Ogrzali małżeństwo
Słuchaj, Kaśka A może spróbujemy otwartego związku? ostrożnie zaproponował Wiktor.
Co? Katarzyna nie od razu zrozumiała. Ty tak poważnie?
A co takiego? To przecież normalne, wzruszył ramionami, starając się zachować obojętny spokój. Na Zachodzie tak ludzie żyją, to bardzo popularne. Twierdzą nawet, że to rozgrzewa małżeństwo. Sama kiedyś mówiłaś, że odrobina słodyczy nie zaszkodzi na diecie, bo pomaga się nie rzucać na wszystko. No, to ja o tym, we wszystkim musi być trochę różnorodności.
Katarzyna zamrugała powoli, próbując pojąć, co właśnie usłyszała. Porównanie kochanki do czekoladki było szczytem głupoty. Albo bezczelności.
Witek zaczęła. Jeśli chcesz odejść, to odejdź porządnie. Wolność ci dam, ale nie mieszaj mnie w takie świństwa.
Kasia, czemu od razu stroszysz piórka? Przecież cię kocham. Po prostu brakuje nam iskry. Może podsycić ogień, bo śpimy tyłem do siebie, a rozmawiamy tylko o zakupach i rachunkach za prąd. Trochę to nudne, może by nam się obojgu przydało trochę wstrząsu. Nie ograniczam cię przecież. Porozmawiasz z kimś, rozluźnisz się, czy to naprawdę źle?
Katarzyna zmrużyła oczy. Nagle uświadomiła sobie bardzo wyraźnie: mąż ją okłamuje. Te uciekające spojrzenia, nerwowe uderzanie palcami w stół Tak, jemu potrzebna była wolność. Ale nie dzisiaj, nie jutro. Pewnie już wczoraj ją sobie zapewnił.
Witek, powiedz prawdę. Już sobie kogoś znalazłeś, prawda? I teraz próbujesz zagłuszyć sumienie?
O matko, znowu to samo! Wiktor machnął ręką. Gdybym miał, to bym o takie rzeczy pytał? Żałuję, że w ogóle zacząłem temat. Ty jesteś jak panna z zeszłego wieku. Dobra, zapomnij
Po tych słowach wstał, robiąc minę świętego, którego ktoś uraził, i zamknął się w innym pokoju. Katarzyna została sama ze swoimi myślami.
Dwadzieścia pięć lat. Oddała mu najlepsze lata, znosiła wzloty i upadki, biedę, ciągłe nadgodziny, które z perspektywy czasu oświetliły się zupełnie innym światłem A on teraz, syty i zadowolony, proponuje jej współudział w zamachu na rodzinę. Rozluźnisz się Ależ piękne słowo.
Spali tamtej nocy osobno, w dwóch pokojach. No, jak spali Katarzyna przewracała się z boku na bok, patrząc raz w sufit, raz w okno i próbowała zrozumieć, kiedy to wszystko się rozwaliło. Kiedyś Wiktor przynosił jej wiosną ogromne naręcza bzu, ciężko pracował, żeby mogli urządzić piękne wesele, szalał z radości na wieść o córce. A teraz Lepiej było, gdyby po prostu odszedł.
Gdzie była ta granica nie do przekroczenia? Może wtedy, gdy przestała się malować w domu, żeby być dla niego ładną? A może gdy pierwszy raz zapomniał o ich rocznicy, tłumacząc się nawałem pracy? Choć tak czy siak, co to już zmieni?
Z jednej strony chciała po prostu złożyć papiery rozwodowe i zapomnieć. Z drugiej czy da się tak łatwo wyrzucić z serca prawie połowę swojego życia?
Może i nie było między nimi już namiętności, ale była przyzwyczajenie, wspólny dorobek, urządzone domowe gniazdo. Poza tym wydawało się, że Wiktor to jej oparcie. Córka już dawno się wyprowadziła, starość się zbliża, a z mężem wzajemnie się ratowali w trudnych chwilach. On kiedyś nawet wziął kredyt, żeby pomóc jej mamie. Niewielu byłoby stać na taki gest.
W Katarzynie wrzał koktajl uczuć. Złość, żal, lęk, rozczarowanie. A może on sądzi, że ja nikogo nie znajdę? pomyślała nagle. Że jestem już starą babą do garów i wnuków, która tylko czeka, aż mu się znudzi latanie i wróci do domu na grochówkę?
Oj, nie.
Dobrze, powiedziała mężowi rano. Może być po twojemu.
W sensie?
Zgadzam się na ten twój otwarty związek.
Wiktor prawie się zakrztusił herbatą. Spodziewał się awantury, a ona po prostu spokojnie powiedziała tak.
No To świetnie. Może ci się jeszcze spodoba, rzucił. A tak w ogóle, dzisiaj wrócę późno.
Ukłuło ją w sercu. Tak od razu?..
Wieczór był szary i cichy. Katarzyna czuła się rozbita, niechciana. Jakby ją wystawiono na aukcji i nie znalazł się chętny.
Spojrzała w lustro. No tak, zmęczone oczy, pierwsze zmarszczki w kącikach, skóra już nie taka jak kiedyś. Ale figura wciąż zgrabna. Włosy gęste. Może jednak jest atrakcyjna? Może problem nie był w niej, tylko w Wiktorze?
A innym się podobała. Weźmy choćby Andrzeja, kierownika sąsiedniego działu. Już miesiąc temu został przeniesiony z innego oddziału.
Mężczyzna o przyjemnej powierzchowności, z lekką siwizną na skroniach, z chrypką w głosie i szelmowskim uśmiechem. Od początku ją adorował, komplementował, przytrzymywał drzwi, przynosił kawę. Zaprosił kiedyś na obiad, a tydzień temu zaproponował kolację w restauracji.
Panie Andrzeju, jestem na diecie. Zwanej małżeństwo, zbyła go wtedy.
Kaśka, małżeństwo to tylko pieczątka w dowodzie, nie wyrok, odparł z uśmiechem. Ale nie nalegam.
Wiktor chciał otwartego związku? Chciał, żeby rozprostowała skrzydła? No to czemu nie.
Dobry wieczór, Andrzej. Czy twoja propozycja kolacji jeszcze aktualna? Chyba właśnie mam czas i chęć złamać dietę, napisała mu w wiadomości.
To nie była zemsta. Katarzyna po prostu chciała poczuć się znowu kobietą. Ożywić swoje ja, które mąż deptał już drugi dzień.
Reszta wieczoru upłynęła jej w dziwnym nastroju. Andrzej okazał się idealnym dżentelmenem. Przesuwał jej krzesło, dolewał wina, słuchał z uwagą, patrzył tak, jakby była jedyną kobietą w tym lokalu.
Było jej trochę wstyd, ale poczuła nagły przypływ energii: dawno już nie była w centrum czyjejś uwagi. W jej życiu nagle pojawiło się coś poza garami i brudnymi skarpetami Witka.
Może wpadniesz do mnie? zaproponował Andrzej, kiedy zjadła deser. Po drodze kupimy wino, obejrzymy coś ciekawego przedłużymy miły wieczór.
Skinęła głową. Coś w niej krzyczało Zastanów się!, ale wracał obraz twarzy Wiktora, gdy proponował jej rozluźnianie się.
Już w mieszkaniu Andrzeja, jej telefon zaczął dzwonić jak szalony. Mąż. Odrzuciła raz, drugi. Bez skutku.
Tak odezwała się, starając się zabrzmieć spokojnie.
Gdzie się włóczysz?! padło od razu. Już dziesiąta! W lodówce wiatr hula, nic żreć, ciebie nie ma! Zupełnie ci odbiło?
Katarzyna aż zaniemówiła. Andrzej odszedł dyskretnie do drugiego pokoju, słysząc ich kłótnię. Cały nastrój prysł.
Właściwie jestem na randce, Witek.
Na jakiej do diabła randce?!
Przypomnieć jak dziecku? To ty wczoraj zaproponowałeś otwarty związek. Powiedziałeś, rozluźnij się, pogadaj z innym. No to właśnie rozmawiam. Co, już się nie podoba?
Zapadła ciężka cisza, przerywana tylko jego sapaniną. Potem się zaczęło.
Ty Ty naprawdę do kogoś poszłaś? Przecież żartowałem! Chciałem cię sprawdzić! Po-ra-do-wa! A ty tylko czekałaś, aż skorzystasz z okazji, tak? Dla pozoru byłaś obrażona i zaraz poleciałaś do jakiegoś frajera?
Katarzyna zgłupiała.
A ty dokąd dziś poszedłeś?
Do nikogo! W pracy byłem, i tyle obruszył się. Proszę bardzo nie chcę żadnych chorób od ciebie, jasne? Pakuj się, albo ja się wynoszę. Wybieraj. Rozwód.
Rozłączył się. Katarzyna wpatrywała się ślepo w ścianę, czując się upokorzona i wypluta.
Wszystko w porządku? odezwał się Andrzej.
Tak nic wielkiego próbowała się uśmiechnąć, ale nie dała rady.
Kasia spojrzał na zegarek. Myślę, że powinnaś wrócić do siebie, załatwić swoje sprawy.
Bajka się skończyła, kareta zamieniła się w dynię, a czarujący adorator stał się człowiekiem, który nie chciał brudzić się cudzą historią. Trudno się dziwić. Szedł na miły, lekki wieczór, a dostał kawałek rodzinnej tragedii.
Może lepiej było od razu złożyć papiery rozwodowe. Ale jak to bywa, mądrość zawsze przychodzi po czasie.
Tamtej nocy Katarzyna nie wróciła do domu. Pojechała do hotelu. Nie chciała widzieć się z wściekłym mężem, potrzebowała czasu by zrozumieć, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej.
Minęły trzy lata
Przez ten czas życie, niczym rzeźbiarz, samo odłupało wszystko zbędne, choć bolało.
Wiktor podejrzanie szybko znalazł sobie nową partnerkę. Jeszcze przed formalnym rozwodem. Ale ona uciekła od niego, gdy tylko sprzedali wspólne mieszkanie. Po drodze zabrała jego część pieniędzy.
Z Andrzejem nic nie wyszło. Pracowali razem, ale rozmowy były już tylko grzecznościowe. Katarzyna zrozumiała jedno: mężczyźni chętni do bycia kochankiem znikają w chmurze dymu, kiedy trzeba wcielić się w rolę partnera do codzienności czy dać oparcie.
Ale nie szukała już nikogo nowego. Kiedy została sama w swoim nowym mieszkaniu, odkryła, że ma mnóstwo czasu i energii. Dotąd wszystko pochłaniało sprzątanie i dogadzanie wymaganiom Witka. Teraz zajęła się sobą już nie dla kogoś, tylko dla siebie.
Rano chodziła na basen, dzięki czemu zniknęły bóle pleców. Kursy angielskiego utrzymywały umysł w formie. Obcięła włosy na krótko, zmieniła całą garderobę.
A najważniejsze została babcią.
Córka, Maria, urodziła pół roku temu. Gdy zaczęła się awantura o rozwód, początkowo trzymała stronę ojca. Wiktor dobrze umiał udawać ofiarę, barwnie opisywał, jak matka puściła się w romanse, rozbiła rodzinę przez kochanka, zdradziła go.
Ale czas wszystko uporządkował. Maria przyjechała do matki, chciała z nią porozmawiać, spojrzeć w oczy. Zobaczyła nie rozpasaną babę, o której mówił ojciec, ale zmęczoną, uczciwą kobietę.
Katarzyna opowiedziała jej prawdę. Że to Wiktor sam to zaproponował. Że już od dawna znikał z domu pod pretekstem pracy. Że już kilka lat czuła się przy nim samotna. Maria, sama będąc już żoną, zrozumiała matkę. A kiedy Wiktor z prędkością światła znalazł nową partnerkę, całkiem przeszła na stronę Katarzyny.
Teraz Katarzyna siedziała w kuchni u Marii, trzymając na rękach wnuczkę. Mała Sonia z zapałem próbowała złapać babcię za palec.
Tata znowu dzwonił powiedziała Maria, krzywiąc się. Chciał przyjechać zobaczyć Sonię.
I co mu powiedziałaś? spokojnie zapytała Katarzyna.
Że wyjeżdżamy na weekend. Nie chcę go wpuszczać, mamo. Albo złorzeczy na ciebie, albo znowu prosi, żebym próbowała was pogodzić. Denerwuję się za każdym razem, jak się pojawia. No i nie chcę, żeby próbował Sonię nastawiać przeciwko tobie. Niech sobie żyje z tą swoją wolnością
Katarzyna milczała, przytulając wnuczkę mocniej.
Wiktor dostał to, czego chciał absolutną wolność. Nikt już nie wymagał uwagi, nie przeszkadzał przy telewizorze. Tylko ta wolność szybko okazała się mieć gorzki smak samotności. Ale było już za późno.



