zdumiony. Bo było się czemu dziwić. Po pierwsze: Bazio leżał na kanapie, co zawsze było surowo zabronione. Po drugie: leżał wyciągnięty jak długi, w rozleniwionej, wręcz bezwstydnej pozie, a Zuzia głaskała go po brzuchu, tuliła, zasypywała czułymi słowami: Mój ty skarbie, źrebaczku mały Zdrowo rośnij! Ku radości mamy i taty! I wybacz mi wszystko, że czasem na ciebie narzekałam

Tę historię opowiedział mi kiedyś podczas pleneru malarskiego sam Michał, historyk sztuki. Bazio zostałby tu pewnie barwniejszym narratorem opisałby, jak wytropił, jak złapał, jak przekazał złodzieja policji. To dawne dzieje ale ta opowieść wciąż żyje we mnie, czuję, jak paw Bazia prosi się na papier. I dziś, w końcu, postanowiłam się nią z wami podzielićOd tego czasu Bazio był kimś zupełnie innym. Już nikt nie nazywał go gamoniem ani nie żartował z jego niezdarności. Stał się bohaterem Powiśla, wspólną opowieścią sąsiadów, którzy z dumą głaskali go na spacerach i częstowali psimi przysmakami. Dla Zuzi i Michała ten dzień wszystko zmienił spojrzeli na swojego psa nowymi oczami i zrozumieli, że czasem najbardziej niepozorna codzienność kryje w sobie prawdziwą odwagę i siłę.

Wieczorem, kiedy Małgosia już spała, a światło latarni sączyło się przez firanki, Zuzia przeczesywała dłonią aksamitne futro Bazia i uśmiechała się do siebie. Myślała o tym, jak bardzo życie potrafi zaskoczyć, jak w jednej sekundzie znany porządek świata rozsypuje się tylko po to, by zrobić miejsce dla czegoś lepszego. A Bazio na dobrą sprawę był dokładnie tam, gdzie powinien: między ich obawami a codzienną radością, czujny i ufny jak pies, który pamięta, że najcenniejszy skarb to dom, którego się pilnuje.

I tak już zostało: na pierwszym planie tej małej rodziny zawsze był przezroczysty śmiech, ciepło przytulonych nóg i dźwięk stukania pazurów o parkiet. Bo dom to nie porcelanowy bibelot z aukcji, tylko miejsce, gdzie ma się kogo kochać i kto, choćby niepozorny, potrafi w odpowiedniej chwili pokazać, na co go stać. A jeśli do tego umie przynieść piłeczkę i nie przestraszyć się żadnego włamywacza to po prostu więcej szczęścia, niż można się było spodziewać.

Rate article
Fajna Tajna
Znowu się liże! Maks, zabierz go! Nastka patrzyła z irytacją na Tosię, która bezradnie podskakiwała jej pod nogami. Jak oni w ogóle wpakowali się w takiego gapcia? Tyle czasu wybierali rasę, konsultowali się z behawiorystami, wiedzieli, jakie to odpowiedzialne. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego – wiernego przyjaciela, stróża i obrońcę w jednym. Zupełnie jak szampon – trzy w jednym. A tu obrońcę trzeba ratować przed kotami… — On jeszcze mały. Poczekaj, jak podrośnie, zobaczysz. — Tak, już nie mogę się doczekać, aż ten koń dorośnie. Widziałeś, ile on je? Jak my go wykarmimy? I przestań tupać, baranie, bo obudzisz dziecko! – marudziła Nastka, zbierając buty porozrzucane przez Tosię. Mieszkali na alei Mickiewicza, na parterze potężnej, przedwojennej kamienicy, z oknami tak nisko, że prawie zlewały się z chodnikiem. Miejsce idealne, gdyby nie jedno „ale”. Okna wychodziły na ślepy zaułek posesji, gdzie wieczorami przemykały cienie, zbierali się panowie na pogaduszki, a czasem wybuchały burdy. Całe dnie Nastka spędzała sama z nowonarodzoną Kasią. Maks od rana pracował w Muzeum Narodowym, a wolne chwile spędzał na pchlich targach i w antykwariatach. Bystrym okiem historyka sztuki – „oko sokole”, jak żartowała Nastka – potrafił wyłowić z tłumu prawdziwe perełki: obrazy, rzadkie książki, bibeloty. Był zapalonym kolekcjonerem. Cichaczem mieszkanie zapełniło się niezłą kolekcją obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych stały porcelanowe talerze z Ćmielowa, figurki z czasów PRL-u i srebrne sztućce… Nastce nie było do śmiechu zostawać samą z takim skarbem i maleńką córką na rękach, zwłaszcza że w kamienicy nie raz już okradli mieszkania. — Nastka, jak myślisz, kiedy wyjść z Tosią na spacer? Teraz czy po obiedzie? — Nie wiem. I w ogóle, to nie moje psie sprawy! Na dźwięk magicznego słowa „spacer” Tosia pobiegła do przedpokoju – aż jej zakręciło na łuku – chwyciła smycz, przybiegła z powrotem i podskoczyła prawie do sufitu. No, istny koń, nie pies! Wszystkich kocha, do wszystkich się łasi, każdemu piłkę przynosi, tylko jak przychodzą goście – na próg i ani kroku dalej. Dusza na dłoni, chłop, jak się patrzy – ale przecież kupili ją do pilnowania domu! A nawet za kotami nie pogoni. Zamiast polować, biegnie do nich z piłeczką, taki szczęśliwy, myśli, że się pobawi z kociakiem. No i dostał parę razy po nosie. Nasze koty są twarde, takie to już lepiej na ochroniarza brać… Jutro znowu cały dzień sama – mąż jedzie do Puław na festiwal Levitana, a ona co? Porcelanę pilnować i wyprowadzać tę łapciatą bestię? Nie ma to jak polski los… Nad ranem mąż wstał cicho, żeby nie zbudzić żony. Tak cicho, jak się dało – Nastka słyszała dobrze szum czajnika w kuchni, dźwięk smyczy, jak Maks gasił Tosię, żeby nie skomlała, nie stukała. Usnęła przy tych spokojnych dźwiękach i gdy obudziła ją córka, Maksa już nie było. A dzień zaczął się, jak zwykle. Zwykły, spokojny, rodzinny dzień. I czy to nie szczęście? Koleżanki lamentowały: „Nastka, wyszłaś tak wcześnie za mąż, rozrywasz się między mężem a córką, cały dzień przy garach, rutyna cię wciągnęła…” Ale czy w codzienności nie ma uroku? Może i nie wyszło wszystko, jak marzyła, mąż często nieobecny, ciasnota, brak pieniędzy. Najgorsza jego płomienna pasja – ile pieniędzy w tym tracą… Teraz do kolekcji wzięli jeszcze kudłatego przyjaciela, a opieka nad nim spadła na Nastkę. Ale wiedziała, że ukochanych trzeba akceptować ze wszystkim, co mają – nikt doskonałości ci nie obiecywał… Pogodziwszy się z tym, Nastka postanowiła cieszyć się z tego, co jest, zamiast marudzić nad tym, czego brak. Siedziała w pokoju dziecięcym, karmiła córkę, która zasypiała przy piersi i trzeba było czekać, aż się znowu wybudzi i zacznie jeść dalej. Zadzwonił dzwonek do drzwi – ale Nastka nie otworzyła. Nikt się nie zapowiadał, a przez całe miasto gość nie przyjeżdża bez ostrzeżenia. Cenne poranne godziny – jak ona je uwielbia! W domu cisza, tylko zegar w przedpokoju tyka, a przez uchylone okno słychać znajomy od dzieciństwa miejski szum: turkot tramwajów, syki samochodów, dźwięk miotły na chodniku, dziecięce nawoływania… Ale gdzie ten łapciaty? Dziwnie długo się nie pokazywał – a to podejrzane. Oczywiście Tosia wcale nie była łapciata – uszy miała jak trzeba, sterczące, tylko taki z niej z charakteru gapcio. No i teraz żyj z nią, karm, wyprowadzaj, a pożytku zero. Lepiej by wzięli maltańczyka. Nastka zapatrzyła się na córkę, która najadłszy się, odpadła od piersi jak pijawka. Oj, udała im się ta dziewczynka! Złotko moje, szepcze Nastka, układając ją do snu. Rośnij… — czego więcej potrzeba? W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, jakby pisk. Nastka nasłuchiwała. Trzask powtórzył się. Bezszelestnie zdjęła kapcie i po omacku popłynęła w stronę pokoju. Pierwsze, co ją zaniepokoiło – grzbiet Tosi. Jakby się kryła za kotarą, oddzielającą przedpokój od salonu. Przyczajona na czterech łapach, z wysuniętym językiem wpatrywała się głęboko w głąb pokoju. Nastka poszła za jej wzrokiem i zamarła: w oknie, a raczej w lufciku, tkwiła połowa faceta. Typowa bandycka łysina, ramiona, barki – był już w pokoju i, szarpiąc się, wciskał przez lufcik swoje szczupłe ciało. Nastka nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. To niemożliwe! Co robić?! Krzyczeć? Facet już prawie był w pokoju… Jeszcze sekunda i… Drgnęła, bo nagle rozległ się krzyk. Cień śmignął do okna i dopiero po chwili zorientowała się, że to Tosia. Wyskoczyła na parapet i wgryzła się włamywaczowi w kark! „Aaa!!!” – ryknął facet ochrypłym basem, wybałuszył oczy, o mało nie wyszły mu z orbit. Nastka wybiegła na klatkę schodową, wołała sąsiadów, potem było już z górki. Zlecieli się ludzie, wezwali policję. Każdy pomagał, jak mógł – sama ich obecność była największą pomocą. Co by zrobiła, gdyby została sama? Pokonawszy strach, Nastka zbliżyła się do faceta – tylko żeby Tosia nie przegryzła mu gardła! Tego by jeszcze brakowało! Ale Tosia – mądrala – złapała go z boku, za kołnierz i trzymała mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! Tylko gdy włamywacz próbował się wyswobodzić, Tosia zaciskała szczęki mocniej. Gdy się uspokajał – odpuszczała chwyt. Skąd ona to wiedziała? Ten gapcio z piłeczką działał jak wytrawny fachowiec. Usłyszała zamieszanie, poszła sprawdzić, nie szczekała – choć byłaby to naturalna reakcja. Zamiast tego zastawiła zasadzkę za kotarą i obserwowała. Pozwoliła włamywaczowi wejść do połowy, żeby dobrze utknął i nie uciekł, a potem zaatakowała i trzymała profesjonalnym chwytem, tak żeby go nie udusić i nie zranić. Jak państwo mówią: nasza rola to złapać, resztą niech już prawo się zajmie. Nawet doświadczeni policjanci nie pamiętali, żeby włamywacz tak się cieszył, jak go zatrzymali. Facet tak się przestraszył Tosi w zębiskach, że był szczęśliwy, że już po wszystkim, za to suczka nie chciała odpuścić. Tak się wczuła w rolę i była tak dumna z trofeum, że trzeba było ją przekonywać, aż przyjechał funkcjonariusz–kinolog. Dał komendę – Tosia momentalnie puściła! Wypuściła złodzieja, usiadła pod oknem i z promykiem w oku patrzyła na policjanta: Rozkazywać, to wykonać! Jeszcze tylko honoru nie oddała. — Macie szczęście do psa – przyznał funkcjonariusz, głaszcząc Tosię po karku – taki by się nam w dochodzeniówce przydał… Maks wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie wszedł do mieszkania i zamarł ze zdziwienia. A było co podziwiać. Po pierwsze: Tosia wylegiwała się na kanapie, co było surowo zabronione i nigdy wcześniej nieprzyzwoite. Po drugie: rozciągnięta na cztery łapy, leżała w najbardziej beztroskiej, wręcz nieprzyzwoitej pozie, a Nastka drapała ją po brzuchu, miziała, głaskała i tylko całowania po pysku brakowało, przytulając: „Radości ty moja, złotko, źrebaczku malutki. Rośnij zdrowo! Na szczęście mamie i tacie! I jak ja byłam wobec ciebie niesprawiedliwa, nie gniewaj się już…” Tę historię usłyszałam kiedyś podczas Festiwalu Levitana od samego uczestnika wydarzeń, mówię o historyku sztuki. Tosia opowiedziałaby ją jeszcze lepiej: jak tropiła, jak złapała i jak przekazała bandytę policji. To było dawno temu, ale ta opowieść żyła we mnie – czułam, jak Tosia łapką skrobie do zeszytu, żeby ją spisać. Więc postanowiłam się z Wami podzielić…