Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest świetnym chłopakiem pod każdym względem. Ale nie dla mnie. „Znowu mama przyszła ze swoim partnerem i jeszcze jakimś facetem. Już podpici, – Irena usiadła w kącie za szafką. – I schować się nie ma gdzie, na dworze już śnieg. Mam już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Latem skończę dziewiątą klasę i wyjadę do miasta. Pójdę do pedagogicznego kolegium i zostanę nauczycielką. Do miasta tylko dziesięć kilometrów, ale będę mieszkać w internacie”. Mama i goście zasiedli w kuchni. Słychać było bulgotanie, gdy nalewali płyn do szklanek, poczuć dał się zapach kiełbasy. Dziewczynie mimowolnie pociekła ślinka. – Poczekaj, ty! – rozległ się głos mamy. – Co się tak stawiasz? – Was jest dwóch… – Jakby pierwszy raz z dwoma, – rzucił Michał, partner matki. Dźwięk tłuczonego szkła. Szuranie, sapanie. Irena mocniej wcisnęła się w kąt. Nagle hałas ucichł. – Słuchaj, Nikita, ona śpi, – powiedział partner matki. – Sam mówiłeś, fajna dziewczyna, a coś mnie do niej… – Słuchaj, przecież ona ma córkę… – Jaką córkę? – Irka, już spora, pewnie schowała się w pokoju. – Przyprowadź ją tutaj, – z radością rzucił Nikita. – Irka, gdzie jesteś? – partner matki wszedł do pokoju, widząc Irenę, uśmiechnął się paskudnie. – Chodź, posiedź z nami! – Tu mi dobrze. – Co się wstydzisz? – Michał próbował objąć dziewczynę. Irena chwyciła wazę stojącą na szafce i uderzyła nią w głowę partnera matki. Rozległy się dźwięki rozbitego szkła. Irena wyrwała się i wybiegła z pokoju. – Łap ją! – krzyknął Michał. Ale dziewczyna była już przy drzwiach wejściowych. Na założenie butów nie było czasu, więc wybiegła na śnieg w skarpetkach, starych spodenkach i koszulce. Za nią wybiegli mężczyźni. Ulica w miasteczku była pusta. Dokąd biec po śniegu wieczorem? Za plecami słyszała krzyki. W wielkim domu, obok którego przebiegała, rozległ się szczek. Potem czyjś głos krzyknął na psa. Irena rzuciła się do bramy i zaczęła pukać. Drzwi otworzył mężczyzna około czterdziestki. – Pomóżcie! – szepnęła błagalnie, patrząc na niego. – Wchodź! – pociągnął ją za ramię i zamknął drzwi. – Olek, kto tam? – na ganek wyszła kobieta. – Ta – gospodarz skinął na dziewczynę. – Gonią ją jacyś faceci. – Szybko do domu! – kobieta złapała Irenę za rękę. – Opowiesz wszystko na spokojnie. – Irka, wychodź, dobrze ci radzę! – rozległ się głos Michała. – Olek, nie mieszaj się! – zawołała gospodyni. – Wejdź do domu! Z ulicy słychać było krzyki, z podwórka szczekanie psa. – Trzeba zadzwonić na policję, – kobieta sięgnęła po telefon. – Polina, nie trzeba. Poradzę sobie sam. Wygląda, że to miejscowi. – A jak chcesz to załatwić? – Po dobroci. Uspokój dziewczynę! Gospodarz wziął torbę, podszedł do lodówki. Włożył tam butelkę i kawałek kiełbasy. Na podwórku pogłaskał psa i razem wyszli na ulicę. Michał rzucił się ku niemu: – Oddaj Irkę! – Bierz i spadaj! – Co tam masz? – zajrzał do torby, uśmiechnął się z zadowoleniem, skinął głową kumplowi. – Chodź, Nikita! *** – Tak! Mam na imię Polina Sergiejewna, – kobieta postawiła czajnik na kuchence. – Siadaj, opowiadaj – kim jesteś i co się stało. – Jestem Irena, – zaczęła dziewczyna drżącym głosem. – Mieszkam na tej ulicy, ale na samym końcu. – Jesteś córką Kiry? – Tak. – My tu krótko mieszkamy, ale o twojej mamie już słyszeliśmy. Dziewczyna spuściła głowę i rozpłakała się. – Dobrze, nie płacz! Kobieta przytuliła ją delikatnie do piersi. Gest dla Ireny był czymś zupełnie nowym. Objęła kobietę i rozpłakała się mocniej. – Już dobrze! Zaraz napijemy się herbaty. Gospodarz wrócił do domu: – Wszystko! Wyprawiłem ich. – A co z tą piękną dziewczyną? – zapytała Polina, uśmiechając się niespodziewanie. – O tym pogadamy jutro! Teraz herbatka i do kąpieli. – Głodna jesteś? – Polina postawiła przed dziewczyną kubek. Uśmiechnęła się drugi raz. – Widzę, że bardzo. Na stole pojawiły się kanapki i kawałek tortu. – Jedz, jedz! – zachęcił też gospodarz, widząc jej wzrok na jedzeniu. Odpytania się skończyły. I starali się nie zwracać na nią uwagi, widząc jej skrępowanie. Po kolacji Polina zaprowadziła ją do łazienki: – Umyj się, załóż ten szlafrok! *** Jedyne, czego Irena pragnęła, to by jej dziś nie wyrzucono na ulicę. Jak przyjemnie leżeć w cieplej wannie, kiedy na dworze taki mróz. Ale trzeba wychodzić, gospodarze czekają. Wyszła. Gospodarze siedzieli na kanapie. Uśmiechnęła się niepewnie: – Dziękuję! – Słuchaj, Ireno, – zaczęła Polina. – Jeśli dobrze rozumiem, to specjalnie nikt cię szukać nie będzie. Wrócić do domu nie masz ochoty. Irena spuściła głowę. – Jutro rano wyjeżdżamy… – Rozumiem, – Irena pochyliła się jeszcze bardziej. – Zostaniesz sama. Nie otwieraj nikomu drzwi! Nasz Jack nikogo nie wpuści. Rozumiesz? – Tak! – zawołała z emocją. – Jak chcesz, możesz ugotować barszcz – podpuścił ją Olek Romanowicz. – Umiesz? – Oczywiście! – natychmiast odparła. – Dobrze gotuję. I sprzątać też umiem. – To posprzątaj na dole, jeśli masz ochotę – zgodziła się Polina. *** Obudziła się razem z gospodarzami. Leżała cichutko, bojąc się, że ją wyrzucą. Wkrótce na podwórku zagrzmiała maszyna i znowu wszystko ucichło. Wstała. Umyła się. Na stole gorący czajnik, chleb, kiełbasa, ser. Na blacie wieprzowe żeberka. Zjadła śniadanie. Posprzątała stół. Wszystko wytarła. Podłogę umyła. W korytarzu znalazła odkurzacz. Włączyła go i zabrała się do pracy. Gdy skończyła… – A co to ma znaczyć? – usłyszała głos za plecami. Odwróciła się gwałtownie. Stał wysoki, przystojny osiemnastolatek, w oczach błysk zainteresowania. – Sprzątam, – burknęła Irena. – A pan kto? – No proszę…, – chłopak pokręcił głową i wyjął z kieszeni telefon: – Mamo, jestem w domu. A kto tu jest? – Synku, niech ta dziewczyna zostanie u nas na chwilę. – Mi to różnicy nie robi. Schował telefon, obejrzał Irenę od stóp do głów, a potem poszedł do kuchni. – Zrobić panu herbaty? – zapytała. – Poradzę sobie. *** Irena schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurz, nasłuchując każdego szmeru z kuchni. Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki. Wyszedł stamtąd ogolony, pachnący wodą toaletową. – Hej, gospodarzu, daj kolejną flaszkę! – rozległ się krzyk z ulicy. – Co to ma być? – chłopak podszedł do okna. – Nie otwieraj im! – krzyknęła przerażona Irena. Spojrzał na nią ciekawie, uśmiechnął się i poszedł do drzwi. Irena podbiegła do okna. Przy płocie stali partner matki z kolegą i wrzeszczeli. Ogarnął ją strach. Chłopak wyszedł. Tamci rzucili się na niego. I nagle… runęli na śnieg – Irenie wydawało się, że obaj jednocześnie. Chłopak nachylił się nad nimi, coś powiedział. Tamci wstali i ze spuszczonymi głowami ruszyli w stronę domu matki. *** Chłopak wrócił. Jego wzrok spoczął na nieruchomej Irenie. Podszedł: – Przestraszyłaś się? Niepanując nad sobą, wtuliła się w jego pierś i rozpłakała się. – Jak masz na imię? – zapytał nagle. – Irena. – A ja Ruslan. Już spokój, nie wrócą. *** Ruslan poszedł na górę do swojego pokoju i nie wychodził do wieczora. Irena ugotowała barszcz. Usiadła w kuchni przy stole zadumana. Oczywiście, chciałaby tu zostać z tymi wspaniałymi ludźmi, ale wiedziała, że to już zbyt wiele. Gospodarze wrócili. Polina Sergiejewna pokręciła głową na widok porządku. Olek Romanowicz docenił barszcz. – Chyba pójdę do domu – powiedziała Irena cicho. – Dziękuję wam bardzo. – Irena, zostań u nas jeszcze parę dni! – Dziękuję, Polino Sergiejewno. Pójdę jednak do domu. Zrobiła krok do drzwi i zamarła. Od wczoraj chodziła w szlafroku i cudzych kapciach. – Chodź! – gospodyni złapała ją za ramię i poprowadziła do garderoby. Otworzyła szafę. Długo szukała rzeczy. Wyjęła dżinsy, sweter, ciepłą kurtkę sportową. – Ubieraj się! Mamy podobny wzrost. – Nie trzeba… – Nie pójdziesz przecież naga do domu. Ubieraj się! Nie zubożę przez to. Założyła. Zerknęła nieśmiało w lustro. Nigdy nie miała takich ładnych rzeczy. W korytarzu gospodyni założyła jej czapkę i zimowe buty. – Irena, noś z powodzeniem! – Dziękuję, Polino Sergiejewno! *** Życie wróciło na stare tory. Ale niezupełnie. Mama zatrudniła się na fermie. Partner zniknął z kolegą. Nadeszła wiosna. Tamtego dnia siedziała nad lekcjami, gdy ktoś załomotał do furtki. Irena spojrzała przez okno i nie wierzyła oczom – przy płocie stał Ruslan. Kiwnął głową. Miałam wychodzić. Nie wyszła – wybiegła. – Cześć! – uśmiechnął się Ruslan. – Witaj! – Mama cię potrzebuje. *** I tak weszła do domu, w którym spędziła najpiękniejszy dzień w życiu. – Witaj, Irena! – przywitała ją gospodyni na progu, obejmując mocno. – Witam, Polino Sergiejewno! – Wejdź! Siądźmy, napijemy się herbaty. Pani gospodyni nalała jej herbaty i usiadła. – Mam dla ciebie propozycję. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji – jej twarz rozpromieniała. – Syn mało bywa w domu. Mogłabyś pilnować domu? Jacka karmić, kota też, podlewać kwiaty. Mam ich mnóstwo. – Oczywiście, Polino Sergiejewno! – Świetnie, przygotowała pieniądze. – Tu dwadzieścia tysięcy. – Polino Sergiejewno, nie trzeba… – Bierz! Nie zubożymy. Chodź, wszystko ci pokażę! Irena zapamiętywała, gdzie stoją donice i miski, gdzie żarcie dla kota i mięso dla psa. Potem Polina zawołała: – Ruslan! – syn pojawił się natychmiast. – Zapoznaj Irenę z Jackiem! – Chodź! – lekko położył jej rękę na ramieniu. Wyszli na podwórko, odwiązali Jacka i poszli na spacer. Po drodze Ruslan opowiadał o studiach, karate i interesach z tatą. A Irena myślała o czymś innym. Wiedziała, że między nią a Ruslanem jest przepaść – jak między jej mamą a rodzicami Ruslana. Są dobrzy ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku; to życie. „Za dwa miesiące zdam egzaminy do kolegium. Będę się uczyć, pracować, radzić sobie, ale będę kimś. Wyjdę za mąż, ale nigdy za tego przystojniaka. Tak, on jest super facetem pod każdym względem. Ale nie dla mnie! Dziękuję Polinie Sergiejewnie za ubrania i te dwadzieścia tysięcy. Przynajmniej w mieście będę miała na początek”. Instynktownie Irena poczuła, że właśnie w tej chwili skończyło się jej ciężkie dzieciństwo. Nadchodzi dorosłe życie – też trudne, ale wszystko zależeć będzie już tylko od niej. Doszli do domu. Irena pogłaskała Jacka po szyi, uśmiechnęła się do Ruslana i ruszyła do siebie. Jutro zacznie pracę w tym domu. Tylko pracę – i już!

Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Owszem, to świetny chłopak pod każdym względem. Ale nie mój.

Znowu mama z konkubentem przyszła i jeszcze z jakimś typem. Już podchmieleni, pomyślała Irmina, wciskając się w kąt za szafką.

I schować się nie ma gdzie, śniegu napadało. Mam już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Latem skończę podstawówkę i jadę do miasta. Pójdę do pedagogicznego i zostanę nauczycielką. Miasto niby blisko, tylko dziesięć kilometrów, ale zamieszkam w akademiku.

Mama z gośćmi rozlokowali się w kuchni. Zachlupało, kiedy rozlewali płyny do szklanek zapach kiełbasy rozszedł się po całym domu. Irmina odruchowo przełknęła ślinę.

Poczekaj no! zabrzmiał głos mamy.

Co ty się taka niedostępna robisz?

Was dwóch

Jakby to pierwszy raz z dwoma rzucił Witek, partner mamy.

Stłukło się coś szklanego, poszło chrupnięcie i parę nieprzyjemnych dźwięków. Irmina mocniej przywarła do ściany. Nagle wszystko ucichło.

Słuchaj, Grzegorz, ona śpi powiedział Witek.

Sam mówiłeś, ładna dziewczyna, a mnie coś do niej

Ale przecież to jej córka!

Jaka córka?

Irmina już dorosła. Pewnie siedzi w pokoju.

Przyciągnij ją tu! rozległa się radosna zachęta Grzegorza.

Irmina, gdzie się schowałaś? Witek wszedł do pokoju, uśmiechnął się odpychająco. Chodź, posiedzisz z nami!

Dobrze mi tutaj.

Co się tak wstydzisz? Witek próbował objąć Irminę.

Irmina złapała za wazon stojący na szafce i łupnęła nim Witka w głowę.

Szkło rozprysło się dźwięcznie. Dziewczyna wyrwała się i ruszyła biegiem przez korytarz.

Łap ją! zawył Grzegorz.

Ale Irmina była już przy drzwiach wejściowych. Na zakładanie butów nie było czasu, więc wybiegła na mróz w samych skarpetach i starych spodenkach.

Za nią wybiegli mężczyźni. Ulica w wiosce była pusta. Gdzie tu biec wieczorem po śniegu? Z tyłu krzyki dramat. W wielkim domu, obok którego przebiegała, ujadał pies. Ktoś jeszcze krzyknął na psa.

Irmina podbiegła do furtki i zaczęła pukać. Drzwi otworzył mężczyzna około czterdziestki.

Pomocy wyszeptała z błagalnym spojrzeniem.

Wejdź! pociągnął ją za rękę i zamknął drzwi.

Olek, kto to? na ganek wyszła kobieta.

O, wskazał na dziewczynę. Jacyś mężczyźni ją gonią.

Szybko do domu! chwyciła Irminę, Wszystko mi potem opowiesz.

Irmina, wyjdź po dobroci! wrzasnął Witek zza okna.

Olek, nie wdawaj się! krzyknęła gospodyni. Chodź do domu!

Za płotem krzyki, od podwórza jazgot psa.

Trzeba zadzwonić na policję powiedziała kobieta, wyciągając komórkę.

Pola, nie trzeba. Sam to załatwię. To miejscowi.

Jak niby?

Po dobroci. Ty uspokój dziewczynę.

Olek wziął reklamówkę, podszedł do lodówki wrzucił tam butelkę czystej i kawałek kiełbasy.

Na podwórzu pogłaskał psa, wyszli razem na drogę.

Do niego podbiegł Witek:

Oddaj Irminę!

Masz, bierz i wynocha!

Co tam masz? otworzył reklamówkę, pojawił się uśmiech. Chodź, Grzesiek!

***
Tak! Pola Siergiejewna, powiedziała gospodyni, nastawiła czajnik na herbatę. Siadaj, siadaj! Opowiedz, kim jesteś i co się stało.

Jestem Irmina powiedziała dziewczyna, zgrzytając zębami. Mieszkam na tej ulicy, tylko na końcu.

Jesteś córką Kiry?

Tak.

Choć mieszkamy tu niedawno, o twojej mamie już słyszeliśmy.

Irmina spuściła głowę i zaczęła płakać.

Oj, nie płacz już! Pola podeszła i lekko przytuliła. Ten gest wydał się dziewczynie czymś całkiem nowym. Objęła ją mocniej i popłakała jeszcze głośniej.

Dobra, dobra, już! Za chwilę herbatka.

Wszedł Olek:

Załatwione. Pozbyłem się ich.

A z tą pięknością co robimy? Pola uśmiechnęła się, wskazując na Irminę.

Porozmawiamy jutro! Teraz herbatka i kąpiel!

Głodna jesteś? Pola postawiła przed gościnią kubek herbaty. Uśmiechnęła się znowu. Widzę, że jesteś.

Na stole pojawiły się kanapki i resztka ciasta.

Jedz, jedz! uśmiechnął się też Olek, widząc jak Irmina spogląda na jedzenie z nadzieją.

Pytaniami już jej nie męczyli. Nawet specjalnie nie zwracali uwagi wiedzieli, że jest skrępowana.

Po kolacji Pola zaprowadziła Irminę do łazienki:

Umyj się, załóż ten mój szlafrok!

***
Irmina miała tylko jedno marzenie: byleby jej dziś nikt nie wyganiał na mróz. Tak dobrze w ciepłej kąpieli, a na dworze wiatr hula. Trzeba jednak wyjść gospodarze czekają.

Wyszła. Wiedzieli, że spała. Siedzieli na kanapie powiedziała:

Dziękuję!

Powiem tak, Irmino zaczęła Pola. Nikt tu szczególnie nie będzie cię szukał. A ty raczej nie masz ochoty wracać do domu?

Dziewczyna opuściła głowę jeszcze niżej.

Jutro rano musimy wyjechać

Rozumiem Irmina jeszcze niżej pochyliła głowę.

Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj drzwi! Nasz Borys nikogo nie wpuści na podwórko. Zrozumiano?

Tak! nie powstrzymała radości.

Możesz nam do powrotu ugotować barszcz podpuścił Olek Romanowicz. Dasz radę?

Umiem! wystrzeliła Irmina, wciąż z niepewnością. Dobrze gotuję. I posprzątać też mogę!

Jeśli ci nie ciężko, to posprzątaj na dole zgodziła się Pola Siergiejewna.

***
Obudziła się razem z gospodarzami. Leżała cicho w łóżku, bojąc się, że ją zaraz wyrzucą. W podwórzu zagrzmiał samochód po chwili cisza.

Wstała. Umyła się. W kuchni gorący czajnik, chleb, ser, kiełbasa. Na blacie schabowe.

Zjadła śniadanie. Posprzątała, poprzecierała wszystko, umyła podłogę.

W korytarzu zobaczyła odkurzacz włączyła i ruszyła z porządkami.

Ledwo wyłączyła odkurzacz

Co to ma znaczyć? odezwał się głos.

Odwróciła się gwałtownie. Wysoki, przystojny chłopak, osiemnaście lat, brązowe oczy ciekawskie.

Sprzątam mruknęła. Kim pan jest?

No proszę pokiwał głową i wyjął telefon z kieszeni.

Mamo, już wróciłem. A kto to taki?

Słuchaj, niech dziewczyna pomieszka u nas trochę.

Mi tam wszystko jedno.

Schował komórkę, rzucił Irminie kontrolne spojrzenie od stóp do głów, poszedł do kuchni.

Zrobić ci herbaty? zapytała.

Sam sobie zrobię.

***
Irmina schowała odkurzacz. Przetarła kurz, nasłuchując odgłosów z kuchni.

Chłopak zjadł, poszedł do łazienki. Wyszedł ogolony, pachniało wodą po goleniu.

Nagle z ulicy krzyk:

Ej, gospodarzu, jeszcze jedna butelka!

Co to ma być? podszedł do okna chłopak.

Nic im nie otwieraj! krzyknęła Irmina ze strachem.

Spojrzał na nią z zaciekawieniem, uśmiechnął się i ruszył do drzwi.

Dziewczyna podeszła do okna. Za płotem stali Witek i Grzegorz, wrzeszcząc.

Rusłan wyszedł. Podbiegli do niego. I nagle pach! Obaj wylądowali na śniegu. Chłopak pochylił się nad nimi, coś powiedział, a oni podnieśli się i ze spuszczonymi głowami poszli w stronę domu Irminy.

***
Chłopak wrócił. Wzrok zawiesił na skamieniałej dziewczynie.

Podszedł:

Wystraszyłaś się?

Nie kontrolując się, wtuliła się w jego klatkę piersiową i zaczęła płakać.

Jak masz na imię? zagadnął.

Irmina.

Ja jestem Rusłan. Już spokojnie, nie wrócą.

***

Rusłan poszedł do swojego pokoju na górze i nie pokazywał się aż do wieczora. Irmina ugotowała barszcz, usiadła w kuchni i zamyśliła się.

Oczywiście chciała tu zostać, z tymi niewiarygodnymi ludźmi, ale wiedziała, że przekroczyła już wszystkie granice przyzwoitości.

Gospodarze wrócili. Pola Siergiejewna pokręciła głową, podziwiając porządek. Olek Romanowicz uszanował barszcz.

Chyba pójdę do siebie wymamrotała Irmina. Dziękuję za wszystko!

Irmino, zostań z nami jeszcze parę dni!

Dziękuję, Pola. Ale pójdę powtórzyła.

Ruszyła w stronę drzwi, po czym stanęła. Od wczoraj chodziła po domu w czyimś szlafroku i kapciach.

Chodź! Pola objęła ją za ramiona, prowadząc do garderoby.

Otworzyła szafę. Długo coś wybierała, wreszcie podała jeansy, sweter i ciepłą kurteczkę.

Wkładaj! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu.

Ale nie trzeba

Nie będziesz przecież szła na bosaka. Wkładaj, wkładaj! Nie zbankrutujemy przez to.

Włożyła. Zerknęła ukradkiem w lustro. Tak ładnych rzeczy nigdy nie miała.

W korytarzu Pola wsunęła jej czapkę i zimowe buty.

Irmina, noś na zdrowie!

Dziękuję wam, Pola!

***

Życie wróciło do starego rytmu. No, nie zupełnie starego. Mama dostała pracę w mleczarni. Jej partner wraz z kolegą zniknęli.

Nadeszła wiosna. Pewnego dnia siedziała w domu nad lekcjami, gdy ktoś zapukał do furtki. Irmina wyjrzała przez okno i oniemiała: Rusłan stał pod płotem. Wskazał głową, sygnalizując: Chodź.

Nie wyszła wybiegła.

Cześć! uśmiechnął się Rusłan.

Hej!

Mama coś od ciebie chciała.

***

I tak, stanęła w tym domu, gdzie wczoraj była najbardziej szczęśliwa.

Irmino! powitała ją Pola w progu, obejmując z radością.

Dzień dobry, Pola Siergiejewna!

Wchodź! Napijemy się herbaty!

Gospodyni usadziła ją, nalała herbaty i siadła obok.

Mam do ciebie sprawę. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji uśmiech marzycielska. Syn rzadko w domu. Czy mogłabyś zaopiekować się domem? Borysa nakarmić, kota też, kwiaty podlać mam ich mnóstwo.

Oczywiście, Pola!

To świetnie wyciągnęła banknoty. Oto dwa tysiące złotych.

Pola, po co tyle?

Przyjmuj! Na pewno nie zbiedniejemy. Chodź, wszystko ci pokażę!

Irmina zapamiętywała, gdzie stoją doniczki, gdzie leży karma dla kota, gdzie mięso dla psa.

Potem Pola zawołała:

Rusłan! syn pojawił się natychmiast. Poznaj Irminę z Borysem!

Chodź! lekko położył jej rękę na ramieniu.

Wyszli na podwórko, odpięli Borysa, poszli na spacer.

Całą drogę Rusłan opowiadał o studiach, karate, interesach taty.

A Irmina myślała o czymś zupełnie innym. Jasno czuła, że między nią a Rusłanem jest taka przepaść, jak między jej mamą a rodzicami Rusłana. Owszem, mili i dobrzy ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku to życie.

Za dwa miesiące egzamin do pedagogicznego, zdam na pewno! Będę się uczyć, pracować, kombinować ale będę kimś. Wyjdę za mąż, ale nie za tego przystojnego. On super chłopak, ale nie mój!

Jestem wdzięczna Poli za ubrania i te dwa tysiące. Przynajmniej pierwszy miesiąc w mieście jakoś przetrwam.

I gdzieś w środku Irmina wiedziała, że właśnie zakończyło się jej trudne dzieciństwo. Teraz zaczyna się dorosłość nie mniej trudna, ale zależy już tylko od niej.

Doskoczyli do domu. Irmina pogłaskała Borysa po karku, uśmiechnęła się do Rusłana i ruszyła w stronę swojego domku. Jutro zaczyna się jej nowa praca w tamtym domu. I tylko praca!

Rate article
Fajna Tajna
Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest świetnym chłopakiem pod każdym względem. Ale nie dla mnie. „Znowu mama przyszła ze swoim partnerem i jeszcze jakimś facetem. Już podpici, – Irena usiadła w kącie za szafką. – I schować się nie ma gdzie, na dworze już śnieg. Mam już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Latem skończę dziewiątą klasę i wyjadę do miasta. Pójdę do pedagogicznego kolegium i zostanę nauczycielką. Do miasta tylko dziesięć kilometrów, ale będę mieszkać w internacie”. Mama i goście zasiedli w kuchni. Słychać było bulgotanie, gdy nalewali płyn do szklanek, poczuć dał się zapach kiełbasy. Dziewczynie mimowolnie pociekła ślinka. – Poczekaj, ty! – rozległ się głos mamy. – Co się tak stawiasz? – Was jest dwóch… – Jakby pierwszy raz z dwoma, – rzucił Michał, partner matki. Dźwięk tłuczonego szkła. Szuranie, sapanie. Irena mocniej wcisnęła się w kąt. Nagle hałas ucichł. – Słuchaj, Nikita, ona śpi, – powiedział partner matki. – Sam mówiłeś, fajna dziewczyna, a coś mnie do niej… – Słuchaj, przecież ona ma córkę… – Jaką córkę? – Irka, już spora, pewnie schowała się w pokoju. – Przyprowadź ją tutaj, – z radością rzucił Nikita. – Irka, gdzie jesteś? – partner matki wszedł do pokoju, widząc Irenę, uśmiechnął się paskudnie. – Chodź, posiedź z nami! – Tu mi dobrze. – Co się wstydzisz? – Michał próbował objąć dziewczynę. Irena chwyciła wazę stojącą na szafce i uderzyła nią w głowę partnera matki. Rozległy się dźwięki rozbitego szkła. Irena wyrwała się i wybiegła z pokoju. – Łap ją! – krzyknął Michał. Ale dziewczyna była już przy drzwiach wejściowych. Na założenie butów nie było czasu, więc wybiegła na śnieg w skarpetkach, starych spodenkach i koszulce. Za nią wybiegli mężczyźni. Ulica w miasteczku była pusta. Dokąd biec po śniegu wieczorem? Za plecami słyszała krzyki. W wielkim domu, obok którego przebiegała, rozległ się szczek. Potem czyjś głos krzyknął na psa. Irena rzuciła się do bramy i zaczęła pukać. Drzwi otworzył mężczyzna około czterdziestki. – Pomóżcie! – szepnęła błagalnie, patrząc na niego. – Wchodź! – pociągnął ją za ramię i zamknął drzwi. – Olek, kto tam? – na ganek wyszła kobieta. – Ta – gospodarz skinął na dziewczynę. – Gonią ją jacyś faceci. – Szybko do domu! – kobieta złapała Irenę za rękę. – Opowiesz wszystko na spokojnie. – Irka, wychodź, dobrze ci radzę! – rozległ się głos Michała. – Olek, nie mieszaj się! – zawołała gospodyni. – Wejdź do domu! Z ulicy słychać było krzyki, z podwórka szczekanie psa. – Trzeba zadzwonić na policję, – kobieta sięgnęła po telefon. – Polina, nie trzeba. Poradzę sobie sam. Wygląda, że to miejscowi. – A jak chcesz to załatwić? – Po dobroci. Uspokój dziewczynę! Gospodarz wziął torbę, podszedł do lodówki. Włożył tam butelkę i kawałek kiełbasy. Na podwórku pogłaskał psa i razem wyszli na ulicę. Michał rzucił się ku niemu: – Oddaj Irkę! – Bierz i spadaj! – Co tam masz? – zajrzał do torby, uśmiechnął się z zadowoleniem, skinął głową kumplowi. – Chodź, Nikita! *** – Tak! Mam na imię Polina Sergiejewna, – kobieta postawiła czajnik na kuchence. – Siadaj, opowiadaj – kim jesteś i co się stało. – Jestem Irena, – zaczęła dziewczyna drżącym głosem. – Mieszkam na tej ulicy, ale na samym końcu. – Jesteś córką Kiry? – Tak. – My tu krótko mieszkamy, ale o twojej mamie już słyszeliśmy. Dziewczyna spuściła głowę i rozpłakała się. – Dobrze, nie płacz! Kobieta przytuliła ją delikatnie do piersi. Gest dla Ireny był czymś zupełnie nowym. Objęła kobietę i rozpłakała się mocniej. – Już dobrze! Zaraz napijemy się herbaty. Gospodarz wrócił do domu: – Wszystko! Wyprawiłem ich. – A co z tą piękną dziewczyną? – zapytała Polina, uśmiechając się niespodziewanie. – O tym pogadamy jutro! Teraz herbatka i do kąpieli. – Głodna jesteś? – Polina postawiła przed dziewczyną kubek. Uśmiechnęła się drugi raz. – Widzę, że bardzo. Na stole pojawiły się kanapki i kawałek tortu. – Jedz, jedz! – zachęcił też gospodarz, widząc jej wzrok na jedzeniu. Odpytania się skończyły. I starali się nie zwracać na nią uwagi, widząc jej skrępowanie. Po kolacji Polina zaprowadziła ją do łazienki: – Umyj się, załóż ten szlafrok! *** Jedyne, czego Irena pragnęła, to by jej dziś nie wyrzucono na ulicę. Jak przyjemnie leżeć w cieplej wannie, kiedy na dworze taki mróz. Ale trzeba wychodzić, gospodarze czekają. Wyszła. Gospodarze siedzieli na kanapie. Uśmiechnęła się niepewnie: – Dziękuję! – Słuchaj, Ireno, – zaczęła Polina. – Jeśli dobrze rozumiem, to specjalnie nikt cię szukać nie będzie. Wrócić do domu nie masz ochoty. Irena spuściła głowę. – Jutro rano wyjeżdżamy… – Rozumiem, – Irena pochyliła się jeszcze bardziej. – Zostaniesz sama. Nie otwieraj nikomu drzwi! Nasz Jack nikogo nie wpuści. Rozumiesz? – Tak! – zawołała z emocją. – Jak chcesz, możesz ugotować barszcz – podpuścił ją Olek Romanowicz. – Umiesz? – Oczywiście! – natychmiast odparła. – Dobrze gotuję. I sprzątać też umiem. – To posprzątaj na dole, jeśli masz ochotę – zgodziła się Polina. *** Obudziła się razem z gospodarzami. Leżała cichutko, bojąc się, że ją wyrzucą. Wkrótce na podwórku zagrzmiała maszyna i znowu wszystko ucichło. Wstała. Umyła się. Na stole gorący czajnik, chleb, kiełbasa, ser. Na blacie wieprzowe żeberka. Zjadła śniadanie. Posprzątała stół. Wszystko wytarła. Podłogę umyła. W korytarzu znalazła odkurzacz. Włączyła go i zabrała się do pracy. Gdy skończyła… – A co to ma znaczyć? – usłyszała głos za plecami. Odwróciła się gwałtownie. Stał wysoki, przystojny osiemnastolatek, w oczach błysk zainteresowania. – Sprzątam, – burknęła Irena. – A pan kto? – No proszę…, – chłopak pokręcił głową i wyjął z kieszeni telefon: – Mamo, jestem w domu. A kto tu jest? – Synku, niech ta dziewczyna zostanie u nas na chwilę. – Mi to różnicy nie robi. Schował telefon, obejrzał Irenę od stóp do głów, a potem poszedł do kuchni. – Zrobić panu herbaty? – zapytała. – Poradzę sobie. *** Irena schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurz, nasłuchując każdego szmeru z kuchni. Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki. Wyszedł stamtąd ogolony, pachnący wodą toaletową. – Hej, gospodarzu, daj kolejną flaszkę! – rozległ się krzyk z ulicy. – Co to ma być? – chłopak podszedł do okna. – Nie otwieraj im! – krzyknęła przerażona Irena. Spojrzał na nią ciekawie, uśmiechnął się i poszedł do drzwi. Irena podbiegła do okna. Przy płocie stali partner matki z kolegą i wrzeszczeli. Ogarnął ją strach. Chłopak wyszedł. Tamci rzucili się na niego. I nagle… runęli na śnieg – Irenie wydawało się, że obaj jednocześnie. Chłopak nachylił się nad nimi, coś powiedział. Tamci wstali i ze spuszczonymi głowami ruszyli w stronę domu matki. *** Chłopak wrócił. Jego wzrok spoczął na nieruchomej Irenie. Podszedł: – Przestraszyłaś się? Niepanując nad sobą, wtuliła się w jego pierś i rozpłakała się. – Jak masz na imię? – zapytał nagle. – Irena. – A ja Ruslan. Już spokój, nie wrócą. *** Ruslan poszedł na górę do swojego pokoju i nie wychodził do wieczora. Irena ugotowała barszcz. Usiadła w kuchni przy stole zadumana. Oczywiście, chciałaby tu zostać z tymi wspaniałymi ludźmi, ale wiedziała, że to już zbyt wiele. Gospodarze wrócili. Polina Sergiejewna pokręciła głową na widok porządku. Olek Romanowicz docenił barszcz. – Chyba pójdę do domu – powiedziała Irena cicho. – Dziękuję wam bardzo. – Irena, zostań u nas jeszcze parę dni! – Dziękuję, Polino Sergiejewno. Pójdę jednak do domu. Zrobiła krok do drzwi i zamarła. Od wczoraj chodziła w szlafroku i cudzych kapciach. – Chodź! – gospodyni złapała ją za ramię i poprowadziła do garderoby. Otworzyła szafę. Długo szukała rzeczy. Wyjęła dżinsy, sweter, ciepłą kurtkę sportową. – Ubieraj się! Mamy podobny wzrost. – Nie trzeba… – Nie pójdziesz przecież naga do domu. Ubieraj się! Nie zubożę przez to. Założyła. Zerknęła nieśmiało w lustro. Nigdy nie miała takich ładnych rzeczy. W korytarzu gospodyni założyła jej czapkę i zimowe buty. – Irena, noś z powodzeniem! – Dziękuję, Polino Sergiejewno! *** Życie wróciło na stare tory. Ale niezupełnie. Mama zatrudniła się na fermie. Partner zniknął z kolegą. Nadeszła wiosna. Tamtego dnia siedziała nad lekcjami, gdy ktoś załomotał do furtki. Irena spojrzała przez okno i nie wierzyła oczom – przy płocie stał Ruslan. Kiwnął głową. Miałam wychodzić. Nie wyszła – wybiegła. – Cześć! – uśmiechnął się Ruslan. – Witaj! – Mama cię potrzebuje. *** I tak weszła do domu, w którym spędziła najpiękniejszy dzień w życiu. – Witaj, Irena! – przywitała ją gospodyni na progu, obejmując mocno. – Witam, Polino Sergiejewno! – Wejdź! Siądźmy, napijemy się herbaty. Pani gospodyni nalała jej herbaty i usiadła. – Mam dla ciebie propozycję. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji – jej twarz rozpromieniała. – Syn mało bywa w domu. Mogłabyś pilnować domu? Jacka karmić, kota też, podlewać kwiaty. Mam ich mnóstwo. – Oczywiście, Polino Sergiejewno! – Świetnie, przygotowała pieniądze. – Tu dwadzieścia tysięcy. – Polino Sergiejewno, nie trzeba… – Bierz! Nie zubożymy. Chodź, wszystko ci pokażę! Irena zapamiętywała, gdzie stoją donice i miski, gdzie żarcie dla kota i mięso dla psa. Potem Polina zawołała: – Ruslan! – syn pojawił się natychmiast. – Zapoznaj Irenę z Jackiem! – Chodź! – lekko położył jej rękę na ramieniu. Wyszli na podwórko, odwiązali Jacka i poszli na spacer. Po drodze Ruslan opowiadał o studiach, karate i interesach z tatą. A Irena myślała o czymś innym. Wiedziała, że między nią a Ruslanem jest przepaść – jak między jej mamą a rodzicami Ruslana. Są dobrzy ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku; to życie. „Za dwa miesiące zdam egzaminy do kolegium. Będę się uczyć, pracować, radzić sobie, ale będę kimś. Wyjdę za mąż, ale nigdy za tego przystojniaka. Tak, on jest super facetem pod każdym względem. Ale nie dla mnie! Dziękuję Polinie Sergiejewnie za ubrania i te dwadzieścia tysięcy. Przynajmniej w mieście będę miała na początek”. Instynktownie Irena poczuła, że właśnie w tej chwili skończyło się jej ciężkie dzieciństwo. Nadchodzi dorosłe życie – też trudne, ale wszystko zależeć będzie już tylko od niej. Doszli do domu. Irena pogłaskała Jacka po szyi, uśmiechnęła się do Ruslana i ruszyła do siebie. Jutro zacznie pracę w tym domu. Tylko pracę – i już!