Ależ niespodzianka, tato, jakie powitanie! I po co Ci był ten sanatorium, skoro w domu masz pełen „all inclusive”? Gdy Dymitr wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Ewa wiedziała: Bastylię zdobyto. Żaden DiCaprio nie wyczekiwał Oscara tak, jak Ewa czekała na swojego Dymitra, zwłaszcza z własnym gniazdkiem. Zrezygnowana, trzydziestopięcioletnia, coraz częściej rzucała współczujące spojrzenia na miejskie koty i wystawy „Wszystko do rękodzieła”. A tu on – samotny, młodość poświęcił karierze, zdrowemu odżywianiu, siłowni i innym dyrdymałom typu poszukiwanie siebie w świecie, i do tego bezdzietny. Ewa marzyła o takim prezencie od dwudziestki i chyba tam na górze w końcu zrozumieli, że nie żartuje. – Mam ostatni w tym roku służbowy wyjazd i jestem cały Twój – powiedział Dymitr, wręczając upragnione klucze. – Tylko nie przestrasz się mojej jaskini. Zazwyczaj bywam tam wyłącznie żeby się przespać – dodał, po czym odleciał na cały weekend do innej strefy czasowej. Ewa wzięła szczoteczkę do zębów, krem i pojechała zobaczyć, co to za jaskinia. Problemy zaczęły się już przy wejściu. Dymitr uprzedzał, że zamek czasem się zacina, ale Ewa nie spodziewała się, że aż tak. Szturmowała drzwi przez czterdzieści minut: pchała, ciągnęła, podchodziła z kluczem do połowy, ale drzwi ewidentnie nie zamierzały się poddać. Ewa zaczęła działać psychologicznie, jak uczyli ją kiedyś szkolni koledzy za garażami. Na hałas otworzyły się drzwi sąsiadki. – Dlaczego włamuje się pani do czyjegoś mieszkania? – odezwał się zaniepokojony kobiecy głos. – Nie włamuję się, mam klucze – odburknęła wściekła Ewa, ocierając pot z czoła. – A pani to kto właściwie? Nigdy pani tu nie widziałam – wtrąciła sąsiadka. – Jestem jego dziewczyną! – oświadczyła wyzywająco Ewa, stając w rozkroku, ale widziała tylko szparę, przez którą prowadzono negocjacje. – Pani? – zdziwiła się sąsiadka. – Tak, a co? Są jakieś problemy? – Nie, żadnych. Po prostu on nigdy nikogo nie przyprowadzał (tu Ewa polubiła Dymitra jeszcze bardziej), a tu od razu taka… – Jaka taka? – Wie pani, nie wtrącam się. Przepraszam – zakończyła rozmowę sąsiadka. Ewa zrozumiała, że albo ona, albo drzwi. Wcisnęła klucz z całych sił i niemal obróciła futrynę wokół własnej osi. Drzwi otworzyły się. Cały wewnętrzny świat Dymitra odsłonił się przed Ewą, jej dusza pokryła się szronem. Oczywiście młody, samotny mężczyzna bywa ascetyczny, ale to była prawdziwa cela. – Biedaku, twoje serce dawno zapomniało, czym jest domowy klimat – wyrwało się Ewie, gdy oglądała skromne gniazdko, w którym teraz zamierzała często bywać. Z drugiej strony, była zadowolona. Sąsiadka nie kłamała: kobieca ręka tu nigdy nie gościła, tej podłogi, tej kuchni i tych szarych okien. Ewa była pierwsza. Nie mogła wytrzymać, ubrała się i pobiegła do najbliższego sklepu po ładną zasłonę, dywanik do łazienki, łapki kuchenne i ręczniki. W sklepie dopadło ją… Do dywanika i zasłony dołączyły aromaty, mydło ręcznej roboty i wygodne pojemniki na kosmetyki. „Dodać odrobinę drobiazgów do czyjegoś mieszkania to wcale nie bezczelność”, uspokajała się Ewa, doczepiając do wrócenia z zakupów kolejną torbę. Zamek nie stawiał już oporu. W zasadzie nie spełniał żadnej funkcji i przypominał bramkarza hokejowego zapominającego założyć maskę przed meczem. Zrozumiawszy, co zrobiła, Ewa do północy wykręcała stary zamek za pomocą noży kuchennych, a rano pognała po nowy. Noże również musiała wymienić. I widelce, i łyżki, i obrus, i deski do krojenia, podstawki pod gorące. Po zasłony było już blisko. W niedzielę w południe zadzwonił Dymitr i powiedział, że musi przedłużyć służbowy wyjazd o kilka dni. – Będę tylko wdzięczny, jeśli wniesiesz do mojego mieszkania trochę domowego ciepła – uśmiechał się przez telefon po tym, jak Ewa powiedziała, że pozwoliła sobie na nieco swobody w aranżacji wnętrza. Domowe ciepło wjeżdżało już ciężarówkami, rozsyłane zgodnie z planem technicznym i stosowną dokumentacją. Lata samotności gromadziły w Ewie potrzebę dekoracji, i teraz, gdy miała wolną rękę, nie mogła się zatrzymać. Gdy Dymitr wrócił, w mieszkaniu został tylko pająk przy wentylacji. Ewa chciała pozbyć się i jego, ale widząc osłupiałe osiem oczu, postanowiła zostawić biedaka jako symbol szacunku do cudzej własności. Mieszkanie Dymitra wyglądało jakby od ośmiu lat był szczęśliwy w małżeństwie, potem się rozczarował, a później znów odnalazł szczęście na własny sposób. Ewa nie tylko zadbała o mieszkanie, ale sprawiła, że cały blok wiedział, iż jest nową gospodynią i wszelkie pytania można kierować do niej. Obrączki na palcu jeszcze nie było, ale to tylko kwestia czasu. Sąsiedzi najpierw patrzyli podejrzliwie, potem wzruszali ramionami: „Jak pani chce, to nasza sprawa”. *** W dniu przyjazdu Dymitra Ewa przygotowała domową kolację, ubrała swoje jeszcze jędrne części w elegancką, odrobinę prowokacyjną kreację, porozstawiała aromatyczne świeczki i, przytłumiając nowe światło, czekała. Dymitr się spóźniał. Gdy Ewa poczuła, że jej sukienka zaczyna boleśnie wpijać się w miejsca, nad którymi tyle ćwiczyła na siłowni, do zamka włożono klucz. – Zamek nowy, po prostu popchnij, nie zamknięte! – powiedziała Ewa, trochę zdezorientowana, ale zmysłowo. Nie bała się oceny – za dobrze upiększyła mieszkanie. Wszystko jej wybaczą. W momencie, gdy drzwi się otworzyły, przyszło nagłe SMS od Dymitra: „Gdzie jesteś? Jestem już w domu. Widzę, że mieszkanie się nie zmieniło ani odrobinę, a kumple straszyli mnie, że zarzucisz je kosmetykami”. Ewa przeczytała wiadomość dużo później. Tymczasem do mieszkania weszło pięć obcych osób: dwóch młodych facetów, dwóch młodziutkich uczniów i bardzo starszy pan, który na widok Ewy od razu się wyprostował i wygładził resztki siwych włosów. – Ale powitanie, tato! I po co Ci ten sanatorium, skoro w domu masz lepsze „all inclusive”? – zażartował młodzieniec i zaraz dostał szturchańca od żony, za gapienie się. Ewa stała w progu z dwoma kieliszkami w rękach, nie mogąc się ruszyć. Chciała krzyczeć, ale nie była w stanie pokonać szoku. Gdzieś w kącie zachichotał zadowolony pająk. – Przepraszam, a pani to kto? – zapytała cienkim głosem Ewa. – Właściciel tego gniazdka. A pani z przychodni, przyszła opatrunek zrobić? No bo mówiłem przecież, że sam sobie poradzę – odpowiedział staruszek, zerkając na strój pielęgniarki, w którym była Ewa. – Mmm, Adamie Mateuszu, u pana tu istna oaza spokoju – zaglądała przez ramię Ewy żona młodego pana. – Co innego, a nie jak w grobie mieszkaliście. A pani, jak się nazywa? Nie za stary dla pani nasz Adam Mateusz? Choć oczywiście szanowany pan, własne mieszkanie… – E-e-wa… – No proszę! Adamie Mateuszu, dobrą macie rękę do ludzi, nie powiem! Starszy pan z błyskiem w oku też znalazł w tym niezły zbieg okoliczności. – A gdzie Dymitr? – wyszeptała Ewa, łykając oba kieliszki jednym haustem z nerwów. Dowiedz się więcej – Ja jestem Dymitr! – podniósł rękę ośmiolatek. – Poczekaj synku, jeszcze nie możesz być Dymitrem – mama pokierowała dzieci do samochodu. – Przepraszam, chyba pomyliłam mieszkanie – zaczęła odzyskiwać przytomność Ewa, wspominając przebojowy zamek. – To Bzowa, osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć? – Nie, to Bukowińska, osiemnaście – rozcierając dłonie, szykował się dziadek do rozpakowania niespodziewanego prezentu. – Tak… – westchnęła tragicznie Ewa – pomyliłam się. Proszę się rozgościć, a ja zadzwonię, bo muszę… Udała się do łazienki, owinęła ręcznikiem i dopiero tam przeczytała SMS od Dymitra. „Dymitrze, zaraz będę, tylko dłużej zatrzymałam się w sklepie” – wysłała odpowiedź. „Dobrze, czekam. Jeśli możesz, przynieś czerwone wino” – odpisał głosowo Dymitr. Czerwone Ewa miała przynieść, ale już w sobie. Z dywanikiem pod pachą i zasłoną wróciła do przedpokoju, gdy nieznajomi byli już w kuchni i błyskawicznie zwinęła rzeczy. Wypadła z mieszkania. *** – Opowiem, ale później – wyjaśniła swój stan Ewa, gdy Dymitr otworzył drzwi. Przeszła obok niego jak we śnie. Najpierw weszła do łazienki, wymieniła zasłonę i dywanik, potem padła na kanapę i spała aż do rana, aż cały stres i wino wywietrzały. Obudziwszy się, zobaczyła nieznajomego mężczyznę czekającego na wyjaśnienia. – Przepraszam, jaki to adres?.. – Butowa, osiemnaście.

Nieźle, tato, jak cię tutaj witają! Po co ci był ten sanatorium, skoro w domu masz taki all inclusive?

Kiedy Michał wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Jadwiga zrozumiała: twierdza zdobyta. Żaden Di Caprio tak nie czekał na Oscara, jak ona czekała na swojego Michała, i do tego z własną przystanią.

Zniechęcona, trzydziestopięcioletnia Jadwiga coraz częściej rzucała pełne współczucia spojrzenia w stronę podwórkowych kotów i wystaw z napisem Wszystko do robótek ręcznych.

A tu pojawił się on samotny, młodość poświęcił na karierę, zdrowe jedzenie, siłownię i inne głupoty w rodzaju szukania siebie w tym świecie. Do tego bez dzieci.

Jadwiga marzyła o tym prezencie od dwudziestki, i chyba gdzieś w niebie ktoś w końcu zrozumiał, że mówiła całkiem poważnie.

Mam ostatni w tym roku wyjazd służbowy, potem jestem tylko twój powiedział Michał, wręczając wymarzone klucze. Tylko nie przestrasz się mojej nory. Bywam tu głównie po to, żeby się przespać rzucił i poleciał do innej strefy czasowej na cały weekend.

Jadwiga spakowała szczoteczkę do zębów, krem i pojechała sprawdzić, co to za nora. Problemy pojawiły się już przy wejściu. Michał uprzedzał, że zamek czasem się zacina, ale ona nie sądziła, że aż tak.

Szturmowała drzwi przez czterdzieści minut: przepychała, ciągnęła, wkładała klucz aż do oporu, próbowała delikatnie poruszyć, ale drzwi wyraźnie nie chciały ją wpuścić.

Zaczęła stosować presję psychiczną, tak jak latami temu na podwórku uczyli koledzy z podstawówki. Na hałas otworzyły się drzwi sąsiadki.

Dlaczego pani się dobija do cudzego mieszkania? zapytała zaniepokojona kobieta.

Nie dobijam się. Mam klucze rzuciła z irytacją Jadwiga, ocierając pot z czoła.

A kim pani jest? Nigdy pani tu nie widziałam ciągnęła sąsiadka, wścibsko wykrzywiając twarz przez szczelinę w drzwiach.

Jestem jego dziewczyną! wykrzyknęła wyzywająco Jadwiga, stając w pozycji z rękoma na biodrach.

Pani? zdziwiła się szczerze kobieta.

Tak, ja. Coś nie tak?

Nie, wszystko w porządku. Po prostu nigdy nikogo do siebie nie zapraszał (w tym momencie Jadwiga jeszcze bardziej polubiła Michała), a tu taka nagła zmiana…

Jaka zmiana? nie zrozumiała Jadwiga.

Wie pani, to nie moja sprawa. Przepraszam zamknęła drzwi sąsiadka.

Czując, że teraz albo nigdy, Jadwiga wcisnęła klucz i nacisnęła z całej siły, omal nie przewracając futryny. Drzwi ustąpiły.

Cały wewnętrzny świat Michała stanął przed nią otworem, a dusza Jadwigi pokryła się szronem. Wiadomo, samotny młody mężczyzna bywa ascetyczny, ale to było prawdziwe pustkowie.

Biedaku, twoje serce chyba już dawno zapomniało, co to domowe ciepło wymknęło się jej, gdy oglądała skromne lokum, w którym miała spędzać teraz wiele czasu.

Z drugiej strony była zadowolona. Sąsiadka nie kłamała: kobiecej ręki tu nigdy nie było widać ani na ścianach, ani na podłogach, kuchni, czy oknach. Jadwiga była tu pierwsza.

Niemogąc wytrzymać, ubrała buty i wybiegła do najbliższego sklepu po firanki i dywanik do łazienki, a przy okazji ściereczki i ręczniki kuchenne.

Im dłużej chodziła po Pepco, tym więcej rzeczy wrzucała do koszyka do szamponu i mydła dołączyły pachnące świeczki, pojemniki na kosmetyki, podkładki pod garnki.

Dodanie drobiazgów to nie nachalność uspokajała samą siebie, doczepiając drugi koszyk do pierwszego, po brzegi wypchanego zakupami.

Zamek już jej nie stawiał oporu wręcz przestał w ogóle spełniać swoją funkcję i przypominał bramkarza, który wychodzi na boisko bez maski.

Zorientowawszy się, co narobiła, Jadwiga do północy dłubała stare zamki kuchennym nożem, a rano poleciała po nowy. Przy okazji trzeba było wymienić sztućce, deski do krojenia, obrus i firany. Do tych zmian była dosłownie o krok.

W niedzielę około południa zadzwonił Michał, uprzedzając, że musi zostać na wyjeździe służbowym parę dni dłużej.

Bardzo się ucieszę, jeśli wprowadzisz do mojego mieszkania trochę ciepła i komfortu zaśmiał się przez telefon, gdy Jadwiga wyznała, że zrobiła mały remoncik w jego wnętrzu.

Oczywiście, jej domowe ciepło już wyjechało tu na ciężarówkach i rozstawiało się z dokumentacją techniczną oraz planem architektonicznym. Lata samotności kumulowały w niej tę potrzebę, więc gdy mogła się wykazać, nic nie mogło jej zatrzymać.

Kiedy do powrotu Michała w mieszkaniu pozostał już tylko pająk obok kratki wentylacyjnej, Jadwiga chciała go przegonić, ale widząc zdezorientowane osiem oczu zdecydowała, że lepiej zostawić biedaka jako symbol nietykalności cudzej własności.

Mieszkanie wyglądało teraz tak, jakby Michał był szczęśliwy w małżeństwie od ośmiu lat, potem się rozczarował, ale w końcu znowu odnalazł szczęście na przekór wszystkiemu.

Jadwiga zajęła się nie tylko mieszkaniem, ale i całą klatką schodową wszyscy wiedzieli, że ona tu rządzi i wszystkie sprawy można zgłaszać do niej. Może obrączki na palcu jeszcze nie miała, ale to kwestia techniczna.

Sąsiedzi patrzyli na nią najpierw podejrzliwie, ale potem wzruszali ramionami: Jak pani woli, nam to obojętne.

***

W dzień powrotu Michała Jadwiga przygotowała tradycyjną kolację, zapakowała swoje wciąż jędrne pośladki w świąteczne, trochę krzykliwe opakowanie, rozstawiła pachnidła po kątach, przyciemniła światła i czekała.

Michał się spóźniał. Gdy Jadwiga zaczęła czuć, że sukienka wbija się w miejsce, dla którego pół roku ćwiczyła w siłowni, w zamku usłyszała klucz.

Zamek jest nowy, po prostu popchnij, nie zamknięte! zawołała nieco zmieszana, ale rozmarzona. Nie bała się oceny. Za dobrze urządziła mieszkanie, wszystko jej wybaczą.

W momencie, kiedy drzwi się otworzyły, Jadwidze przyszedł nagle SMS od Michała: Gdzie jesteś? Jestem w domu, widzę, że mieszkanie bez zmian. Koledzy mnie straszyli, że wszystko zalejesz kosmetykami.

Oczywiście przeczytała wiadomość dużo później. W tej chwili do mieszkania weszło pięć zupełnie obcych osób: dwóch młodych mężczyzn, dwóch nastolatków i starszy dziadek, który zobaczywszy Jadwigę, od razu się wyprostował i wygładził siwe włosy.

No nieźle, tato, jak cię tu witają! I po co ci był ten sanatorium, gdy w domu masz taki all inclusive? zażartował jeden z młodych, po czym dostał od żony burę za zbyt śmiałe spojrzenie.

Jadwiga stała w progu z dwoma pełnymi kieliszkami, zupełnie zdezorientowana. Miała ochotę krzyknąć, ale nie mogła pokonać szoku.

W kącie zachichotał radośnie pająk.

Przepraszam, a kim pani jest? pisnęła Jadwiga.

Właściciel mieszkania. A pani, z przychodni, przyszła wykonać opatrunek? Chyba mówiłem, że poradzę sobie sam odpowiedział staruszek, patrząc na Jadwigę ubraną jak pielęgniarka.

Ach tak, panie Adamie, tutaj u pana czysto i przyjemnie zaglądała przez ramię Jadwigi żona młodego. Od razu lepiej niż wcześniej, bo dotąd jak w piwnicy. A pani jak się nazywa? Adam nie za stary dla pani? Ale pan poważny, ma własne lokum…

Ja… Jadwiga…

No proszę! Panie Adamie, dobrze pan wybiera!

Dziadek, sądząc po błysku w oku, uznał sytuację za bardzo korzystny zbieg okoliczności.

A gdzie Michał? wyszeptała Jadwiga. Ze stresu wypiła oba kieliszki jednym haustem.

Ja jestem Michał! zawołał chłopiec, może ośmioletni.

Spokojnie, za wcześnie, żebyś był Michałem matka odsunęła go na bok i wysłała dzieci z ojcem do samochodu.

Przepraszam, chyba pomyliłam mieszkania powoli zaczęła odzyskiwać przytomność Jadwiga, przypominając sobie swój wyczyn z zamkiem. To jest Słowiańska 18, mieszkanie 26?

Nie, to Bukowa 18 dziadek już zacierał ręce, gotów rozpakowywać swój prezent.

No dobrze westchnęła tragicznie Jadwiga pomyliłam się. Proszę się rozgościć, a ja na chwilę wyjdę, muszę zadzwonić.

Chwyciła telefon, rzuciła się do łazienki, gdzie zabarykadowała drzwi i owinęła się ręcznikiem. Dopiero tam przeczytała SMS od Michała.

Michał, zaraz będę, tylko zakupy przedłużyły mi się odpisała szybko.

W porządku, czekam. Jeśli możesz, przynieś czerwone wino nagrał wiadomość Michał.

Czerwone zamierzała przynieść, ale już w sobie. Zabierając dywanik i zdejmując firankę, czekała, aż obcy przeniosą się na kuchnię i wymknęła się z łazienki.

Zgarniając szybko rzeczy do torby, wyskoczyła z mieszkania.

***

Opowiem, ale później rzuciła Jadwiga, gdy Michał otworzył jej drzwi.

Powłócząc nogami, przeszła obok niego bez spojrzenia. Weszła do łazienki, zawiesiła firankę, rozłożyła dywanik, potem poszła do pokoju, padła na kanapę i zasnęła aż do rana, kiedy cały stres i czerwone wino wyparowały z niej.

Obudziwszy się, zobaczyła przed sobą nieznajomego młodego mężczyznę, czekającego na wyjaśnienia.

Przepraszam, jaki tu jest adres?

Batuty 18…

Rate article
Fajna Tajna
Ależ niespodzianka, tato, jakie powitanie! I po co Ci był ten sanatorium, skoro w domu masz pełen „all inclusive”? Gdy Dymitr wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Ewa wiedziała: Bastylię zdobyto. Żaden DiCaprio nie wyczekiwał Oscara tak, jak Ewa czekała na swojego Dymitra, zwłaszcza z własnym gniazdkiem. Zrezygnowana, trzydziestopięcioletnia, coraz częściej rzucała współczujące spojrzenia na miejskie koty i wystawy „Wszystko do rękodzieła”. A tu on – samotny, młodość poświęcił karierze, zdrowemu odżywianiu, siłowni i innym dyrdymałom typu poszukiwanie siebie w świecie, i do tego bezdzietny. Ewa marzyła o takim prezencie od dwudziestki i chyba tam na górze w końcu zrozumieli, że nie żartuje. – Mam ostatni w tym roku służbowy wyjazd i jestem cały Twój – powiedział Dymitr, wręczając upragnione klucze. – Tylko nie przestrasz się mojej jaskini. Zazwyczaj bywam tam wyłącznie żeby się przespać – dodał, po czym odleciał na cały weekend do innej strefy czasowej. Ewa wzięła szczoteczkę do zębów, krem i pojechała zobaczyć, co to za jaskinia. Problemy zaczęły się już przy wejściu. Dymitr uprzedzał, że zamek czasem się zacina, ale Ewa nie spodziewała się, że aż tak. Szturmowała drzwi przez czterdzieści minut: pchała, ciągnęła, podchodziła z kluczem do połowy, ale drzwi ewidentnie nie zamierzały się poddać. Ewa zaczęła działać psychologicznie, jak uczyli ją kiedyś szkolni koledzy za garażami. Na hałas otworzyły się drzwi sąsiadki. – Dlaczego włamuje się pani do czyjegoś mieszkania? – odezwał się zaniepokojony kobiecy głos. – Nie włamuję się, mam klucze – odburknęła wściekła Ewa, ocierając pot z czoła. – A pani to kto właściwie? Nigdy pani tu nie widziałam – wtrąciła sąsiadka. – Jestem jego dziewczyną! – oświadczyła wyzywająco Ewa, stając w rozkroku, ale widziała tylko szparę, przez którą prowadzono negocjacje. – Pani? – zdziwiła się sąsiadka. – Tak, a co? Są jakieś problemy? – Nie, żadnych. Po prostu on nigdy nikogo nie przyprowadzał (tu Ewa polubiła Dymitra jeszcze bardziej), a tu od razu taka… – Jaka taka? – Wie pani, nie wtrącam się. Przepraszam – zakończyła rozmowę sąsiadka. Ewa zrozumiała, że albo ona, albo drzwi. Wcisnęła klucz z całych sił i niemal obróciła futrynę wokół własnej osi. Drzwi otworzyły się. Cały wewnętrzny świat Dymitra odsłonił się przed Ewą, jej dusza pokryła się szronem. Oczywiście młody, samotny mężczyzna bywa ascetyczny, ale to była prawdziwa cela. – Biedaku, twoje serce dawno zapomniało, czym jest domowy klimat – wyrwało się Ewie, gdy oglądała skromne gniazdko, w którym teraz zamierzała często bywać. Z drugiej strony, była zadowolona. Sąsiadka nie kłamała: kobieca ręka tu nigdy nie gościła, tej podłogi, tej kuchni i tych szarych okien. Ewa była pierwsza. Nie mogła wytrzymać, ubrała się i pobiegła do najbliższego sklepu po ładną zasłonę, dywanik do łazienki, łapki kuchenne i ręczniki. W sklepie dopadło ją… Do dywanika i zasłony dołączyły aromaty, mydło ręcznej roboty i wygodne pojemniki na kosmetyki. „Dodać odrobinę drobiazgów do czyjegoś mieszkania to wcale nie bezczelność”, uspokajała się Ewa, doczepiając do wrócenia z zakupów kolejną torbę. Zamek nie stawiał już oporu. W zasadzie nie spełniał żadnej funkcji i przypominał bramkarza hokejowego zapominającego założyć maskę przed meczem. Zrozumiawszy, co zrobiła, Ewa do północy wykręcała stary zamek za pomocą noży kuchennych, a rano pognała po nowy. Noże również musiała wymienić. I widelce, i łyżki, i obrus, i deski do krojenia, podstawki pod gorące. Po zasłony było już blisko. W niedzielę w południe zadzwonił Dymitr i powiedział, że musi przedłużyć służbowy wyjazd o kilka dni. – Będę tylko wdzięczny, jeśli wniesiesz do mojego mieszkania trochę domowego ciepła – uśmiechał się przez telefon po tym, jak Ewa powiedziała, że pozwoliła sobie na nieco swobody w aranżacji wnętrza. Domowe ciepło wjeżdżało już ciężarówkami, rozsyłane zgodnie z planem technicznym i stosowną dokumentacją. Lata samotności gromadziły w Ewie potrzebę dekoracji, i teraz, gdy miała wolną rękę, nie mogła się zatrzymać. Gdy Dymitr wrócił, w mieszkaniu został tylko pająk przy wentylacji. Ewa chciała pozbyć się i jego, ale widząc osłupiałe osiem oczu, postanowiła zostawić biedaka jako symbol szacunku do cudzej własności. Mieszkanie Dymitra wyglądało jakby od ośmiu lat był szczęśliwy w małżeństwie, potem się rozczarował, a później znów odnalazł szczęście na własny sposób. Ewa nie tylko zadbała o mieszkanie, ale sprawiła, że cały blok wiedział, iż jest nową gospodynią i wszelkie pytania można kierować do niej. Obrączki na palcu jeszcze nie było, ale to tylko kwestia czasu. Sąsiedzi najpierw patrzyli podejrzliwie, potem wzruszali ramionami: „Jak pani chce, to nasza sprawa”. *** W dniu przyjazdu Dymitra Ewa przygotowała domową kolację, ubrała swoje jeszcze jędrne części w elegancką, odrobinę prowokacyjną kreację, porozstawiała aromatyczne świeczki i, przytłumiając nowe światło, czekała. Dymitr się spóźniał. Gdy Ewa poczuła, że jej sukienka zaczyna boleśnie wpijać się w miejsca, nad którymi tyle ćwiczyła na siłowni, do zamka włożono klucz. – Zamek nowy, po prostu popchnij, nie zamknięte! – powiedziała Ewa, trochę zdezorientowana, ale zmysłowo. Nie bała się oceny – za dobrze upiększyła mieszkanie. Wszystko jej wybaczą. W momencie, gdy drzwi się otworzyły, przyszło nagłe SMS od Dymitra: „Gdzie jesteś? Jestem już w domu. Widzę, że mieszkanie się nie zmieniło ani odrobinę, a kumple straszyli mnie, że zarzucisz je kosmetykami”. Ewa przeczytała wiadomość dużo później. Tymczasem do mieszkania weszło pięć obcych osób: dwóch młodych facetów, dwóch młodziutkich uczniów i bardzo starszy pan, który na widok Ewy od razu się wyprostował i wygładził resztki siwych włosów. – Ale powitanie, tato! I po co Ci ten sanatorium, skoro w domu masz lepsze „all inclusive”? – zażartował młodzieniec i zaraz dostał szturchańca od żony, za gapienie się. Ewa stała w progu z dwoma kieliszkami w rękach, nie mogąc się ruszyć. Chciała krzyczeć, ale nie była w stanie pokonać szoku. Gdzieś w kącie zachichotał zadowolony pająk. – Przepraszam, a pani to kto? – zapytała cienkim głosem Ewa. – Właściciel tego gniazdka. A pani z przychodni, przyszła opatrunek zrobić? No bo mówiłem przecież, że sam sobie poradzę – odpowiedział staruszek, zerkając na strój pielęgniarki, w którym była Ewa. – Mmm, Adamie Mateuszu, u pana tu istna oaza spokoju – zaglądała przez ramię Ewy żona młodego pana. – Co innego, a nie jak w grobie mieszkaliście. A pani, jak się nazywa? Nie za stary dla pani nasz Adam Mateusz? Choć oczywiście szanowany pan, własne mieszkanie… – E-e-wa… – No proszę! Adamie Mateuszu, dobrą macie rękę do ludzi, nie powiem! Starszy pan z błyskiem w oku też znalazł w tym niezły zbieg okoliczności. – A gdzie Dymitr? – wyszeptała Ewa, łykając oba kieliszki jednym haustem z nerwów. Dowiedz się więcej – Ja jestem Dymitr! – podniósł rękę ośmiolatek. – Poczekaj synku, jeszcze nie możesz być Dymitrem – mama pokierowała dzieci do samochodu. – Przepraszam, chyba pomyliłam mieszkanie – zaczęła odzyskiwać przytomność Ewa, wspominając przebojowy zamek. – To Bzowa, osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć? – Nie, to Bukowińska, osiemnaście – rozcierając dłonie, szykował się dziadek do rozpakowania niespodziewanego prezentu. – Tak… – westchnęła tragicznie Ewa – pomyliłam się. Proszę się rozgościć, a ja zadzwonię, bo muszę… Udała się do łazienki, owinęła ręcznikiem i dopiero tam przeczytała SMS od Dymitra. „Dymitrze, zaraz będę, tylko dłużej zatrzymałam się w sklepie” – wysłała odpowiedź. „Dobrze, czekam. Jeśli możesz, przynieś czerwone wino” – odpisał głosowo Dymitr. Czerwone Ewa miała przynieść, ale już w sobie. Z dywanikiem pod pachą i zasłoną wróciła do przedpokoju, gdy nieznajomi byli już w kuchni i błyskawicznie zwinęła rzeczy. Wypadła z mieszkania. *** – Opowiem, ale później – wyjaśniła swój stan Ewa, gdy Dymitr otworzył drzwi. Przeszła obok niego jak we śnie. Najpierw weszła do łazienki, wymieniła zasłonę i dywanik, potem padła na kanapę i spała aż do rana, aż cały stres i wino wywietrzały. Obudziwszy się, zobaczyła nieznajomego mężczyznę czekającego na wyjaśnienia. – Przepraszam, jaki to adres?.. – Butowa, osiemnaście.