NA WSZELKI WYPADEK Wiera spojrzała obojętnie na płaczącą koleżankę i wróciła do komputera, zaczynając szybko pisać. — Bezduszna jesteś, Wiero — odezwała się Olga, kierowniczka działu. — Ja? Skąd taki wniosek? — Bo jeśli tobie się w życiu prywatnym wszystko układa, to nie znaczy, że innym też. Widzisz przecież, jak dziewczyna przeżywa, a ty ani nie pożałujesz, ani słowem nie doradzisz czy doświadczeniem się nie podzielisz. Skoro u ciebie tak dobrze… — Ja? Mam się dzielić doświadczeniem? Z nią? Podejrzewam, że naszej Nadzie by się to nie spodobało. Już próbowałam — parę lat temu, gdy przychodziła do pracy z podbitymi oczami, żeby chyba lepiej widzieć drogę. Wtedy jeszcze cię tu nie było. I nie, to nie facet ją bił, ona się sama tak “niefortunnie” przewracała. A jak tamten odszedł w siną dal, podbite oczy zniknęły — to był już trzeci, który uciekł. Wtedy postanowiłam wesprzeć Nadzie, podzielić się, jak to się teraz mówi, doświadczeniem… i to ja wyszłam winna, jasne. Dopiero potem koleżanki mi uświadomiły, że to bez sensu, Nadzie przecież wie najlepiej ze wszystkich. Zrobiłam się według niej zazdrosną zołzą, bo przeszkodziłam jej w szczęściu. Wtedy to jeszcze do wróżek latała, uroki rzucała. Teraz się unowocześniła, do psychologów chodzi, „przepracowuje traumy”. Nie pojmuje, że cały czas żyje według jednego scenariusza, tylko imiona zmienia. Więc sorry, ale żałować i chusteczek podawać nie będę. — A jednak, Wiera, tak nie można. Podczas obiadu, który wszyscy jedli przy jednym stole, temat był tylko jeden — były Nadzie, drań i oszust. Wiera jadła w milczeniu, potem nalała sobie kawy i wycofała się w kąt, by w spokoju odpocząć przy przeglądaniu Facebooka. — Wiera — przysiadła się do niej pulchniutka, zawsze rozbawiona Tania, która jednak dziś miała smutną minę — Nic a nic ci żal Nadzie nie jest? — Tania, czego właściwie ode mnie chcecie? — Oj, daj jej spokój — rzuciła przechodząc Irena — Ona zawsze tak ma, swojego ukochanego Pawła ma, żyje sobie jak pączek w maśle, nie zrozumie, jak to jest zostać samej z dzieckiem, bez wsparcia, bez niczego. A teraz jeszcze spróbuj tych alimentów wyegzekwować od tego „tatusia roku”… — Nie trzeba było rodzić, a już zwłaszcza nie wiadomo komu i, przepraszam dziewczyny, nie na pierwszej młodości — wtrąciła się pani Janina, najstarsza z całego babskiego grona, zwana przez dziewczyny Babcią Janą. — Wiera ma rację, ile razy ona już płakała? On jej żyć nie dawał w ciąży, a wcześniej, ech… Kobiety obstąpiły zapłakaną Nadzie i doradzały, jak mogły. No bo jak to, silna i niezależna Nadzie znów pokazała się w całej okazałości. Dość miała już łez — sprowadziła matkę ze wsi, żeby pomogła z synkiem i tym… niewdzięcznym, a sama zaczęła dochodzić do siebie. Przedłużyła grzywkę, zrobiła brwi, przykleiła rzęsy, kolczyk w nosie chciała, ale cały dział ją odwiódł od tego pomysłu. I… poszło. — Spokojnie, Nadzia, jeszcze on zapłacze, zobaczysz — pocieszały ją dziewczyny. — Nic z tego, nie będzie on płakał — powiedziała po cichu Wiera, ale pijane już koleżanki usłyszały i domagały się wyjaśnień: — Jak to nie będzie? — Ot tak, nie będzie. I żałować też nie będzie. A Nadzie, jeszcze dziś czy jutro, znajdzie sobie takiego samego… — Tobie łatwo mówić, ty masz Pawła, twój pewnie nie taki… — No, mój Paweł to złoty facet, nie pije, nie bije, nie lata za babami, kocha mnie na zabój. — Jasne, nie lata… Wszyscy oni tacy sami! — Tylko patrz, Wiera, jeszcze ci uwiodą Pawła… — Nie, nie uwiodą. — Ja bym taka pewna nie była. — A ty bądź. Alkohol uderzył do głowy i oto koleżanki już kłócą się niemal jak dzikie koty. — To co, jedziemy do ciebie, zobaczymy, czy twój Paweł oprze się takiemu wdziękowi? Przecież nas nie zaprosisz… bo się boisz, że ci go odbierzemy! — Jedziemy. — Dziewczyny, jedziemy do Wiery odbić jej Pawła! Babciu Jana, jedziesz z nami? — Nie, kochane, u mnie Michał czeka… Wy jedźcie — uśmiechnęła się Babcia Jana. W wesołej gromadce wparowały do Wiery, śmiech na kuchni, harmider. — Dobra, dziewczyny, to coś szybko ugotujmy, Paweł chyba jeszcze nie wrócił, nakryjemy mu do stołu. — Nie wysilajcie się, i tak mało je i wybredny do tego, ale tak, zaraz będzie. Kobiety się uspokoiły, już nie miały wielkiego zapału do żartów, rozeszły się do domów, zostały tylko Nadja, Olga i Tania. Piły herbatkę w przytulnej kuchni Wiery, rozmawiały, czuły się trochę skrępowane w oczekiwaniu na tajemniczego Pawła. W końcu zdecydowały się zbierać. Wtem ktoś wszedł. — Paweł, Pawełku mój, syneczku mój ukochany — rozczuliła się wychodząc Wiera. Kobiety aż się spięły, zrobiło się niezręcznie, gdy do pokoju wszedł… wysoki, przystojny chłopak. Aha, wszystko jasne — pomyślały — mąż młodszy od Wiery. — To moje dziewczyny, poznajcie: to mój syn, Damian. Jak to Damian? A Paweł? O co chodzi? — Syn mój, Damianku. Paweł jak się ma, Damku? Dobrze się zachowywał? — Ta, mamo, teraz mu spokój potrzebny, za dzień czy dwa będzie biegał. Najważniejsze, nie dawaj mu… tam lizać… Kobiety się zaczerwieniły… — My już chyba pójdziemy? — Zaczekajcie, nie przedstawiłam wam Pawła. Tylko cicho — po operacji jest, Damian z żoną Leną go wozili, ja w pracy byłam. Na kastracji był, bo kot łobuz znaczył firanki… Chodźcie. O, to mój Paweł, śpi mój kotek… Kobiety wybuchnęły śmiechem i wybiegły z pokoju. — Wiera, to przecież kot?! — Oczywiście! A co, myślałyście, że kto? — Przecież o mężu mówiłaś… — No tak, ale wy sobie dopowiedziałyście. Ja raz powiedziałam, że mam w domu fajnego faceta, Paweł… dokończyć nie dałyście i sobie dopowiedziałyście całą bajkę! Wyszłam za mąż wcześnie, pierwsza miłość, nie skończyłam studiów, urodziłam Damiana. Pożyliśmy trzy lata, rozstaliśmy się. Pomogli rodzice. Drugi raz tuż przed trzydziestką wyszłam za mąż. Też dobry, początkowo nosił mnie na rękach, marzył o własnych dzieciach — synku, córeczce, a Damian… mówił, że można go oddać do wojska, a jak nie — to do mojej mamy. Odesłałam go do jego matki. Oczywiście miał pretensje, matka obwiniała mnie o głupotę, choć sama wyszła ponownie za mąż i ktoś wychowywał jej syna… Długo żyłam sama z Damianem, aż odważyłam się na trzecią próbę, choć już wiedziałam, że nie jestem na szczycie listy panien młodych, ale wiecie — do trzech razy sztuka. Na etapie randek załatwił mi podbite oko — z zazdrości, “z miłości”, tłumaczył. Damian chodził na karate od szóstego roku życia, w domu byłam często jego sparingpartnerką, nauczyłam się paru rzeczy. Zrobiłam z tego użytek, odesłałam Otella w siną dal i postanowiłam, że starczy. Damian się ożenił, zrobiło mi się trochę pusto, Paweł pojawił się w moim życiu, dobrze nam razem. Do kina mam z kim pójść, na urlop, nikt nikomu nic nie musi, zero rozliczania. Damian długo nie rozumiał tego układu — dlaczego nie mieszkamy razem. Po co? Jesteśmy dorośli, każdy ma swoje przyzwyczajenia. Jakbyśmy od młodości byli razem, to inna sprawa. U mojego brata — już 30 lat razem, tak samo u rodziców. Ja tak nie miałam, więc po co mam się na siłę starać, żeby móc z dumą mówić, że „jestem mężatką”? Po co… Z Pawłem — moim kotem — jest mi dobrze. No, mój kochany, już się przebudziłeś? Mówiłam ci, że jak nie przestaniesz znaczyć, to pożegnasz biżuterię… Dziewczyny wyszły w zamyśleniu, zwłaszcza Nadzie. Ale nie, Nadzie nie umiała żyć jak Wiera. Miesiąc później już ćwierkała o nowym wybranku i dostawała bukiety do pracy. Wiera z Babcią Janą patrzyły i się uśmiechały: — Jak tam twój Michał, jak nówka łapka? — Dobrze, Weroniko, skaleczył się chyba na spacerze, ale zagoiło się, jak to u psa, szybciutko. Wnuki chcą, żebym go na wystawę dała, a po co mi to… Nam dobrze i bez medali. Patrzę, Nadzi się też jakoś układa. — Tak, pani Janino, niektóre z nas biorą koty lub psy, a inne kolejnych mężów… — Każda lubi, co chce. Może tym razem jej się poszczęści? — Może… — O czym szeptacie? — O tobie, Nadziu, życzymy, żeby ci się tym razem udało. — Dziewczyny, ja wiem, jak to wygląda, ale naprawdę nie umiem być sama… — A co nam do tego? Przestań się tłumaczyć, każdy żyje, jak chce… Weronika usłyszała jeszcze na parkingu głos Nadzi: — Werka, a umiałabyś mi doradzić, jak się zajmować kotami? Lepiej kota czy kotkę? — Idź już, ktoś na ciebie czeka… Zobaczymy, jak będzie… — zaśmiała się Wiera. — Ja tak tylko… na wszelki wypadek…

NA WSZELKI WYPADEK

Weronika spojrzała z obojętnością na płaczącą koleżankę, odwróciła się do komputera i zaczęła szybko coś pisać na klawiaturze.

Ty to jesteś bezduszna, Werka usłyszała głos Olgi, szefowej działu.

Ja? Skąd taki pomysł?

Bo jak tobie się układa w życiu, to nie znaczy, że innym też się tak poukłada. Widzisz przecież, jak Basia się załamuje, mogłabyś trochę ją pocieszyć, może doradzić, podzielić się doświadczeniem. Przecież u ciebie wszystko gra.

Ja? Podzielić się doświadczeniem z nią? Lepiej nie, Basi by się to nie spodobało. Kiedyś próbowałam, parę lat temu, jak przychodziła do pracy z “pamiątkami” pod okiem. Was wtedy jeszcze tu nie było.

I nie, to nie facet ją bił. Ona sama, niefortunnie upadała. Ale jak już tamten od niej odszedł, siniaki zniknęły. To był trzeci, który ją zostawił. Wtedy postanowiłam ją wesprzeć, pogadać po koleżeńsku.

Ostatecznie, ja byłam jeszcze winna. Później mi dziewczyny wyjaśniły, że z Basią to nie ma sensu, ona i tak wie najlepiej. A ja wyszłam na wredną jędzę, co tylko przeszkodziła w szczęściu.

Wtedy biegała do wróżek, robiła jakieś uroki, teraz niby nowoczesna do psychologa chodzi. Przepracowuje traumy. Nie widzi, że wciąż żyje według tego samego scenariusza, tylko nazwiska się zmieniają.

Więc wybaczcie, ale pocieszać jej nie będę, i chusteczki pod nos podawać też nie zamierzam.

I tak nie powinnaś, Weronika pokręciła głową Olga.

Na obiedzie, przy jednym stole, dziewczyny roztrząsały byłego Basi; winny i drań, jak to się mogło stać Weronika jadła w milczeniu, nalała sobie potem kawy i schowała się w kącie kuchni, żeby w spokoju poprzeglądać Facebooka.

Werka, zbliżyła się do niej uśmiechnięta Terenia, zawsze pogodna, ale dziś z ponurą miną naprawdę ci nie żal Basi ani trochę?

Tereska, no co wy ode mnie chcecie?

Daj spokój, zostaw ją rzuciła przechodząca obok Iga ona zawsze tak, bo ma swojego ukochanego Jakuba, wiedzie cudowne życie, nie zrozumie, jak to jest być samą z dzieckiem, bez żadnej pomocy od faceta. Teraz jeszcze spróbuj wydusić alimenty od tego “tatusia”.

Nie trzeba było rodzić, nie dość, że nie wiadomo z kim, to jeszcze, przepraszam dziewczyny, nie w tym wieku wtrąciła się pani Teresa, najstarsza z nas, przez wszystkich nazywana Babcia Terenia. Werka ma rację, ile razy już Basia płakała, ten jej mamrotał do brzucha, a wcześniej ech.

Dziewczyny, zebrały się w kółeczku wokół rozpłakanej Basi i dawały różne rady.

A co? Silna i niezależna Basia, musiała się jakoś wykazać. Skończyła z łzami, ściągnęła matkę z Podlasia, żeby pomogła przy synku i tym niewdzięczniku, a sama Basia zaczęła odżywać.

Zafarbowała grzywkę, zrobiła makijaż permanentny brwi, dokleiła rzęsy; chciała sobie kolczyk w nosie wstawić, ale odradziłyśmy w komplecie.

I pojechało.

Nic się nie martw, Basieńko, on jeszcze zatęskni, jeszcze łzy wyleje pocieszały ją dziewczyny.

Nie będzie powiedziała cicho Weronika pod nosem, a podchmielone koleżanki to usłyszały i poprosiły o wyjaśnienie.

Po prostu nie będzie. I żałować też nie będzie. A Basia No cóż, nie dziś, to jutro znajdzie sobie kolejnego takiego

Tobie to łatwo mówić, bo Jakub na pewno nie taki jak jej facet

Mój Jakub to złoto, żadnych awantur, nie pije, nie lata za spódniczkami, kocha mnie jak wariat.

Ta, wszystkie tak mówią, a potem się okazuje, że każdy pies na baby.

Gwarantuję, nie odciągniecie mi Jakuba.

Nie byłabym taka pewna.

A ty bądź.

Wino uderzyło im do głów, aż zaczęły się przekrzykiwać.

To co, może pojedziemy do ciebie, Werka, zobaczymy czy Jakub się oprze takiemu towarzystwu? Pewnie nas nie zaprosisz Boisz się, że ci Jakuba odbijemy!

Jedziemy, proszę bardzo.

Dziewczyny, lecimy do Werki! Babcia Terenia, jedziesz z nami?

Nie, dziewczyny, u mnie Marian czeka A wy się bawcie uśmiechnęła się Teresa.

Rozbawiona grupa wpakowała się Weronice do mieszkania, śmiechy, harmider w kuchni.

Dobra, dziewczyny, coś szykujemy, Jakuba jeszcze nie ma, a jak wróci, to zastanie zastawiony stół.

Darujcie sobie, dużo nie zje, jeszcze do jedzenia wybredny, ale tak, już wraca.

Towarzystwo się trochę wyciszyło, przypomniało sobie o własnych obowiązkach i powoli zaczęły się rozchodzić, zostając tylko Basia, Olga i Terenia.

Piłyśmy herbatę w przytulnej kuchni, gadały o byle czym, trochę spięte w oczekiwaniu na tego mitycznego Jakuba.

Już miały się zbierać, gdy ktoś wszedł do mieszkania.

Jakub, Jakubeczku kochany, syneczku mój słodki rozczuliła się Weronika w przedpokoju.

Kobiety zbladły, poczuły się nieswojo, kiedy do pokoju wszedł wysoki, przystojny chłopak.

Aha, no tak od razu jasne mąż młodszy od Weroniki o dobre kilkanaście lat!

Dziewczyny, poznajcie, to mój Damian.

Jak to Damian, jaki Damian, co znaczy Damian miały wypisane na twarzy.

Syn mój, Damianek. No jak tam Jakub, Damianku? Grzeczny był?

Tak, mamo, teraz potrzebuje spokoju, za dwa dni znowu będzie biegał. Tylko uważaj, nie pozwól lizać rany

Dziewczynom aż wstyd było patrzeć

My już pójdziemy?

Moment. Nie przedstawiłam wam Jakuba tylko cicho, po operacji jest. Damian z Magdą go zanieśli do weterynarza, bo ja byłam w pracy. Kastrować musieli, bo zasikiwał zasłonki Właźcie.

A tu mój Jakub, śpi kocurek.

Dziewczyny ledwo powstrzymały śmiech i wybiegły z pokoju.

Werka, to przecież kot.

No jasne, że kot. A co myślałyście?

A mąż?

Aaa, nie mam. Z tym Jakubem to wy sobie same dorobiłyście opowieści. Powiedziałam raz, że mam super faceta Jakuba, a dodać nie zdążyłam i już sobie same resztę dopowiedziałyście.

Wyszłam wcześnie za mąż, pierwsza miłość, wiadomo jak jest; studiów nie dokończyłam, Damianka urodziłam. Trzy lata się męczyliśmy, rozstaliśmy.

Rodzice mi bardzo pomagali. Drugi raz wyszłam mając już prawie trzydzieści lat. Porządny facet, planował dzieci, syn, córka, a mojego Damianka to by chętnie umieścił w wojskowej szkole, tam ubiorą, nakarmią, a najwyżej u mojej mamy zostawić.

To ja mu podziękowałam, spakowałam i odesłałam do mamusi.

Długo się oburzał, nie rozumiał mojej decyzji, teściowa wyzwała mnie od głupich, mówiąc, że cudze dzieci nikomu niepotrzebne. Co zabawne, sama była drugi raz zamężna i jej syn dorastał z ojczymem.

Długo z Damianem żyliśmy we dwójkę. Trzeci raz odważyłam się na nowy związek, już świadoma, że na rynku matrymonialnym nie jestem łakomym kąskiem. No i Bóg ponoć miłuje trójcę.

W trakcie randkowania zaliczył mi podbite oko z miłości oczywiście Och, wyjaśnił, że z zazdrości. Ale Damian od szóstego roku trenował sztuki walki, często ćwiczyliśmy razem w domu, coś tam się więc nauczyłam i. odpowiedziałam. Tak poleciał przez przedpokój, że więcej nie wrócił.

Damian się ożenił, ja się nudziłam to kota sobie sprawiłam. Dobrze nam we dwoje. Do kina jest z kim pójść, na wyjazdy także. Nikt nikogo nie uszczęśliwia na siłę, nikt nikomu nie robi wyrzutów.

Czasem ugotuję coś dobrego, zaproszę w gości miło spędzi czas i z głową spokojną idzie do domu, a ja też mam ciszę.

Damian na początku nie mógł pojąć, czemu nie żyję z nikim. A po co? Końcu jesteśmy dorośli, każdy ze swoimi zwyczajami. Co innego, gdybyśmy od młodości byli razem, jak mój brat z żoną te trzydzieści lat, zrośnięci, w jednej tonacji, jak moi rodzice. U mnie się nie ułożyło, i co, mam się łamać, żeby móc dumnie mówić, że jestem mężatką?

Nie, ja z Jakubkiem dobrze się żyje.

Tak, mój kochany, obudziłeś się. A ostrzegałam, rozrabiałeś, to i skończyło się jak się skończyło.

Dziewczyny wyszły zamyślone, zwłaszcza Basia.

Tyle że ona nie dała rady jak Weronika.

Już miesiąc później ochoczo chwaliła się nowym amantem, dostawała bukiety do pracy.

Weronika z babcią Teresą uśmiechały się dyskretnie pod nosem.

Jak twój Marian, jak łapa?

Dobrze, Werka, trochę się skaleczył na spacerze, już prawie zagoiło się wszystko, za przeproszeniem, jak na psie. Wnuki mówią, żebym na wystawę go zapisała, ale co tam, bez wystawy też nam dobrze. Widzę, u Basi już się poprawiło.

Tak, babciu, każdy kogoś sobie znajduje: jeden psa, druga kota, trzecia męża

Tak już jest, każdy jak umie. Może tym razem jej się uda?

Może

O czym tam szepczecie?

O tobie, Basia, żeby ci się udało tym razem.

Dziewczyny, ja wiem, jak to wygląda, ale ja nie potrafię być sama, serio.

Każdy po swojemu, Basia, wystarczy już

Weronika usłyszała, jak Basia zawołała ją na parkingu. Ty, a jakby co, podpowiesz jak z kotami postępować? Lepiej wziąć kota czy kotkę?

Idź już, czekają na ciebie jak coś, zobaczymy! zaśmiała się Weronika.

Tak tylko pytam na wszelki wypadek.

Rate article
Fajna Tajna
NA WSZELKI WYPADEK Wiera spojrzała obojętnie na płaczącą koleżankę i wróciła do komputera, zaczynając szybko pisać. — Bezduszna jesteś, Wiero — odezwała się Olga, kierowniczka działu. — Ja? Skąd taki wniosek? — Bo jeśli tobie się w życiu prywatnym wszystko układa, to nie znaczy, że innym też. Widzisz przecież, jak dziewczyna przeżywa, a ty ani nie pożałujesz, ani słowem nie doradzisz czy doświadczeniem się nie podzielisz. Skoro u ciebie tak dobrze… — Ja? Mam się dzielić doświadczeniem? Z nią? Podejrzewam, że naszej Nadzie by się to nie spodobało. Już próbowałam — parę lat temu, gdy przychodziła do pracy z podbitymi oczami, żeby chyba lepiej widzieć drogę. Wtedy jeszcze cię tu nie było. I nie, to nie facet ją bił, ona się sama tak “niefortunnie” przewracała. A jak tamten odszedł w siną dal, podbite oczy zniknęły — to był już trzeci, który uciekł. Wtedy postanowiłam wesprzeć Nadzie, podzielić się, jak to się teraz mówi, doświadczeniem… i to ja wyszłam winna, jasne. Dopiero potem koleżanki mi uświadomiły, że to bez sensu, Nadzie przecież wie najlepiej ze wszystkich. Zrobiłam się według niej zazdrosną zołzą, bo przeszkodziłam jej w szczęściu. Wtedy to jeszcze do wróżek latała, uroki rzucała. Teraz się unowocześniła, do psychologów chodzi, „przepracowuje traumy”. Nie pojmuje, że cały czas żyje według jednego scenariusza, tylko imiona zmienia. Więc sorry, ale żałować i chusteczek podawać nie będę. — A jednak, Wiera, tak nie można. Podczas obiadu, który wszyscy jedli przy jednym stole, temat był tylko jeden — były Nadzie, drań i oszust. Wiera jadła w milczeniu, potem nalała sobie kawy i wycofała się w kąt, by w spokoju odpocząć przy przeglądaniu Facebooka. — Wiera — przysiadła się do niej pulchniutka, zawsze rozbawiona Tania, która jednak dziś miała smutną minę — Nic a nic ci żal Nadzie nie jest? — Tania, czego właściwie ode mnie chcecie? — Oj, daj jej spokój — rzuciła przechodząc Irena — Ona zawsze tak ma, swojego ukochanego Pawła ma, żyje sobie jak pączek w maśle, nie zrozumie, jak to jest zostać samej z dzieckiem, bez wsparcia, bez niczego. A teraz jeszcze spróbuj tych alimentów wyegzekwować od tego „tatusia roku”… — Nie trzeba było rodzić, a już zwłaszcza nie wiadomo komu i, przepraszam dziewczyny, nie na pierwszej młodości — wtrąciła się pani Janina, najstarsza z całego babskiego grona, zwana przez dziewczyny Babcią Janą. — Wiera ma rację, ile razy ona już płakała? On jej żyć nie dawał w ciąży, a wcześniej, ech… Kobiety obstąpiły zapłakaną Nadzie i doradzały, jak mogły. No bo jak to, silna i niezależna Nadzie znów pokazała się w całej okazałości. Dość miała już łez — sprowadziła matkę ze wsi, żeby pomogła z synkiem i tym… niewdzięcznym, a sama zaczęła dochodzić do siebie. Przedłużyła grzywkę, zrobiła brwi, przykleiła rzęsy, kolczyk w nosie chciała, ale cały dział ją odwiódł od tego pomysłu. I… poszło. — Spokojnie, Nadzia, jeszcze on zapłacze, zobaczysz — pocieszały ją dziewczyny. — Nic z tego, nie będzie on płakał — powiedziała po cichu Wiera, ale pijane już koleżanki usłyszały i domagały się wyjaśnień: — Jak to nie będzie? — Ot tak, nie będzie. I żałować też nie będzie. A Nadzie, jeszcze dziś czy jutro, znajdzie sobie takiego samego… — Tobie łatwo mówić, ty masz Pawła, twój pewnie nie taki… — No, mój Paweł to złoty facet, nie pije, nie bije, nie lata za babami, kocha mnie na zabój. — Jasne, nie lata… Wszyscy oni tacy sami! — Tylko patrz, Wiera, jeszcze ci uwiodą Pawła… — Nie, nie uwiodą. — Ja bym taka pewna nie była. — A ty bądź. Alkohol uderzył do głowy i oto koleżanki już kłócą się niemal jak dzikie koty. — To co, jedziemy do ciebie, zobaczymy, czy twój Paweł oprze się takiemu wdziękowi? Przecież nas nie zaprosisz… bo się boisz, że ci go odbierzemy! — Jedziemy. — Dziewczyny, jedziemy do Wiery odbić jej Pawła! Babciu Jana, jedziesz z nami? — Nie, kochane, u mnie Michał czeka… Wy jedźcie — uśmiechnęła się Babcia Jana. W wesołej gromadce wparowały do Wiery, śmiech na kuchni, harmider. — Dobra, dziewczyny, to coś szybko ugotujmy, Paweł chyba jeszcze nie wrócił, nakryjemy mu do stołu. — Nie wysilajcie się, i tak mało je i wybredny do tego, ale tak, zaraz będzie. Kobiety się uspokoiły, już nie miały wielkiego zapału do żartów, rozeszły się do domów, zostały tylko Nadja, Olga i Tania. Piły herbatkę w przytulnej kuchni Wiery, rozmawiały, czuły się trochę skrępowane w oczekiwaniu na tajemniczego Pawła. W końcu zdecydowały się zbierać. Wtem ktoś wszedł. — Paweł, Pawełku mój, syneczku mój ukochany — rozczuliła się wychodząc Wiera. Kobiety aż się spięły, zrobiło się niezręcznie, gdy do pokoju wszedł… wysoki, przystojny chłopak. Aha, wszystko jasne — pomyślały — mąż młodszy od Wiery. — To moje dziewczyny, poznajcie: to mój syn, Damian. Jak to Damian? A Paweł? O co chodzi? — Syn mój, Damianku. Paweł jak się ma, Damku? Dobrze się zachowywał? — Ta, mamo, teraz mu spokój potrzebny, za dzień czy dwa będzie biegał. Najważniejsze, nie dawaj mu… tam lizać… Kobiety się zaczerwieniły… — My już chyba pójdziemy? — Zaczekajcie, nie przedstawiłam wam Pawła. Tylko cicho — po operacji jest, Damian z żoną Leną go wozili, ja w pracy byłam. Na kastracji był, bo kot łobuz znaczył firanki… Chodźcie. O, to mój Paweł, śpi mój kotek… Kobiety wybuchnęły śmiechem i wybiegły z pokoju. — Wiera, to przecież kot?! — Oczywiście! A co, myślałyście, że kto? — Przecież o mężu mówiłaś… — No tak, ale wy sobie dopowiedziałyście. Ja raz powiedziałam, że mam w domu fajnego faceta, Paweł… dokończyć nie dałyście i sobie dopowiedziałyście całą bajkę! Wyszłam za mąż wcześnie, pierwsza miłość, nie skończyłam studiów, urodziłam Damiana. Pożyliśmy trzy lata, rozstaliśmy się. Pomogli rodzice. Drugi raz tuż przed trzydziestką wyszłam za mąż. Też dobry, początkowo nosił mnie na rękach, marzył o własnych dzieciach — synku, córeczce, a Damian… mówił, że można go oddać do wojska, a jak nie — to do mojej mamy. Odesłałam go do jego matki. Oczywiście miał pretensje, matka obwiniała mnie o głupotę, choć sama wyszła ponownie za mąż i ktoś wychowywał jej syna… Długo żyłam sama z Damianem, aż odważyłam się na trzecią próbę, choć już wiedziałam, że nie jestem na szczycie listy panien młodych, ale wiecie — do trzech razy sztuka. Na etapie randek załatwił mi podbite oko — z zazdrości, “z miłości”, tłumaczył. Damian chodził na karate od szóstego roku życia, w domu byłam często jego sparingpartnerką, nauczyłam się paru rzeczy. Zrobiłam z tego użytek, odesłałam Otella w siną dal i postanowiłam, że starczy. Damian się ożenił, zrobiło mi się trochę pusto, Paweł pojawił się w moim życiu, dobrze nam razem. Do kina mam z kim pójść, na urlop, nikt nikomu nic nie musi, zero rozliczania. Damian długo nie rozumiał tego układu — dlaczego nie mieszkamy razem. Po co? Jesteśmy dorośli, każdy ma swoje przyzwyczajenia. Jakbyśmy od młodości byli razem, to inna sprawa. U mojego brata — już 30 lat razem, tak samo u rodziców. Ja tak nie miałam, więc po co mam się na siłę starać, żeby móc z dumą mówić, że „jestem mężatką”? Po co… Z Pawłem — moim kotem — jest mi dobrze. No, mój kochany, już się przebudziłeś? Mówiłam ci, że jak nie przestaniesz znaczyć, to pożegnasz biżuterię… Dziewczyny wyszły w zamyśleniu, zwłaszcza Nadzie. Ale nie, Nadzie nie umiała żyć jak Wiera. Miesiąc później już ćwierkała o nowym wybranku i dostawała bukiety do pracy. Wiera z Babcią Janą patrzyły i się uśmiechały: — Jak tam twój Michał, jak nówka łapka? — Dobrze, Weroniko, skaleczył się chyba na spacerze, ale zagoiło się, jak to u psa, szybciutko. Wnuki chcą, żebym go na wystawę dała, a po co mi to… Nam dobrze i bez medali. Patrzę, Nadzi się też jakoś układa. — Tak, pani Janino, niektóre z nas biorą koty lub psy, a inne kolejnych mężów… — Każda lubi, co chce. Może tym razem jej się poszczęści? — Może… — O czym szeptacie? — O tobie, Nadziu, życzymy, żeby ci się tym razem udało. — Dziewczyny, ja wiem, jak to wygląda, ale naprawdę nie umiem być sama… — A co nam do tego? Przestań się tłumaczyć, każdy żyje, jak chce… Weronika usłyszała jeszcze na parkingu głos Nadzi: — Werka, a umiałabyś mi doradzić, jak się zajmować kotami? Lepiej kota czy kotkę? — Idź już, ktoś na ciebie czeka… Zobaczymy, jak będzie… — zaśmiała się Wiera. — Ja tak tylko… na wszelki wypadek…