Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa obserwowała, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzają się nowi lokatorzy. Była to rodzina kierownika zmiany z miejscowej fabryki – ważnego zakładu w naszym małym, prowincjonalnym miasteczku. – I co, oni naprawdę chcą mieszkać w starym budownictwie? – dopytywała swoje koleżanki emerytka Nina Andrzejewna. – Przy takich koneksjach pewnie mogliby dostać mieszkanie w nowym bloku. – Nie oceniaj po sobie, mamo. Po co im nowy blok, skoro tu jest „stara cegła” – wysokie sufity, duże, osobne pokoje, przestronny przedpokój, a loggia jak jeszcze jeden pokój… – odparła jej trzydziestoletnia, wciąż niezamężna córka Ania z wyrazistym makijażem. – Poza tym od razu dostali telefon. W naszym domu mają telefony tylko trzy rodziny na dziewięć mieszkań… – A tobie tylko rozmowy w głowie, – zganiła Anię mama. – Sąsiedzi mają już dość. I nie próbuj się do tamtych przymilać. To poważni ludzie, zajęci. – Nie tacy znowu poważni, młodzi są, córka ma dziewięć lat, nazywa się Natalka, – odpowiedziała Ania, obrażona spoglądając na matkę. – Są niemal w moim wieku, może ze cztery-pięć lat starsi. Nowi sąsiedzi okazali się uprzejmi i uśmiechnięci. Lida pracowała w bibliotece szkolnej, a Ivan miał już dziesięć lat stażu w fabryce. O tym wszystkim opowiadała Ania wieczorami na podwórku, gdzie jej mama spotykała się z sąsiadkami. – Skąd już tyle wiesz? – pytały kobiety. – No dziewczyno, jak prokurator! – Bo chodzę do nich zadzwonić. W przeciwieństwie do niektórych, pozwalają, – Ania nie omieszkała wbić szpilki sąsiadom, którzy nie otwierali jej drzwi, wiedząc, że przegada pół godziny z koleżanką. Tak Ania zaprzyjaźniała się z nowymi i coraz częściej dzwoniła od nich do znajomych i do pracy, nie krępując się przesiadywać przy telefonie. Przychodziła czasem w nowych ciuchach, czasem w domowym szlafroku i ewidentnie szukała kontaktu z młodym małżeństwem. Któregoś razu zobaczyła, jak Ivan demonstracyjnie zamknął drzwi do pokoju z telewizorem, gdy tylko przyszła zadzwonić. Potem to się powtarzało. Ania uśmiechała się do Lidki i dziękowała, zaglądając po rozmowie do kuchni, ale Lida odpowiadała tylko skinieniem i prosiła, by zamknąć za sobą drzwi. – Nie mogę, mam ręce w mące, – pokazywała Lida. – Mamy francuski zamek, sam się zatrzaskuje. – Ooo, a co dziś pieczecie? Znowu drożdżówki? Ciągle u was pachnie ciastem… Ja nie umiem. – Tak, to na śniadanie – serniczki z twarogiem. Rano nie ma czasu piec, to robię teraz… – uśmiechała się Lida i odwracała z powrotem do swojego ciasta. Ania kręciła nosem i wychodziła zła, że nie jest już mile widziana. – Posłuchaj, Lida, wiem, że ci głupio odmówić, – zauważył Ivan. – Ale nasz telefon jest wieczorami wiecznie zajęty tą panną, a moi koledzy nie mogą się dodzwonić. – Wiem. Trochę zbyt swobodnie się tu porusza i coraz bezceremonialniej siedzi przy telefonie, jakby była u siebie… – przyznała żona. Tego samego wieczoru Ania, wystrojona i wymalowana, znów zajęła miejsce na pufie w korytarzu i gadała z koleżanką. – Aniu, długo jeszcze? Czekamy na telefon, – upomniała ją Lida po dziesięciu minutach. Ania kiwnęła ze zrozumieniem, odłożyła słuchawkę, ale zaraz wyciągnęła z kieszeni czekoladę. – Przyszłam ze słodkim! Napijmy się herbaty, na zdrowie naszej znajomości! Poszła do kuchni i położyła czekoladę na stole. – Nie, proszę schować. Nie może Natalka, ma alergię. U nas czekolada to tabu. – Co? Jakie tabu? – Ania poczerwieniała. – Przecież tak z serca, chciałam podziękować… – Nie trzeba podziękowań, i nie przychodź już tak często dzwonić, chyba że do lekarza, po pogotowie czy straż – to rzecz święta. Nawet w środku nocy. Bez urazy – wymusiła z siebie Lida. – Mężowi dzwonią z pracy, a Natalka się rozprasza, bo odrabia lekcje… Ania zabrała czekoladę i wyszła bez słowa. Uznała, że Lida zwyczajnie jej zazdrości męża. – Zazdrosna, że młodsza i atrakcyjniejsza jestem, – tłumaczyła matce. – Chciałam po ludzku, nawet herbaty nie zaproponowała. Ze swoją czekoladą przyszłam, a ona… – Głupiaś, uparciuchu, – strofowała ją Nina Andrzejewna. – Źle cię wychowałam. Nie wpycha się człowiek do cudzego domu tylko dlatego, że ma telefon. Pokazali ci już miejsce. I jeszcze się obrażasz i dorabiasz sobie historię o zazdrości. Znajdź sobie męża, mieszkaj, postaw telefon, to sąsiedzi do ciebie będą przychodzić gadać. Ostatnią próbę Ania podjęła, przychodząc do Lidki z notesem spisać przepis na ciasto do drożdżówek. – Poproszę o przepis, najwyższy czas się czegoś nauczyć… – Zapytaj mamy, nasze mamy to skarbnica wiedzy, – zdziwiła się Lida. – A ja i tak robię „na oko”. Nigdy nie miałam i nie mam ścisłych proporcji. Ręce już same wiedzą, co i jak. I tak się spieszę, muszę lecieć. Idź do mamy! Ania znowu poczerwieniała i wróciła do domu. Wiedziała przecież, że jej mama ma w kuchennej szafce starą zeszytową księgę receptur, gdzie mnóstwo przepisów na sałatki, kotlety, zupy, a nawet ryby w galarecie. Przede wszystkim jednak na różne ciasta i wypieki, którymi mama kiedyś często się zajmowała. Ale sama piec nie chciała, a mama ze względu na zdrowie już od dawna nie piekła. Mimo to Ania wyjęła zeszyt, i kartkując bez entuzjazmu, znalazła właśnie ten przepis, którego szukała, ku zaskoczeniu mamy. – Chcesz coś upiec? – zdumiała się Nina Andrzejewna. – Czemu się dziwisz? – Ania zamknęła zeszyt, zaginając stronę. – Czyżby znowu zawiązało się coś ze Sławkiem? Myślałam, że całkiem się z nim rozeszłaś… – A tam rozeszłam. Może jeszcze za mną pobiega! – To niech biega. Najwyższy czas ci za mąż. Co tam podpatrzyłaś, może pomogę? – Nie trzeba. Na razie się przygotowuję. Kilka dni później, gdy mama wróciła z wieczornego spaceru, w domu pachniało świeżym ciastem. – No coś ty, ciasto!? Pewnie zakochana… – Cicho, nie krzycz na cały dom. Chodź, próbuj, to nie ciasto, to drożdżówki z serem, nasze tradycyjne – zażartowała Ania. Na stole stały kubki, czajnik, półmisek złocistych jak słoneczka drożdżówek. – Masz smykałkę – pochwaliła mama. – Dawno temu piekłyśmy razem, myślałam, że zapomniałaś, ale wyszły super! – Naprawdę wyszły, czy tylko pocieszasz? – Spróbuj, przecież masz swój język! Ania przypomniała sobie wtedy tatę i jego słynne: „To jest jadalne”. Najwyższa pochwała. – To za chwilę zaproszę Sławka na takie same drożdżówki. – I słusznie. Mojego tatę tymi drożdżówkami do siebie przekonałam! Piek, zapraszaj, a ja polecę do sąsiadki na film. Wreszcie zaczynasz myśleć. Samymi sukienkami i lokami chłopa nie zdobędziesz! Sławek zaczął przychodzić do Ani coraz częściej, kłócili się mniej, mama przywykła, że córka coraz więcej czasu spędza w kuchni, Sławek jej pomaga, a po domu rozbrzmiewa wspólny śmiech. Gdy Ania ogłosiła, że złożyli ze Sławkiem dokumenty do USC, matka wzruszyła się do łez: wreszcie… Ania się zmieniła – schudła, szykując sylwetkę do ślubu, a Sławek pytał: – A czemu już nie pieczesz drożdżówek? Na wesele upieczesz? Przed domowym weselem piekły razem Ania z mamą oraz ciotka. Pieczenie trwało dwa dni, choć gości miało być zaledwie dwadzieścia osób, niemal sami najbliżsi. Po ślubie młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania, a po roku wszystkim lokatorom w bloku założono telefony. Ania była szczęśliwa. Na początku do wszystkich dzwoniła, ale szybko kończyła rozmowy. – Rity, muszę kończyć, ciasto rośnie, Sławek za chwilę wraca! Pędziła do kuchni, gdzie puszyste ciasto rosło w misce, już będąc w ciąży, czekając na urlop macierzyński. Ale młoda żona nie przestawała dogadzać Sławkowi wypiekami. I sama lubiła drożdżówki z twarogiem – domowym, najlepszym na świecie! I mąż był w niej zakochany po uszy – właśnie za tę domową atmosferę, ciepło i pyszności.

Przepis na szczęście…

Cała klatka schodowa przyglądała się przez okno, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzała się nowa rodzina. Była to rodzina kierownika działu w lokalnej fabryce, która miała duże znaczenie dla naszego niewielkiego, prowincjonalnego miasteczka.

I po co im mieszkanie w starym bloku? dopytywała swoje koleżanki emerytka Nina Borowska. Przy takich kontaktach mogliby bez trudu dostać coś w nowym budownictwie.

Oj mamo, nie oceniaj po sobie. Po co im nowe bloki, skoro tu mamy prawdziwą “kamienicę” z wysokimi sufitami, dużym i przestronnym przedpokojem, osobną kuchnią i balkonem niczym kolejny pokój… poprawiła ją córka, trzydziestoletnia, samotna Bożenka z wyraziście podkreślonymi ustami. Zresztą od razu założyli im telefon. A przecież w naszym bloku tylko do trzech mieszkań na dziewięć jest telefon…

Tobie tylko rozmawiać przez telefon w głowie skarciła ją matka. Zmęczyłaś już wszystkich sąsiadów. I nie próbuj włazić do tych nowych, to poważni ludzie, mają swoje sprawy…

No nie są aż tak dostojni, są młodzi mają córkę, ma dziewięć lat, Ola ma na imię odparła Bożenka, patrząc z żalem na matkę. Prawie moi rówieśnicy, różnica może z pięć lat.

Nowi sąsiedzi okazali się uprzejmi i sympatyczni. Lidia pracowała w szkolnej bibliotece, a jej mąż Jan był już od dziesięciu lat cenionym pracownikiem fabryki.

Wszystkiego tego dowiedziała się Bożenka i relacjonowała mamie na ławce pod blokiem, gdzie razem z sąsiadkami zwykle przesiadywała jej matka.

Skąd ty to wszystko wiesz? śmiały się kobiety. Z ciebie przyszła pani prokurator!

Odwiedzam ich czasami, by zadzwonić. W przeciwieństwie do niektórych, pozwalają mi Bożenka celowała tu w sąsiadów, którzy zamykali jej drzwi przed nosem, wiedząc, że potrafi przez pół godziny rozmawiać o byle czym.

Tak to Bożenka zapoznała się z nowymi sąsiadami i coraz częściej dzwoniła od nich do koleżanek czy do pracy, a i pogawędki przy telefonie przeciągały się bez skrępowania. Pojawiała się u nowych sąsiadów raz w sukience, raz w kapciach i domowym szlafroku, wyraźnie próbując nawiązać bliższą znajomość z tym małżeństwem.

Pewnego dnia zauważyła, jak Jan demonstracyjnie zamykał drzwi do pokoju, gdy tylko przychodziła korzystać z telefonu i włączał telewizor. Tak zaczęło być coraz częściej. Po rozmowie Bożenka uśmiechała się do Lidii, zaglądała do kuchni z podziękowaniem, lecz Lidia odpowiadała jedynie kiwnięciem głowy i prosiła, aby zamykać za sobą drzwi.

Rąk nie mogę wytrzeć, bo jestem w cieście tłumaczyła szybko Lidia. A zamek jest francuski i sam się zatrzaskuje.

Ojej, a co Pani teraz przygotowuje? Znów drożdżówki? Zawsze tyle wypieków u Was… Ja nie umiem takich cudów narzekała Bożenka.

Tak, właśnie na śniadanie będą bułeczki z twarogiem. Rano nie ma kiedy piec, więc robię teraz… odparła z uśmiechem Lidia, odwracając się do stolnicy.

Bożenka marszczyła nos, wychodziła niezadowolona, że nie chcą z nią spędzać więcej czasu.

Słuchaj, Lidia, ja wiem, że trudno ci jej odmówić powiedział pewnego wieczoru Jan ale przez tę panią nasz telefon wiecznie zajęty, moi koledzy nie mogą się dodzwonić. No nie można tak.

Tak, widzę, że zbyt swobodnie się tu czuje i coraz bezceremonialniej rozsiada się przy telefonie, jakby była u siebie potwierdziła żona.

Tej samej nocy Bożenka, odświętnie ubrana, z pomalowanymi ustami, znów usiadła na krzesełku w przedpokoju i rozpoczęła rozmowę z przyjaciółką.

Bożena, czy długo jeszcze będziesz rozmawiać? Czekamy na bardzo ważny telefon poprosiła ją po dziesięciu minutach Lidia.

Bożenka ze zrozumieniem pokiwała głową, odłożyła słuchawkę, ale zaraz wyjęła z torebki czekoladę i powiedziała:

Dzisiaj przyniosłam coś słodkiego! Może herbatka, na zdrowie, za sąsiedztwo?

Poszła do kuchni, położyła czekoladę na stole.

Proszę schować. Ola zobaczy, skusi się, a jej absolutnie nie wolno słodyczy. Córka ma alergię. Także z herbatką nici, wybacz. U nas słodycze są zakazane.

Słodycze zakazane? spłonęła rumieńcem Bożenka. Naprawdę chciałam się tylko odwdzięczyć.

Dziękujemy, ale też prosimy, żebyś do nas nie chodziła często dzwonić. Gdyby coś się działo, np. pogotowie ratunkowe czy straż pożarna to jasne, drzwi zawsze otwarte. Nawet w środku nocy. To rozumiemy i nigdy nie odmówimy. Ale tak, na pogaduszki prosimy, zrozum. Mężowi dzwonią z pracy, Ola musi się uczyć, a każdy dźwięk ją tylko rozprasza dodała z trudem Lidia.

Bożenka schowała czekoladę i odeszła bez słowa. Nie rozumiała takiego traktowania i uznała, że żona po prostu jest o nią zazdrosna.

Ona widzi, że jestem młodsza i ładniejsza, to wszystko z zawiści! mówiła matce. Chciałam się po ludzku zaprzyjaźnić, nawet herbaty ze mną nie napiła! Jeszcze z własną czekoladą przyszłam…

Głupiaś ty i uparta westchnęła Nina. Pewnie źle cię wychowałam. Nie można wtrącać się obcej rodzinie. Im twoje telefony niepotrzebne, to nie przechodni dom. Pokazali ci miejsce. Obrażasz się jeszcze i zazdrość wymyślasz. Jak chcesz, znajdź męża, załóż sobie telefon, niech do ciebie sąsiedzi dzwonią i wtedy się z nimi przyjaźnij.

Ostatnią próbę, by zbliżyć się do Lidii, Bożenka podjęła, przynosząc zeszyt, aby zanotować przepis na drożdżówki.

Przyszłam z prośbą może podyktuje mi pani przepis na drożdżówki z twarogiem? Może czas, żebym i ja czegoś się nauczyła… Zapiszę i zaraz wypróbuję.

Najlepiej spytaj swojej mamy. Nasi rodzice dużo wiedzą i potrafią zdziwiła się Lidia. A poza tym, ja robię wszystko “na oko”, nigdy nie miałam żadnych konkretnych liczb. Ręce już wiedzą, ile i czego. Poza tym śpieszę się i muszę wychodzić. Tak więc do mamy!

Bożenka znów spłonęła rumieńcem i wróciła do mieszkania. Oczywiście wiedziała, że gdzieś w kuchennej szafce leży stara, wyświechtana zeszytowa książka z przepisami jej matki, zapisana drobnym, koronkowym pismem. Tam były przepisy na sałatki, kotlety, zupy, a nawet galarety rybne. Najwięcej stron zajmowała domowa piekarnia, którą kiedyś jej matka uwielbiała.

Ale sama piec Bożenka nie zamierzała, a matka nie piekła już od lat walczyła z nadwagą i podwyższonym ciśnieniem.

Jednak Bożenka wyciągnęła zeszyt, kartkowała leniwie i znalazła właśnie ten przepis, który był jej potrzebny, czym nieźle zaskoczyła matkę.

Chyba zamierzasz coś upiec? zdziwiła się Nina.

A czemu cię to zaskakuje? Bożenka zamknęła zeszyt, zaginając kartkę na odpowiedniej stronie.

Może znowu ułożyło ci się coś ze Sławkiem? dopytywała mama. Myślałam, że już koniec, jak z wszystkimi twoimi zalotnikami.

W sumie czemu koniec? zbulwersowała się Bożenka. Jak będę chciała, sam będzie mnie szukał.

To zrób tak. Już dawno powinnaś wyjść za mąż. Czego tam szukasz w zeszycie? Może pomogę? drążyła temat Nina.

Nie trzeba. Na razie się przygotowuję psychicznie odburknęła córka.

A jednak kilka dni później, gdy matka wróciła ze spaceru, w nos uderzył ją zapach świeżego ciasta.

Niemożliwe! Pachnie wypiekami! wykrzyknęła. Musisz być zakochana, to niepodobne do ciebie…

Nie krzycz, niech sąsiedzi nie słyszą odpowiedziała Bożenka. Chodź lepiej spróbować. To nie ciasto, tylko tradycyjne drożdżówki z twarogiem.

Czajnik już syczał na kuchni, a na stole stały filiżanki, dzbanek i talerzyk świeżutkich, złocistych bułeczek.

Masz jednak talent przyznała matka. Dawno temu robiłyśmy je razem, myślałam, że zapomniałaś. A tu proszę, wyszły świetnie.

Ty mnie nie chwal tylko sprawdź wtrąciła Bożenka. Wyszły, czy tylko mnie tak pocieszasz?

Sama spróbuj odparła matka. Są przepyszne! I wtedy Bożenka przypomniała sobie tatę. Kiedy mama powtarzała jego ulubione słowa: “To się da zjeść!” największa pochwała.

To teraz zaproszę Sławka na herbatę i takie same drożdżówki. Myślisz, że mu posmakują?

Pewnie! Bez dwóch zdań. Twój ojciec je uwielbiał. Odkąd zaczęłam je piec, nie wyobrażał sobie niedzieli bez tego smaku roześmiała się matka. Piecz, zapraszaj, a ja pójdę w tym czasie do sąsiadki obejrzeć serial. W końcu wzięłaś się za rozum. Samymi ciuchami i lokami nie zdobędziesz męża.

Do Bożenki zaczął więc przychodzić jej chłopak. Konfliktów jakoś zrobiło się mniej, a matka przyzwyczaiła się, że córka więcej czasu spędza teraz w kuchni i na rozmowach z Sławkiem, śmiejąc się razem.

A gdy Bożenka oznajmiła, że ze Sławkiem złożyli dokumenty do Urzędu Stanu Cywilnego, Nina Borowska się wzruszyła: nareszcie!

Bożenka bardzo się zmieniła. Schudła, bo chciała wyglądać lepiej przed ślubem. Sławek pytał czasem:

Dlaczego przestałaś piec drożdżówki? Na wesele upieczesz ciasto?

Przed ślubem, który odbył się w domu, gotowały trzy osoby: Bożenka, mama i ciotka, siostra Niny. Spędziły nad tym dwa dni, choć gości miało być raptem dwudziestu, głównie rodzina.

Nowożeńcy zamieszkali w oddzielnym, dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. Po roku wszystkim lokatorom w bloku założono telefony. Bożenka była uradowana. Przez pierwsze dni wydzwaniała do wszystkich, ale coraz szybciej kończyła rozmowy.

Oj, Rita, muszę kończyć. Drożdże już wyrosły, Sławek zaraz wraca z roboty. Pa!

Śpieszyła do kuchni, gdzie rosło ciasto jak poduszka. Była już wtedy w stanie błogosławionym, wkrótce miała pójść na urlop macierzyński. Ale nie mogła usiedzieć w miejscu, zawsze chciała dogodzić mężowi: gotowała, piekła, a najchętniej drożdżówki z twarogiem. Takie domowe! To niesamowite, że taka prosta rzecz tak uszczęśliwia. A Sławek ją za to uwielbiał za ten smak i jej czułość…

Rate article
Fajna Tajna
Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa obserwowała, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzają się nowi lokatorzy. Była to rodzina kierownika zmiany z miejscowej fabryki – ważnego zakładu w naszym małym, prowincjonalnym miasteczku. – I co, oni naprawdę chcą mieszkać w starym budownictwie? – dopytywała swoje koleżanki emerytka Nina Andrzejewna. – Przy takich koneksjach pewnie mogliby dostać mieszkanie w nowym bloku. – Nie oceniaj po sobie, mamo. Po co im nowy blok, skoro tu jest „stara cegła” – wysokie sufity, duże, osobne pokoje, przestronny przedpokój, a loggia jak jeszcze jeden pokój… – odparła jej trzydziestoletnia, wciąż niezamężna córka Ania z wyrazistym makijażem. – Poza tym od razu dostali telefon. W naszym domu mają telefony tylko trzy rodziny na dziewięć mieszkań… – A tobie tylko rozmowy w głowie, – zganiła Anię mama. – Sąsiedzi mają już dość. I nie próbuj się do tamtych przymilać. To poważni ludzie, zajęci. – Nie tacy znowu poważni, młodzi są, córka ma dziewięć lat, nazywa się Natalka, – odpowiedziała Ania, obrażona spoglądając na matkę. – Są niemal w moim wieku, może ze cztery-pięć lat starsi. Nowi sąsiedzi okazali się uprzejmi i uśmiechnięci. Lida pracowała w bibliotece szkolnej, a Ivan miał już dziesięć lat stażu w fabryce. O tym wszystkim opowiadała Ania wieczorami na podwórku, gdzie jej mama spotykała się z sąsiadkami. – Skąd już tyle wiesz? – pytały kobiety. – No dziewczyno, jak prokurator! – Bo chodzę do nich zadzwonić. W przeciwieństwie do niektórych, pozwalają, – Ania nie omieszkała wbić szpilki sąsiadom, którzy nie otwierali jej drzwi, wiedząc, że przegada pół godziny z koleżanką. Tak Ania zaprzyjaźniała się z nowymi i coraz częściej dzwoniła od nich do znajomych i do pracy, nie krępując się przesiadywać przy telefonie. Przychodziła czasem w nowych ciuchach, czasem w domowym szlafroku i ewidentnie szukała kontaktu z młodym małżeństwem. Któregoś razu zobaczyła, jak Ivan demonstracyjnie zamknął drzwi do pokoju z telewizorem, gdy tylko przyszła zadzwonić. Potem to się powtarzało. Ania uśmiechała się do Lidki i dziękowała, zaglądając po rozmowie do kuchni, ale Lida odpowiadała tylko skinieniem i prosiła, by zamknąć za sobą drzwi. – Nie mogę, mam ręce w mące, – pokazywała Lida. – Mamy francuski zamek, sam się zatrzaskuje. – Ooo, a co dziś pieczecie? Znowu drożdżówki? Ciągle u was pachnie ciastem… Ja nie umiem. – Tak, to na śniadanie – serniczki z twarogiem. Rano nie ma czasu piec, to robię teraz… – uśmiechała się Lida i odwracała z powrotem do swojego ciasta. Ania kręciła nosem i wychodziła zła, że nie jest już mile widziana. – Posłuchaj, Lida, wiem, że ci głupio odmówić, – zauważył Ivan. – Ale nasz telefon jest wieczorami wiecznie zajęty tą panną, a moi koledzy nie mogą się dodzwonić. – Wiem. Trochę zbyt swobodnie się tu porusza i coraz bezceremonialniej siedzi przy telefonie, jakby była u siebie… – przyznała żona. Tego samego wieczoru Ania, wystrojona i wymalowana, znów zajęła miejsce na pufie w korytarzu i gadała z koleżanką. – Aniu, długo jeszcze? Czekamy na telefon, – upomniała ją Lida po dziesięciu minutach. Ania kiwnęła ze zrozumieniem, odłożyła słuchawkę, ale zaraz wyciągnęła z kieszeni czekoladę. – Przyszłam ze słodkim! Napijmy się herbaty, na zdrowie naszej znajomości! Poszła do kuchni i położyła czekoladę na stole. – Nie, proszę schować. Nie może Natalka, ma alergię. U nas czekolada to tabu. – Co? Jakie tabu? – Ania poczerwieniała. – Przecież tak z serca, chciałam podziękować… – Nie trzeba podziękowań, i nie przychodź już tak często dzwonić, chyba że do lekarza, po pogotowie czy straż – to rzecz święta. Nawet w środku nocy. Bez urazy – wymusiła z siebie Lida. – Mężowi dzwonią z pracy, a Natalka się rozprasza, bo odrabia lekcje… Ania zabrała czekoladę i wyszła bez słowa. Uznała, że Lida zwyczajnie jej zazdrości męża. – Zazdrosna, że młodsza i atrakcyjniejsza jestem, – tłumaczyła matce. – Chciałam po ludzku, nawet herbaty nie zaproponowała. Ze swoją czekoladą przyszłam, a ona… – Głupiaś, uparciuchu, – strofowała ją Nina Andrzejewna. – Źle cię wychowałam. Nie wpycha się człowiek do cudzego domu tylko dlatego, że ma telefon. Pokazali ci już miejsce. I jeszcze się obrażasz i dorabiasz sobie historię o zazdrości. Znajdź sobie męża, mieszkaj, postaw telefon, to sąsiedzi do ciebie będą przychodzić gadać. Ostatnią próbę Ania podjęła, przychodząc do Lidki z notesem spisać przepis na ciasto do drożdżówek. – Poproszę o przepis, najwyższy czas się czegoś nauczyć… – Zapytaj mamy, nasze mamy to skarbnica wiedzy, – zdziwiła się Lida. – A ja i tak robię „na oko”. Nigdy nie miałam i nie mam ścisłych proporcji. Ręce już same wiedzą, co i jak. I tak się spieszę, muszę lecieć. Idź do mamy! Ania znowu poczerwieniała i wróciła do domu. Wiedziała przecież, że jej mama ma w kuchennej szafce starą zeszytową księgę receptur, gdzie mnóstwo przepisów na sałatki, kotlety, zupy, a nawet ryby w galarecie. Przede wszystkim jednak na różne ciasta i wypieki, którymi mama kiedyś często się zajmowała. Ale sama piec nie chciała, a mama ze względu na zdrowie już od dawna nie piekła. Mimo to Ania wyjęła zeszyt, i kartkując bez entuzjazmu, znalazła właśnie ten przepis, którego szukała, ku zaskoczeniu mamy. – Chcesz coś upiec? – zdumiała się Nina Andrzejewna. – Czemu się dziwisz? – Ania zamknęła zeszyt, zaginając stronę. – Czyżby znowu zawiązało się coś ze Sławkiem? Myślałam, że całkiem się z nim rozeszłaś… – A tam rozeszłam. Może jeszcze za mną pobiega! – To niech biega. Najwyższy czas ci za mąż. Co tam podpatrzyłaś, może pomogę? – Nie trzeba. Na razie się przygotowuję. Kilka dni później, gdy mama wróciła z wieczornego spaceru, w domu pachniało świeżym ciastem. – No coś ty, ciasto!? Pewnie zakochana… – Cicho, nie krzycz na cały dom. Chodź, próbuj, to nie ciasto, to drożdżówki z serem, nasze tradycyjne – zażartowała Ania. Na stole stały kubki, czajnik, półmisek złocistych jak słoneczka drożdżówek. – Masz smykałkę – pochwaliła mama. – Dawno temu piekłyśmy razem, myślałam, że zapomniałaś, ale wyszły super! – Naprawdę wyszły, czy tylko pocieszasz? – Spróbuj, przecież masz swój język! Ania przypomniała sobie wtedy tatę i jego słynne: „To jest jadalne”. Najwyższa pochwała. – To za chwilę zaproszę Sławka na takie same drożdżówki. – I słusznie. Mojego tatę tymi drożdżówkami do siebie przekonałam! Piek, zapraszaj, a ja polecę do sąsiadki na film. Wreszcie zaczynasz myśleć. Samymi sukienkami i lokami chłopa nie zdobędziesz! Sławek zaczął przychodzić do Ani coraz częściej, kłócili się mniej, mama przywykła, że córka coraz więcej czasu spędza w kuchni, Sławek jej pomaga, a po domu rozbrzmiewa wspólny śmiech. Gdy Ania ogłosiła, że złożyli ze Sławkiem dokumenty do USC, matka wzruszyła się do łez: wreszcie… Ania się zmieniła – schudła, szykując sylwetkę do ślubu, a Sławek pytał: – A czemu już nie pieczesz drożdżówek? Na wesele upieczesz? Przed domowym weselem piekły razem Ania z mamą oraz ciotka. Pieczenie trwało dwa dni, choć gości miało być zaledwie dwadzieścia osób, niemal sami najbliżsi. Po ślubie młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania, a po roku wszystkim lokatorom w bloku założono telefony. Ania była szczęśliwa. Na początku do wszystkich dzwoniła, ale szybko kończyła rozmowy. – Rity, muszę kończyć, ciasto rośnie, Sławek za chwilę wraca! Pędziła do kuchni, gdzie puszyste ciasto rosło w misce, już będąc w ciąży, czekając na urlop macierzyński. Ale młoda żona nie przestawała dogadzać Sławkowi wypiekami. I sama lubiła drożdżówki z twarogiem – domowym, najlepszym na świecie! I mąż był w niej zakochany po uszy – właśnie za tę domową atmosferę, ciepło i pyszności.