Przepis na szczęście…
Cała klatka schodowa przyglądała się przez okno, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzała się nowa rodzina. Była to rodzina kierownika działu w lokalnej fabryce, która miała duże znaczenie dla naszego niewielkiego, prowincjonalnego miasteczka.
I po co im mieszkanie w starym bloku? dopytywała swoje koleżanki emerytka Nina Borowska. Przy takich kontaktach mogliby bez trudu dostać coś w nowym budownictwie.
Oj mamo, nie oceniaj po sobie. Po co im nowe bloki, skoro tu mamy prawdziwą “kamienicę” z wysokimi sufitami, dużym i przestronnym przedpokojem, osobną kuchnią i balkonem niczym kolejny pokój… poprawiła ją córka, trzydziestoletnia, samotna Bożenka z wyraziście podkreślonymi ustami. Zresztą od razu założyli im telefon. A przecież w naszym bloku tylko do trzech mieszkań na dziewięć jest telefon…
Tobie tylko rozmawiać przez telefon w głowie skarciła ją matka. Zmęczyłaś już wszystkich sąsiadów. I nie próbuj włazić do tych nowych, to poważni ludzie, mają swoje sprawy…
No nie są aż tak dostojni, są młodzi mają córkę, ma dziewięć lat, Ola ma na imię odparła Bożenka, patrząc z żalem na matkę. Prawie moi rówieśnicy, różnica może z pięć lat.
Nowi sąsiedzi okazali się uprzejmi i sympatyczni. Lidia pracowała w szkolnej bibliotece, a jej mąż Jan był już od dziesięciu lat cenionym pracownikiem fabryki.
Wszystkiego tego dowiedziała się Bożenka i relacjonowała mamie na ławce pod blokiem, gdzie razem z sąsiadkami zwykle przesiadywała jej matka.
Skąd ty to wszystko wiesz? śmiały się kobiety. Z ciebie przyszła pani prokurator!
Odwiedzam ich czasami, by zadzwonić. W przeciwieństwie do niektórych, pozwalają mi Bożenka celowała tu w sąsiadów, którzy zamykali jej drzwi przed nosem, wiedząc, że potrafi przez pół godziny rozmawiać o byle czym.
Tak to Bożenka zapoznała się z nowymi sąsiadami i coraz częściej dzwoniła od nich do koleżanek czy do pracy, a i pogawędki przy telefonie przeciągały się bez skrępowania. Pojawiała się u nowych sąsiadów raz w sukience, raz w kapciach i domowym szlafroku, wyraźnie próbując nawiązać bliższą znajomość z tym małżeństwem.
Pewnego dnia zauważyła, jak Jan demonstracyjnie zamykał drzwi do pokoju, gdy tylko przychodziła korzystać z telefonu i włączał telewizor. Tak zaczęło być coraz częściej. Po rozmowie Bożenka uśmiechała się do Lidii, zaglądała do kuchni z podziękowaniem, lecz Lidia odpowiadała jedynie kiwnięciem głowy i prosiła, aby zamykać za sobą drzwi.
Rąk nie mogę wytrzeć, bo jestem w cieście tłumaczyła szybko Lidia. A zamek jest francuski i sam się zatrzaskuje.
Ojej, a co Pani teraz przygotowuje? Znów drożdżówki? Zawsze tyle wypieków u Was… Ja nie umiem takich cudów narzekała Bożenka.
Tak, właśnie na śniadanie będą bułeczki z twarogiem. Rano nie ma kiedy piec, więc robię teraz… odparła z uśmiechem Lidia, odwracając się do stolnicy.
Bożenka marszczyła nos, wychodziła niezadowolona, że nie chcą z nią spędzać więcej czasu.
Słuchaj, Lidia, ja wiem, że trudno ci jej odmówić powiedział pewnego wieczoru Jan ale przez tę panią nasz telefon wiecznie zajęty, moi koledzy nie mogą się dodzwonić. No nie można tak.
Tak, widzę, że zbyt swobodnie się tu czuje i coraz bezceremonialniej rozsiada się przy telefonie, jakby była u siebie potwierdziła żona.
Tej samej nocy Bożenka, odświętnie ubrana, z pomalowanymi ustami, znów usiadła na krzesełku w przedpokoju i rozpoczęła rozmowę z przyjaciółką.
Bożena, czy długo jeszcze będziesz rozmawiać? Czekamy na bardzo ważny telefon poprosiła ją po dziesięciu minutach Lidia.
Bożenka ze zrozumieniem pokiwała głową, odłożyła słuchawkę, ale zaraz wyjęła z torebki czekoladę i powiedziała:
Dzisiaj przyniosłam coś słodkiego! Może herbatka, na zdrowie, za sąsiedztwo?
Poszła do kuchni, położyła czekoladę na stole.
Proszę schować. Ola zobaczy, skusi się, a jej absolutnie nie wolno słodyczy. Córka ma alergię. Także z herbatką nici, wybacz. U nas słodycze są zakazane.
Słodycze zakazane? spłonęła rumieńcem Bożenka. Naprawdę chciałam się tylko odwdzięczyć.
Dziękujemy, ale też prosimy, żebyś do nas nie chodziła często dzwonić. Gdyby coś się działo, np. pogotowie ratunkowe czy straż pożarna to jasne, drzwi zawsze otwarte. Nawet w środku nocy. To rozumiemy i nigdy nie odmówimy. Ale tak, na pogaduszki prosimy, zrozum. Mężowi dzwonią z pracy, Ola musi się uczyć, a każdy dźwięk ją tylko rozprasza dodała z trudem Lidia.
Bożenka schowała czekoladę i odeszła bez słowa. Nie rozumiała takiego traktowania i uznała, że żona po prostu jest o nią zazdrosna.
Ona widzi, że jestem młodsza i ładniejsza, to wszystko z zawiści! mówiła matce. Chciałam się po ludzku zaprzyjaźnić, nawet herbaty ze mną nie napiła! Jeszcze z własną czekoladą przyszłam…
Głupiaś ty i uparta westchnęła Nina. Pewnie źle cię wychowałam. Nie można wtrącać się obcej rodzinie. Im twoje telefony niepotrzebne, to nie przechodni dom. Pokazali ci miejsce. Obrażasz się jeszcze i zazdrość wymyślasz. Jak chcesz, znajdź męża, załóż sobie telefon, niech do ciebie sąsiedzi dzwonią i wtedy się z nimi przyjaźnij.
Ostatnią próbę, by zbliżyć się do Lidii, Bożenka podjęła, przynosząc zeszyt, aby zanotować przepis na drożdżówki.
Przyszłam z prośbą może podyktuje mi pani przepis na drożdżówki z twarogiem? Może czas, żebym i ja czegoś się nauczyła… Zapiszę i zaraz wypróbuję.
Najlepiej spytaj swojej mamy. Nasi rodzice dużo wiedzą i potrafią zdziwiła się Lidia. A poza tym, ja robię wszystko “na oko”, nigdy nie miałam żadnych konkretnych liczb. Ręce już wiedzą, ile i czego. Poza tym śpieszę się i muszę wychodzić. Tak więc do mamy!
Bożenka znów spłonęła rumieńcem i wróciła do mieszkania. Oczywiście wiedziała, że gdzieś w kuchennej szafce leży stara, wyświechtana zeszytowa książka z przepisami jej matki, zapisana drobnym, koronkowym pismem. Tam były przepisy na sałatki, kotlety, zupy, a nawet galarety rybne. Najwięcej stron zajmowała domowa piekarnia, którą kiedyś jej matka uwielbiała.
Ale sama piec Bożenka nie zamierzała, a matka nie piekła już od lat walczyła z nadwagą i podwyższonym ciśnieniem.
Jednak Bożenka wyciągnęła zeszyt, kartkowała leniwie i znalazła właśnie ten przepis, który był jej potrzebny, czym nieźle zaskoczyła matkę.
Chyba zamierzasz coś upiec? zdziwiła się Nina.
A czemu cię to zaskakuje? Bożenka zamknęła zeszyt, zaginając kartkę na odpowiedniej stronie.
Może znowu ułożyło ci się coś ze Sławkiem? dopytywała mama. Myślałam, że już koniec, jak z wszystkimi twoimi zalotnikami.
W sumie czemu koniec? zbulwersowała się Bożenka. Jak będę chciała, sam będzie mnie szukał.
To zrób tak. Już dawno powinnaś wyjść za mąż. Czego tam szukasz w zeszycie? Może pomogę? drążyła temat Nina.
Nie trzeba. Na razie się przygotowuję psychicznie odburknęła córka.
A jednak kilka dni później, gdy matka wróciła ze spaceru, w nos uderzył ją zapach świeżego ciasta.
Niemożliwe! Pachnie wypiekami! wykrzyknęła. Musisz być zakochana, to niepodobne do ciebie…
Nie krzycz, niech sąsiedzi nie słyszą odpowiedziała Bożenka. Chodź lepiej spróbować. To nie ciasto, tylko tradycyjne drożdżówki z twarogiem.
Czajnik już syczał na kuchni, a na stole stały filiżanki, dzbanek i talerzyk świeżutkich, złocistych bułeczek.
Masz jednak talent przyznała matka. Dawno temu robiłyśmy je razem, myślałam, że zapomniałaś. A tu proszę, wyszły świetnie.
Ty mnie nie chwal tylko sprawdź wtrąciła Bożenka. Wyszły, czy tylko mnie tak pocieszasz?
Sama spróbuj odparła matka. Są przepyszne! I wtedy Bożenka przypomniała sobie tatę. Kiedy mama powtarzała jego ulubione słowa: “To się da zjeść!” największa pochwała.
To teraz zaproszę Sławka na herbatę i takie same drożdżówki. Myślisz, że mu posmakują?
Pewnie! Bez dwóch zdań. Twój ojciec je uwielbiał. Odkąd zaczęłam je piec, nie wyobrażał sobie niedzieli bez tego smaku roześmiała się matka. Piecz, zapraszaj, a ja pójdę w tym czasie do sąsiadki obejrzeć serial. W końcu wzięłaś się za rozum. Samymi ciuchami i lokami nie zdobędziesz męża.
Do Bożenki zaczął więc przychodzić jej chłopak. Konfliktów jakoś zrobiło się mniej, a matka przyzwyczaiła się, że córka więcej czasu spędza teraz w kuchni i na rozmowach z Sławkiem, śmiejąc się razem.
A gdy Bożenka oznajmiła, że ze Sławkiem złożyli dokumenty do Urzędu Stanu Cywilnego, Nina Borowska się wzruszyła: nareszcie!
Bożenka bardzo się zmieniła. Schudła, bo chciała wyglądać lepiej przed ślubem. Sławek pytał czasem:
Dlaczego przestałaś piec drożdżówki? Na wesele upieczesz ciasto?
Przed ślubem, który odbył się w domu, gotowały trzy osoby: Bożenka, mama i ciotka, siostra Niny. Spędziły nad tym dwa dni, choć gości miało być raptem dwudziestu, głównie rodzina.
Nowożeńcy zamieszkali w oddzielnym, dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. Po roku wszystkim lokatorom w bloku założono telefony. Bożenka była uradowana. Przez pierwsze dni wydzwaniała do wszystkich, ale coraz szybciej kończyła rozmowy.
Oj, Rita, muszę kończyć. Drożdże już wyrosły, Sławek zaraz wraca z roboty. Pa!
Śpieszyła do kuchni, gdzie rosło ciasto jak poduszka. Była już wtedy w stanie błogosławionym, wkrótce miała pójść na urlop macierzyński. Ale nie mogła usiedzieć w miejscu, zawsze chciała dogodzić mężowi: gotowała, piekła, a najchętniej drożdżówki z twarogiem. Takie domowe! To niesamowite, że taka prosta rzecz tak uszczęśliwia. A Sławek ją za to uwielbiał za ten smak i jej czułość…



