„Nie potrzebuję sparaliżowanej córki!” – powiedziała synowa i wyszła… Ale nie zdawała sobie sprawy, co jeszcze może się wydarzyć… W jednej polskiej wsi mieszkał zwykły staruszek – czasem, w weekendy, wypijał trochę wódki. Jego marzeniem było mieć psa, ale nie zwyczajnego – chciał rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Był gotów jechać aż za granicę, by kupić takiego psa i sprowadzić go do swojego domu. Staruszka zwało się Denisiak – może od imienia, może od nazwiska, nikt już nie pamiętał. Denisiak czy Denysik, tak go wszyscy nazywali i on nigdy nikogo nie poprawiał. Siedział sobie po pracy na ławce za domem i wspominał dawne czasy. Często młodzi zbierali się przy nim posłuchać, jak to kiedyś w wiosce bywało. Żonę, Klaudię, pochował już dawno. Miała chore serce i lekarze zabraniali jej rodzić, ale ona bardzo pragnęła dziecka. Urodziła synka, ale stała się bardzo słaba. Denisiak kochał Klaudię, był gotów robić dla niej wszystko w domu, nawet zakupy ze sklepu przynosił tylko on. “Nie wolno! – mówił – lekarze zabronili!” Sam zajmował się synem, gotował jedzenie. Klaudia się martwiła: – Niedobrze, żebyś mnie tak wyręczał! Babki mnie będą wyśmiewać, że nic nie robię – wszystko robisz ty! Ale kobiety nie wyśmiewały, tylko zazdrościły: – Oj, Kłodka! Oddaj nam swojego Denisiaka w dzierżawę na dzień – może i my byśmy tak pożyły! Ona tylko się uśmiechała. Tak, z uśmiechem na twarzy odeszła z tego świata. Denisiak nad ranem znalazł ją już zimną. Płakał jak bóbr trzy dni, potem zajął się synem. Chłopcu właśnie zaczynał się trudny wiek – 14 lat. Po wojsku syn szybko się ożenił i został mieszkać tam, gdzie służył w jednostce. Tak Denisiak został sam. Ale nie załamał się – lubił rozmawiać z młodzieżą na ławce przed domem. U syna urodziła się córka – Denisiak czekał, aż rodzina go odwiedzi, ale nigdy nie mogli przyjechać: a to praca, a to nie ma czasu, a to tu, a to tam. Wnuczkę widział tylko na zdjęciach. Zauważyli w końcu wiejscy, że Denisiak chodzi przygnębiony, nie uśmiecha się, nie żartuje, nie siedzi na ławce. Spytali, co się stało – okazało się, że dostał telegram, w którym synowa informowała o wypadku samochodowym. Wnuczka w ciężkim stanie w szpitalu, syn Denisiaka zginął. „Aj, Denisiak! Co za nieszczęście, co za ból!” – współczuli staruszkowi wszyscy w wiosce, ale czy są takie słowa, które by pomogły w takim cierpieniu?.. Denisiak przyjmował kondolencje, ale nie robiło mu się lżej. Żal było syna, lecz jego już nie wróci, jeszcze żal wnuczki – leży w szpitalu, młoda dziewczyna, 15 lat. Całe życie przed nią. Serce Denisiaka bolało strasznie. A synowa – cisza. Nie pisała, nie odbierała telefonu, nie odpowiadała na telegramy. Jak się dowiedzieć, jakie wnuczka ma zdrowie?.. Denisiak, choć nigdy jej nie widział, kochał ją jak własne dziecko. Ze zdjęć przypominała mu młodą Klaudię. Już miał jechać do miasta, gdzie mieszkał syn, gdy nagle, na dzień przed wyjazdem, pod jego dom podjechał samochód. Wynieśli nosze. Do domu Denisiaka bez ceremonii wpadła kobieta – nie od razu poznał, że to żona jego zmarłego syna. Potem wniesiono wnuczkę – dziewczynę dosłownie rzucili na kanapę i wyszli. – Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Taka córka nie jest mi potrzebna. Jeszcze zdążę wyjść za mąż i urodzić zdrowe dziecko! – powiedziała synowa. – Ale ja przecież nie jestem lekarzem! – tylko tyle zdążył powiedzieć Denisiak. – Lekarz nie jest potrzebny. I tak jej nie pomogą. Potrzebna jest opiekunka. Jak nie chcecie się nią zajmować – zakopcie ją żywcem, a ja nie będę niszczyć sobie życia. Nie jestem jej opiekunką! – powiedziała i trzasnęła drzwiami. – To ty jej matką chyba nie jesteś! – krzyknął za nią Denisiak. Więc wszystko stało się jasne, dlaczego syn nie przyjeżdżał z rodziną – z taką żoną tylko na targ chodzić kłócić się, a nie w gości jeździć. I jak syn się w taką wplątał?.. Ale już nie zapyta. Teraz zostali we dwójkę – Denisiak i wnuczka. Dziewczyna rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, ale Denisiak był przyzwyczajony do opiekowania się chorymi. Teraz miał sens życia – główny cel: wyprowadzić dziewczynę na zdrowie. Lekarze wnuczki się zrzekli, wypisali ją ze szpitala, mówiąc, że nie rozumieją, jak ona w ogóle przeżyła wypadek. Zostały tylko ludowe metody i znachorka. W wiosce nie było znachorki, najbliższa mieszkała bardzo daleko – chorego dziecka nie zawieziesz, a ona na dom nie przyjeżdża, już stara za bardzo. Co robić – nie wiadomo… Denisiak prawie co tydzień jeździł do tej znachorki, ona dawała zioła i napary. Tak właśnie leczył wnuczkę. Minął ponad rok, dziewczyna wciąż nie mogła poruszyć ani ręką, ani nogą, leżała jak kłoda pod kocem. Nawet mówić nie mogła, tylko coś mruczała niewyraźnie. Czasami zauważał, że po policzku dziewczynki płynie łza. W takich chwilach serce Denisiaka pękało mu. Myślał, że tęskni ona za matką i ojcem. Długo rozmawiał z dziewczynką, czytał jej książki, ale ona nie mogła mu odpowiedzieć. Oboje cierpieli. Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Kiedy dziadek siedział jak zwykle przy łóżku chorej, do domu wtargnęła pijana kompania młodych ludzi. Okazało się, że Denisiak przez nieuwagę nie zamknął drzwi na noc. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, że mieszka tam sparaliżowana dziewczyna. Ktoś zaproponował wejść i „pośmiać się”, a przecież paraliżowana nie będzie się bronić… – No dziadku! Zdejmij z wnuczki kołdrę, rozsuń nogi! Zaraz losujemy, kto będzie pierwszy… – rozkazał najbardziej pijany. – Litości! Przecież ma dopiero 15 lat! – protestował staruszek. – Hola, zaraz tylko zęby umyję! – rzucił Denisiak i biegiem do kuchni, otworzył schowek pod podłogą i krzyknął – „Bierz!” A z podziemia wyskoczył ogromny owczarek środkowoazjatycki. Zaczął szarpać chuliganów za spodnie! Temu najważniejszemu o mało co nie odgryzł… innym porozrywał spodnie na tyłkach. Tak uciekali z gołymi zadami przez wieś, ludzie się śmiali, a pies gonił ich aż na koniec wioski. Denisiak wraca do pokoju, a wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno: – Muhtar! Muhtar! Dziadek, łap go, żeby nie uciekł! Staruszek się rozpłakał – od tej pory wnuczka zaczęła wracać do zdrowia. Niedługo potem zaczęła chodzić. Czy zioła znachorki pomogły, czy może stres ze strachu, ale zaczęła gadać bez opamiętania – nagadała się za cały ten czas. A skąd się wziął pies, spytacie? Wszystko proste: Muhtar – owczarek środkowoazjatycki – mieszkał u syna Denisiaka, gdy wydarzyła się tragedia i właściciel zginął, nieczuła synowa pozbyła się i córki, i psa. Psa przywiozła razem z dziewczynką, tylko staruszkowi nic nie powiedziała. Po jej wyjściu Denisiak poszedł zamknąć bramę, patrzy – pod bramą siedzi pies. Chudy, wymęczony, patrzy smutnymi oczami, aż płacze. Denisiak nawet nie wiedział, że syn miał psa. Nie mógł go oddać na ulicę – zabrał do domu. Pies służył staruszkowi wiernie, a gdy przyszli tamci chuligani, akurat siedział w piwnicy, bo lato było bardzo gorące. Żeby pies się nie męczył od upału, Denisiak trzymał Muhtara w piwnicy w dzień, a wieczorem wypuszczał. W ten wieczór po prostu nie zdążył wypuścić. Gdyby Muhtar był u góry – ci chuligani w ogóle by nie weszli do domu. Wnuczka powiedziała potem dziadkowi, że gdy płakała, łzy leciały po policzkach, tęskniła za psem. Dziadek zwykle trzymał psa na podwórku, a do pokoju nie wpuszczał. Dziewczynka tęskniła, ale nie mogła mu tego powiedzieć. Muhtar, po pogonieniu pijanych, wrócił do domu i z radością polizał twarz swojej małej pani. Sam też bardzo za nią tęsknił. Tak już zostali we trójkę: Denisiak, wnuczka i Muhtar. A o matce dziewczynki już nigdy nic nie usłyszeli…

Nie potrzebuję sparaliżowanej powiedziała synowa i wyszła
Nawet nie przypuszczała, co wydarzy się dalej

W jednej pomorskiej wiosce mieszkał zwykły dziadek, w weekendy lubił czasem napić się odrobiny czystej. Marzył o psie, ale nie byle jakim chciał rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Gotów był nawet jechać za niego na drugi koniec Polski, byleby przywieźć go do siebie.

Dziadka nazywano Stasiem, czasem Stańczykiem nikt dokładnie nie wiedział, czy to z imienia czy przydomka. Staś albo Stańczyk tak go wołano, a on nigdy nikogo nie poprawiał. Wieczorami po pracy w ogrodzie siadał sobie na ławce, wspominał dawne czasy. Często młodzież gromadziła się obok niego, żeby posłuchać, jak to kiedyś we wsi się żyło.

Żonę Staś pochował już dawno. Jadwiga miała chore serce. Lekarze wyraźnie zabrali jej możliwość rodzicielstwa, ale ona bardzo pragnęła dziecka. Urodziła Stasiowi synka i już całkiem się rozchorowała. Staś kochał Jadwigę, wszystko za nią gotów był zrobić, nawet paczki z mlekiem sam ze sklepu nosił. Nie wolno ci! powtarzał lekarz zabronił!

Synem zajmował się sam, gotował, sprzątał. Jadwiga wyrzucała mu czasem:
Pewnie mnie ośmieszasz! Kobiety mnie wyśmieją! Ja nic nie robię w domu, wszystko na mężczyźnie!..
A sąsiadki nie wyśmiewały, tylko zazdrościły:
Och Jadziu. Dałabyś nam swego Staśka w dzierżawę, choćby na dzień, by przeżyć twoje życie!

Tylko się uśmiechała w odpowiedzi. Z taką uśmiechniętą twarzą odeszła z tego świata. Staś rano znalazł ją już zimną. Płakał jak bóbr parę dni, potem już zajął się synem.

A chłopak wtedy wchodził właśnie w trudny wiek, czternaście lat. Po wojsku wcześnie się ożenił i został tam, gdzie służył. Tak Staś został całkiem sam. Nie narzekał jednak lubił pogadać z młodzieżą na ławce.

Z czasem synowi urodziła się córka, Staś czekał na wizytę całej rodziny, ale jakoś nie przyjeżdżali. Raz praca, raz czasu brak, raz jedno, raz drugie. Wnuczkę oglądał tylko na zdjęciach.

Aż zaczęli ludzie we wsi zauważać, że Staś chodzi smutny, jakby spuszczony z wody, nie uśmiecha się, nie żartuje, na ławkę nie siada. Więc pytali, co się stało i wyszło na jaw: Staś dostał telegram od synowej, że mieli wypadek samochodowy. Wnuczka w ciężkim stanie w szpitalu, a syn Staśka nie żyje.

Ale nieszczęście, ależ tragedia! współczuli dziadkowi wszyscy, ale czy można znaleźć słowa pocieszenia na takie nieszczęście?

Staś przyjmował kondolencje, ale nic mu nie pomagało. Syna żal, ale już go nie wrócisz, jeszcze bardziej żal było wnuczki. Leży w szpitalu, w komie, młodziutka dziewczyna, piętnaście lat. Powinna żyć, cieszyć się światem. Cała dusza Staśka była w żałobie.

A najgorsze od synowej już żadnych wieści. Nie pisze, na telegramy nie odpowiada, telefonu nie odbiera. Jak się dowiedzieć, w jakim stanie jest wnuczka? Staś wprawdzie nigdy jej nie widział, ale kochał ją jak własną. Ze zdjęć wydawała się podobna do Jadwigi z młodości.

Staś już miał jechać do miasta, gdzie mieszkał syn, gdy nagle, w kanun wyjazdu, pod dom podjeżdża samochód. Wynoszą nosze. Do domu, bez pukania, wbiega jakaś kobieta. Dziadek nie od razu poznał, że to żona jego zmarłego syna. Za nią weszli z noszami, na których leżała wnuczka. Dosłownie wrzucili dziewczynę na kanapę i wyszli.

Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Ja takiej córki nie potrzebuję. Jeszcze zdążę wyjść za mąż i urodzić sobie zdrowe dziecko! powiedziała synowa.
Ale ja nie jestem lekarzem! zdążył odparować Staś.
Lekarz nie jest potrzebny. Oni jej nie pomogą. Potrzebna jej opiekunka. Jeśli nie chcecie się nią zajmować zakopcie żywcem, ja nie będę niszczyć sobie życia. Nie jestem jej opiekunką! trzasnęła drzwiami i wyszła.
Ty jej nawet matką nie jesteś! krzyknął za nią Staś.

Teraz już było jasne, czemu syn nie przyjeżdżał z rodziną. Z taką żoną tylko na targ kłócić się chodzić, nie na odwiedziny. I jak się biedny syn takiej zołzy doczekał? Tylko już nie zapyta. Gdyby wiedział, że jego żona od córki się odwróci, pewnie w grobie by się przewrócił. Tak zostali we dwoje Staś i wnuczka.

Dziewczynka rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, ale Staś był przyzwyczajony do opieki, do krzątaniny po domu. Teraz miał cel i sens życia! Najważniejsze wyleczyć dziewczynkę.

Lekarze zrezygnowali z wnuczki i wypisali ją ze szpitala. Nie rozumieli nawet, jak ona przeżyła wypadek. Miała urazy właściwie niezgodne z życiem. Zostały tylko domowe sposoby i znachorka. Znachorki w okolicy nie było, najbliższa bardzo daleko. Sparaliżowanego dziecka nie sposób tam zawieźć, a ona już za stara, żeby do domu przyjechać. I co tu zrobić nie wiadomo

Staś niemal co tydzień jeździł do tej znachorki, przynosił zioła i nalewki dla wnuczki. To nimi ją leczył. Ponad rok upłynął, dziewczynka nadal nie mogła ruszyć ani ręką, ani nogą, leżała pod kocem jak szczapka drewna. Nawet mówić porządnie nie mogła, tylko niewyraźnie mamrotała.

Czasem dziadek zauważał, jak po policzku dziewczyny płynęła łza. W takich chwilach serce Staśka pękało. Myślał, że wnuczka tęskni za matką i za ojcem. Długo z nią rozmawiał, czytał jej książki, ale odpowiadać nie potrafiła. Oboje ciężko to znosili.

Aż pewnego wieczoru zdarzyło się coś niespodziewanego. Gdy dziadek jak zawsze siedział przy łóżku wnuczki, do domu wpadła pijana grupa młodych ludzi. Okazało się, że Staś przez nieuwagę nie zamknął drzwi. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, że w domu mieszka sparaliżowana dziewczyna. Ktoś zaproponował wejść, zabawić się z nią, bo przecież nie będzie się bronić

No dawaj dziadek! Zdzieraj z wnuczki kołdrę, rozstaw nogi szerzej! Zaraz rzucimy komu pierwszy! dowódczo burknął najbardziej pijany.
Ulitujcie się! Przecież ma ledwie piętnaście lat! bronił się Staś.
Och, poczekaj, tylko umyję zęby! powiedział Staś, po czym pobiegł do kuchni, otworzył schowek i krzyknął Bierz!

A stamtąd wyskoczył potężny owczarek Azor. Zaczął łapać chuliganów za spodnie na prawo i lewo! Temu głównemu prawie urwał interes. Reszcie porozrywał spodnie na tyłkach. Tak uciekli z gołymi tyłkami przez całą wieś, ludzie się śmiali, a Azor gnał za nimi aż po samą granicę wsi.

Wrócił Staś do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno:
Azor! Azor! Dawaj dziadku, trzymaj go, żeby nie uciekł!
Wtedy dziadek się aż popłakał. Od tego momentu dziewczynka zaczęła wracać do zdrowia. Niedługo potem zaczęła chodzić. Czy to zioła znachorki pomogły, czy stres wywołany przez psa ale dziewczynka zaczęła mówić bez przerwy. Namilczała się przez tyle czasu.

A skąd się wziął pies, zapytacie?… Wszystko proste. Azor mieszkał u syna Staśka, a gdy wydarzyła się tragedia i gospodarz zginął, wyrodna synowa pozbyła się i córki, i psa.

Przywiozła psa razem z dziewczyną, tylko że dziadkowi nic nie powiedziała. Gdy synowa opuściła dom, Staś wyszedł zamknąć bramę za nią, patrzy a przy bramie siedzi pies. Chudy, wymęczony, oczy smutne jak u chorej krowy, z nich płyną prawdziwe łzy. Staś nawet nie wiedział, że syn miał psa. Nie mógł go wyrzucić na ulicę zabrał do siebie.

Pies służył dziadkowi wiernością i oddaniem, a gdy przyszli chuligani, siedział akurat w piwnicy, bo lato było bardzo gorące. By psa nie męczył upał, Staś trzymał Azora w piwnicy, a wieczorem, gdy słońce zachodziło, wypuszczał. Tego wieczoru nie zdążył jeszcze wypuścić. Gdyby Azor był na górze, tamci nigdy by nie weszli do domu.

Wnuczka potem powiedziała dziadkowi, że gdy płakała, tęskniła za psem. Dziadek z przyzwyczajenia trzymał psa na dworze, do pokoju nie wpuszczał. Dziewczynka tęskniła, ale nie mogła o tym powiedzieć.

Azor przegonił pijaków, wrócił do domu i z radością wylizał twarz swojej małej pani. Bardzo się za nią stęsknił. Od tego dnia mieszkaliśmy już w trójkę: Staś, wnuczka i Azor. O matce dziewczynki nie usłyszeliśmy już nigdy niczego.

Pamiętam do dziś ten bolesny czas, ale dzięki cierpliwości, zaufaniu i łzom odzyskałem swoją rodzinę. Zrozumiałem, że nawet największe nieszczęścia da się przetrwać, jeśli walczysz i nie tracisz nadziei. I że prawdziwy dom mierzy się nie ścianami, lecz sercem, które nie zostawia bliskich w potrzebie.

Rate article
Fajna Tajna
„Nie potrzebuję sparaliżowanej córki!” – powiedziała synowa i wyszła… Ale nie zdawała sobie sprawy, co jeszcze może się wydarzyć… W jednej polskiej wsi mieszkał zwykły staruszek – czasem, w weekendy, wypijał trochę wódki. Jego marzeniem było mieć psa, ale nie zwyczajnego – chciał rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Był gotów jechać aż za granicę, by kupić takiego psa i sprowadzić go do swojego domu. Staruszka zwało się Denisiak – może od imienia, może od nazwiska, nikt już nie pamiętał. Denisiak czy Denysik, tak go wszyscy nazywali i on nigdy nikogo nie poprawiał. Siedział sobie po pracy na ławce za domem i wspominał dawne czasy. Często młodzi zbierali się przy nim posłuchać, jak to kiedyś w wiosce bywało. Żonę, Klaudię, pochował już dawno. Miała chore serce i lekarze zabraniali jej rodzić, ale ona bardzo pragnęła dziecka. Urodziła synka, ale stała się bardzo słaba. Denisiak kochał Klaudię, był gotów robić dla niej wszystko w domu, nawet zakupy ze sklepu przynosił tylko on. “Nie wolno! – mówił – lekarze zabronili!” Sam zajmował się synem, gotował jedzenie. Klaudia się martwiła: – Niedobrze, żebyś mnie tak wyręczał! Babki mnie będą wyśmiewać, że nic nie robię – wszystko robisz ty! Ale kobiety nie wyśmiewały, tylko zazdrościły: – Oj, Kłodka! Oddaj nam swojego Denisiaka w dzierżawę na dzień – może i my byśmy tak pożyły! Ona tylko się uśmiechała. Tak, z uśmiechem na twarzy odeszła z tego świata. Denisiak nad ranem znalazł ją już zimną. Płakał jak bóbr trzy dni, potem zajął się synem. Chłopcu właśnie zaczynał się trudny wiek – 14 lat. Po wojsku syn szybko się ożenił i został mieszkać tam, gdzie służył w jednostce. Tak Denisiak został sam. Ale nie załamał się – lubił rozmawiać z młodzieżą na ławce przed domem. U syna urodziła się córka – Denisiak czekał, aż rodzina go odwiedzi, ale nigdy nie mogli przyjechać: a to praca, a to nie ma czasu, a to tu, a to tam. Wnuczkę widział tylko na zdjęciach. Zauważyli w końcu wiejscy, że Denisiak chodzi przygnębiony, nie uśmiecha się, nie żartuje, nie siedzi na ławce. Spytali, co się stało – okazało się, że dostał telegram, w którym synowa informowała o wypadku samochodowym. Wnuczka w ciężkim stanie w szpitalu, syn Denisiaka zginął. „Aj, Denisiak! Co za nieszczęście, co za ból!” – współczuli staruszkowi wszyscy w wiosce, ale czy są takie słowa, które by pomogły w takim cierpieniu?.. Denisiak przyjmował kondolencje, ale nie robiło mu się lżej. Żal było syna, lecz jego już nie wróci, jeszcze żal wnuczki – leży w szpitalu, młoda dziewczyna, 15 lat. Całe życie przed nią. Serce Denisiaka bolało strasznie. A synowa – cisza. Nie pisała, nie odbierała telefonu, nie odpowiadała na telegramy. Jak się dowiedzieć, jakie wnuczka ma zdrowie?.. Denisiak, choć nigdy jej nie widział, kochał ją jak własne dziecko. Ze zdjęć przypominała mu młodą Klaudię. Już miał jechać do miasta, gdzie mieszkał syn, gdy nagle, na dzień przed wyjazdem, pod jego dom podjechał samochód. Wynieśli nosze. Do domu Denisiaka bez ceremonii wpadła kobieta – nie od razu poznał, że to żona jego zmarłego syna. Potem wniesiono wnuczkę – dziewczynę dosłownie rzucili na kanapę i wyszli. – Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Taka córka nie jest mi potrzebna. Jeszcze zdążę wyjść za mąż i urodzić zdrowe dziecko! – powiedziała synowa. – Ale ja przecież nie jestem lekarzem! – tylko tyle zdążył powiedzieć Denisiak. – Lekarz nie jest potrzebny. I tak jej nie pomogą. Potrzebna jest opiekunka. Jak nie chcecie się nią zajmować – zakopcie ją żywcem, a ja nie będę niszczyć sobie życia. Nie jestem jej opiekunką! – powiedziała i trzasnęła drzwiami. – To ty jej matką chyba nie jesteś! – krzyknął za nią Denisiak. Więc wszystko stało się jasne, dlaczego syn nie przyjeżdżał z rodziną – z taką żoną tylko na targ chodzić kłócić się, a nie w gości jeździć. I jak syn się w taką wplątał?.. Ale już nie zapyta. Teraz zostali we dwójkę – Denisiak i wnuczka. Dziewczyna rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, ale Denisiak był przyzwyczajony do opiekowania się chorymi. Teraz miał sens życia – główny cel: wyprowadzić dziewczynę na zdrowie. Lekarze wnuczki się zrzekli, wypisali ją ze szpitala, mówiąc, że nie rozumieją, jak ona w ogóle przeżyła wypadek. Zostały tylko ludowe metody i znachorka. W wiosce nie było znachorki, najbliższa mieszkała bardzo daleko – chorego dziecka nie zawieziesz, a ona na dom nie przyjeżdża, już stara za bardzo. Co robić – nie wiadomo… Denisiak prawie co tydzień jeździł do tej znachorki, ona dawała zioła i napary. Tak właśnie leczył wnuczkę. Minął ponad rok, dziewczyna wciąż nie mogła poruszyć ani ręką, ani nogą, leżała jak kłoda pod kocem. Nawet mówić nie mogła, tylko coś mruczała niewyraźnie. Czasami zauważał, że po policzku dziewczynki płynie łza. W takich chwilach serce Denisiaka pękało mu. Myślał, że tęskni ona za matką i ojcem. Długo rozmawiał z dziewczynką, czytał jej książki, ale ona nie mogła mu odpowiedzieć. Oboje cierpieli. Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Kiedy dziadek siedział jak zwykle przy łóżku chorej, do domu wtargnęła pijana kompania młodych ludzi. Okazało się, że Denisiak przez nieuwagę nie zamknął drzwi na noc. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, że mieszka tam sparaliżowana dziewczyna. Ktoś zaproponował wejść i „pośmiać się”, a przecież paraliżowana nie będzie się bronić… – No dziadku! Zdejmij z wnuczki kołdrę, rozsuń nogi! Zaraz losujemy, kto będzie pierwszy… – rozkazał najbardziej pijany. – Litości! Przecież ma dopiero 15 lat! – protestował staruszek. – Hola, zaraz tylko zęby umyję! – rzucił Denisiak i biegiem do kuchni, otworzył schowek pod podłogą i krzyknął – „Bierz!” A z podziemia wyskoczył ogromny owczarek środkowoazjatycki. Zaczął szarpać chuliganów za spodnie! Temu najważniejszemu o mało co nie odgryzł… innym porozrywał spodnie na tyłkach. Tak uciekali z gołymi zadami przez wieś, ludzie się śmiali, a pies gonił ich aż na koniec wioski. Denisiak wraca do pokoju, a wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno: – Muhtar! Muhtar! Dziadek, łap go, żeby nie uciekł! Staruszek się rozpłakał – od tej pory wnuczka zaczęła wracać do zdrowia. Niedługo potem zaczęła chodzić. Czy zioła znachorki pomogły, czy może stres ze strachu, ale zaczęła gadać bez opamiętania – nagadała się za cały ten czas. A skąd się wziął pies, spytacie? Wszystko proste: Muhtar – owczarek środkowoazjatycki – mieszkał u syna Denisiaka, gdy wydarzyła się tragedia i właściciel zginął, nieczuła synowa pozbyła się i córki, i psa. Psa przywiozła razem z dziewczynką, tylko staruszkowi nic nie powiedziała. Po jej wyjściu Denisiak poszedł zamknąć bramę, patrzy – pod bramą siedzi pies. Chudy, wymęczony, patrzy smutnymi oczami, aż płacze. Denisiak nawet nie wiedział, że syn miał psa. Nie mógł go oddać na ulicę – zabrał do domu. Pies służył staruszkowi wiernie, a gdy przyszli tamci chuligani, akurat siedział w piwnicy, bo lato było bardzo gorące. Żeby pies się nie męczył od upału, Denisiak trzymał Muhtara w piwnicy w dzień, a wieczorem wypuszczał. W ten wieczór po prostu nie zdążył wypuścić. Gdyby Muhtar był u góry – ci chuligani w ogóle by nie weszli do domu. Wnuczka powiedziała potem dziadkowi, że gdy płakała, łzy leciały po policzkach, tęskniła za psem. Dziadek zwykle trzymał psa na podwórku, a do pokoju nie wpuszczał. Dziewczynka tęskniła, ale nie mogła mu tego powiedzieć. Muhtar, po pogonieniu pijanych, wrócił do domu i z radością polizał twarz swojej małej pani. Sam też bardzo za nią tęsknił. Tak już zostali we trójkę: Denisiak, wnuczka i Muhtar. A o matce dziewczynki już nigdy nic nie usłyszeli…