Ale numer! Tato, jakaś ekipa wyszła cię witać. Po co ci był ten sanatorium, skoro w domu taki „all inclusive”? Kiedy Bartek wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Ewa poczuła: Bastylię zdobyto. Żaden Leonardo DiCaprio tak nie czekał na Oscara, jak Ewa na swojego Bartka, i to z własnym gniazdkiem. Zrezygnowana trzydziestopięciolatka coraz częściej rzucała współczujące spojrzenia kotom na ulicy i wystawom „Wszystko do robótek ręcznych”. A tu on — samotny, całe młode lata poświęcił na karierę, zdrowe odżywianie, siłownię i inne głupoty typu szukanie siebie w świecie, a dzieci nie ma. Ewa marzyła o takim prezencie od dwudziestki, pewnie tam na górze w końcu zrozumieli, że nie żartowała. — Mam ostatni w tym roku wyjazd służbowy, a potem jestem cały twój — powiedział Bartek i wręczył klucze. — Tylko się nie przestrasz mojej jaskini. Bywam w domu właściwie tylko żeby się przespać — rzucił, po czym poleciał w inny czasowy rejon na cały weekend. Ewa zabrała szczoteczkę, krem i ruszyła sprawdzić tę jaskinię. Problemy pojawiły się już przy wejściu. Bartek uprzedzał, że zamek czasem się zacina, ale Ewa nie spodziewała się, że aż tak. Bo drzwi odpały się z impetem dopiero po 40 minutach walki, z tłumem ciekawskich sąsiadów w rolach życzliwych statystów. Sąsiadka pyta: — A pani czego się do cudzej kawalerki dobija? — Spokojnie, mam klucze, jestem jego dziewczyną! — Ewa odpowiada z wyzwaniem, odganiając pot z czoła. Kiedy już weszła, ujrzała skromną kawalerkę Bartka, gdzie kobieca ręka nigdy nie gościła. Czuła, że jest pierwsza. Radość z nowej roli narastała razem z potrzebą natychmiastowej zmiany wnętrza. W sklepie na nią spadły dywaniki, zasłony, zapachy i pojemniki na kosmetyki. Dodanie tych drobiazgów do cudzego mieszkania? „To nie bezczelność”, pocieszała się, dokładając drugi wózek zakupów. Zamek poddał się, ale przy tym przestał działać. Do północy waliła się z nim w kuchni, rano pobiegła po nowy. Noże też trzeba było wymienić. Potem widelce, łyżki, obrus, deski… A potem już tylko do firanki ręką sięgnąć. W niedzielę Bartek napisał, że musi zostać na wyjeździe. — Jeśli wprowadzisz trochę ciepła i domowego klimatu, będę szczęśliwy! — otwarcie się uśmiechnął w słuchawce. Ewa nie tylko urządzała mieszkanie, ale i cały blok dowiedział się, kto tu rządzi od teraz. Pierścionka nie miała, ale sąsiedzi uznali, że „Jak pani każe, to tak będzie. Nam wsio jedno”. W dzień powrotu Bartka Ewa przygotowała kolację, ubrała się w efektowną, może nawet lekko prowokacyjną kreację, zapaliła kadzidełka, przygasiła światło i czekała. Bartek się opoźniał, a gdy opakowanie zaczęło uwierać w ciężko wyćwiczony pośladek, w zamku przekręcił się klucz. — Zamek nowy, wystarczy pchnąć! — rzuciła Ewa, odrobinę zdenerwowana, ale pewna siebie. Pracowała z tym wnętrzem, będzie jej wybaczone. W tym samym momencie przyszło od Bartka: „Gdzie jesteś? Ja już w domu. Widzę, że mieszkanie się nie zmieniło. Koledzy straszyli, że je kosmetykami zawalisz”. Ewa przeczytała to później, bo do środka weszła… grupa pięciu nieznanych osób: dwoje młodych, dwóch uczniów i jeden bardzo stary pan, który na widok Ewy wyprostował się niczym rekrut na przysiędze. — O kurcze, tato, jak cię tu witają! Po co ci ten sanatorium, skoro w domu taki „all inclusive”? — rzucił syn, po czym dostał opieprz od swojej, chyba żony. Ewa stała z dwoma kieliszkami w progu, nie mogąc się ruszyć. Była w szoku i miała ochotę krzyczeć. W kącie rozbawiony pająk. — Przepraszam, a pani kto? — pisnęła Ewa. — Gospodarz tej nory. A pani to chyba z przychodni, prawda? Przyszła zrobić opatrunek? — staruszek oglądał przebrana pielęgniarkę. — Yyy, tak, Adamie Mateuszu, jest tu naprawdę przytulnie i aż czuć błogostan — żona syna zaglądała Ewie przez ramię. — Ale zmiana! A pani to jak się nazywa? Nie za stary dla pani nasz Adam Mateusz? Choć poważny pan, własne mieszkanie… — E-e-e-wa… — No proszę! Adam Mateusz, dobry wybór ludzi! Staruszek jakby promieniał. — A Bartek gdzie? — wyszeptała Ewa, szybko opróżniając oba kieliszki. — To ja Bartek! — woła chłopiec, może osiem lat. — Poczekaj synku, nie czas jeszcze być Bartkiem — żona zabrała dzieci do samochodu. — Przepraszam, chyba pomyliłam mieszkania… To była Bzowa, osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć? — Nie, to Bukietowa, osiemnaście — odparł dziadek, już rozpakowując „prezent”. — No tak — westchnęła tragicznie Ewa — pomyliłam. Proszę się rozgościć, ja tylko zadzwonię. Ewa wpadła do łazienki, zamknęła się, przeczytała SMS od Bartka. „Bartek, zaraz będę, utknęłam w sklepie” — odpisała. „Spoko, czekam. Jak możesz, przynieś czerwone” — nagrał Bartek. Czerwone Ewa będzie już przynosić tylko w sobie. Zwinęła dywanik i zdjęła zasłonkę, uciekła przez kuchnię. Gdy jej Bartek otworzył drzwi, rzuciła tylko: — Opowiem, ale później. Przeszła obok niego, nie patrząc mu w oczy, od razu wymieniła zasłonki, rozłożyła dywanik i padła na sofę, przesypiając aż do rana, aż stres i czerwone wyparowały. Rano zobaczyła nieznajomego młodego człowieka. — Przepraszam, jaki to adres? — Baśniowa, osiemnaście.

Nieźle, tato, chyba masz tu własny komitet powitalny. Po co ci w ogóle sanatorium, skoro w domu masz full wypas all inclusive?

Kiedy Piotr wręczył Ewie klucze do swojego mieszkania, ona poczuła się jakby zdobyła Pałac Kultury. Żaden Leonardo DiCaprio nie wyglądał z taką tęsknotą na Oscara, jak Ewa czekała na swojego Piotra w dodatku z własną bazą wypadową.

Rozczarowana, trzydziestopięcioletnia, coraz częściej rzucała współczujące spojrzenia w stronę ulicznych kotów i wystaw sklepu Wszystko do rękodzieła.

A tu on singiel, co stracił młodość na karierę, zdrowe odżywianie, siłownię i inne życiowe bzdety, no i bezdzietny.

Ten prezent wymarzyła już w wieku dwudziestu lat, i chyba gdzieś tam, na niebieskich chmurach, w końcu załapali, że nie żartuje.

Mam ostatni w tym roku wyjazd służbowy powiedział Piotr, przekazując upragnione klucze. Potem jestem cały twój. Ale nie bój się mojej jamy, przeważnie wchodzę tylko spać rzucił, po czym zniknął w innym rejonie czasowym na cały weekend.

Ewa wzięła szczoteczkę do zębów, krem i ruszyła odkrywać, czym właściwie jest ta słynna jama. Problemy zaczęły się już przy wejściu. Piotr ostrzegał, że zamek czasem się zacina, ale Ewa nie podejrzewała, że aż tak.

Dzielnie szarpała się z drzwiami czterdzieści minut: pchała, ciągnęła, wsuwała klucz do końca, zagadywała grzecznie na pół obrotu ale drzwi ewidentnie nie zamierzały się otworzyć dla nowego lokatora.

Ewa przeszła do działań psychologicznych, jak dawniej uczyli koledzy spod trzepaka. Na hałas wyszła sąsiadka.

Pani, czemu pani się dobija do czyjegoś mieszkania? padło zaniepokojone, babskie pytanie.

Ja się nie dobijam, ja mam klucze syknęła Ewa, ocierając pot z czoła.

A tak właściwie, kim pani jest? Pierwszy raz panią widzę kontynuowała starsza pani, wtrącając się w cudze sprawy.

Ja jestem jego dziewczyną! odrzekła Ewa z energią, łapiąc rękami biodra, choć była widoczna tylko przez uchylone drzwi.

Pani?! zdziwiła się sąsiadka.

Tak, właśnie ja. Jakiś problem?

Skądże. Po prostu nigdy nikogo tutaj nie sprowadzał (tu Ewa jeszcze bardziej pokochała Piotra), a tu nagle taka…

Taka jaka? nie zrozumiała Ewa.

To już nie moja sprawa, przepraszam zakończyła sąsiadka, zamykając drzwi.

Wiedząc, że albo ona, albo drzwi, Ewa wcisnęła klucz z siłą godną marzenia o własnym kącie i prawie obróciła futrynę wokół osi. Drzwi ustąpiły.

Przed Ewą rozpościerał się cały wewnętrzny świat Piotra, a serce jej pokryło się szronem. Owszem, singlowi można wybaczyć pewną ascezę, ale to było prawdziwe pustelnictwo.

Bidulku, chyba twoje serce dawno już zapomniało, a może nigdy nie znało, co to domowy klimat wymamrotała Ewa, oglądając skromne lokum, które teraz miała zamiar często odwiedzać.

Z drugiej strony była szczęśliwa. Sąsiadka nie kłamała: kobieca ręka nigdy nie dotknęła tych ścian, tej podłogi, tej kuchni i tych szarych okien. Ewa tu była pierwsza.

Nie mogąc się powstrzymać, poleciała do najbliższego sklepu po ładną zasłonkę, dywanik do łazienki, przy okazji podkładki i kuchenne ręczniki.

W sklepie oczywiście odpaliło jej się tryb nowa pani domu. Do dywanika i zasłonki dorzuciła odświeżacze, mydełka handmade oraz wygodne pojemniki na kosmetyki.

Dodanie takich drobiazgów do cudzego mieszkania to nie chamstwo uspokajała się, dokładając drugi kosz na zakupy.

Zamek przestał stawiać opór. W zasadzie przestał w ogóle działać i przypominał bramkarza hokejowego, który zapomniał maski na mecz.

Zdała sobie sprawę, co narobiła. Do północy, przy użyciu kuchennych noży wykręcała stary zamek, a rano pognała do Castoramy po nowy. Noże, rzecz jasna, też wymieniła. I widelce, łyżki, obrus, deski i podkładki pod gorące. Do zasłon od kuchni już tylko jeden krok.

W niedzielę po południu zadzwonił Piotr, że musi zostać w delegacji jeszcze dwa dni.

Będę zachwycony, jeśli wprowadzisz tu trochę ciepła i klimatu uśmiechał się do telefonu, gdy Ewa wyznała, że pozwoliła sobie na pewną swobodę w wystroju.

Ciepło już wprowadzała transportami i dzieliła wedle planu techniczno-dokumentacyjnego. Lata gromadzenia kobiecych ozdób w końcu znalazły ujście i nie mogła przestać.

Przed powrotem Piotra z dotychczasowego mieszkania został tylko pająk przy kratce wentylacyjnej. Ewcia rozważała, czy go nie wygonić, ale gdy zobaczyła wytrzeszczone, przestraszone osiem oczu postanowiła nie ruszać biednego stworzenia. Symbol nietykalności cudzej własności.

Mieszkanie Piotra prezentowało się jakby właśnie odnalazł szczęście w ośmioletnim małżeństwie, potem się rozczarował, po czym ponownie odnalazł radość już przekornie.

Ewa nie tylko zrobiła mieszkanie, ale również zadbała, by cały blok wiedział, że ona tu rządzi i w razie pytań zgłaszać się do niej. Pierścionek zamówiony, ale to techniczny szczegół.

Na początku sąsiedzi patrzyli podejrzliwie, ale potem tylko wzruszali ramionami: Pani, niech będzie jak pani chce, nam wszystko jedno.

***
W dniu przyjazdu Piotra, Ewa przygotowała prawdziwą polską kolację schabowego na talerzu, z pakietem swoich jeszcze sprężystych kształtów w odświętnej, trochę prowokacyjnej wersji, rozstawiła kadzidełka po kątach, przygasiła nowe światła i czekała z miną Miss Domowego Zacisza.

Piotr się opóźniał. Gdy Ewa zaczęła czuć, że bielizna wrzyna się w nogę, którą ćwiczyła pół roku na siłowni, do zamka wsunięto klucz.

Zamek nowy, wystarczy pchnąć, nie jest zamknięte! wymamrotała z lekkim niepokojem, ale z nadzieją w głosie. Raz nie bała się osądu. Dwa tak się napracowała nad mieszkaniem, że jej przebaczą wszystko.

W momencie otwierania drzwi, dostała SMS od Piotra: Gdzie jesteś? Jestem w domu. Widzę, mieszkanie bez zmian. Koledzy straszyli, że obsadzisz je całe kosmetykami!

Zresztą, Ewa przeczytała wiadomość dużo później. W międzyczasie do mieszkania westchnęła wesoła ekipa: dwóch młodych facetów, dwie podrostki i bardzo stary dziadek, który na widok Ewy natychmiast się wyprostował i poprawił resztkę siwych włosów.

No nie, tato, taka obsługa domowa, że ten twój sanatorium to strata pieniędzy! rzucił jeden z młodych, po czym dostał burę od, chyba, swojej żony.

Ewa stała na progu, z dwoma kieliszkami w dłoniach, niezdolna do ruchu. Najchętniej by wrzasnęła, ale nie mogła przez szok.

W rogu zaśmiał się złośliwy pająk.

Przepraszam, a pani to kto? pisnęła Ewa.

Tu właściciel miejscowej nory. A pani z przychodni, na zmianę opatrunku? Mówiłem, że dam sobie radę odpowiedział dziadek, patrząc na strój pielęgniarki, w jakim wystąpiła Ewcia.

Oj, Adamie, u ciebie tu teraz ciepło i domowo zajrzała przez Ewę żona młodego. Inna bajka! A pani jak się nazywa? Nie za stary dla pani nasz Adam? Chociaż, wiadomo, poważny człowiek, z własnym kątem…

E-e-ewka…

No proszę! Panie Adamie, zna się pan na ludziach!

Dziadkowi, patrząc na błyszczące oczy, chyba też się to wszystko podobało.

A gdzie jest Piotr? wyszeptała Ewa i jednym łykiem opróżniła oba kieliszki.

Ja jestem Piotr! wykrzyknął ośmiolatek.

Poczekaj, Piotrek, jeszcze za młody na takie rzeczy odsunęła go matka i wysłała całą trójkę z mężem do auta.

Przepraszam bardzo, chyba się pomyliłam mieszkaniami docierało do Ewy, gdy przypomniała sobie problem z zamkiem. To tu, na Kwiatowej, osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć?

Nie, to Lipowa, osiemnaście odpowiedział dziadek, już gotowy rozpakować niespodziewany prezent.

No to pięknie westchnęła dramatycznie Ewa. To ja przepraszam, proszę się rozgościć, a ja muszę, no… zadzwonić.

Złapała telefon i uciekła do łazienki, gdzie, zabarykadowawszy się, owinęła się ręcznikiem. Dopiero tam przeczytała SMS Piotra.

Piotrze, już wracam, tylko sklep mnie wciągnął odpisała szybko.

Spoko, czekam. Jakby co, przynieś czerwone wino odparł Piotr w głosowym.

Czerwone miała przynieść, ale tylko we krwi. Zwinęła dywanik pod pachę, zdjęła zasłonkę, przeczekała, aż nieznajomi przemykają przez kuchnię i wtedy wyskoczyła z łazienki.

Spakowała wszystko do reklamówki i zmyła się z mieszkania.

***
Opowiem, ale później rzuciła Ewa, gdy Piotr otworzył jej drzwi.

Przesuwała się jak we mgle, nawet nie patrząc na niego. Najpierw weszła do łazienki, powiesiła nową zasłonkę, rozłożyła dywanik, po czym padła na kanapę i spała do rana, żeby stres i czerwone wino wywietrzały z głowy.

Gdy wstała, zobaczyła, że przed nią stoi nieznajomy i domaga się wyjaśnień.

Przepraszam, ale jaki tu jest adres?..

Baśniowa osiemnaście…

Rate article
Fajna Tajna
Ale numer! Tato, jakaś ekipa wyszła cię witać. Po co ci był ten sanatorium, skoro w domu taki „all inclusive”? Kiedy Bartek wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Ewa poczuła: Bastylię zdobyto. Żaden Leonardo DiCaprio tak nie czekał na Oscara, jak Ewa na swojego Bartka, i to z własnym gniazdkiem. Zrezygnowana trzydziestopięciolatka coraz częściej rzucała współczujące spojrzenia kotom na ulicy i wystawom „Wszystko do robótek ręcznych”. A tu on — samotny, całe młode lata poświęcił na karierę, zdrowe odżywianie, siłownię i inne głupoty typu szukanie siebie w świecie, a dzieci nie ma. Ewa marzyła o takim prezencie od dwudziestki, pewnie tam na górze w końcu zrozumieli, że nie żartowała. — Mam ostatni w tym roku wyjazd służbowy, a potem jestem cały twój — powiedział Bartek i wręczył klucze. — Tylko się nie przestrasz mojej jaskini. Bywam w domu właściwie tylko żeby się przespać — rzucił, po czym poleciał w inny czasowy rejon na cały weekend. Ewa zabrała szczoteczkę, krem i ruszyła sprawdzić tę jaskinię. Problemy pojawiły się już przy wejściu. Bartek uprzedzał, że zamek czasem się zacina, ale Ewa nie spodziewała się, że aż tak. Bo drzwi odpały się z impetem dopiero po 40 minutach walki, z tłumem ciekawskich sąsiadów w rolach życzliwych statystów. Sąsiadka pyta: — A pani czego się do cudzej kawalerki dobija? — Spokojnie, mam klucze, jestem jego dziewczyną! — Ewa odpowiada z wyzwaniem, odganiając pot z czoła. Kiedy już weszła, ujrzała skromną kawalerkę Bartka, gdzie kobieca ręka nigdy nie gościła. Czuła, że jest pierwsza. Radość z nowej roli narastała razem z potrzebą natychmiastowej zmiany wnętrza. W sklepie na nią spadły dywaniki, zasłony, zapachy i pojemniki na kosmetyki. Dodanie tych drobiazgów do cudzego mieszkania? „To nie bezczelność”, pocieszała się, dokładając drugi wózek zakupów. Zamek poddał się, ale przy tym przestał działać. Do północy waliła się z nim w kuchni, rano pobiegła po nowy. Noże też trzeba było wymienić. Potem widelce, łyżki, obrus, deski… A potem już tylko do firanki ręką sięgnąć. W niedzielę Bartek napisał, że musi zostać na wyjeździe. — Jeśli wprowadzisz trochę ciepła i domowego klimatu, będę szczęśliwy! — otwarcie się uśmiechnął w słuchawce. Ewa nie tylko urządzała mieszkanie, ale i cały blok dowiedział się, kto tu rządzi od teraz. Pierścionka nie miała, ale sąsiedzi uznali, że „Jak pani każe, to tak będzie. Nam wsio jedno”. W dzień powrotu Bartka Ewa przygotowała kolację, ubrała się w efektowną, może nawet lekko prowokacyjną kreację, zapaliła kadzidełka, przygasiła światło i czekała. Bartek się opoźniał, a gdy opakowanie zaczęło uwierać w ciężko wyćwiczony pośladek, w zamku przekręcił się klucz. — Zamek nowy, wystarczy pchnąć! — rzuciła Ewa, odrobinę zdenerwowana, ale pewna siebie. Pracowała z tym wnętrzem, będzie jej wybaczone. W tym samym momencie przyszło od Bartka: „Gdzie jesteś? Ja już w domu. Widzę, że mieszkanie się nie zmieniło. Koledzy straszyli, że je kosmetykami zawalisz”. Ewa przeczytała to później, bo do środka weszła… grupa pięciu nieznanych osób: dwoje młodych, dwóch uczniów i jeden bardzo stary pan, który na widok Ewy wyprostował się niczym rekrut na przysiędze. — O kurcze, tato, jak cię tu witają! Po co ci ten sanatorium, skoro w domu taki „all inclusive”? — rzucił syn, po czym dostał opieprz od swojej, chyba żony. Ewa stała z dwoma kieliszkami w progu, nie mogąc się ruszyć. Była w szoku i miała ochotę krzyczeć. W kącie rozbawiony pająk. — Przepraszam, a pani kto? — pisnęła Ewa. — Gospodarz tej nory. A pani to chyba z przychodni, prawda? Przyszła zrobić opatrunek? — staruszek oglądał przebrana pielęgniarkę. — Yyy, tak, Adamie Mateuszu, jest tu naprawdę przytulnie i aż czuć błogostan — żona syna zaglądała Ewie przez ramię. — Ale zmiana! A pani to jak się nazywa? Nie za stary dla pani nasz Adam Mateusz? Choć poważny pan, własne mieszkanie… — E-e-e-wa… — No proszę! Adam Mateusz, dobry wybór ludzi! Staruszek jakby promieniał. — A Bartek gdzie? — wyszeptała Ewa, szybko opróżniając oba kieliszki. — To ja Bartek! — woła chłopiec, może osiem lat. — Poczekaj synku, nie czas jeszcze być Bartkiem — żona zabrała dzieci do samochodu. — Przepraszam, chyba pomyliłam mieszkania… To była Bzowa, osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć? — Nie, to Bukietowa, osiemnaście — odparł dziadek, już rozpakowując „prezent”. — No tak — westchnęła tragicznie Ewa — pomyliłam. Proszę się rozgościć, ja tylko zadzwonię. Ewa wpadła do łazienki, zamknęła się, przeczytała SMS od Bartka. „Bartek, zaraz będę, utknęłam w sklepie” — odpisała. „Spoko, czekam. Jak możesz, przynieś czerwone” — nagrał Bartek. Czerwone Ewa będzie już przynosić tylko w sobie. Zwinęła dywanik i zdjęła zasłonkę, uciekła przez kuchnię. Gdy jej Bartek otworzył drzwi, rzuciła tylko: — Opowiem, ale później. Przeszła obok niego, nie patrząc mu w oczy, od razu wymieniła zasłonki, rozłożyła dywanik i padła na sofę, przesypiając aż do rana, aż stres i czerwone wyparowały. Rano zobaczyła nieznajomego młodego człowieka. — Przepraszam, jaki to adres? — Baśniowa, osiemnaście.