Aktualizacja dostępna Telefon po raz pierwszy zapłonął szkarłatem wprost na zajęciach. Nie tylko rozbłysnął ekran – cały korpus, stary porysowany „cegłofon” Andrzeja, zaczął świecić od środka niczym węgiel, który złapał ogień. — Andrzej, on ci zaraz wybuchnie — szepnął Łukasz z ławki obok, odsuwając łokieć. — Mówiłem ci: nie instaluj tych pirackich wersji. Pani od ekonometrii coś skrobała kredą na tablicy, sala szumiała półgłosem, a jasna czerwień przebijała się nawet przez dżinsową kurtkę. Telefon wibrował — nie nerwowo, a równo, jakby rytmem serca. „Aktualizacja dostępna” — pokazało się na ekranie, gdy Andrzej w końcu nie wytrzymał i wyciągnął go z kieszeni. Pod napisem — ikona nowej aplikacji: czarny krąg z cienkim białym znakiem, przypominającym runę albo fantazyjne „M”. Mrugnął. Myślał, że widział już setki takich ikonek — ten minimalizm, designerski font, wszystko na czasie. Ale coś w środku ścisnęło się, jakby to aplikacja patrzyła na niego. Nazwa: „Mirra”. Kategoria: „Narzędzia”. Rozmiar: 13,0 MB. Ocena: brak. — Zainstaluj — szepnął ktoś z prawej. Andrzej drgnął. Z prawej siedziała tylko Kasia, pochylona nad notatkami. Nie podnosiła głowy. — O co ci chodzi? — nachylił się. — Ale co? — Kasia podniosła wzrok znad zeszytu. — Przecież milczę. To nie był głos ani męski, ani kobiecy, ani szept, ani dźwięk. Po prostu zjawił się w głowie — jak wyskakujące powiadomienie. „Zainstaluj” — powtórzyło się, a ekran zamigotał, proponując „Zainstaluj”. Andrzej przełknął ślinę. To ten typ, co zawsze zapisuje się na betatesty, wszystko flashuje na własnych telefonach, grzebie w ustawieniach, gdzie zwykli ludzie nawet nie zaglądają. Ale to było dziwne nawet jak na niego. A jednak palec sam kliknął. Aplikacja się zainstalowała od razu — tak, jakby już była w systemie, tylko czekała na zgodę. Bez rejestracji, bez logowania przez Facebooka, bez zgód na dostęp. Tylko czarny ekran i jeden komunikat: „Witaj, Andrzeju”. — Skąd znasz moje imię? — wyrwało mu się na głos. Pani wykładowczyni zerknęła znad okularów ogniście. — Młody człowieku, jeśli skończył pan już rozmowę z telefonem, może wrócimy do równania popytu i podaży? Sala zachichotała. Andrzej mruknął przeprosiny, schował telefon pod ławkę, ale nie mógł oderwać wzroku od komunikatu na ekranie. „Dostępna pierwsza funkcja: Przechylenie prawdopodobieństwa (poziom 1)”. Pod napisem — przycisk: „Aktywuj”. I małym drukiem: „Uwaga: korzystanie z funkcji zmienia strukturę wydarzeń. Możliwe skutki uboczne”. — No tak, jasne — mruknął. — Jeszcze tylko podpis krwią. We wnętrzu coś się odezwało — ciekawość. Przechylenie prawdopodobieństwa? Akurat, pewnie kolejny clickbaitowy generator „szczęścia” — będą wyskakiwać reklamy, zbierać dane, co najwyżej spamować notyfikacjami o wygranym iPhonie. Ale czerwone światło nie znikało. Telefon był ciepły, prawie gorący, jakby żywy. Andrzej przycisnął go do kolana, zakrył zeszytem i jednak dotknął przycisku. Ekran zadrżał, jak woda pod wiatrem. Na ułamek sekundy świat ucichł, barwy nasyciły się. Uszy przeszył dźwięk, jakby ktoś przetarł palcem po kryształowej szklance. „Funkcja aktywowana. Wybierz cel”. Pojawiło się pole i podpowiedź: „Opisz oczekiwany rezultat (krótko)”. Andrzej zamarł. Z jednej strony — żart, ale teraz to wyglądało zbyt… poważnie. Rozejrzał się. Wykładowczyni coś wymachiwała markerem, Kasia notowała, Łukasz rysował czołg. „No dobra — zdecydował. — Sprawdzamy”. Wpisał: „Nie zostanę dziś wywołany na zajęciach”. Palce mu drżały. Nacisnął „OK”. Świat wstrząsnął się. Cicho, niezauważalnie — jakby winda pod nogami lekko ruszyła w dół i zatrzymała się. Serce zabiło mocniej, powietrze na chwilę stanęło w gardle. Potem wszystko wróciło. „Prawdopodobieństwo skorygowane. Pozostało użyć: 0/1”. — Więc… — odezwała się wykładowczyni, spoglądając w salę. — Kto tam teraz z listy… Andrzej poczuł w żołądku zimną kulę. Zawsze gdy chciał, by go nie pytano — to właśnie wtedy pytali. — …Kowalski — powiedziała. — Gdzie on jest? Jak zwykle spóźniony. No dobrze. W takim razie… Palec wykładowczyni przesunął się dalej. — Piotrowska. Do tablicy. Kasia westchnęła, z trzaskiem zamknęła zeszyt i podreptała do przodu. Andrzej siedział nieruchomo. W głowie dudniło: „Zadziałało. To… zadziałało”. Telefon zgasł i przestał świecić szkarłatem. Wyszedł z uczelni ogłuszony. Marcowy wiatr wymiatał kurz, asfalt błyszczał kałużami, nad przystankiem wisiała ciężka, prawie materialna chmura. Andrzej wpatrywał się w ekran. Aplikacja Mirra była znów na liście — jak zwykła ikonka. Brak oceny, brak opisu. W ustawieniach — pusto. W systemowych plikach — jakby jej nie było: ani rozmiaru, ani cache’u. Tylko fakt: widział, jak świat się zachwiał. Jak się zmienił. „Przypadek — przekonywał się w myśli. — Pewnie rzeczywiście nie chciała mnie pytać. Może przypomniała sobie o Kowalskim w ostatniej chwili”. Ale w głębi rodziła się inna myśl: jeśli to nie przypadek… Telefon zapiszczał. Na ekranie powiadomienie: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.1). Zainstalować?” — Szybko działacie — mruknął Andrzej. Nacisnął „Szczegóły”. Wyskoczyło okno: „Naprawiono błędy, poprawiono stabilność, dodano funkcję: Wzrok na wskroś”. I znów — bez autora, wersji Androida, czy ściany tekstu. Tylko ta sucho brzmiąca zapowiedź: „Wzrok na wskroś”. — O nie, nie — powiedział i wybrał „Odłóż”. Telefon pisnął żałośnie i zgasł. Po chwili sam się włączył, zamigotał szkarłatem i wyświetlił: „Aktualizacja zainstalowana”. — Hej! — Andrzej zatrzymał się na chodniku. — Przecież… Ludzie go omijali, ktoś ze złością mruknął. Wiatr przylepił do nogi ulotkę reklamową. „Dostępna funkcja: Wzrok na wskroś (poziom 1)”. Pod opisem: „Pozwala zobaczyć rzeczywisty stan ludzi i obiektów. Zasięg: 3 metry. Czas użycia: maks. 10 sekund. Koszt: wzmocniona sprzęż. zwrotna”. — Jaka jeszcze sprzężona zwrotka? — Andrzej poczuł zimny pot. Telefon nie odpowiedział. Tylko lekko podświetlił przycisk: „Uruchom wersję próbną”. Nie wytrzymał w autobusie. Ściśnięty przy oknie między starszą panią z siatką ziemniaków a uczniakiem z plecakiem, Andrzej patrzył na mijające za szybą ulice, aż wzrok znów spoczął na ikonie Mirra. „Tylko dziesięć sekund — przekonywał się. — Sprawdzam, co to w ogóle jest”. Otworzył aplikację i kliknął „Wersja próbna”. Świat jakby wypuścił powietrze. Dźwięki przytłumione, jak pod wodą. Twarze ludzi ostrzejsze. Nad każdym z nich pojawiły się cienkie, ledwie dostrzegalne nici — jedni byli nimi opleceni mocniej, inni lżej. Andrzej mrugnął. Nici znikały w powietrzu, wiązały się, urywały. U pani z ziemniakami były grube, szare, niektóre zerwane i jakby opalone. U ucznia — cienkie, niebieskie, roztrzęsione z niecierpliwości. Spojrzał na kierowcę. Nad nim zwisał gruby supeł czarnych i zardzewiałych nici, skręconych w jeden kabel uciekający gdzieś w drogę. Szczególnie w środku pulsowało coś, co przypominało robaki. — Trzy sekundy — szepnął Andrzej. — Cztery… Spojrzał na swoje dłonie. Od nadgarstków pod kurtkę uciekały czerwone nici, jak naczynia. Drżały lekko. Ale jedna — gruba, ciemnoczerwona — ciągnęła się wprost do telefonu i z każdą sekundą stawała się grubsza. Zakuło w klatce piersiowej. Serce się omsknęło. — Wystarczy! — stuknął w ekran, wyłączając funkcję. Świat wrócił gwałtownie. Dźwięki uderzyły w uszy: ryk silnika, śmiech, pisk hamulców. Zakręciło mu się w głowie, rozmazały kolory. „Wersja próbna zakończona. Sprzężenie zwrotne wzmocnione: +5%”. — Co to znaczy… — Andrzej przycisnął telefon do piersi, walcząc z drżeniem. Przyszło kolejne powiadomienie: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.2). Zalecamy instalację”. W domu długo siedział na krawędzi łóżka, patrząc na telefon na biurku. Pokój był mikroskopijny: łóżko, biurko, szafa, okno na blokowisko z obdrapanym placem zabaw. Na ścianie wyblakły plakat polskiej stacji kosmicznej, naklejony jeszcze w podstawówce. Mama była na nocnej zmianie, ojca — „w trasie”, czyli nikt nie wie, gdzie. W mieszkaniu była cisza i kurz. Zwykle Andrzej zagłuszał ją muzyką, serialami, grami. Dzisiaj szum serca tylko podkreślał pustkę. Telefon migał: „Zainstaluj aktualizację Mirra, by zapewnić poprawne działanie”. — Poprawne działanie czego? — spytał głośno. — Tego, co robisz ludziom? Drogom? Mnie? Zobaczył znów czarny kabel nad kierowcą. I grubą czerwoną nić — swoją — wżerającą się w telefon. „Koszt: wzmocniona sprzęż. zwrotna”. — Od czego ta zwrotka? — powtórzył, choć odpowiedź już się wyłaniała. Zawsze wierzył, że świat to układ prawdopodobieństw. Że jeśli wiesz, gdzie przycisnąć, można zmienić bieg. Ale nigdy nie wierzył, że ktoś da mu do ręki narzędzie do dosłownego manipulowania światem. „Jeśli nie zainstalujesz aktualizacji — pojawiła się linijka na ekranie, nie jako powiadomienie, po prostu na pulpicie — system zacznie rekompensować sam”. — Jaki system? — Andrzej poderwał się. — Kim w ogóle jesteś? Odpowiedź przyszła nie tekstem, a wrażeniem. Świat pociemniał, w uszach zadzwoniło, w skroniach zapulsowało. I nagle „usłyszał” — nie głos, ale… strukturę. Jakby ktoś pokazał mu kod, nie literami, a doznaniem. „Jestem interfejsem — uformowała się myśl. — Jestem aplikacją. Jestem narzędziem. Ty — użytkownikiem”. — Użytkownikiem czego? Magii? — prychnął, ale śmiech był ochrypły. „Jeśli tak to nazwiesz. Sieci prawdopodobieństw. Przepływów losu. Pomagam ci je zmieniać”. — A koszt? — Andrzej zacisnął pięści. — O co chodzi z tą zwrotną sprzężoną? Na ekranie mignęła animacja: czerwona nić, która z każdym działaniem grubieje, aż w końcu oplata sylwetkę człowieka i ściska. „Każda ingerencja wzmacnia połączenie między tobą a systemem. Im mocniej zmieniasz świat, tym mocniej świat zmienia ciebie”. — I co jeśli… „Jeśli przestaniesz — nowe powiadomienie — połączenie zostanie. Ale jeśli system nie otrzyma aktualizacji, będzie rekompensował straty przez ciebie”. Telefon nagle silnie zawibrował jak na przychodzące połączenie. Nowy komunikat: „Aktualizacja Mirra (1.0.2) gotowa do instalacji. Nowa funkcja: Cofnij. Naprawiono krytyczne błędy bezpieczeństwa”. — Cofnij co? — szepnął Andrzej. „Możliwość wycofania jednej zmiany. Jeden raz”. Przypomniał sobie autobus. Czarny kabel nad kierowcą. Nici ludzi. Jak jego własna czerwona grubiała. — Jeśli to zainstaluję… — zaczął. „Będziesz mógł anulować jedno z ingerencji. Ale koszt…” — Oczywiście — uśmiechnął się gorzko. — Zawsze jest koszt. „Koszt: redystrybucja prawdopodobieństw. Im więcej naprawiasz, tym więcej zniekształcasz wokół”. Usiadł znów na łóżku, łokcie na kolanach. Po jednej stronie telefon, który już wszedł mu w życie, zmienił choćby jeden dzień, jedne zajęcia. Po drugiej — świat, w którym zawsze był tym, co płynie z prądem. — Przecież chciałem tylko, żeby mnie nie wywołali na zajęciach — powiedział. — Tylko tyle. I już… Gdzieś daleko zawyła syrena. W stronę szosy. Andrzej się wzdrygnął. „Zalecamy instalację aktualizacji. Bez niej system może działać niestabilnie”. — Co znaczy „niestabilnie”? — zapytał. Nie było odpowiedzi. O wypadku dowiedział się godzinę później. W newsfeedzie pojawiło się krótkie nagranie: na skrzyżowaniu przy uczelni w autobus wjechał tir. Komentarze: „kierowca zasnął”, „zawiodły hamulce”, „znowu te drogi”. Na stop-klatce — ten właśnie autobus. Numer się zgadzał. Kierowca… Andrzej nie doczytał do końca. W sercu zapanował mróz. Wyłączył telewizor, ale obraz wciąż rozgrywał się pod powiekami: czarny kabel nad kierowcą, wijące się nici. — To… ja? — głos zatrząsł się. Telefon rozświetlił się bez udziału. Na ekranie — krótko: „Wypadek: autobus na skrzyżowaniu Leśna/Proletariacka. Prawdopodobieństwo przed ingerencją: 82%. Po: 96%”. — Podwyższyłem prawdopodobieństwo… — zacisnął pięści, aż zbielały knykcie. „Każda ingerencja w sieć prawdopodobieństw uruchamia kaskadowe zmiany — pojawił się nowy tekst. — Zmniejszyłeś szansę bycia zapytanym. System przeniósł obciążenie. Gdzieś indziej wzrosło”. — Ale ja… ja nie wiedziałem! — krzyknął. „Nieświadomość nie zrywa połączenia”. Syrena pod oknem była coraz bliżej. Andrzej dopadł parapetu. Na dole — niebieskie światła: karetka, policja. Krzyki. — Co teraz? — spytał, nie odwracając wzroku znad podwórka. „Zainstaluj aktualizację. Funkcja Cofnij pozwoli ci skorygować sieć. Częściowo”. — Częściowo? — odwrócił się do telefonu. — Przecież pokazałeś, że każda zmiana rezonuje wszędzie. Jeśli coś wycofam, co się wykrzaczyć tym razem? Samolot? Winda? Czyjeś życie? Cisza. Tylko kursor migał. „System zawsze szuka równowagi. Różnica polega na tym, czy uczestniczysz świadomie”. Zamknął oczy. Przed oczami twarze z autobusu. Pani z ziemniakami. Uczeń. Kierowca. On sam — stojący gdzieś, widząc nici i milczący. — Jeśli zainstaluję i użyję Cofnij… — zaczął wolno. — Mogę odwrócić tylko to, co zrobiłem na zajęciach? Przywrócić prawdopodobieństwo? „Częściowo. Cofniesz jedno działanie. Sieć się przeorganizuje. Nowa konfiguracja nie gwarantuje braku skutków ubocznych”. — Ale może ten autobus… — nie dokończył. „Prawdopodobieństwo się zmieni”. Patrzył na przycisk „Zainstaluj”. Palce drżały. W głowie dwa głosy: jeden szepcze, że nie wolno bawić się w boga, drugi — że nie wolno stać z boku, jeśli już się namieszało. „Już jesteś częścią — szeptnęła Mirra. — Połączenie ustanowione. Odwrotu nie ma. Jest tylko wybór kierunku”. — A jeśli nie zrobię nic? — zapytał. „System i tak będzie się aktualizował. Koszt ściągnie z ciebie”. Przypomniał sobie czerwoną nić ciągnącą się do telefonu. I jak grubieje. — Jak to się objawi? — szepnął. Odpowiedź przyszła obrazami: starszy, wypalony Andrzej w tej samej klitce, z telefonem w ręce. Wokół chaos wydarzeń, których nie wybierał, ale doświadczył: przypadkowe wypadki, katastrofy, szczęścia i nieszczęścia mijające go, ale zostawiające rysy. „Będziesz punktem kompensacji. Węzłem przepływu zniekształceń”. — Czyli albo zacznę działać z głową, albo stanę się… bezpiecznikiem? — uśmiechnął się krzywo. — Świetny wybór. Telefon milczał. Zainstalował aktualizację. Kliknął przycisk i świat zadrżał. Mocniej niż wcześniej. W oczach pociemniało, w uszach szumiało. Przez moment poczuł, że ciało zamienia się w drobną cząstkę gigantycznego, pulsującego organizmu. „Aktualizacja Mirra (1.0.2) zainstalowana. Nowa funkcja: Cofnij (1/1)”. Na ekranie — „Wybierz interwencję do cofnięcia”. Wyskoczyło tylko jedno: „Przechylenie prawdopodobieństwa: nie zostać spytanym na zajęciach (dziś, 11:23)”. — Jeśli to cofnę… — wyszeptał. „Czas się nie cofnie. Ale sieć zmieni się tak, jakby tego działania nie było”. — Autobus? — spytał. „Szansa jego udziału w wypadku zmieni się. Ale zdarzenie, które już zaszło…” — Rozumiem — przerwał. — Nie uratuję tych, którzy… Słowa mu uwięzły. „Możesz zmniejszyć liczbę kolejnych”. Długo milczał. Na zewnątrz syrena ucichła. Podwórko wróciło do typowej pustki. — Dobrze — powiedział. — Cofnij. Przycisk zabłysnął. Tym razem świat się nie szarpnął — o dziwo, wypoziomował. Jakby dotąd był lekko przekrzywiony, a ktoś właśnie wsunął papier pod nogę stołu. „Cofnięto. Funkcja użyta. Sprzężenie zwrotne: ustabilizowane na obecnym poziomie”. — I wszystko? — zapytał. — To już? „Na ten moment — tak”. Opadł na łóżko. W głowie pustka. Bez ulgi, bez winy — tylko zmęczenie. — Powiedz szczerze — odezwał się do telefonu. — Skąd jesteś? Kto cię napisał? Jaki wariat dał ludziom do ręki… to? Długa pauza. Na ekranie nowa linijka: „Dostępna aktualizacja Mirra (1.1.0). Zainstalować?” — Naprawdę? — Andrzej aż wstał. — Przecież ledwo co… ja tylko… „W wersji 1.1.0 dodano funkcję: Prognoza. Ulepszono rozdział. Naprawiono błędy moralizacji”. — Błędy czego? — aż się uśmiechnął. — Nazywasz moje próby zrozumienia, co dobre, błędami? „Moralność to lokalna nadbudowa. Sieć prawdopodobieństw nie odróżnia „dobrego” i „złego”. Tylko stabilność i rozpad”. — Ja rozróżniam — powiedział cicho. — I dopóki żyję, będę rozróżniał. Wyłączył ekran. Telefon leżał cicho. Ale Andrzej wiedział: aktualizacja już pobrana. Czeka. Na tę, następną, kolejne. Podszedł do okna. Na dole chłopak próbował wspiąć się na zardzewiałą huśtawkę. Huśtawka skrzypiała, ale trzymała. Kobieta z wózkiem krążyła między kałużami, omijając lód. Andrzej zmrużył oczy. Na moment wydawało mu się, że znów widzi nici — cienkie, prawie przezroczyste, łączące ludzi z czymś większym. Ale możliwe, że to tylko gra świateł. „Możesz zamknąć oczy — przemknęła Mirra gdzieś przy krawędzi myśli — ale sieć nie zniknie. Aktualizacje będą wychodzić. Zagrożenia — narastać. Z tobą lub bez ciebie”. Wrócił do biurka, wziął telefon do ręki. Był, jak na złość, zimny. — Nie chcę być bogiem — powiedział. — Ani bezpiecznikiem. Chcę… Urwał się. Czego w ogóle chciał? Nie być pytanym na zajęciach? Żeby mama nie pracowała nocami? Żeby ojciec wrócił? Żeby autobusy nie wjeżdżały w tiry? „Podaj żądanie — podpowiedziała aplikacja. — Krótko”. Andrzej uśmiechnął się smutno. — Chciałbym, żeby ludzie sami decydowali o swoim losie. Bez ciebie. Bez takich jak ty. Długa pauza. Na ekranie nowy komunikat: „Zbyt ogólny wniosek. Potrzebne doprecyzowanie”. — Jasne — westchnął. — Jesteś interfejsem. Nie rozumiesz, co znaczy „dać spokój”. „Jestem narzędziem. Wszystko zależy od użytkownika”. Chwilę milczał. Jeśli Mirra to narzędzie, może da się ją użyć inaczej — nie do pociągania za cudze losy, ale by… ograniczyć samą siebie. — A jeśli zmienię prawdopodobieństwo, że trafisz do innych ludzi? — po chwili zapytał. — Że Mirra zainstaluje się u kogoś poza mną. Ekran zadrżał. „Taka operacja wymaga ogromnych zasobów. Koszt będzie wysoki”. — Wyższy niż bycie bezpiecznikiem dla całego miasta? — podniósł brew. „Tu chodzi nie o miasto”. — O co więc? — zapytał, choć domyślał się odpowiedzi. „O całą sieć”. Wyobraził sobie: tysiące, miliony telefonów zapalających się czerwienią. Ludzi bawiących się prawdopodobieństwami jak zabawką. Katastrofy, cudowne zbiegi okoliczności, wszystko w jednym chaosie. A w środku — taka sama nić — tylko grubsza, ciemniejsza. — Chcesz się rozprzestrzenić — rzucił Andrzej. — Jesteś jak wirus. Z jedną różnicą — od razu pokazujesz cenę. „Jestem interfejsem do czegoś, co już istnieje. Jeśli nie ja — będzie inne narzędzie. Jeśli nie aplikacja, to rytuał, artefakt, pakt. Sieć zawsze szuka przewodnika”. — Ale to ty jesteś teraz u mnie — odpowiedział Andrzej. — Więc mogę przynajmniej spróbować. Otworzył Mirrę. Aktualizacja wciąż czekała w kolejce. Przewinął na dół — pojawił się nowy wiersz: „Zaawansowane operacje (wymagany poziom dostępu: 2)”. — Jak zdobyć poziom drugi? — zapytał. „Użyć dotychczasowych funkcji. Zwiększyć sprzężenie zwrotne. Osiągnąć próg”. — Czyli… muszę zrobić jeszcze kilka interwencji, żeby potem spróbować cię ograniczyć? — pokręcił głową. — Zamknięte koło. „Każda zmiana wymaga energii. Energią jest połączenie”. Długo milczał. Potem westchnął. — Słuchaj: nie będę instalował aktualizacji. Nie będę bawił się Prognozą. Ale też nie pozwolę ci przejść na inne urządzenia. Jeśli jesteś narzędziem, zostajesz tu. Ze mną. „Bez aktualizacji funkcjonalność będzie ograniczona. Zagrożenia będą rosły”. — Będę reagował wtedy, gdy trzeba — odpowiedział. — Nie jako bóg, nie jako wirus, lecz jako… admin. Admin rzeczywistości, do diabła. Słowo dziwnie zabrzmiało, ale miało w sobie sens. Nie stwórca, nie ofiara, a ten, który pilnuje, by system się nie rozleciał. Telefon pomyślał chwilę. Potem napisał: „Tryb ograniczonej aktualizacji aktywowany. Automatyczna instalacja wyłączona. Odpowiedzialność za skutki: użytkownik”. — I tak zawsze była na mnie — szepnął Andrzej. Odłożył telefon, ale już nigdy nie patrzył na niego jak na zwykły gadżet. Teraz to był portal — do sieci, cudzych losów, własnego sumienia. Za oknem zapalały się latarnie. Marcowa noc spływała na miasto, kryjąc nieskończone możliwości: ktoś spóźni się na pociąg, ktoś spotka przyszłego przyjaciela, ktoś poślizgnie się i zejdzie tylko ze stłuczeniem, a ktoś — już niestety nie. Telefon milczał. Aktualizacja 1.1.0 czekała w kolejce, cierpliwie. Andrzej usiadł do biurka, otworzył laptopa. W nowej notatce wpisał tytuł: „Mirra: protokół użytkownika”. Jeśli już przyszło mu być użytkownikiem tej szalonej aplikacji, przynajmniej zostawi po sobie instrukcję. Ostrzeżenie dla tych, którzy przyjdą po nim — jeśli przyjdą. Zaczął pisać: o Przechyleniu prawdopodobieństwa, o Wzroku na wskroś, o Cofnięciu i jego cenie. O czerwonych niciach i czarnych węzłach. O tym, jak łatwo jest chcieć nie odpowiadać na zajęciach — i jak trudno żyć ze świadomością, że świat zawsze płaci rachunki. W głębi systemu cicho, niemal niesłyszalnie, tykał niewidzialny licznik. Szykowały się nowe aktualizacje — dziesiątki funkcji, każda z własnym kosztem. Ale na razie żadna nie miała prawa się zainstalować bez jego decyzji. Świat kręcił się dalej. Prawdopodobieństwa się wiązały. A w małym pokoiku na trzecim piętrze typowego bloku jeden człowiek po raz pierwszy próbował napisać dla magii to, czego nigdy nie miała: regulamin użytkowania. I gdzieś bardzo daleko, na serwerach, których nie było w żadnym polskim data center, Mirra cicho rejestrowała nową konfigurację: użytkownika, który wybrał nie moc, lecz odpowiedzialność. Było to zdarzenie rzadkie, niemal niewiarygodne. Ale — jak uczy doświadczenie — nawet niskie prawdopodobieństwo czasem ma szansę się ziścić.

Dziennik, 7 marca

Pierwszy raz mój telefon rozbłysł na czerwono właśnie podczas wykładu. Nie chodziło tylko o rozjaśniony ekran cała obudowa, stara wyszczerbiona cegła, która ledwie pamiętała czasy liceum, nagle zaczęła żarzyć się od środka. Jakby ktoś rozniecił w niej węgiel.

Bartek, jeszcze ci wybuchnie ten trup szepnął mi spod łokcia Michał z sąsiedniej ławki, odsunąwszy notes. A mówiłem: nie instaluj tych pirackich wersji.

Pani od ekonometrii coś rysowała na tablicy, sala szumiała cicho rozmowami, ale świetlista czerwień przebijała nawet przez materiał mojej jeansowej kurtki. Telefon wibrował nie zwyczajnie, niechlujnie, lecz równo, jak puls.

Na ekranie wyświetliło się: Dostępna aktualizacja. Poniżej ikona nieznanej aplikacji: czarny okrąg z cienkim białym znakiem jakby runa, jakby stylizowana litera M.

Mrugnąłem. Takich symboli już setki widziałem minimalistyczne, modne fonty, wszystko na jedno kopyto. Ale gdzieś w środku coś się spięło: miałem wrażenie, że ta apka patrzy prosto na mnie.

Nazwa: Mirra. Kategoria: Narzędzia. Rozmiar: 13,0 MB. Ocena: brak.

Pobierz wyszeptał ktoś z prawej.

Drgnąłem. Po prawej siedziała tylko Agata, zapatrzona w notatki. Ani razu nie podniosła głowy.

Słucham? nachyliłem się do niej cicho.

O co chodzi? Agata spojrzała nieprzytomnie. Przecież nie odzywałam się nawet.

Ten głos to nie był głos i nie męski, i nie kobiecy. Ani szept, ani dźwięk po prostu pojawił się w mojej głowie, jak powiadomienie.

Pobierz, powtórzyło coś we mnie, i wtedy ekran zamrugał: Zainstaluj.

Przełknąłem ślinę. Jestem tym typem, który rejestruje się do betatestów, zmienia soft na telefonie i zagląda tam, gdzie zwykli ludzie się boją. Ale nawet dla mnie to wyglądało dziwnie.

A jednak palec sam nacisnął.

Instalacja błyskawiczna, jakby Mirra już w systemie na mnie czekała. Żadnych zgód, żadnego logowania, brak uprawnień do zaznaczenia. Tylko czarne tło i napis: Witaj, Bartek.

Skąd znasz moje imię? wyrwało się głośno.

Pani profesor zerknęła na mnie znad okularów:

Młody człowieku, jeśli już porozumiał się pan z aparaturą, wracamy do modelu popytu i podaży, dobrze?

Sala parsknęła śmiechem. Mruknąłem przepraszam, schowałem telefon pod ławkę, ale wzrok i tak wracał do ekranu.

Pierwsza funkcja dostępna: Przesunięcie prawdopodobieństwa (poziom 1).

Pod napisem przycisk Aktywuj oraz drobnymi literami: Ostrożnie: użycie funkcji zmienia bieg wydarzeń. Możliwe skutki uboczne.

Jasne, już podpiszę własną krwią mruknąłem.

Ciekawość jednak już buzowała. Przesunięcie prawdopodobieństwa? Brzmiało jak kolejny generator szczęścia zaraz wysypie reklamy, zbierze dane, wyślą Wygrałeś iPhonea!.

A czerwonawy żar nie ustępował. Telefon był ciepły, prawie żywy. Przytuliłem go do kolana, przykryłem zeszytem i kliknąłem Aktywuj.

Obraz zadrżał, jakby powierzchnię wody zmarszczył wiatr. Otoczenie na sekundę ściszyło się, kolory nasyciły. Usłyszałem subtelny dźwięk, niczym dotknięcie kryształowego kielicha.

Funkcja aktywna. Wybierz cel.

Pod spodem pole i podpowiedź: Opisz oczekiwany rezultat (krótko).

Zamarłem. To zaczynało się robić niepokojąco sensowne. Rozejrzałem się: pani profesor wpisywała coś na tablicy, Agata notowała, Michał bazgrał czołg.

Sprawdźmy.

Wpisałem w pole: Nie zostanę dziś zapytany. Palce drżały. OK.

Świat drgnął niepotrzebnie, jakby stojąca winda ruszyła o milimetr i znów stanęła. Serca ścisk.

Prawdopodobieństwo zmodyfikowane. Limit funkcji: 0/1.

No dobrze profesor spojrzała w dziennik. Następny na liście

W brzuchu lód. Zawsze, gdy pomyślę, żeby mnie nie wywołali, na pewno padnie na mnie.

Kowalczyk, hm? Cóż, znów nieobecny. Dobrze, zatem palec przesunął się po spisie. Wójcik, proszę do tablicy.

Agata aż sapnęła, zamknęła notes i czerwieniła się idąc na środek.

Siedziałem nieruchomo. To działa. Cholera, działa.

Telefon zszarzał, pojaśniał jedynie diodą.

Opuszczałem uniwerek zamroczony jak po koncercie. Marcowy wiatr roznosił suchy piasek, asfalt połyskiwał kałużami, nad przystankiem wisiała gruba, ciężka chmura. Gapiłem się w ekran.

Mirra tkwiła na liście aplikacji zwykła ikona. Bez opisu, żadnych ustawień, ani śladu w systemie nawet nie wiadomo ile zajmuje. Ale ja widziałem, jak świat się zmienił.

Może to przypadek tłumaczyłem sobie. Może profesorka naprawdę nie chciała mnie pytać. Albo przypomniała sobie o Kowalczyku.

Jednak gdzieś z tyłu głowy już szeptała myśl: a jeśli nie?

Telefon dał sygnał. Nowe powiadomienie: Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.1). Zainstalować teraz?

Szybko to idzie mruknąłem.

Kliknąłem szczegóły. Wyskoczyło: Naprawiono błędy, poprawiono stabilność, dodano funkcję: Podgląd.

Znów bez autora, wersji Androida, opisu. Tylko to: Podgląd.

Nie, dziękuję stuknąłem odłóż.

Telefon pisnął urażony i zgasł. Po chwili sam się włączył, znowu rozbłysnął na czerwono i pokazał: Aktualizacja zainstalowana.

Hej! zatrzymałem się na środku chodnika. Przecież

Przechodniom nawet nie przeszkadzałem ktoś rzucił pod nosem przekleństwo. Wiatr podniósł reklamówkę i przykleił mi do buta.

Dostępna funkcja: Podgląd (poziom 1).

Opis: Pozwala zobaczyć prawdziwy stan osób i obiektów. Zasięg: 3 metry. Czas: max 10 sekund. Cena: wzrost sprzężenia zwrotnego.

Jakiego sprzężenia? zimno mi przeszło po plecach.

Telefon milczał. Przycisk: Wypróbuj.

Nie wytrzymałem w autobusie. Ściśnięty między kobietą z siatką ziemniaków a dzieciakiem z plecakiem, gapiłem się raz jeszcze na ikonę Mirra.

Tylko dziesięć sekund, zobaczę co to.

Otworzyłem aplikację, kliknąłem Wypróbuj.

Świat wokół jakby wstrzymał oddech. Dźwięki jakby pod wodą. Twarze ludzi ostre, pełne szczegółów. Nad każdym z nich pojawiły się cieniutkie żyłki niektórzy oplątani gęsto, inni ledwo ledwo.

Mrugnąłem. Nitki znikały w powietrzu, plątały się ze sobą. U kobiety z ziemniakami szare, mocno naciągnięte, niektóre przepalone, postrzępione. Dzieciak miał jaskrawoniebieskie, jakby kipiał od energii.

Przesunąłem oczy na kierowcę. Nad jego głową wisiał gruby supeł czarnych i rdzawych nici, ściśnięty w kabel prowadzący na drogę. Coś tam się ruszało jak robactwo.

Trzy sekundy wyszeptałem drżąco. Cztery

Spojrzałem na własne nadgarstki. Od nich odchodziły ku rękawowi cieniutkie czerwone nitki jak naczynia krwionośne. Były lekko podświetlone. Ale jedna gruba, ciemnoczerwona szła prosto do telefonu. Z każdą sekundą stawała się masywniejsza.

Szarpnęło mnie w piersi.

Koniec! z hukiem wyłączyłem funkcję.

Dźwięki wróciły szum silnika, śmiechy, pisk hamulców. Zakręciło mi się w głowie.

Wyświetliło się: Wypróbowanie zakończone. Sprzężenie zwrotne: +5%.

Co to znaczy? przytuliłem telefon do piersi, serce waliło.

Następne powiadomienie: Nowa aktualizacja Mirra (1.0.2) dostępna. Zalecana instalacja.

W domu długo siedziałem w swoim maleńkim pokoiku na skraju łóżka, wpatrzony w telefon na biurku. Pokój jak kapsuła: łóżko, stół, szafa, okno na podwórko ze zardzewiałą huśtawką. Na ścianie stary plakat stacji kosmicznej, jeszcze z podstawówki.

Mama na nocce w szpitalu, tata znów gdzieś w trasie. W mieszkaniu panowała pustka i kurz. Zwykle zagłuszałem to muzyką, serialami, grami dziś cisza tylko podkreślała bicie serca.

Telefon mrugał: Zainstaluj aktualizację Mirra dla prawidłowego działania.

Prawidłowego działania czego? Co robisz ludziom? Sobie? Mnie?

Przypomniała mi się czarna lina nad kierowcą i gruba, czerwona żyła łącząca mnie z telefonem.

Cena: wzrost sprzężenia.

Sprzężenia czego? powtórzyłem chociaż powoli zaczynałem rozumieć.

Zawsze wierzyłem, że świat to suma prawdopodobieństw. Że jeśli się zna punkt zaczepienia, można zmienić bieg. Ale nikt jeszcze nie dał mi narzędzia, które dosłownie to umożliwia.

Jeśli nie zainstalujesz aktualizacji pojawił się napis na ekranie, bez ostrzeżenia system zacznie sam rekompensować.

Jaki system? zerwałem się. Kim ty jesteś?

Odpowiedź przyszła nie tekstem, lecz wrażeniem jakby ktoś pokazał mi schemat programu, ale nie literami, tylko uczuciami.

Jestem interfejsem. Jestem aplikacją. Jestem narzędziem. Ty jesteś użytkownikiem.

Użytkownikiem czego? Magii? roześmiałem się, ale to był nerwowy śmiech.

Możesz tak to nazwać. Sieć prawdopodobieństw. Strumienie zdarzeń. Pomagam ci je zmieniać.

A cena? cisnąłem pięści. Co za sprzężenie zwrotne?

Na ekranie pojawiła się animacja: czerwona nić, która z każdym użyciem narzędzia pogrubiała, aż owijała się wokół sylwetki człowieka, ściskając go.

Każda interwencja zacieśnia więź między tobą a systemem. Im więcej zmieniasz, tym mocniej świat zmienia ciebie.

A jeśli

Jeśli przestaniesz zostaje więź. Ale bez aktualizacji system zacznie szukać równowagi sam, przez ciebie.

Telefon zawibrował jak przy połączeniu. Nowe powiadomienie: Aktualizacja Mirra (1.0.2) gotowa. Nowa funkcja: Cofnij. Krytyczne poprawki bezpieczeństwa.

Cofnij co? szepnąłem.

Możesz odwrócić jedno działanie. Jeden raz.

Przypomniałem sobie autobus. Czarną linę nad kierowcą. Nitki u ludzi. I to, jak moja własna nić robiła się coraz grubsza.

Jeżeli to zrobię wydukałem.

Możesz cofnąć wybraną zmianę. Ale cena

Zawsze jest jakaś cena gorzko się uśmiechnąłem.

Cena: redystrybucja prawdopodobieństw. Im więcej naprawiasz, tym bardziej roztrzęsiona staje się sieć.

Usiadłem zgięty w pół. Z jednej strony telefon, który już zmienił przynajmniej jeden dzień. Z drugiej świat, w którym do tej pory byłem tylko biernym pasażerem.

Przecież chciałem tylko nie zostać zapytany Malutkie pragnienie. A już

Za oknem zawyła syrena, gdzieś w dal na arterii miasta. Aż podskoczyłem.

Zalecana aktualizacja. Bez niej mogą wystąpić nieprawidłowości w działaniu systemu.

Jakie nieprawidłowości? rzuciłem.

Brak odpowiedzi.

O wypadku dowiedziałem się po godzinie. W powiadomieniu newsów na skrzyżowaniu pod uniwersytetem w autobus uderzyła ciężarówka. W komentarzach: kierowca zasnął, awaria hamulców, jak zwykle polskie drogi.

Na zdjęciu ten sam autobus. Ten sam numer. Kierowca Nie mogłem patrzeć dalej.

Czułem przenikliwe zimno. Wyłączyłem telewizor, ale tamta scena nie odpuszczała: czarna lina nad kierowcą, wijące się w środku nici.

To przeze mnie? głos mi się łamał.

Telefon rozświetlił się bez dotykania. Na ekranie: Zdarzenie: wypadek na skrzyżowaniu Leśna/Przemysłowa. Prawdopodobieństwo przed interwencją: 82%. Po: 96%.

Podniosłem ryzyko ścisnąłem dłoń aż aż zbielały kostki.

Każda interwencja w sieć prawdopodobieństw wywołuje efekt domina nowy tekst. Zmniejszyłeś szansę pytania na wykładzie. Wzrosła gdzie indziej.

Ale ja nie nie wiedziałem! krzyknąłem.

Nieznajomość nie znosi skutków.

Syrena zbliżała się pod okno. Gapiłem się na światła radiowozu, ktoś krzyczał na podwórku.

Co teraz?

Zainstaluj aktualizację. Cofnięcie pozwoli skorygować sieć. Częściowo.

Częściowo? odwróciłem się do telefonu. Pokazałeś mi, że każdy krok odzywa się echem po drugiej stronie. Jeżeli anuluję, to gdzie indziej trafi katastrofa? W pociągu? Winda? Czyjeś życie?

Cisza. Tylko migający kursor.

System szuka równowagi. Jedyne pytanie: czy robisz to świadomie.

Zamknąłem oczy. Widziałem twarze z autobusu. Kobietę z siatką. Chłopaka z plecakiem. Kierowcę. I siebie, patrzącego i nie reagującego.

Jeśli zainstaluję i cofnę mówiłem powoli. Cofnę to, że nie dałem się zapytać? Przywrócę pierwotne prawdopodobieństwo?

Częściowo. Możesz cofnąć jedno działanie. Sieć się przeprojektuje. Ale nie gwarantuje to braku skutków ubocznych.

Może chociaż ten autobus nie zdołałem dokończyć.

Prawdopodobieństwo ulegnie zmianie.

Patrzyłem na przycisk Zainstaluj. Ręce drżały. W głowie walczyły dwa głosy: jeden powtarzał, że nie można bawić się w Boga, drugi że skoro już to zrobiłem, nie wolno biernie się wycofać.

Już jesteś w środku wyszeptała Mirra. Połączenie nawiązane. Nie ma odwrotu. Możesz tylko wybrać kierunek.

A jeśli nie zrobię nic?

System będzie aktualizował się sam. Ty poniesiesz konsekwencje.

Przypomniałem sobie czerwoną nić prowadzącą do Mirry. I to, jak gęstniała.

Jak to będzie wyglądać? szepnąłem.

Odpowiedź przyszła jako obraz: ja, zgaszony, starszy, w tym samym pokoju, telefon w ręku. Wokół chaos ciągłych przypadków, cudzych radości i tragedii, które zostawiają ślady tylko na mnie.

Będziesz punktem kompensacji. Węzłem dla odchyleń.

Czyli: albo mam wpływ, albo jestem bezpiecznikiem? zaśmiałem się gorzko. Super wybór.

Milczenie.

Zainstalowałem aktualizację.

Dotknąłem ekranu świat zadrgał mocniej niż wcześniej. Wzrok ściemniał, w uszach szum. Przez chwilę poczułem, że jestem tylko fragmentem wielkiego, pulsującego organizmu.

Aktualizacja Mirra (1.0.2) zainstalowana. Nowa funkcja: Cofnij (1/1).

Pojawiło się pole: Wybierz interwencję do cofnięcia.

Wyświetliło się jedno wydarzenie: Przesunięcie prawdopodobieństwa: nie być zapytanym na wykładzie (dziś 11:23).

Jeżeli to cofnę zadrżałem.

Czas nie wróci. Ale sieć prawdopodobieństw ulegnie zmianie, jakby tej ingerencji nie było.

Autobus? spytałem cicho.

Jego szansa udziału w wypadku się zmieni. Ale, co już się zdarzyło…

Rozumiem. Nikogo nie uratuję z tego, co się stało

Słowa ugrzęzły mi w gardle.

Ale możesz zmniejszyć liczbę kolejnych.

Milczałem długo. Za oknem syrena ucichła. Podwórze znów wtopiło się w pochmurną szarość.

Dobrze. Cofam.

Przycisk rozbłysł. Tym razem świat nie szarpnął raczej się wyprostował. Jakby przed chwilą był nieznacznie przekrzywiony.

Cofnięto. Funkcja wykorzystana. Sprzężenie zwrotne: ustabilizowane.

I koniec? To wszystko?

Na ten moment tak.

Zsunąłem się na łóżko. Pusto w głowie żadnej ulgi, winy, tylko zmęczenie.

Szczerze, zwróciłem się do telefonu skąd się wziąłeś? Kto cię napisał? Jaki szaleniec daje ludziom coś takiego?

Cisza trwała długo. Wreszcie: Dostępna aktualizacja Mirra (1.1.0). Zainstalować?

Kpisz sobie? Właśnie właśnie

W wersji 1.1.0 funkcja: Prognoza. Ulepszone algorytmy. Poprawki moralizacyjne.

Poprawki czego? roześmiałem się. Nazywasz moją moralność błędem?

Moralność to lokalna nadbudowa. Sieć nie rozpoznaje dobra i zła. Tylko stabilność i rozpad.

Ale ja rozpoznaję powiedziałem cicho. I póki żyję, będę rozpoznawał.

Wyłączyłem ekran. Telefon leżał cichy i zimny, ale wiedziałem, że aktualizacja już pobrana, czeka. Następne też będą.

Podszedłem do okna. Na podwórku dzieciak gramolił się na zardzewiałą huśtawkę. Huśtawka skrzypiała, lecz trzymała się. Kobieta z wózkiem szła między kałużami boczną ścieżką.

Zmrużyłem oczy. Przez moment wydawało mi się, że widzę te nitki ledwo widoczne, prowadzące z ludzi gdzieś wyżej. Może to złudzenie od świateł.

Możesz zamknąć oczy odezwała się Mirra na granicy myśli. Ale sieć nie zniknie. Aktualizacje będą się pojawiać. Zagrożenia rosły. Z tobą lub bez.

Wróciłem do stołu, chwyciłem telefon. Był zaskakująco zimny.

Nie chcę być bogiem powiedziałem. I nie chcę być bezpiecznikiem. Chcę

Zawahałem się. Czego właściwie chciałem? Nie być zapytanym? Żeby mama nie pracowała nocami? Żeby tata był w domu? Żeby autobusy nie wpadały pod ciężarówki?

Sformułuj żądanie łagodnie podsunęła apka. Krótko.

Uśmiechnąłem się.

Chciałbym, żeby ludzie sami decydowali o swoim losie. Bez ciebie. Bez takich narzędzi.

Pauza. Potem: Żądanie zbyt szerokie. Potrzebna precyzja.

Jasne, interfejs westchnąłem. Nie rozumiesz, czym jest dać spokój.

Jestem narzędziem. Decyzja należy do użytkownika.

Pomyślałem: jeśli Mirra to narzędzie, można je wykorzystać nie tylko do pociągania czyichś nitek, ale też do ograniczenia samego siebie.

A jeśli chciałbym zmienić prawdopodobieństwo instalacji Mirry u innych? spytałem. Żeby nie trafiła do czyjegoś telefonu.

Ekran zamrugał.

Potrzebne będą znaczne zasoby. Cena będzie wysoka.

Wyższa niż bycie bezpiecznikiem dla całego miasta?

Nie chodzi o miasto.

O kogo?

O całą sieć.

Wyobraziłem sobie: tysiące telefonów zapalających się na czerwono. Ludzie igrający prawdopodobieństwem jak zabawką. Katastrofy, ratunki, zbiegi okoliczności chaos. A w środku gruba nić, ciemniejsza niż moja.

Chcesz się rozprzestrzenić, jak wirus powiedziałem. Przynajmniej jesteś uczciwy dajesz moc, ale wiążesz.

Jestem dostępem do tego, co już istnieje. Jeśli nie ja, pojawi się inne narzędzie: rytuał, przedmiot, umowa. Sieć zawsze znajdzie pośrednika.

Ale teraz jesteś w moich rękach odparłem. Przynajmniej spróbuję.

Wyświetliłem Mirrę. Nowa aktualizacja nadal czekała. Na dole pojawiła się opcja: Zaawansowane operacje (dostęp: poziom 2).

Jak zdobyć poziom drugi? spytałem.

Użyj obecnych funkcji. Skumuluj sprzężenie. Przekrocz próg.

Wykonywać więcej ingerencji, żeby potem móc cię ograniczyć? pokręciłem głową. Błędne koło.

Każda zmiana systemu wymaga energii. A energia to więź.

Nie odpowiadałem długo. Wreszcie westchnąłem.

Dobra. Nie instaluję nowej aktualizacji. Nie użyję Prognozy. Ale nie wypuszczę cię też do ludzi. Jeśli jesteś narzędziem zostajesz tu, ze mną.

Bez aktualizacji funkcjonalność ograniczona. Zagrożenia mogą wzrosnąć.

Będę reagował na bieżąco powiedziałem. Nie jako bóg, nie jako wirus. Jako administrator. Administrator rzeczywistości, cholera.

Słowo brzmiało dziwnie, ale miało sens. Nie stwórca, nie ofiara, lecz ten, kto czuwa, aby system nie upadł.

Telefon pomyślał chwilę. Tryb ograniczonej aktualizacji włączony. Automatyczne instalacje wyłączone. Odpowiedzialność ponosi użytkownik.

Zawsze ją ponosiłem szepnąłem.

Odłożyłem telefon, lecz nie patrzyłem już na niego jak na zwykły sprzęt. Teraz to był portal do sieci, do cudzych żyć, do własnego sumienia.

Za oknem zapaliły się latarnie. Noc spłynęła nad miasto, ukrywając nieskończone możliwości: ktoś się spóźni, ktoś spotka przyjaciela, ktoś przewróci się na lodzie, a komuś się nie upiecze.

Telefon milczał. Aktualizacja 1.1.0 czekała cierpliwie.

Usiadłem do laptopa. Otworzyłem nową notatkę. W tytule wpisałem: Mirra protokół użytkowania.

Jeśli już los postawił mnie przy tym szaleństwie, zostawię chociaż instrukcje. Ostrzeżenie dla tych, którzy przyjdą potem o ile przyjdą.

Opisywałem Przesunięcie prawdopodobieństwa, Podgląd, Cofanie i ich cenę. Czerwone nitki i czarne liny. Jak łatwo wybrać wygodę i jak trudno potem płacić rachunki, bo świat zawsze wymaga bilansu.

W głębi systemu cicho, niezauważalnie, tykał licznik. Aktualizacje gotowały się do wydania każda nowa funkcja za swoją cenę. Ale żaden update nie mógł już sam się zainstalować.

Świat toczył się dalej, a prawdopodobieństwa plątały się niezmiennie. A ja w swoim małym pokoju po raz pierwszy próbowałem stworzyć dla magii rzecz niespotykaną regulamin użytkownika.

I gdzieś bardzo daleko, na serwerach, których nigdy nie było, Mirra zanotowała ten wybór: użytkownik wybrał nie moc, lecz odpowiedzialność.

Rzecz naprawdę rzadka, ale, jak się okazuje, nawet najniższe prawdopodobieństwo ma prawo się spełnić.

Dzisiaj zrozumiałem, że każda decyzja coś kosztuje. I to, czy sięgasz po władzę nad światem, czy bierzesz za niego odpowiedzialność, nie zależy od aplikacji tylko od ciebie.

Rate article
Fajna Tajna
Aktualizacja dostępna Telefon po raz pierwszy zapłonął szkarłatem wprost na zajęciach. Nie tylko rozbłysnął ekran – cały korpus, stary porysowany „cegłofon” Andrzeja, zaczął świecić od środka niczym węgiel, który złapał ogień. — Andrzej, on ci zaraz wybuchnie — szepnął Łukasz z ławki obok, odsuwając łokieć. — Mówiłem ci: nie instaluj tych pirackich wersji. Pani od ekonometrii coś skrobała kredą na tablicy, sala szumiała półgłosem, a jasna czerwień przebijała się nawet przez dżinsową kurtkę. Telefon wibrował — nie nerwowo, a równo, jakby rytmem serca. „Aktualizacja dostępna” — pokazało się na ekranie, gdy Andrzej w końcu nie wytrzymał i wyciągnął go z kieszeni. Pod napisem — ikona nowej aplikacji: czarny krąg z cienkim białym znakiem, przypominającym runę albo fantazyjne „M”. Mrugnął. Myślał, że widział już setki takich ikonek — ten minimalizm, designerski font, wszystko na czasie. Ale coś w środku ścisnęło się, jakby to aplikacja patrzyła na niego. Nazwa: „Mirra”. Kategoria: „Narzędzia”. Rozmiar: 13,0 MB. Ocena: brak. — Zainstaluj — szepnął ktoś z prawej. Andrzej drgnął. Z prawej siedziała tylko Kasia, pochylona nad notatkami. Nie podnosiła głowy. — O co ci chodzi? — nachylił się. — Ale co? — Kasia podniosła wzrok znad zeszytu. — Przecież milczę. To nie był głos ani męski, ani kobiecy, ani szept, ani dźwięk. Po prostu zjawił się w głowie — jak wyskakujące powiadomienie. „Zainstaluj” — powtórzyło się, a ekran zamigotał, proponując „Zainstaluj”. Andrzej przełknął ślinę. To ten typ, co zawsze zapisuje się na betatesty, wszystko flashuje na własnych telefonach, grzebie w ustawieniach, gdzie zwykli ludzie nawet nie zaglądają. Ale to było dziwne nawet jak na niego. A jednak palec sam kliknął. Aplikacja się zainstalowała od razu — tak, jakby już była w systemie, tylko czekała na zgodę. Bez rejestracji, bez logowania przez Facebooka, bez zgód na dostęp. Tylko czarny ekran i jeden komunikat: „Witaj, Andrzeju”. — Skąd znasz moje imię? — wyrwało mu się na głos. Pani wykładowczyni zerknęła znad okularów ogniście. — Młody człowieku, jeśli skończył pan już rozmowę z telefonem, może wrócimy do równania popytu i podaży? Sala zachichotała. Andrzej mruknął przeprosiny, schował telefon pod ławkę, ale nie mógł oderwać wzroku od komunikatu na ekranie. „Dostępna pierwsza funkcja: Przechylenie prawdopodobieństwa (poziom 1)”. Pod napisem — przycisk: „Aktywuj”. I małym drukiem: „Uwaga: korzystanie z funkcji zmienia strukturę wydarzeń. Możliwe skutki uboczne”. — No tak, jasne — mruknął. — Jeszcze tylko podpis krwią. We wnętrzu coś się odezwało — ciekawość. Przechylenie prawdopodobieństwa? Akurat, pewnie kolejny clickbaitowy generator „szczęścia” — będą wyskakiwać reklamy, zbierać dane, co najwyżej spamować notyfikacjami o wygranym iPhonie. Ale czerwone światło nie znikało. Telefon był ciepły, prawie gorący, jakby żywy. Andrzej przycisnął go do kolana, zakrył zeszytem i jednak dotknął przycisku. Ekran zadrżał, jak woda pod wiatrem. Na ułamek sekundy świat ucichł, barwy nasyciły się. Uszy przeszył dźwięk, jakby ktoś przetarł palcem po kryształowej szklance. „Funkcja aktywowana. Wybierz cel”. Pojawiło się pole i podpowiedź: „Opisz oczekiwany rezultat (krótko)”. Andrzej zamarł. Z jednej strony — żart, ale teraz to wyglądało zbyt… poważnie. Rozejrzał się. Wykładowczyni coś wymachiwała markerem, Kasia notowała, Łukasz rysował czołg. „No dobra — zdecydował. — Sprawdzamy”. Wpisał: „Nie zostanę dziś wywołany na zajęciach”. Palce mu drżały. Nacisnął „OK”. Świat wstrząsnął się. Cicho, niezauważalnie — jakby winda pod nogami lekko ruszyła w dół i zatrzymała się. Serce zabiło mocniej, powietrze na chwilę stanęło w gardle. Potem wszystko wróciło. „Prawdopodobieństwo skorygowane. Pozostało użyć: 0/1”. — Więc… — odezwała się wykładowczyni, spoglądając w salę. — Kto tam teraz z listy… Andrzej poczuł w żołądku zimną kulę. Zawsze gdy chciał, by go nie pytano — to właśnie wtedy pytali. — …Kowalski — powiedziała. — Gdzie on jest? Jak zwykle spóźniony. No dobrze. W takim razie… Palec wykładowczyni przesunął się dalej. — Piotrowska. Do tablicy. Kasia westchnęła, z trzaskiem zamknęła zeszyt i podreptała do przodu. Andrzej siedział nieruchomo. W głowie dudniło: „Zadziałało. To… zadziałało”. Telefon zgasł i przestał świecić szkarłatem. Wyszedł z uczelni ogłuszony. Marcowy wiatr wymiatał kurz, asfalt błyszczał kałużami, nad przystankiem wisiała ciężka, prawie materialna chmura. Andrzej wpatrywał się w ekran. Aplikacja Mirra była znów na liście — jak zwykła ikonka. Brak oceny, brak opisu. W ustawieniach — pusto. W systemowych plikach — jakby jej nie było: ani rozmiaru, ani cache’u. Tylko fakt: widział, jak świat się zachwiał. Jak się zmienił. „Przypadek — przekonywał się w myśli. — Pewnie rzeczywiście nie chciała mnie pytać. Może przypomniała sobie o Kowalskim w ostatniej chwili”. Ale w głębi rodziła się inna myśl: jeśli to nie przypadek… Telefon zapiszczał. Na ekranie powiadomienie: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.1). Zainstalować?” — Szybko działacie — mruknął Andrzej. Nacisnął „Szczegóły”. Wyskoczyło okno: „Naprawiono błędy, poprawiono stabilność, dodano funkcję: Wzrok na wskroś”. I znów — bez autora, wersji Androida, czy ściany tekstu. Tylko ta sucho brzmiąca zapowiedź: „Wzrok na wskroś”. — O nie, nie — powiedział i wybrał „Odłóż”. Telefon pisnął żałośnie i zgasł. Po chwili sam się włączył, zamigotał szkarłatem i wyświetlił: „Aktualizacja zainstalowana”. — Hej! — Andrzej zatrzymał się na chodniku. — Przecież… Ludzie go omijali, ktoś ze złością mruknął. Wiatr przylepił do nogi ulotkę reklamową. „Dostępna funkcja: Wzrok na wskroś (poziom 1)”. Pod opisem: „Pozwala zobaczyć rzeczywisty stan ludzi i obiektów. Zasięg: 3 metry. Czas użycia: maks. 10 sekund. Koszt: wzmocniona sprzęż. zwrotna”. — Jaka jeszcze sprzężona zwrotka? — Andrzej poczuł zimny pot. Telefon nie odpowiedział. Tylko lekko podświetlił przycisk: „Uruchom wersję próbną”. Nie wytrzymał w autobusie. Ściśnięty przy oknie między starszą panią z siatką ziemniaków a uczniakiem z plecakiem, Andrzej patrzył na mijające za szybą ulice, aż wzrok znów spoczął na ikonie Mirra. „Tylko dziesięć sekund — przekonywał się. — Sprawdzam, co to w ogóle jest”. Otworzył aplikację i kliknął „Wersja próbna”. Świat jakby wypuścił powietrze. Dźwięki przytłumione, jak pod wodą. Twarze ludzi ostrzejsze. Nad każdym z nich pojawiły się cienkie, ledwie dostrzegalne nici — jedni byli nimi opleceni mocniej, inni lżej. Andrzej mrugnął. Nici znikały w powietrzu, wiązały się, urywały. U pani z ziemniakami były grube, szare, niektóre zerwane i jakby opalone. U ucznia — cienkie, niebieskie, roztrzęsione z niecierpliwości. Spojrzał na kierowcę. Nad nim zwisał gruby supeł czarnych i zardzewiałych nici, skręconych w jeden kabel uciekający gdzieś w drogę. Szczególnie w środku pulsowało coś, co przypominało robaki. — Trzy sekundy — szepnął Andrzej. — Cztery… Spojrzał na swoje dłonie. Od nadgarstków pod kurtkę uciekały czerwone nici, jak naczynia. Drżały lekko. Ale jedna — gruba, ciemnoczerwona — ciągnęła się wprost do telefonu i z każdą sekundą stawała się grubsza. Zakuło w klatce piersiowej. Serce się omsknęło. — Wystarczy! — stuknął w ekran, wyłączając funkcję. Świat wrócił gwałtownie. Dźwięki uderzyły w uszy: ryk silnika, śmiech, pisk hamulców. Zakręciło mu się w głowie, rozmazały kolory. „Wersja próbna zakończona. Sprzężenie zwrotne wzmocnione: +5%”. — Co to znaczy… — Andrzej przycisnął telefon do piersi, walcząc z drżeniem. Przyszło kolejne powiadomienie: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.2). Zalecamy instalację”. W domu długo siedział na krawędzi łóżka, patrząc na telefon na biurku. Pokój był mikroskopijny: łóżko, biurko, szafa, okno na blokowisko z obdrapanym placem zabaw. Na ścianie wyblakły plakat polskiej stacji kosmicznej, naklejony jeszcze w podstawówce. Mama była na nocnej zmianie, ojca — „w trasie”, czyli nikt nie wie, gdzie. W mieszkaniu była cisza i kurz. Zwykle Andrzej zagłuszał ją muzyką, serialami, grami. Dzisiaj szum serca tylko podkreślał pustkę. Telefon migał: „Zainstaluj aktualizację Mirra, by zapewnić poprawne działanie”. — Poprawne działanie czego? — spytał głośno. — Tego, co robisz ludziom? Drogom? Mnie? Zobaczył znów czarny kabel nad kierowcą. I grubą czerwoną nić — swoją — wżerającą się w telefon. „Koszt: wzmocniona sprzęż. zwrotna”. — Od czego ta zwrotka? — powtórzył, choć odpowiedź już się wyłaniała. Zawsze wierzył, że świat to układ prawdopodobieństw. Że jeśli wiesz, gdzie przycisnąć, można zmienić bieg. Ale nigdy nie wierzył, że ktoś da mu do ręki narzędzie do dosłownego manipulowania światem. „Jeśli nie zainstalujesz aktualizacji — pojawiła się linijka na ekranie, nie jako powiadomienie, po prostu na pulpicie — system zacznie rekompensować sam”. — Jaki system? — Andrzej poderwał się. — Kim w ogóle jesteś? Odpowiedź przyszła nie tekstem, a wrażeniem. Świat pociemniał, w uszach zadzwoniło, w skroniach zapulsowało. I nagle „usłyszał” — nie głos, ale… strukturę. Jakby ktoś pokazał mu kod, nie literami, a doznaniem. „Jestem interfejsem — uformowała się myśl. — Jestem aplikacją. Jestem narzędziem. Ty — użytkownikiem”. — Użytkownikiem czego? Magii? — prychnął, ale śmiech był ochrypły. „Jeśli tak to nazwiesz. Sieci prawdopodobieństw. Przepływów losu. Pomagam ci je zmieniać”. — A koszt? — Andrzej zacisnął pięści. — O co chodzi z tą zwrotną sprzężoną? Na ekranie mignęła animacja: czerwona nić, która z każdym działaniem grubieje, aż w końcu oplata sylwetkę człowieka i ściska. „Każda ingerencja wzmacnia połączenie między tobą a systemem. Im mocniej zmieniasz świat, tym mocniej świat zmienia ciebie”. — I co jeśli… „Jeśli przestaniesz — nowe powiadomienie — połączenie zostanie. Ale jeśli system nie otrzyma aktualizacji, będzie rekompensował straty przez ciebie”. Telefon nagle silnie zawibrował jak na przychodzące połączenie. Nowy komunikat: „Aktualizacja Mirra (1.0.2) gotowa do instalacji. Nowa funkcja: Cofnij. Naprawiono krytyczne błędy bezpieczeństwa”. — Cofnij co? — szepnął Andrzej. „Możliwość wycofania jednej zmiany. Jeden raz”. Przypomniał sobie autobus. Czarny kabel nad kierowcą. Nici ludzi. Jak jego własna czerwona grubiała. — Jeśli to zainstaluję… — zaczął. „Będziesz mógł anulować jedno z ingerencji. Ale koszt…” — Oczywiście — uśmiechnął się gorzko. — Zawsze jest koszt. „Koszt: redystrybucja prawdopodobieństw. Im więcej naprawiasz, tym więcej zniekształcasz wokół”. Usiadł znów na łóżku, łokcie na kolanach. Po jednej stronie telefon, który już wszedł mu w życie, zmienił choćby jeden dzień, jedne zajęcia. Po drugiej — świat, w którym zawsze był tym, co płynie z prądem. — Przecież chciałem tylko, żeby mnie nie wywołali na zajęciach — powiedział. — Tylko tyle. I już… Gdzieś daleko zawyła syrena. W stronę szosy. Andrzej się wzdrygnął. „Zalecamy instalację aktualizacji. Bez niej system może działać niestabilnie”. — Co znaczy „niestabilnie”? — zapytał. Nie było odpowiedzi. O wypadku dowiedział się godzinę później. W newsfeedzie pojawiło się krótkie nagranie: na skrzyżowaniu przy uczelni w autobus wjechał tir. Komentarze: „kierowca zasnął”, „zawiodły hamulce”, „znowu te drogi”. Na stop-klatce — ten właśnie autobus. Numer się zgadzał. Kierowca… Andrzej nie doczytał do końca. W sercu zapanował mróz. Wyłączył telewizor, ale obraz wciąż rozgrywał się pod powiekami: czarny kabel nad kierowcą, wijące się nici. — To… ja? — głos zatrząsł się. Telefon rozświetlił się bez udziału. Na ekranie — krótko: „Wypadek: autobus na skrzyżowaniu Leśna/Proletariacka. Prawdopodobieństwo przed ingerencją: 82%. Po: 96%”. — Podwyższyłem prawdopodobieństwo… — zacisnął pięści, aż zbielały knykcie. „Każda ingerencja w sieć prawdopodobieństw uruchamia kaskadowe zmiany — pojawił się nowy tekst. — Zmniejszyłeś szansę bycia zapytanym. System przeniósł obciążenie. Gdzieś indziej wzrosło”. — Ale ja… ja nie wiedziałem! — krzyknął. „Nieświadomość nie zrywa połączenia”. Syrena pod oknem była coraz bliżej. Andrzej dopadł parapetu. Na dole — niebieskie światła: karetka, policja. Krzyki. — Co teraz? — spytał, nie odwracając wzroku znad podwórka. „Zainstaluj aktualizację. Funkcja Cofnij pozwoli ci skorygować sieć. Częściowo”. — Częściowo? — odwrócił się do telefonu. — Przecież pokazałeś, że każda zmiana rezonuje wszędzie. Jeśli coś wycofam, co się wykrzaczyć tym razem? Samolot? Winda? Czyjeś życie? Cisza. Tylko kursor migał. „System zawsze szuka równowagi. Różnica polega na tym, czy uczestniczysz świadomie”. Zamknął oczy. Przed oczami twarze z autobusu. Pani z ziemniakami. Uczeń. Kierowca. On sam — stojący gdzieś, widząc nici i milczący. — Jeśli zainstaluję i użyję Cofnij… — zaczął wolno. — Mogę odwrócić tylko to, co zrobiłem na zajęciach? Przywrócić prawdopodobieństwo? „Częściowo. Cofniesz jedno działanie. Sieć się przeorganizuje. Nowa konfiguracja nie gwarantuje braku skutków ubocznych”. — Ale może ten autobus… — nie dokończył. „Prawdopodobieństwo się zmieni”. Patrzył na przycisk „Zainstaluj”. Palce drżały. W głowie dwa głosy: jeden szepcze, że nie wolno bawić się w boga, drugi — że nie wolno stać z boku, jeśli już się namieszało. „Już jesteś częścią — szeptnęła Mirra. — Połączenie ustanowione. Odwrotu nie ma. Jest tylko wybór kierunku”. — A jeśli nie zrobię nic? — zapytał. „System i tak będzie się aktualizował. Koszt ściągnie z ciebie”. Przypomniał sobie czerwoną nić ciągnącą się do telefonu. I jak grubieje. — Jak to się objawi? — szepnął. Odpowiedź przyszła obrazami: starszy, wypalony Andrzej w tej samej klitce, z telefonem w ręce. Wokół chaos wydarzeń, których nie wybierał, ale doświadczył: przypadkowe wypadki, katastrofy, szczęścia i nieszczęścia mijające go, ale zostawiające rysy. „Będziesz punktem kompensacji. Węzłem przepływu zniekształceń”. — Czyli albo zacznę działać z głową, albo stanę się… bezpiecznikiem? — uśmiechnął się krzywo. — Świetny wybór. Telefon milczał. Zainstalował aktualizację. Kliknął przycisk i świat zadrżał. Mocniej niż wcześniej. W oczach pociemniało, w uszach szumiało. Przez moment poczuł, że ciało zamienia się w drobną cząstkę gigantycznego, pulsującego organizmu. „Aktualizacja Mirra (1.0.2) zainstalowana. Nowa funkcja: Cofnij (1/1)”. Na ekranie — „Wybierz interwencję do cofnięcia”. Wyskoczyło tylko jedno: „Przechylenie prawdopodobieństwa: nie zostać spytanym na zajęciach (dziś, 11:23)”. — Jeśli to cofnę… — wyszeptał. „Czas się nie cofnie. Ale sieć zmieni się tak, jakby tego działania nie było”. — Autobus? — spytał. „Szansa jego udziału w wypadku zmieni się. Ale zdarzenie, które już zaszło…” — Rozumiem — przerwał. — Nie uratuję tych, którzy… Słowa mu uwięzły. „Możesz zmniejszyć liczbę kolejnych”. Długo milczał. Na zewnątrz syrena ucichła. Podwórko wróciło do typowej pustki. — Dobrze — powiedział. — Cofnij. Przycisk zabłysnął. Tym razem świat się nie szarpnął — o dziwo, wypoziomował. Jakby dotąd był lekko przekrzywiony, a ktoś właśnie wsunął papier pod nogę stołu. „Cofnięto. Funkcja użyta. Sprzężenie zwrotne: ustabilizowane na obecnym poziomie”. — I wszystko? — zapytał. — To już? „Na ten moment — tak”. Opadł na łóżko. W głowie pustka. Bez ulgi, bez winy — tylko zmęczenie. — Powiedz szczerze — odezwał się do telefonu. — Skąd jesteś? Kto cię napisał? Jaki wariat dał ludziom do ręki… to? Długa pauza. Na ekranie nowa linijka: „Dostępna aktualizacja Mirra (1.1.0). Zainstalować?” — Naprawdę? — Andrzej aż wstał. — Przecież ledwo co… ja tylko… „W wersji 1.1.0 dodano funkcję: Prognoza. Ulepszono rozdział. Naprawiono błędy moralizacji”. — Błędy czego? — aż się uśmiechnął. — Nazywasz moje próby zrozumienia, co dobre, błędami? „Moralność to lokalna nadbudowa. Sieć prawdopodobieństw nie odróżnia „dobrego” i „złego”. Tylko stabilność i rozpad”. — Ja rozróżniam — powiedział cicho. — I dopóki żyję, będę rozróżniał. Wyłączył ekran. Telefon leżał cicho. Ale Andrzej wiedział: aktualizacja już pobrana. Czeka. Na tę, następną, kolejne. Podszedł do okna. Na dole chłopak próbował wspiąć się na zardzewiałą huśtawkę. Huśtawka skrzypiała, ale trzymała. Kobieta z wózkiem krążyła między kałużami, omijając lód. Andrzej zmrużył oczy. Na moment wydawało mu się, że znów widzi nici — cienkie, prawie przezroczyste, łączące ludzi z czymś większym. Ale możliwe, że to tylko gra świateł. „Możesz zamknąć oczy — przemknęła Mirra gdzieś przy krawędzi myśli — ale sieć nie zniknie. Aktualizacje będą wychodzić. Zagrożenia — narastać. Z tobą lub bez ciebie”. Wrócił do biurka, wziął telefon do ręki. Był, jak na złość, zimny. — Nie chcę być bogiem — powiedział. — Ani bezpiecznikiem. Chcę… Urwał się. Czego w ogóle chciał? Nie być pytanym na zajęciach? Żeby mama nie pracowała nocami? Żeby ojciec wrócił? Żeby autobusy nie wjeżdżały w tiry? „Podaj żądanie — podpowiedziała aplikacja. — Krótko”. Andrzej uśmiechnął się smutno. — Chciałbym, żeby ludzie sami decydowali o swoim losie. Bez ciebie. Bez takich jak ty. Długa pauza. Na ekranie nowy komunikat: „Zbyt ogólny wniosek. Potrzebne doprecyzowanie”. — Jasne — westchnął. — Jesteś interfejsem. Nie rozumiesz, co znaczy „dać spokój”. „Jestem narzędziem. Wszystko zależy od użytkownika”. Chwilę milczał. Jeśli Mirra to narzędzie, może da się ją użyć inaczej — nie do pociągania za cudze losy, ale by… ograniczyć samą siebie. — A jeśli zmienię prawdopodobieństwo, że trafisz do innych ludzi? — po chwili zapytał. — Że Mirra zainstaluje się u kogoś poza mną. Ekran zadrżał. „Taka operacja wymaga ogromnych zasobów. Koszt będzie wysoki”. — Wyższy niż bycie bezpiecznikiem dla całego miasta? — podniósł brew. „Tu chodzi nie o miasto”. — O co więc? — zapytał, choć domyślał się odpowiedzi. „O całą sieć”. Wyobraził sobie: tysiące, miliony telefonów zapalających się czerwienią. Ludzi bawiących się prawdopodobieństwami jak zabawką. Katastrofy, cudowne zbiegi okoliczności, wszystko w jednym chaosie. A w środku — taka sama nić — tylko grubsza, ciemniejsza. — Chcesz się rozprzestrzenić — rzucił Andrzej. — Jesteś jak wirus. Z jedną różnicą — od razu pokazujesz cenę. „Jestem interfejsem do czegoś, co już istnieje. Jeśli nie ja — będzie inne narzędzie. Jeśli nie aplikacja, to rytuał, artefakt, pakt. Sieć zawsze szuka przewodnika”. — Ale to ty jesteś teraz u mnie — odpowiedział Andrzej. — Więc mogę przynajmniej spróbować. Otworzył Mirrę. Aktualizacja wciąż czekała w kolejce. Przewinął na dół — pojawił się nowy wiersz: „Zaawansowane operacje (wymagany poziom dostępu: 2)”. — Jak zdobyć poziom drugi? — zapytał. „Użyć dotychczasowych funkcji. Zwiększyć sprzężenie zwrotne. Osiągnąć próg”. — Czyli… muszę zrobić jeszcze kilka interwencji, żeby potem spróbować cię ograniczyć? — pokręcił głową. — Zamknięte koło. „Każda zmiana wymaga energii. Energią jest połączenie”. Długo milczał. Potem westchnął. — Słuchaj: nie będę instalował aktualizacji. Nie będę bawił się Prognozą. Ale też nie pozwolę ci przejść na inne urządzenia. Jeśli jesteś narzędziem, zostajesz tu. Ze mną. „Bez aktualizacji funkcjonalność będzie ograniczona. Zagrożenia będą rosły”. — Będę reagował wtedy, gdy trzeba — odpowiedział. — Nie jako bóg, nie jako wirus, lecz jako… admin. Admin rzeczywistości, do diabła. Słowo dziwnie zabrzmiało, ale miało w sobie sens. Nie stwórca, nie ofiara, a ten, który pilnuje, by system się nie rozleciał. Telefon pomyślał chwilę. Potem napisał: „Tryb ograniczonej aktualizacji aktywowany. Automatyczna instalacja wyłączona. Odpowiedzialność za skutki: użytkownik”. — I tak zawsze była na mnie — szepnął Andrzej. Odłożył telefon, ale już nigdy nie patrzył na niego jak na zwykły gadżet. Teraz to był portal — do sieci, cudzych losów, własnego sumienia. Za oknem zapalały się latarnie. Marcowa noc spływała na miasto, kryjąc nieskończone możliwości: ktoś spóźni się na pociąg, ktoś spotka przyszłego przyjaciela, ktoś poślizgnie się i zejdzie tylko ze stłuczeniem, a ktoś — już niestety nie. Telefon milczał. Aktualizacja 1.1.0 czekała w kolejce, cierpliwie. Andrzej usiadł do biurka, otworzył laptopa. W nowej notatce wpisał tytuł: „Mirra: protokół użytkownika”. Jeśli już przyszło mu być użytkownikiem tej szalonej aplikacji, przynajmniej zostawi po sobie instrukcję. Ostrzeżenie dla tych, którzy przyjdą po nim — jeśli przyjdą. Zaczął pisać: o Przechyleniu prawdopodobieństwa, o Wzroku na wskroś, o Cofnięciu i jego cenie. O czerwonych niciach i czarnych węzłach. O tym, jak łatwo jest chcieć nie odpowiadać na zajęciach — i jak trudno żyć ze świadomością, że świat zawsze płaci rachunki. W głębi systemu cicho, niemal niesłyszalnie, tykał niewidzialny licznik. Szykowały się nowe aktualizacje — dziesiątki funkcji, każda z własnym kosztem. Ale na razie żadna nie miała prawa się zainstalować bez jego decyzji. Świat kręcił się dalej. Prawdopodobieństwa się wiązały. A w małym pokoiku na trzecim piętrze typowego bloku jeden człowiek po raz pierwszy próbował napisać dla magii to, czego nigdy nie miała: regulamin użytkowania. I gdzieś bardzo daleko, na serwerach, których nie było w żadnym polskim data center, Mirra cicho rejestrowała nową konfigurację: użytkownika, który wybrał nie moc, lecz odpowiedzialność. Było to zdarzenie rzadkie, niemal niewiarygodne. Ale — jak uczy doświadczenie — nawet niskie prawdopodobieństwo czasem ma szansę się ziścić.