“— NIE POTRZEBUJĘ PARALIŻOWANEJ… — powiedziała synowa i wyszła… Ale nawet nie wiedziała, co jeszcze może się wydarzyć… W jednej polskiej wsi mieszkał zwyczajny staruszek, który w weekendy lubił się napić odrobinę wódki. Miał jedno marzenie: zdobyć rasowego owczarka środkowoazjatyckiego, takiego prawdziwego, nawet był gotów pojechać aż do Kazachstanu, żeby go kupić i sprowadzić do domu. Na wsi wszyscy zwali go Stasiukiem. Może od imienia, a może od nazwiska — nikt dokładnie nie wiedział, ale wszyscy tak go nazywali i staruszek nikogo nie poprawiał. Po pracy w ogródku siadał na ławeczce i wspominał dawne lata. Czasem przy nim zbierała się młodzież, aby posłuchać opowieści o tym, jak to drzewiej we wsi bywało. Żonę Stasiuk pochował już dawno. Zosia była chorującą na serce. Lekarze zabronili jej rodzić, ale bardzo pragnęła mieć dziecko. Urodziła Stasiukowi synka i całkiem podupadła na zdrowiu. Stasiuk kochał Zosię, wszystko gotów był za nią w domu robić, nawet torebki mleka z sklepu nie pozwalał jej nosić. “Nie wolno! — mówił — lekarze zakazali!” Za dzieckiem sam doglądał, obiady gotował. Zosia ciągle była niespokojna: — Obyś mnie nie kompromitował! Przecież baby się będą śmiały! Ja do domu nic nie robię, wszystko na tobie! A sąsiadki nie śmiały się, tylko zazdrościły: — Zosiu, daj nam swojego Stasiuka w dzierżawę, choć na dzień byśmy twoje życie pożyły! Ona tylko się uśmiechała i tak z uśmiechem odeszła z tego świata. Stasiuk z rana znalazł ją już zimną. Płakał jak bóbr przez trzy dni, potem zajął się synem. Chłopak właśnie wkraczał w trudny wiek, 14 lat. Po wojsku syn wcześnie się ożenił i został tam, gdzie służył. Tak Stasiuk został sam. Ale nie narzekał — lubił pogadać z młodzieżą na ławeczce. U syna urodziła się córka, na gości ich czekał, ale nigdy nie przyjeżdżali. To praca, to czasu brak, raz to, raz tamto. Wnuczkę widział tylko na zdjęciach. Aż tu raz wieś zauważyła, że Stasiuk chodzi jak chmura gradowa, nie żartuje, na ławce nie siedzi. Zaczęli się dopytywać i wyszło na jaw: dostał telegram od synowej — cała rodzina miała wypadek samochodowy. Wnuczka w ciężkim stanie w szpitalu, syn Stasiuka nie żyje. — Co za nieszczęście, co za tragedia! — współczuła cała wieś, ale czy są takie słowa, które pomogą w takim bólu?… Stasiuk przyjmował kondolencje, ale lepiej mu nie było. Syna żal, ale już nie wróci, jeszcze żal było wnuczki. Leży w szpitalu, w śpiączce, młoda dziewczyna, 15 lat. Jej by żyć i żyć! Stasiukowi serce pękało. A co najgorsze — synowa przestała się odzywać. Nie pisała, nie odpowiadała, telefonu nie odbierała. Jak tu się dowiedzieć, jak wnuczka? Stasiuk, choć jej nigdy nie widział, kochał ją nie mniej. Sądząc po zdjęciach — wnuczka do Zosi w młodości podobna. Już miał jechać do miasta, gdzie syn mieszkał, gdy nagle, tuż przed wyjazdem, podjeżdża samochód pod dom. Wynoszą nosze. Do środka wpada jakaś kobieta bez pukania — długo Stasiuk nie rozumiał, że to żona zmarłego syna. Zaraz za nią wnoszą nosze z wnuczką. Dosłownie rzucili dziewczynę na kanapę i wyszli. — Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Takiej córki mi nie trzeba. Ja jeszcze zdążę wyjść za mąż i urodzić sobie zdrowe dziecko! — powiedziała synowa. — Ale ja nie jestem lekarzem! — odpowiedział Stasiuk. — A lekarz niepotrzebny. I tak jej nie pomogą. Potrzebna jest tylko opiekunka. Nie chce się pan bawić — to zakop ją żywcem, ja nie mam zamiaru niszczyć sobie życia. Ja nie jestem jej opiekunką! — rzuciła i trzasnęła drzwiami. — To i matka z ciebie nijaka! — krzyknął za nią Stasiuk. Już wiadomo było, czemu syn nie przyjeżdżał w gości z rodziną. Z taką żoną tylko na bazar się kłócić, a nie w gości jeździć. Jak to syna w taką kobietę wdepnęło? Teraz już nie zapyta. Gdyby wiedział, że żona syna od córki się odwróci, pewnie by się w grobie przewrócił. Tak zostali we dwójkę: Stasiuk z wnuczką. Dziewczyna rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, ale Stasiuk nie był przyzwyczajony do opiekowania się i pracy. Za to teraz sens życia się pojawił: cel najważniejszy — dziewczynę wyleczyć. Lekarze wnuczki odmówili i wypisali ze szpitala. Nie rozumieli, jak przeżyła wypadek — doznała urazów niemal niezgodnych z życiem. Zostały tylko domowe sposoby i znachorka. Znachorki we wsi nie było, najbliższa bardzo daleko. Sparaliżowanego dziecka nie zawiezie, a ona do domu nie wyjeżdża, bo sama już stara. Co robić? Stasiuk jeździł niemal co tydzień do tej znachorki, a ona dawała zioła, nalewki różne. Tym własnie wnuczkę leczył. Mijał już ponad rok, a ona nadal ani ręką, ani nogą ruszyć nie mogła, leżała jak kłoda, nawet mówić nie potrafiła, tylko pojękiwała niewyraźnie. Czasem staruszek widział, jak po policzku dziewczyny spływa łza. W takich chwilach serce mu się rozrywało. Myślał, że wnuczka tęskni za matką i ojcem. Czytał jej książki, rozmawiał z nią długo, ale dziewczynka nie mogła mu odpowiedzieć. Im obojgu było ciężko. Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś niespodziewanego. Staruszek, jak zwykle siedział przy łóżku, gdy do domu wpadła pijana banda młodych ludzi. Okazało się, że przez nieuwagę zostawił otwarte drzwi wejściowe. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, że mieszka tu sparaliżowana dziewczyna. Ktoś zaproponował wejść, bo przecież paraliż — to powinna być szczęśliwa, a jakby co, to nawet się nie obroni… Popchnęli drzwi, a te się otworzyły. — Stary, zdejmij kołdrę z wnuczki, rozchyl jej nogi szeroko! A my zaraz los rzucimy, kto pierwszy… — Dajcie spokój! Przecież ona ma tylko 15 lat! — bronił się staruszek. — Poczekaj. Najpierw umyję zęby! — powiedział Stasiuk i poleciał do kuchni, otworzył piwnicę i zawołał — “Brać!” Z piwnicy wyskoczył ogromny owczarek środkowoazjatycki. Zaczął szarpać bandytów za spodnie!… Temu najważniejszemu prawie krocze odgryzł. Pozostałym porozdzierał spodnie na tyłkach. Tak uciekali z gołymi zadkami przez wieś, ludzie się śmiali, a pies za nimi nawet przez okno wyskoczył i gonił aż do granic wsi. Wraca Stasiuk do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno: — Max! Max! Dawaj, dziadku, łap go, żeby nie uciekł!… Staruszek aż się rozpłakał. Od tego dnia wnuczka zaczęła wracać do zdrowia. W niedługim czasie zaczęła nawet chodzić. Czy to zioła znachorki podziałały, czy stres przez psa — dziewczynka zaczęła gadać bez ustanku. Namilczała się przez tyle czasu. Skąd się wziął pies, zapytacie? Wszystko proste: owczarek środkowoazjatycki Max mieszkał u syna Stasiuka. Gdy wydarzyła się tragedia i właściciel umarł, nieczuła synowa pozbyła się i córki, i zwierzaka. Psa przywiozła razem z dziewczyną, tylko nic staruszkowi nie powiedziała. Gdy synowa opuściła dom, Stasiuk poszedł zamknąć bramę, patrzy, a przy bramie siedzi pies. Chudy, zgnębiony, oczy smutne jak u chorej krowy, a z nich płyną autentyczne łzy. Staruszek nawet nie wiedział, że syn miał psa. Nie mógł go na ulicę wygnać — zabrał go do siebie. Pies służył staruszkowi wiernie, a gdy przyszli ci łajdacy, siedział w piwnicy, bo lato było upalne. Żeby nie cierpiał od skwaru, Stasiuk w dzień sadzał Maxa w piwnicy, a wieczorem wypuszczał na podwórko. Tamtego wieczoru jeszcze go nie zdążył wypuścić. Gdyby Max był na górze, bandyci nie weszliby do domu. Później wnuczka opowiedziała, że gdy płakała, łzy spływały po policzkach, bo tęskniła za psem. Dziadek zwykle trzymał psa na dworze, do pokoju nie wpuszczał. Dziewczynka tęskniła, ale nie mogła tego powiedzieć. Max wygonił pijaków, wrócił do domu i radośnie oblizał twarz swojej małej właścicielki. Też za nią bardzo tęsknił. I tak zostali razem we trójkę: Stasiuk, wnuczka i Max. O matce dziewczynki już nigdy nic nie słyszeli.”

NIE POTRZEBUJĘ sparaliżowanej… powiedziała synowa i odeszła… Ale nawet nie wyobrażała sobie, co mogło się wydarzyć dalej.

W jednej mazowieckiej wiosce mieszkał sobie zwykły staruszek. W weekendy lubił czasem wypić trochę czystej. Miał jedno marzenie zapragnął mieć psa, ale nie byle jakiego, tylko prawdziwego owczarka środkowoazjatyckiego. Gotów był nawet pojechać aż do dalekiej Azji, żeby kupić wymarzonego psa i sprowadzić go do swojego domu.

Staruszka nazywano Staśkiem. Czy to od imienia, czy od nazwiska nikt do końca nie wiedział. Wołali na niego “Sławek” albo “Stasiek” i już tak zostało, a on się nie poprawiał. Po pracy na polu siadał sobie na ławeczce pod domem i wspominał dawne czasy. Bywało, że młodzież przysiadała obok i słuchała, jak to kiedyś na wsi bywało.

Żona Staszka, Jadwiga, już od dawna spoczywała w ziemi. Serce miała chore. Lekarze wręcz jej zabronili rodzić, ale ona bardzo chciała mieć dziecko. Urodziła Staszkowi syna, a potem całkiem już podupadła na zdrowiu. Stasiek ukochał Jadwigę nad życie. Wszystko za nią robił w domu, nawet nie pozwalał jej dźwigać paczki z mlekiem ze sklepu. “Nie wolno! mówił lekarze zabronili!”

Dzieckiem zajmował się sam, gotował jedzenie. Jadwiga się czasem martwiła:
Wstydzisz mnie! Kobiety się śmieją, że w domu nic nie robię, wszystko na mężu!
A baby nie śmiały się, tylko zazdrościły:
Oj Jadźka, daj nam swojego Staszka w dzierżawę, chociaż przez dzień twoje życie pożyć!
Uśmiechała się tylko w odpowiedzi. Tak z uśmiechem na twarzy odeszła. Stasiek rano znalazł ją już zimną. Płakał jak bóbr przez trzy dni, potem zajął się synem.

Chłopak miał wtedy trudny wiek czternaście lat. Po wojsku wcześnie się ożenił i został w mieście, gdzie służył. I tak Sławek został całkiem sam. Ale nie narzekał lubił pogadać z młodymi na ławeczce.

U syna urodziła się córka. Stasiek czekał, kiedy przyjadą w gości, ale zawsze coś im przeszkadzało praca, czasu brak, raz to, raz tamto. Wnuczkę widział tylko na zdjęciach.

Aż nagle wieś zauważyła, że Stasiek chodzi jak chmura z piorunami, jakby wody się napił. Nie uśmiecha się, nie żartuje jak dawniej, na ławeczce pod domem nie przesiaduje. Zaczęli pytać, co się dzieje. Okazało się, że Stasiek dostał telegram synowa powiadomiła, że mieli wypadek samochodowy. Wnuczka w ciężkim stanie w szpitalu, a syn Staszka zginął.

No nie, jakaż to bieda, jakież nieszczęście! współczuli staruszkowi całą wsią, ale czy są takie słowa, które mogłyby naprawdę pomóc w takiej rozpaczy?

Stasiek przyjmował kondolencje, lecz nie było mu lżej. Syna żal, ale go nie wróci, jeszcze bardziej żal wnuczki. Leży w szpitalu, w śpiączce, młoda dziewczyna, piętnaście lat. Miałaby jeszcze tyle życia przed sobą… Całą duszę Staszka to bolało.

Najgorsze od synowej żadnych wieści już. Listów nie pisze, na telegramy nie odpowiada, telefonu nie odbiera. Jak się dowiedzieć, co z wnuczką?… Stasiek nigdy jej nie widział na żywo, ale kochał ją tak samo mocno. Ze zdjęć poznawał w niej młodą Jadwigę.

Już był gotów jechać do miasta, gdzie syn mieszkał. Tuż przed wyjazdem pod dom podjeżdża samochód. Wynoszą nosze. Bez pukania do domu wchodzi kobieta. Stasiek nie od razu zrozumiał, że to żona jego zmarłego syna. Za nią wniesiono nosze, na których leżała wnuczka. Dosłownie rzucili dziewczynę na kanapę i zniknęli.

Jest sparaliżowana od stóp do głów. Taka córka nie jest mi potrzebna. Jeszcze zdążę wyjść za mąż i urodzić sobie zdrowe dziecko! powiedziała synowa.
Ale ja nie jestem lekarzem! zdążył tylko stwierdzić Stasiek.
A lekarz nie jest tu potrzebny. I tak nie pomogą. Potrzebna jej opiekunka. Jeśli nie chce się pan zajmować, to zakop ją żywcem, ja nie zamierzam marnować swego życia. Opiekunką nie będę! rzuciła kobieta i zatrzasnęła drzwi.

Ty jej chyba matką nie jesteś! krzyknął za nią Stasiek.

Stało się jasne, czemu syn nie przyjeżdżał w gości z rodziną. Z taką żoną można tylko na targ się kłócić, a nie w gości jeździć. I jak to syn się takiej kobiety uczepił? Tylko już nie zapytasz. Gdyby wiedział, że ona kiedyś od córki się wyrzeknie, pewnie przewróciłby się w grobie. Tak zostali we dwoje: Stasiek z wnuczką.

Dziewczynka rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, ale Stasiek niejedno w życiu widział i opiekować się potrafił. Teraz miał cel wykurować ją, przywrócić życie.

Lekarze z wnuczki zrezygnowali, wypisali ze szpitala. Nie rozumieli, jak ona w ogóle przeżyła wypadek. Rany niemal niezgodne z życiem. Zostawały tylko ludowe leczenie i znachorka. Ale najbliższa była bardzo daleko, a wiejskiego rebaka u nich nie było. Sparaliżowanego dziecka nie dało się wieźć, a ona do domów nie jeździła, za stara już była. I co robić?

Stasiek niemal co tydzień jeździł do znachorki, ta dawała zioła i różne nalewki. Tym leczył wnuczkę. Rok mijał, a ona ani ręką, ani nogą ruszyć nie mogła. Leżała jak kłoda pod kołdrą. Nawet mówić nie potrafiła, tylko coś mamrotała niewyraźnie.

Czasem zauważył, jak po policzku dziewczynki płynęła łza. W takich chwilach serce mu pękało. Myślał, że tęskni za rodzicami. Długo rozmawiał z wnuczką, czytał jej książki, lecz ona nie mogła odpowiedzieć. Im obojgu było ciężko.

Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Stasiek siedział jak codzień przy łóżku chorej, gdy do domu wpadła pijana grupa młodych. Okazało się, że przez nieuwagę nie zamknął drzwi wejściowych. Wracali z zabawy, zobaczyli światło. Wiedzieli, że w domu mieszka sparaliżowana dziewczyna. Ktoś rzucił pomysł, żeby wejść i się zabawić: przecież się nie przeciwstawi, a jak się ucieszy…

No, dziadku! Odkryj wnuczkę i rozstaw jej nogi! Teraz rzucimy los, kto pierwszy… rozkazał najbardziej pijany.
Litości! Ona ma ledwie piętnaście lat! zaprotestował staruszek.

Dobra, poczekaj, tylko zęby umyję! rzucił Stasiek i czym prędzej pobiegł do kuchni, otworzył zejście do piwnicy: Wziąć!
Z podziemia błyskawicznie wyskoczył ogromny owczarek azjatycki Borys. Zaczął łapać degeneratów za spodnie! Temu najważniejszemu prawie genitalia odgryzł, innym powyrywał spodnie na tyle, że musieli uciekać z gołymi tyłkami przez całą wieś! Ludziom do śmiechu, a Borys za nimi aż pod las pognał.

Stasiek wraca do pokoju, a wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno:
Borys! Borys! Dziadku, złap go, żeby nie uciekł!…

Staruszek zapłakał ze wzruszenia. Od tego momentu dziewczynka zaczęła wracać do zdrowia. Niedługo potem zaczęła chodzić. Czy to pomogły zioła znachorki, czy może nagłe przeżycie ze stresem a już rozmawiać potrafiła bez przerwy, nagadała się za wszystkie minione lata. A skąd się wziął pies, zapytacie? To proste. Owczarek Borys mieszkał u syna Staszka, a gdy nastała tragedia i gospodarz zmarł, nieczuła synowa pozbyła się i córki, i psa.

Psa przywiozła razem z dziewczynką, ale staruszkowi nic nie powiedziała. Kiedy synowa odeszła, Sławek poszedł zamknąć bramę za nią, patrzy, a przy furtce siedzi pies. Wychudzony, zmęczony, oczy jak u chorej krowy, leciały z nich prawdziwe łzy. Stasiek nie wiedział nawet, że syn miał psa. Nie był w stanie wypędzić psa syna na ulicę zabrał go do siebie.

Pies służył staruszkowi wiernie, a kiedy przyszli tamci łobuzy, właśnie siedział w piwnicy, bo lato było wtedy wyjątkowo upalne. Żeby psu nie dokuczał żar, Stasiek trzymał Borysa w piwnicy w dzień, a wieczorem wypuszczał. Tamtego wieczoru nie zdążył go jeszcze wypuścić. Gdyby Borys był na górze, tamci nie odważyliby się wejść do domu.

Wnuczka opowiedziała potem dziadkowi, że kiedy płakała, łzy płynęły jej po policzkach właśnie z tęsknoty za psem. Dziadek zwykle trzymał go na podwórku, a do pokoju nie wpuszczał. Dziewczynka tęskniła, a nie mogła tego powiedzieć.

Borys przegonił pijaków, wrócił do domu, oblizał twarz swojej małej pani z największą radością. Tęsknił za nią bardzo. I tak zaczęli żyć we troje: Sławek, wnuczka i Borys. O matce dziewczyny już nigdy nic nie słyszeli.

Takie to były czasy, a do dzisiaj, gdy przypominają sobie tamten czas, łza się w oku kręci.

Rate article
Fajna Tajna
“— NIE POTRZEBUJĘ PARALIŻOWANEJ… — powiedziała synowa i wyszła… Ale nawet nie wiedziała, co jeszcze może się wydarzyć… W jednej polskiej wsi mieszkał zwyczajny staruszek, który w weekendy lubił się napić odrobinę wódki. Miał jedno marzenie: zdobyć rasowego owczarka środkowoazjatyckiego, takiego prawdziwego, nawet był gotów pojechać aż do Kazachstanu, żeby go kupić i sprowadzić do domu. Na wsi wszyscy zwali go Stasiukiem. Może od imienia, a może od nazwiska — nikt dokładnie nie wiedział, ale wszyscy tak go nazywali i staruszek nikogo nie poprawiał. Po pracy w ogródku siadał na ławeczce i wspominał dawne lata. Czasem przy nim zbierała się młodzież, aby posłuchać opowieści o tym, jak to drzewiej we wsi bywało. Żonę Stasiuk pochował już dawno. Zosia była chorującą na serce. Lekarze zabronili jej rodzić, ale bardzo pragnęła mieć dziecko. Urodziła Stasiukowi synka i całkiem podupadła na zdrowiu. Stasiuk kochał Zosię, wszystko gotów był za nią w domu robić, nawet torebki mleka z sklepu nie pozwalał jej nosić. “Nie wolno! — mówił — lekarze zakazali!” Za dzieckiem sam doglądał, obiady gotował. Zosia ciągle była niespokojna: — Obyś mnie nie kompromitował! Przecież baby się będą śmiały! Ja do domu nic nie robię, wszystko na tobie! A sąsiadki nie śmiały się, tylko zazdrościły: — Zosiu, daj nam swojego Stasiuka w dzierżawę, choć na dzień byśmy twoje życie pożyły! Ona tylko się uśmiechała i tak z uśmiechem odeszła z tego świata. Stasiuk z rana znalazł ją już zimną. Płakał jak bóbr przez trzy dni, potem zajął się synem. Chłopak właśnie wkraczał w trudny wiek, 14 lat. Po wojsku syn wcześnie się ożenił i został tam, gdzie służył. Tak Stasiuk został sam. Ale nie narzekał — lubił pogadać z młodzieżą na ławeczce. U syna urodziła się córka, na gości ich czekał, ale nigdy nie przyjeżdżali. To praca, to czasu brak, raz to, raz tamto. Wnuczkę widział tylko na zdjęciach. Aż tu raz wieś zauważyła, że Stasiuk chodzi jak chmura gradowa, nie żartuje, na ławce nie siedzi. Zaczęli się dopytywać i wyszło na jaw: dostał telegram od synowej — cała rodzina miała wypadek samochodowy. Wnuczka w ciężkim stanie w szpitalu, syn Stasiuka nie żyje. — Co za nieszczęście, co za tragedia! — współczuła cała wieś, ale czy są takie słowa, które pomogą w takim bólu?… Stasiuk przyjmował kondolencje, ale lepiej mu nie było. Syna żal, ale już nie wróci, jeszcze żal było wnuczki. Leży w szpitalu, w śpiączce, młoda dziewczyna, 15 lat. Jej by żyć i żyć! Stasiukowi serce pękało. A co najgorsze — synowa przestała się odzywać. Nie pisała, nie odpowiadała, telefonu nie odbierała. Jak tu się dowiedzieć, jak wnuczka? Stasiuk, choć jej nigdy nie widział, kochał ją nie mniej. Sądząc po zdjęciach — wnuczka do Zosi w młodości podobna. Już miał jechać do miasta, gdzie syn mieszkał, gdy nagle, tuż przed wyjazdem, podjeżdża samochód pod dom. Wynoszą nosze. Do środka wpada jakaś kobieta bez pukania — długo Stasiuk nie rozumiał, że to żona zmarłego syna. Zaraz za nią wnoszą nosze z wnuczką. Dosłownie rzucili dziewczynę na kanapę i wyszli. — Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Takiej córki mi nie trzeba. Ja jeszcze zdążę wyjść za mąż i urodzić sobie zdrowe dziecko! — powiedziała synowa. — Ale ja nie jestem lekarzem! — odpowiedział Stasiuk. — A lekarz niepotrzebny. I tak jej nie pomogą. Potrzebna jest tylko opiekunka. Nie chce się pan bawić — to zakop ją żywcem, ja nie mam zamiaru niszczyć sobie życia. Ja nie jestem jej opiekunką! — rzuciła i trzasnęła drzwiami. — To i matka z ciebie nijaka! — krzyknął za nią Stasiuk. Już wiadomo było, czemu syn nie przyjeżdżał w gości z rodziną. Z taką żoną tylko na bazar się kłócić, a nie w gości jeździć. Jak to syna w taką kobietę wdepnęło? Teraz już nie zapyta. Gdyby wiedział, że żona syna od córki się odwróci, pewnie by się w grobie przewrócił. Tak zostali we dwójkę: Stasiuk z wnuczką. Dziewczyna rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, ale Stasiuk nie był przyzwyczajony do opiekowania się i pracy. Za to teraz sens życia się pojawił: cel najważniejszy — dziewczynę wyleczyć. Lekarze wnuczki odmówili i wypisali ze szpitala. Nie rozumieli, jak przeżyła wypadek — doznała urazów niemal niezgodnych z życiem. Zostały tylko domowe sposoby i znachorka. Znachorki we wsi nie było, najbliższa bardzo daleko. Sparaliżowanego dziecka nie zawiezie, a ona do domu nie wyjeżdża, bo sama już stara. Co robić? Stasiuk jeździł niemal co tydzień do tej znachorki, a ona dawała zioła, nalewki różne. Tym własnie wnuczkę leczył. Mijał już ponad rok, a ona nadal ani ręką, ani nogą ruszyć nie mogła, leżała jak kłoda, nawet mówić nie potrafiła, tylko pojękiwała niewyraźnie. Czasem staruszek widział, jak po policzku dziewczyny spływa łza. W takich chwilach serce mu się rozrywało. Myślał, że wnuczka tęskni za matką i ojcem. Czytał jej książki, rozmawiał z nią długo, ale dziewczynka nie mogła mu odpowiedzieć. Im obojgu było ciężko. Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś niespodziewanego. Staruszek, jak zwykle siedział przy łóżku, gdy do domu wpadła pijana banda młodych ludzi. Okazało się, że przez nieuwagę zostawił otwarte drzwi wejściowe. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, że mieszka tu sparaliżowana dziewczyna. Ktoś zaproponował wejść, bo przecież paraliż — to powinna być szczęśliwa, a jakby co, to nawet się nie obroni… Popchnęli drzwi, a te się otworzyły. — Stary, zdejmij kołdrę z wnuczki, rozchyl jej nogi szeroko! A my zaraz los rzucimy, kto pierwszy… — Dajcie spokój! Przecież ona ma tylko 15 lat! — bronił się staruszek. — Poczekaj. Najpierw umyję zęby! — powiedział Stasiuk i poleciał do kuchni, otworzył piwnicę i zawołał — “Brać!” Z piwnicy wyskoczył ogromny owczarek środkowoazjatycki. Zaczął szarpać bandytów za spodnie!… Temu najważniejszemu prawie krocze odgryzł. Pozostałym porozdzierał spodnie na tyłkach. Tak uciekali z gołymi zadkami przez wieś, ludzie się śmiali, a pies za nimi nawet przez okno wyskoczył i gonił aż do granic wsi. Wraca Stasiuk do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno: — Max! Max! Dawaj, dziadku, łap go, żeby nie uciekł!… Staruszek aż się rozpłakał. Od tego dnia wnuczka zaczęła wracać do zdrowia. W niedługim czasie zaczęła nawet chodzić. Czy to zioła znachorki podziałały, czy stres przez psa — dziewczynka zaczęła gadać bez ustanku. Namilczała się przez tyle czasu. Skąd się wziął pies, zapytacie? Wszystko proste: owczarek środkowoazjatycki Max mieszkał u syna Stasiuka. Gdy wydarzyła się tragedia i właściciel umarł, nieczuła synowa pozbyła się i córki, i zwierzaka. Psa przywiozła razem z dziewczyną, tylko nic staruszkowi nie powiedziała. Gdy synowa opuściła dom, Stasiuk poszedł zamknąć bramę, patrzy, a przy bramie siedzi pies. Chudy, zgnębiony, oczy smutne jak u chorej krowy, a z nich płyną autentyczne łzy. Staruszek nawet nie wiedział, że syn miał psa. Nie mógł go na ulicę wygnać — zabrał go do siebie. Pies służył staruszkowi wiernie, a gdy przyszli ci łajdacy, siedział w piwnicy, bo lato było upalne. Żeby nie cierpiał od skwaru, Stasiuk w dzień sadzał Maxa w piwnicy, a wieczorem wypuszczał na podwórko. Tamtego wieczoru jeszcze go nie zdążył wypuścić. Gdyby Max był na górze, bandyci nie weszliby do domu. Później wnuczka opowiedziała, że gdy płakała, łzy spływały po policzkach, bo tęskniła za psem. Dziadek zwykle trzymał psa na dworze, do pokoju nie wpuszczał. Dziewczynka tęskniła, ale nie mogła tego powiedzieć. Max wygonił pijaków, wrócił do domu i radośnie oblizał twarz swojej małej właścicielki. Też za nią bardzo tęsknił. I tak zostali razem we trójkę: Stasiuk, wnuczka i Max. O matce dziewczynki już nigdy nic nie słyszeli.”