Wydaje się dziś, kiedy patrzę wstecz na tamte czasy, że życie płynęło jak woda w Wiśle nieprzewidywalne, pełne trosk i chwil cichej radości.
Co to znowu Adam przysiadł przed córką, uważnie oglądając różowawe plamy na jej policzkach. Znowu wysypka
Czteroletnia Jagna stała pośrodku pokoju z cierpliwością i powagą niecodzienną jak na dziecko w jej wieku. Dawno już przywykła do tych oględzin, do zatroskanych twarzy rodziców i niekończących się maści oraz tabletek.
Zuzanna podeszła bliżej, przysiadła obok męża, ostrożnie odgarnęła kosmyk włosów z twarzy córeczki.
Nic nie dają te lekarstwa. W ogóle. Jakby wodą poić. A lekarze w przychodni sami nie wiedzą, co robią. Już trzeci raz zmieniają leczenie, a efektów nie widać.
Adam podniósł się, przetarł czoło. Za oknem szarzało, dzień zapowiadał się ponuro, podobnie jak poprzednie. Szybko się zebrali Jagna została otulona w ciepłą kurtkę, po czym pół godziny później siedzieli już w mieszkaniu jego matki.
Helena wzdychała, kręciła głową, a wnuczkę głaskała delikatnie po plecach.
Taka malutka, a już tyle leków Ależ to obciążenie dla organizmu posadziła Jagnę na kolanach, a dziewczynka odruchowo przytuliła się do babci. Serce się kraje.
Nie robimy tego przez złośliwość Zuzanna siedziała na brzegu kanapy ze splecionymi dłońmi. Ale ta alergia nie puszcza. Wszystko usunęliśmy. Dosłownie wszystko. Je tylko podstawowe rzeczy i dalej wysypka.
A lekarze co mówią?
Nic pewnego. Nie potrafią znaleźć przyczyny. Badania robimy, testy, a rezultat Zuzanna machnęła ręką. Oto taki. Na policzkach.
Helena westchnęła, poprawiła kołnierzyk na Jagnie.
Może wyrośnie Czasem dzieci mają takie przypadłości i potem przechodzi. Ale na razie, trudno tu o dobre słowo.
Adam patrzył na córkę. Mała, chudziutka. Ogromne, czujne oczy. Gładził ją po głowie, a w pamięci pojawiły się obrazy jego własnego dzieciństwa: jak podkradał z kuchni drożdżówki, które mama piekła w soboty; prosił o cukierki; wyjadał konfitury prosto z słoika. A jego córka Gotowane warzywa, gotowane mięso, woda. Ani owoców, ani słodyczy, żadnego normalnego dziecięcego jedzenia. Cztery lata a dieta bardziej rygorystyczna niż u niejednego chorego na wrzody.
Już nie wiemy, co jeszcze wykluczyć powiedział cicho. W menu została ledwie garstka produktów.
Wracali do domu w milczeniu. Jagna przysnęła na tylnym siedzeniu, a Adam raz po raz spoglądał na nią w lusterku. Spała spokojnie, przynajmniej teraz się nie drapała.
Mama dzwoniła odezwała się Zuzanna. Chce, żebyśmy z Jagną przyjechali na weekend. Zdobyła bilety do teatru lalek, chce zabrać wnuczkę.
Do teatru? To dobrze. Dobrze jej zrobi odskoczyć.
Pomyślałam tak samo. Trochę się oderwie od codzienności.
W sobotę Adam zaparkował pod domem teściowej, wyjął Jagnę z fotelika. Dziewczynka przecierała oczy piąstkami, jeszcze niedospana. Wziął ją na ręce, oparła głowę o jego szyję cieplutka, lekka jak wróbelek.
Pani Irena wypłynęła na ganek w barwnym szlafroku, rozłożyła ręce jakby zobaczyła rozbitka, nie wnuczkę.
Ojej, moje kochanie, słoneczko przygarnęła Jagnę do swej szerokiej piersi. Wychudzona, bladziutka, policzki zapadnięte. Całkiem ją wymęczyliście tą dietą, krzywdzicie dziecko.
Adam włożył ręce do kieszeni, ściskając ze złości. Zawsze to samo
Robimy to dla jej dobra. Nie z wyboru, sami rozumiecie.
Jakie to dobro! teściowa wydęła wargi, lustrując wnuczkę jakby ta wróciła z obozu pracy. Skóra i kości Dziecko musi rosnąć, a wy ją głodzicie.
Zabrała Jagnę do środka, nie obejrzawszy się, a drzwi cicho się zamknęły. Adam został na ganku. Coś tliło się w jego głowie, jakaś myśl, która próbowała się uformować, ale znikała, jak poranny mgły nad Wisłą. Potarł czoło, postał chwilę przy furtce, nasłuchując ciszy obcego podwórka. W końcu wzruszył ramionami, ruszył do auta.
Weekend bez dziecka dziwne, prawie zapomniane uczucie. W sobotę pojechali z Zuzanną do marketu, jeździli z wózkiem między półkami, kupując zakupy na cały tydzień.
W domu Adam pół dnia walczył z cieknącym kranem, który od miesięcy sprawiał kłopoty. Zuzanna przeglądała szafy, wyciągała stare ubrania, pakowała je do worków do oddania. Zwykła krzątanina, ale bez dziecięcego głosu mieszkanie wydawało się inne, za ciche, zbyt puste.
Wieczorem zamówili pizzę tę z mozzarellą i bazylią, której Jagnie nie wolno było jeść. Otworzyli butelkę czerwonego wina. Siedzieli w kuchni, rozmawiali o wszystkim i o niczym jak dawno nie rozmawiali. O pracy, o planach na urlop, o remoncie, który ciągle był niedokończony.
Miło tak powiedziała nagle Zuzanna, zaraz się speszyła, przygryzła wargę. Znaczy wiesz, cicho, spokojnie.
Rozumiem Adam przysłonił jej dłoń swoją. Ja też tęsknię. Ale trochę odpoczynku nam się przyda.
W niedzielę pojechał po Jagnę pod wieczór. Słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając ulice ciepłym, pomarańczowym światłem. Dom teściowej stał w głębi działki, za starymi jabłoniami, w blasku zachodu wyglądał niemal przytulnie.
Adam wysiadł, pchnął skrzypiącą furtkę, zastygł na progu.
Na ganku siedziała jego córka. Po sąsiedzku, na stopniu, pani Irena uśmiechała się promiennie do wnuczki. W dłoni miała drożdżówkę. Wielką, rumianą, połyskującą od masła. Jagna ją żuła, policzki miała brudne, na brodzie okruszki, oczy szczęśliwe, rozświetlone takiego blasku Adam nie widział u niej od bardzo dawna.
Chwilę patrzył, nie mogąc się ruszyć. A potem nagle poczuł w sobie gorące, wściekłe fale.
Rzucił się do przodu, w trzech krokach był koło nich, wyrwał drożdżówkę z rąk teściowej.
Co to ma znaczyć?!
Pani Irena wytrzeszczyła oczy, odsunęła się. Twarz jej poczerwieniała od szyi po czoło.
Wymachiwała rękami, jakby odpędzała jego gniew.
To przecież tylko kawałeczek, taki malutki! Co się stanie? Zwykła drożdżówka
Adam już nie słuchał. Wziął Jagnę na ręce córka przycichła przestraszona, kurczowo złapała go za kurtkę. Posadził ją w foteliku, zapiął pasy. Ręce mu drżały. Jagna patrzyła wielkimi oczami, usta jej się poruszały, zaraz miała zapłakać.
Spokojnie, kochanie pogładził ją po głowie, próbując opanować drżący głos. Poczekaj tu chwilę. Tata zaraz wróci.
Zatrzasnął drzwi i poszedł z powrotem do domu. Pani Irena nadal stała na ganku, nerwowo gniotła brzeg szlafroka, twarz poplamiona rumieńcami.
Adam, nie rozumiesz
Nie rozumiem?! zatrzymał się dwa kroki od niej, wybuchł. Pół roku! Pół roku nie mogliśmy się zorientować, co się z naszą córką dzieje! Badania, analizy, testy na alergie wiesz, ile to kosztowało? Ile nerwów, ile nieprzespanych nocy?!
Pani Irena cofnęła się do drzwi.
Przecież chciałam jej pomóc
Pomóc?! Adam zrobił krok naprzód. Córkę trzymaliśmy na wodzie i gotowanym kurczaku! Cały jadłospis wywróciliśmy do góry nogami! A ty ją po kryjomu karmisz smażonymi drożdżówkami?!
Chciałam uodpornić! odważyła się, podniosła brodę. Po trochu dawałam, żeby organizm się przyzwyczajał. Jeszcze chwila i byłoby dobrze, dzięki mnie! Znam się na tym, trójkę dzieci wychowałam!
Adam patrzył na nią i nie mógł uwierzyć. Kobieta, której znosił kaprysy dla żony, dla spokoju w domu szkodziła świadomie jego dziecku, uważając się za mądrzejszą od lekarzy.
Troje dzieci powtórzył cicho, a pani Irena zbledła. Ale każde inne. Jagna to nie twoje dziecko, ale moje. I już jej więcej nie zobaczysz.
Co?! teściowa złapała się poręczy. Nie masz prawa!
Mam.
Odwrócił się i ruszył do samochodu. Zza pleców dobiegły krzyki, ale Adam się nie oglądał. Usiadł za kierownicą, odpalił silnik. W lusterku zamigotała postać teściowej wybiegła na podjazd, wymachiwała rękami. Dodał gazu.
W domu Zuzanna czekała w korytarzu. Widząc męża i zapłakaną córkę zrozumiała natychmiast.
Co się stało?
Adam opowiedział krótko, bez emocji wylał je już pod domem teściowej. Zuzanna słuchała w ciszy, jej twarz twardniała z każdą chwilą. Sięgnęła po komórkę.
Mamo. Tak, Adam mi powiedział. Jak mogłaś?!
Adam zabrał Jagnę do łazienki, żeby zmyć resztki drożdżówki i łez z jej twarzy. Za drzwiami słychać było ostry, obcy głos Zuzanny. Po raz pierwszy rozmawiała z matką jak z kimś zupełnie obcym. Na koniec usłyszał wyraźne: Dopóki nie rozwiążemy sprawy z alergią, Jagnę zobaczysz dopiero później.
Minęły dwa miesiące
Niedzielne obiady u Heleny stały się tradycją. Dziś na stole pysznił się tort: biszkoptowy, z kremem i truskawkami. Jagna jadła go sama, wielką łyżką, cała umorusana. Ani jednego plamki na policzku.
Kto by pomyślał pokręciła głową Helena. Olej słonecznikowy. Taka rzadka alergia.
Lekarz mówił, że zdarza się raz na tysiąc Zuzanna posmarowała kawałek chleba masłem. Jak tylko odstawiliśmy go całkiem i przeszliśmy na oliwę po dwóch tygodniach wysypka zniknęła.
Adam patrzył na córkę i nie mógł się napatrzeć. Różowe policzki, błyszczące oczy, krem na nosie. Szczęśliwe dziecko. Wreszcie mogła jeść jak każdy, ciasta, ciasteczka, wszystko, byle bez oleju słonecznikowego. A to, jak się okazało, było mnóstwo rzeczy.
Stosunki z teściową pozostały chłodne. Pani Irena dzwoniła, przepraszała, płakała. Zuzanna odpowiadała krótko, chłodno. Adam w ogóle nie rozmawiał.
Jagna znów wyciągnęła łyżkę po torcie, a Helena podsunęła talerzyk bliżej.
Jedz, skarbie. Jedz na zdrowie.
Adam oparł się na oparciu krzesła. Za oknem padał deszcz, ale w domu było ciepło i pachniało wypiekami. Jego córka w końcu wyzdrowiała. Reszta nie miała już znaczenia.



