Była żona… To wydarzyło się dwa lata temu — kończyła się moja delegacja, wracałem do domu do Opola. Po kupnie biletu został mi jeszcze czas, więc postanowiłem pospacerować po mieście. Wtedy, na ulicy, spotkałem kobietę, którą od razu rozpoznałem — była to moja pierwsza żona, z którą rozwiodłem się 12 lat temu. Zina prawie się nie zmieniła, tylko była bardzo blada. Nasze spotkanie wywołało emocje, które trudno opisać. Kochałem ją chorobliwie, przez co ją straciłem; już wówczas nie wytrzymywała moich podejrzeń i scen zazdrości. Pewnego wieczoru przyszedłem z pracy z małym szczeniakiem, by sprawić jej radość, a w mieszkaniu czekała już tylko kartka z pożegnaniem — że odchodzi, mimo iż mnie kocha, bo moja nieufność wykończyła ją psychicznie. Prosiła, bym jej nie szukał… A teraz, po 12 latach rozłąki, spotkaliśmy się przypadkiem w nieznanym mi, służbowo odwiedzanym mieście. Gdy rozmowa dobiegła końca, musiałem już pędzić na autobus międzymiastowy. Wtem Zina poprosiła: — Sławek, zrób mi proszę przysługę. Idź ze mną do jednej instytucji; to dla mnie ważne, sama nie dam rady. Odpowiedziałem, że tylko szybko! Przeszliśmy przez duży budynek, błądziliśmy po korytarzach i schodach w tłumie ludzi w każdym wieku. W końcu Zina weszła do pewnych drzwi i spojrzała na mnie, jakby się żegnała: — To dziwne, nie mogłam być z tobą, ale i bez ciebie… Czekałem jeszcze chwilę, aż dotarło do mnie, że muszę biec na autobus! Wtedy zobaczyłem, w jakim jestem miejscu — opuszczony, zrujnowany budynek, brak schodów, powybijane szyby. Z trudem wydostałem się na zewnątrz i na autobus się spóźniłem. Musiałem kupić nowy bilet. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że autobus, na który nie zdążyłem, miał tragiczny wypadek i nikt nie ocalał. Dwa tygodnie później odwiedziłem dawną teściową — panią Alinę, którą znalazłem przez Biuro Adresowe. Powiedziała mi, że Zina zmarła 11 lat temu, rok po naszym rozwodzie. Nie chciałem uwierzyć, prosiłem o pokazanie grobu — i po paru godzinach stałem przed nagrobkiem z fotografią kobiety, którą kochałem przez całe życie i która, w sposób niewytłumaczalny, uratowała mi życie…

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, bo to historia jak z filmu. To było dwa lata temu. Moja delegacja dobiegała końca i miałem wracać do domu, do Olsztyna. Kupiłem już bilet PKS-u i zostało mi jeszcze trzy godziny, więc postanowiłem przejść się po mieście, zobaczyć trochę centrum.

Nagle podeszła do mnie kobieta i od razu ją poznałem. To była moja pierwsza żona, z którą rozwiodłem się dwanaście lat temu. Jadzia. Niemal się nie zmieniła, tylko twarz miała jakby bledszą niż kiedyś. Widocznie ta niespodziewana sytuacja ją również poruszyła, tak jak mnie.

Wiesz, ja ją bardzo kochałem, aż do bólu dosłownie, ale właśnie przez tę chorą zazdrość musieliśmy się rozstać. Byłem podejrzliwy, dosłownie o wszystko ją wypytywałem, nawet jej mamę podejrzewałem, śmiech na sali. Wystarczyło, że chwilę dłużej gdzieś była, a już serce waliło mi jak młot, katastrofa.

No i w końcu Jadzia nie wytrzymała mojego codziennego wypytywania: gdzie była, z kim, czemu tak długo. Pamiętam jak dziś: wróciłem kiedyś z pracy z małym szczeniakiem pod kurtką, chciałem jej zrobić niespodziankę, rozbawić ją. Wchodzę do mieszkania, a tam nikogo nie ma, tylko na stole została kartka. Napisała, że odchodzi, że nadal mnie kocha, ale nie daje rady żyć w ciągłym cieniu moich podejrzeń. Prosiła mnie, żebym jej nie szukał i przepraszała.

No i tak, myślałem, że życie już mnie nie zaskoczy, aż tu po 12 latach, przypadkiem spotykam ją w obcym mieście, kiedy jestem w delegacji służbowej. Przegadaliśmy sporo czasu, aż nagle zorientowałem się, że zaraz spóźnię się na autobus do Olsztyna. W końcu mówię: Jadziu, muszę już iść, bo zaraz mi odjedzie autobus.

A ona wtedy, z takim dziwnym spojrzeniem, mówi: Adam, mam do Ciebie prośbę. Wiem, że się śpieszysz, ale dla tych wszystkich dobrych chwil, które mieliśmy razem, zrób jeszcze coś dla mnie. Chodź ze mną do pewnej instytucji, bardzo mi na tym zależy, sama nie dam rady.

Oczywiście się zgodziłem, ale zaznaczyłem: Szybko, bo zaraz mi autobus ucieknie! Weszliśmy do jakiegoś ogromnego budynku i błąkaliśmy się po korytarzach, z piętra na piętro, przechodziliśmy przez różne drzwi, schodziliśmy po schodach. Wydawało mi się, że to trwało nie dłużej niż 15 minut. Przewijali się różni ludzie, dzieci, staruszkowie, tacy zwyczajni, jakby tu codziennie przychodzili. Szczerze, nie przywiązywałem do tego wtedy wagi, bo myślami byłem przy Jadzi.

W końcu Jadzia weszła w jakieś drzwi i zamknęła je za sobą. Ale wcześniej odwróciła się do mnie i powiedziała coś, co do dzisiaj dźwięczy mi w głowie: To dziwne, nie mogłam być ani z Tobą, ani bez Ciebie. I już nie wróciła.

Stałem i czekałem, aż wróci, chciałem zapytać, co miała na myśli. Ale nie wychodziła. Po chwili jakbym się ocknął, uświadomiłem sobie, że muszę lecieć na autobus! Rozejrzałem się a budynek okazał się opuszczoną ruderą. W oknach dziury, zero schodów, tylko jakieś deski, po których z trudem zszedłem na dół.

Na autobus spóźniłem się już na maksa, musiałem kupić jeszcze jeden bilet, tym razem za 37 złotych na następny kurs. I wyobraź sobie, kiedy odebrałem bilet, pan w okienku powiedział mi, że ten wcześniejszy autobus, na który się spóźniłem, miał wypadek i spadł do rzeki, nie uratował się nikt

Po dwóch tygodniach postanowiłem odnaleźć mamę Jadzi, panią Stefanię, znalazłem do niej adres przez biuro meldunkowe. Kiedy do niej przyszedłem, powiedziała mi, że Jadzia zmarła jedenaście lat temu, rok po naszym rozwodzie. Nie wierzyłem, myślałem, że ukrywa coś, bo boi się, że znowu jej córkę będę dręczył swoją zazdrością.

Poprosiłem, żebym mógł zobaczyć grób Jadzi. Ku mojemu zdziwieniu, zgodziła się bez wahania. Pojechaliśmy na cmentarz, a ja stanąłem przy nagrobku i zobaczyłem uśmiechniętą twarz kobiety, którą przecież kochałem przez całe życie Kobiety, która w jakiś niewytłumaczalny sposób uratowała mi życie.

Rate article
Fajna Tajna
Była żona… To wydarzyło się dwa lata temu — kończyła się moja delegacja, wracałem do domu do Opola. Po kupnie biletu został mi jeszcze czas, więc postanowiłem pospacerować po mieście. Wtedy, na ulicy, spotkałem kobietę, którą od razu rozpoznałem — była to moja pierwsza żona, z którą rozwiodłem się 12 lat temu. Zina prawie się nie zmieniła, tylko była bardzo blada. Nasze spotkanie wywołało emocje, które trudno opisać. Kochałem ją chorobliwie, przez co ją straciłem; już wówczas nie wytrzymywała moich podejrzeń i scen zazdrości. Pewnego wieczoru przyszedłem z pracy z małym szczeniakiem, by sprawić jej radość, a w mieszkaniu czekała już tylko kartka z pożegnaniem — że odchodzi, mimo iż mnie kocha, bo moja nieufność wykończyła ją psychicznie. Prosiła, bym jej nie szukał… A teraz, po 12 latach rozłąki, spotkaliśmy się przypadkiem w nieznanym mi, służbowo odwiedzanym mieście. Gdy rozmowa dobiegła końca, musiałem już pędzić na autobus międzymiastowy. Wtem Zina poprosiła: — Sławek, zrób mi proszę przysługę. Idź ze mną do jednej instytucji; to dla mnie ważne, sama nie dam rady. Odpowiedziałem, że tylko szybko! Przeszliśmy przez duży budynek, błądziliśmy po korytarzach i schodach w tłumie ludzi w każdym wieku. W końcu Zina weszła do pewnych drzwi i spojrzała na mnie, jakby się żegnała: — To dziwne, nie mogłam być z tobą, ale i bez ciebie… Czekałem jeszcze chwilę, aż dotarło do mnie, że muszę biec na autobus! Wtedy zobaczyłem, w jakim jestem miejscu — opuszczony, zrujnowany budynek, brak schodów, powybijane szyby. Z trudem wydostałem się na zewnątrz i na autobus się spóźniłem. Musiałem kupić nowy bilet. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że autobus, na który nie zdążyłem, miał tragiczny wypadek i nikt nie ocalał. Dwa tygodnie później odwiedziłem dawną teściową — panią Alinę, którą znalazłem przez Biuro Adresowe. Powiedziała mi, że Zina zmarła 11 lat temu, rok po naszym rozwodzie. Nie chciałem uwierzyć, prosiłem o pokazanie grobu — i po paru godzinach stałem przed nagrobkiem z fotografią kobiety, którą kochałem przez całe życie i która, w sposób niewytłumaczalny, uratowała mi życie…